EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bogusław Wolniewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bogusław Wolniewicz. Pokaż wszystkie posty

Wolniewicz - Herbert - Elzenberg
("Ale wykluczam absolutnie Bogusława Wolniewicza")

Powiedzieć, że Bogusław Wolniewicz nie lubił Zbigniewa Herberta, to jeszcze nic nie powiedzieć.
Mam co do Herberta zdanie od dawna wyrobione: to był nadęty pozer. Szerząca się dzisiaj herbertomania dowodzi jedynie, że w Polsce lubią nadętych. To pretensjonalne wierszydło [Do Henryka Elzenberga w stulecie Jego urodzin z tomu Rovigo], jakim w dwadzieścia lat po śmierci Elzenberga ufetował go na swoją cześć, jest tutaj dobrym przykładem. Ułzawia tam Elzenberga na kogoś "patrzącego wzrokiem który wybacza" - po to jedynie, by jego i nas móc pouczyć z wysoka, że "nie powinien". W istocie zaś Elzenberg był do "wybaczań" równie mało skory jak do nobilitacji. [...]

Jest dla mnie przykrą zagadką, jak Elzenberg mógł tak się dać Herbertowi omamić, że dziś służy za jego intelektualne uwierzytelnienie. Tłumaczę ją sobie pewną wstydliwą słabością Elzenberga, którą były jego własne niefortunne aspiracje poetyckie. Te wiersze bowiem, które pisywał, nie są dobre: staroświeckie w formie, egzaltowane w treści, wielosłowne. [...] Herbert nie mógł nie widzieć wątłości tego wierszopisania, a wychwalał je w listach do Elzenberga pod niebiosa, najzwyczajniej mu kadził (patrz ich "Korespondencję" wydaną w 2002 r. przez Barbarę Toruńczyk). I tak sobie rozmawiali "jak poeta z poetą", ale przy odwróconych już rolach: mentorem był Herbert.

Jak wielu, Elzenberg też dał się niestety nabrać na książkę Herberta "Barbarzyńca w ogrodzie" (1962) i na jej podrabianą fachowość w zakresie historii sztuki. Otrzymawszy egzemplarz, odpowiedział niezwykle pochwalnym listem: że dzieło "wydaje mu się (i jest na pewno) oparte na studiach bardzo gruntownych, bardzo przemyślane, i bardzo pogłębione. Do czego jeszcze dochodzi to piekielne znawstwo sztuki" ("Korespondencja", jw., s. 104). Herbert przełknął pochwały swego domniemanego "znawstwa", nie mitygując ich ani słowem.

Po czterdziestu latach prawda wypłynęła na wierzch: przynajmniej jeden istotny rozdział w książce Herberta - ten o katedrach gotyckich - jest plagiatem, i to grubym. Wykryła to pani Dorota Bielawska i opisała w artykule "Jak został wyciosany »Kamień z katedry« Zbigniewa Herberta" ("Twórczość" nr 2-3/2004). Pokazuje tam, że ponad dwie trzecie tekstu Herberta jest żywcem ściągnięte z książki: Jean Gimpel "Les batisseurs de cathedrales", 1959 (po polsku 1968 pt. "Jak budowano w średniowieczu"). U Herberta nie ma przy tym ni śladu wskazania na źródło, ani najlżejszej nawet sugestii, że tekst może nie być jego własnym. Plagiatem jest zaś nie tylko co do treści i faktów, lecz także w swoich sformułowaniach i przenośniach, w całych zdaniach. Autorka przedstawia to wszystko dokładnie i obiektywnie, zestawiając po kolei cytaty z Herberta i ich "odpowiedniki" u Gimpla. Ironię ogranicza do tytułu.

Odkrycie Bielawskiej było poruszające, a wpadło jak w studnię. Sam dowiedziałem się o nim przypadkiem, przeglądając w księgarni "Alfabet wspomnień" Ryszarda Matuszewskiego, gdzie pod hasłem "Herbert" trafiłem na zakłopotaną wzmiankę o artykule Bielawskiej. Poza tym cisza, ale ta cisza coś mówi. Tfu! [1].

Tę opinię z wywiadu Wolniewicz wmontował potem jako osobną część w artykuł o - nigdy nie zgadniecie! - późnej filozofii Wittgensteina [2]. Zresztą, każda okazja była dla niego dobra, by wymierzyć Herbertowi prztyczek.

Pisze o poetce Annie Świrszczyńskiej i koniecznie musi zaraz dodać: "większej niż wszelkie Herberty" [3]. Pisze o śmierci - że budzi "smutek przemijania" - i przy okazji dziwi się Herbertowi, który po śmierci Tadeusza Kantora odczuwał - widocznie nieprawidłowo - "zaskoczenie, a nie smutek" [4].

Nawet we wspomnieniu o profesorze Marianie Przełęckim pojawia się Herbert jako przykład wspólnoty myśli ze zmarłym, bo Przełęcki też Herberta nie cenił. Ale to nie wystarcza i Wolniewicz musi jeszcze dorzucić od siebie parę cierpkich zdań:

Dęty patos Herbertowskiej etyki abstrakcyjnej - te jego "Bądź wierny, idź" czy "Jest we mnie płomień, który myśli" zadziwiał mnie swoją megalomanią. Albo ten "pan Cogito", czyli niby jakiś drugi Kartezjusz [5].
Niezbyt to celne docinki. Cytat lekceważąco niechlujny. Natomiast uwaga o panu Cogito jako niby jakimś drugim Kartezjuszu świadczy jedynie o tym, że Wolniewicz kompletnie nie miał słuchu do poezji Herberta, skoro nawet nie zauważył ironii, którą jest podszyta.

Również sprawa plagiatu w Barbarzyńcy w ogrodzie została przedstawiona z krańcową nieżyczliwością. Ani słowa o tym, że jednak sam Herbert wyjaśniał swoim czytelnikom, jak to u niego jest z powoływaniem się na źródła:

Sądziłem, że należy przekazać pewien zasób wiadomości o odległych cywilizacjach, a że nie jestem fachowcem, ale amatorem, zrezygnowałem ze wszystkich uroków erudycji: bibliografii, przypisów, indeksów. Zamierzałem bowiem napisać książkę do czytania, a nie do naukowych studiów [6].
Nie jest prawdą, że Herbert stał się sławny, bo akurat w Polsce lubią nadętych pozerów. W znacznej części jego sława przyszła do kraju z Zachodu: z USA i z Niemiec. Karl Jaspers, przecież nie Polak i filozof z pewnością nie gorszy od Bogusława Wolniewicza, pisał do Herberta:
oszczędność słowa, powściągliwość obrazowania, dosadność formy i wreszcie prawie ascetyczny język Pana wierszy bardzo mnie poruszają [7].
Nie jest też prawdą, jakoby Henryk Elzenberg dał się omamić Herbertowi, ponieważ ten w listach wychwalał pod niebiosa jego kiepskie wiersze i "najzwyczajniej mu kadził". Przeciwnie, Elzenberg był z Herbertem na zażyłej stopie zanim jeszcze doszło do wierszy. Nie dlatego bowiem go polubił, że ten mu kadził, ale dlatego zdecydował się pokazać mu swoje wiersze, że go polubił.

Wbrew temu, co można by sądzić na podstawie relacji Wolniewicza, Herbert o wierszach Elzenberga wypowiada się w korespondencji raczej skąpo i - jednak! - z umiarem. Ani razu nie zachęca go, by je drukował, nie dopomina się o więcej i sam z siebie tematu nie porusza. Z drugiej strony, czuje się chyba zobowiązany, by jakoś komentować coraz obfitsze poetyckie załączniki, które Elzenberg dodaje do swoich listów. Najobszerniejsza pochwała jest w gruncie rzeczy bardzo uprzejmie uczynioną uwagą, że wiersze starego profesora jednak cokolwiek trącą myszką [8].

I znów: można to nieżyczliwie nazwać lizusostwem, ale można też delikatnością, zwłaszcza że odbywało się to w zaciszu prywatnej rozmowy. Ot, coś jak pochwalenie pieczeni na proszonym obiedzie, choć podano ją mocno niedopieczoną. Nie jest wykluczone, że profesor Wolniewicz, nieuleczalny weredyk, w takiej sytuacji powiedziałby bezkompromisowo, by mu zabrać z talerza to świństwo. Można i tak, tyle że nieuleczalny weredyk nie powinien potem dziwić się, że drugi raz go nie zaproszą, i nie doszukiwać się w tym jakiejś zmowy [9].

Dlaczego Bogusław Wolniewicz aż tak bardzo nie znosił Zbigniewa Herberta, swojego byłego kolegi ("Herbert - kiedyś kolega z seminarium Elzenberga" [10]), że starał się przypiąć mu jakąś łatkę przy każdej nadarzającej się okazji?

Pierwszym powodem jest najprawdopodobniej różnica dróg życiowych. Otóż Wolniewicz pod koniec 1955 roku złożył podanie o przyjęcie do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a potem przez ćwierć wieku aktywnie ją wspierał. Jeszcze w roku 1970, podczas uroczystej sesji z okazji setnej rocznicy urodzin Włodzimierza Lenina, wygłaszał publicznie rytualne zaklęcia, że Lenin pozostaje "postacią, która nie ma sobie równej" [11].

Czemu to zrobił?

bo szła wielka przebudowa socjalizmu: życie wracało do normy, także to akademickie. [...] Był czas nadziei, chciało się w tym uczestniczyć, jakoś to wspomóc. Najprostszą zaś drogą było wstąpić do partii, która to dzieło przebudowy podjęła. I to uczyniłem (Wolniewicz. Zdanie własne, s. 54).

Ludzie jak ja wstępowali do partii, żeby w tej odnowie brać udział: nie siedzieć za piecem, tylko brać się do jakiejś roboty, żeby tę odnowę wspomóc [12].

Aż przykro czytać te bałamuctwa. Sytuacja się znormalizowała, więc żeby robić coś sensownego wstąpił do partii. Ale przecież jeżeli trzeba było wstąpić do partii, by robić coś sensownego, to sytuacja była z gruntu nienormalna! Bogusław Wolniewicz, tak klarowny i logiczny w pracach ściśle filozoficznych, gdy zabiera się do wyjaśniania swych wyborów ideowych, plącze się jak dziecko, które podjadło konfitury [13].

Elzenberg i Herbert naturalnie ani myśleli wstępować wówczas do PZPR. Gdy Herbertowi udało się w 1956 roku wydać swój pierwszy tomik poetycki, Strunę światła, Elzenberg pisze do niego:

Wiele serdecznych pozdrowień; no i coś w rodzaju gratulacyj, że "oni" Pana przecież wydrukowali (Korespondencja, s. 84; list z 12 września 1956).
A tu tymczasem Wolniewicz właśnie zapisał się do owych "onych". Nietrudno się domyślić, że musiało go to bardzo oddalić zarówno od Herberta, jak i od Elzenberga, którzy - według jego terminologii - siedzieli wtedy za piecem [14]. Siedzenie takie zaś powinno okazać się jałowe. Toteż gdyby przyznało się, że Herbert jednak zrobił coś dobrego dla polskiej kultury, trzeba by też przyznać, że można było sensownie działać i bez partyjnej legitymacji. I stąd chyba te kompulsywne przytyki, że Herbert to w istocie dęta sława i pretensjonalny megaloman.

Inna sprawa z Elzenbergiem. Wolniewicz do końca życia mówił o nim jako o swoim mistrzu, więc to jasne, że mistrz sam nie mógł być pozerem. Mógł co najwyżej mieć niefortunne aspiracje poetyckie, wskutek czego dawał się omamić pozerom. Swoją drogą, Wolniewicz nie czytał pism mistrza z przesadną uwagą. W rozmowie z Tomaszem Sommerem nie potrafił rozpoznać cytatu z najbardziej znanej książki Elzenberga i nawet powątpiewał w jego autentyczność [15].

Był też o Elzenberga i jego przyjaźń z Herbertem zwyczajnie zazdrosny. Co z tego, że jego relacje z Elzenbergiem pozostały poprawne i nawet dostał od niego dedykację: "Bogusławowi Wolniewiczowi, ongiś słuchaczowi, dziś koledze" (Wolniewicz. Zdanie własne, s. 96). To jednak nie on jest uważany za ukochanego ucznia, o którym Elzenberg mówił do najbliższych "mój Zbyszek" [16]. Nie ma niestety świadectwa, że o Wolniewiczu mówił do kogokolwiek "mój Boguś".

Wiadomo natomiast, że już wcześniej, jeszcze przed tą sprawą ze wstąpieniem do partii, w krytycznej chwili zdecydowanie nie chciał polegać właśnie na Bogusławie Wolniewiczu.

W archiwum Henryka Elzenberga zachował się jego list do przyjaciela, Mieczysława Wallisa, z 18 czerwca 1953 roku. Elzenberg miał wówczas kłopoty ze zdrowiem. Groziła mu operacja, a guz mógł się okazać złośliwy. W tej sytuacji postanowił zatroszczyć się o swoją spuściznę i zastanawiał się, komu mógłby powierzyć nad nią opiekę.

Chcę Cię obarczyć - pisał do Wallisa - kłopotliwym spadkiem moich wszystkich notatek, rękopisów i maszynopisów. Nie łączę z nimi wielkich nadziei. Przede wszystkim, najmniej trzy czwarte tego, to niewątpliwe śmiecie, nadające się tylko do spalenia. Po drugie: nie bardzo widzę, kto będzie miał czas, możliwości fizyczne i psychiczną wytrzymałość, żeby się w tym grzebać i dokonywać selekcji. Po trzecie: jakie są szanse nawet najlepszych z tych rzeczy w dzisiejszej rzeczywistości. Mimo to wszystko nie chcę rezygnować bez próby ratowania. Poza Tobą widzę, ze starszego pokolenia, jednego człowieka, który by tym rzeczom okazał napewno [sic!] niejakie zainteresowanie: jest to Konrad Górski (Toruń, Stalina 14). Nie bardzo Ci on swoimi sposobami myślenia odpowiada, ale przy Twojej i jego kulturze jakoś zdołacie się naradzić. Z młodych wymieniam przede wszystkim mojego ucznia poetę Herberta (Zbigniew Herbert, Warszawa 9, Wiejska 17 m. 6) i mocno powierzchownego, ale bystrego i szczerze mi życzliwego Dra Waldemara Voisé (Brwinów koło Warszawy, Sienkiewicza 7). Może innych młodych potrafili by wskazać Czeżowski lub tenże Górski. (Ale wykluczam absolutnie Bogusława Wolniewicza, którego mógłby wysunąć Czeżowski) [17].
O ile wiem, Bogusław Wolniewicz nigdy nie skomentował tej decyzji swego mistrza ani słowem. Ta cisza też coś mówi.

[1] Tomasz Sommer, Wolniewicz. Zdanie własne. Wywiad rzeka z najbardziej prawoskrętnym polskim profesorem filozofii, 3S Media, Warszawa 2010, s. 98-100. Dalej cytuję jako Wolniewicz. Zdanie własne.

Nb. wysuwanie grubych oskarżeń z powoływaniem się na książkę przejrzaną w księgarni, to fanfaronada, która nie przystoi profesorowi filozofii. Tym bardziej, gdy potem nawet tytuł tej książki podaje się z błędem. Matuszewski był znacznie wyrozumialszy w swoich sądach. "Gruby plagiat" Herberta nazywa półplagiatem i zastanawia się, jaki wpływ na postępki Herberta miała jego długoletnia ciężka choroba. Jest to dla niego co najmniej zagadkowe. Kończy zaś słowami:

"Nie ośmieliłbym się sformułować tezy, że te zagadki rzucają cień na wspaniałą twórczość poety. Ta obroni się na pewno. Ale zagadki jego powikłanej osobowości nieraz zapewne dadzą jeszcze o sobie znać" (Ryszard Matuszewski, Alfabet. Wybór z pamięci 90-latka, Iskry, Warszawa 2004, s. 158; wyróżnienie moje).

Kto chciałby wiedzieć więcej o chorobie Herberta, niech przeczyta w DODATKACH: "Zbigniew Herbert ma ChAD albo skandalicznie chory poeta".

[2] Bogusław Wolniewicz, O późnej filozofii Wittgensteina, [w:] Idem, Filozofia i wartości IV, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2016; o Herbercie na stronach 308-309.

[3] Bogusław Wolniewicz, Polska a Żydzi. O sprawach polsko-żydowskich i paru innych, 3S Media, Warszawa 2010, s. 182

[4] Bogusław Wolniewicz, O istocie religii, [w:] Idem, Filozofia i wartości. Rozprawy i wypowiedzi. Z fragmentami pism Tadeusza Kotarbińskiego, Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1993, s. 181.

[5] Bogusław Wolniewicz, Marian Przełęcki z mojej perspektywy, "Edukacja Filozoficzna" 2013, nr 56, s. 14.

[6] Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2004, s. 4; wyróżnienie moje. Nb. Bielawska również o tym wyjaśnieniu Herberta nie wspomina i dziwnym trafem w swojej demaskacyjnej robocie korzysta z jedynego wydania Barbarzyńcy w ogrodzie (z roku 1973), w którym się ono nie pojawia. Gdy jednak stawia się tak poważne zarzuty, wypadałoby nie być jedynie papugą Bielawskiej, lecz sprawdzić samemu, jak się rzeczy mają. Tego wymaga elementarna uczciwość - cnota bynajmniej nie z zakresu "etyki abstrakcyjnej". Kto zaś chciałby wiedzieć więcej, jak to było z plagiatem Herberta, niech przeczyta w DODATKACH: "Plagiator Zbigniew Herbert albo zmora powszechnego niechlujstwa".

[7] List Karla Jaspersa do Zbigniewa Herberta z 12 lutego 1968 cytuję za: Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom II: Pan Cogito, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 144.

[8] "Bardzo serdecznie dziękuję za długi list, za życzenia i za załącznik. Właśnie od tego załącznika zacząłem lekturę. Byłem przekonany, że jest to jakaś zagadka literacka w rodzaju: «zgadnij, kto to napisał». Wiersz podobał mi się bardzo, ale nie mogłem go odnieść do żadnego znanego mi autora. Epoka wydawała mi się trochę odległa - więc całość przypisałem... Norwidowi.

Ośmielony przykładem dzielnego asystenta i przyznanym mi prawem krytyki pozwolę sobie zakwestionować jedno miejsce. Otóż moje barbarzyńskie ucho razi nieco okrzyk-zaklęcie «na proroki». Moje pokolenie używa tego zaklęcia co najwyżej ironicznie" (Zbigniew Herbert, Henryk Elzenberg, Korespondencja, redakcja i posłowie Barbara Toruńczyk, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2002, s. 46; list z 2 stycznia 1953; wyróżnienie za oryginałem; dalej cytuję jako Korespondencja). Inne uwagi na stronach 51, 54 i 59. W sumie to Elzenberg więcej pisze o wierszach Herberta niż odwrotnie. A już "mentorem" nie można Herberta nazwać w żadnym wypadku!

[9] Na "grubą prowokację" i "dintojrę w biały dzień" skarżył się profesor Wolniewicz, gdy Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW odrzuciła w czerwcu 1998 r. wniosek o kolejne przedłużenie z nim - już od roku emerytem - umowy o pracę (zob. Wolniewicz. Zdanie własne, s. 69-70).

[10] Bogusław Wolniewicz, Epoka zamętu, [w:] Idem, Filozofia i wartości II, wydanie drugie, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018, s. 336. Ale nawet wspominając tamte czasy, musi o Herbercie wspomnieć źle:

"Herbert powiedział mi kiedyś szyderczo: «Ideałem profesora Kotarbińskiego byłoby poprowadzić wykład z logiki dla oficerów UB». Nie było to nic mądrego" (Bogusław Wolniewicz, Kotarbiński i Elzenberg, [w:] Idem, Filozofia i wartości III. Z fragmentem Księgi tragizmu Henryka Elzenberga i jego uwagami o Dociekaniach Wittgensteina, wydanie drugie, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018, s. 90).

[11] Bogusław Wolniewicz, Lenin i pozytywizm, "Kultura i Społeczeństwo" 1970, nr 4, s. 75. A dziewięć lat wcześniej pisał na przykład tak:

"Krytyka religii nie jest dla materializmu problemem, który wymagałby teoretycznego rozwiązania, ponieważ problem ten jest już rozwiązany definitywnie. Istnieje tylko zagadnienie czysto praktyczne doprowadzenia tego rozwiązania do świadomości szerokich rzesz społeczeństwa" (Józef Grudzień, Bogusław Wolniewicz, Propedeutyka filozofii. Materiały pomocnicze, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1961, s. 28).

[12] Bogusław Wolniewicz, W stronę rozumu, kompozycja tekstu Jarosław Faliński i Dorota Dywańska, WEMA, Warszawa 2015, s. 106. I jeszcze z miedzianym czołem dodaje, że przecież takich jak on oportunistów było w Polsce bardzo wielu:

"Jak to możliwe - pytają - że ja, opowiadający się za cywilizacją chrześcijańską, byłem 25 lat członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej? Mnóstwo ludzi wierzących było członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która w okresie swojego maksymalnego rozwoju - ilościowego - w latach siedemdziesiątych liczyła 3 mln członków - była jedną dziesiątą narodu. Co w tym zastanawiającego?".

Kto chciałby wiedzieć więcej o tym, jak Bogusław Wolniewicz wstępował do partii, niech przeczyta w OSOBACH: "Bogusław Wolniewicz wstępuje do PZPR albo chciało się uczestniczyć".

[13] Natomiast sam bardzo jest wyczulony na podobne cudze krętactwa:

"Autor tekstu przedstawia swoje wstąpienie do partii w 1954 r. jako akt «związania się z reformatorskim, antystalinowskim ruchem w partyjnej organizacji uniwersyteckiej». Tak jednak nie mogło być, bo w 1954 r. o takim «ruchu» nie było nawet mowy. Stracono już wprawdzie Berię, Abakumowa i Mierkułowa, ale lody stalinizmu jeszcze u nas ani drgnęły. (Trwały np. dalej egzekucje naszych oficerów, dalszy ciąg Katynia, tyle że wła­snymi rękami.) Lody drgnęły dopiero w 1955 r. wraz z odwilżą, a ruszyły rok później, po wiekopomnym 20. Zjeździe KPZR" (Bogusław Wolniewicz, Paszkwil (W sprawie Adama Schaffa), [w:] Idem, Filozofia i wartości II, wydanie drugie, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2018, s. 311).

Otóż i wspomnianego autora można bronić w podobny sposób, w jaki Bogusław Wolniewicz broni swoich życiowych wyborów. Pierwsze drgnienia lodów zaczęły się bowiem u nas niedługo po śmierci Stalina (rzecz zwykła po zgonie tyrana), toteż Józef Światło, wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, nie bez kozery uciekł na Zachód już pod koniec 1953 roku, obawiając się zapewne, że łatwo mógłby zostać kozłem ofiarnym w rysujących się na horyzoncie przemianach. I rzeczywiście, już w następnym roku Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zlikwidowano. Z wydarzeń znacznie mniejszej wagi: to właśnie w pierwszej połowie 1954 roku Leopold Tyrmand podpisuje z Czytelnikiem umowę na Złego, w związku z czym przestaje pisać swój słynny (dużo później) Dziennik 1954. Czyli drgało nie tylko w wielkiej polityce, lecz także w ludzkich losach.

Dlaczego zatem zamiast nazywać podobne uzasadnienie "konfabulacją" (jak nazwał je Wolniewicz), nie przyjąć wyrozumiale, że ów autor po prostu wcześniej postanowił nie siedzieć za piecem. Najwyraźniej był mniej wybredny i jemu te skromne drgnienia nowego wystarczały, a pewne pozostałości starego - nie przeszkadzały. Podobnie jak Bogusławowi Wolniewiczowi nie przeszkadzało pod koniec 1955 roku to, że szefem partii, do której się zapisuje, jest wciąż Bolesław Bierut, główny odpowiedzialny za ów "dalszy ciąg Katynia", ani to, że lody jeszcze nie drgnęły na tyle, by Prymas Polski mógł zostać zwolniony z internowania, ani nawet to, że w więzieniach nadal siedzą grube tysiące więźniów politycznych.

[14] Oddalenie to z czasem jeszcze narastało. W kilka lat później Bogusław Wolniewicz został bowiem protegowanym Adama Schaffa, ówczesnego nadzorcy polskiej filozofii, i z jego łaski dostał w Warszawie mieszkanie. Jak sam przyznaje: "to była wtedy duża rzecz. Profesor Schaff załatwił ją osobiście z premierem Józefem Cyrankiewiczem, który przydzielił mi mieszkanie ze swojej puli premierowskiej" (Wolniewicz. Zdanie własne, s. 59).

Natomiast Elzenberg i Herbert już od samego początku mieli o Schaffie ustalone zdanie własne i tak sobie dowcipkowali w listach:

Herbert do Elzenberga, 22 października 1951: "W Warszawie będę wydany na łup zaszaffionej filozofii [...].

Elzenberg do Herberta, 23 października 1951: "Pański list uświadomił mi możliwość kalamburu na temat młodych adeptów, którzy nic nie widzą, bo «siedzą w szafie». Ale jest to chyba kalambur zbyt łatwy, by nie miał być wyzyskany od dawna? (Korespondencja, s. 10-11).

I jeszcze wspomnienie o Wolniewiczu z tamtych lat pisane z innej perspektywy:

"Po raz pierwszy zobaczyłem B. Wolniewicza w 1962 roku. We wrześniu odbywało się studenckie seminarium filozoficzne w Bukowinie Tatrzańskiej. Jednym z wydarzeń był przyjazd Adama Schaffa, któremu towarzyszyło kilka osób, m.in. Wolniewicz. Trudno byłoby powiedzieć, że poznaliśmy się osobiście. Tak czy inaczej, dobrze pamiętam szczupłego, krótko ostrzyżonego asystenta Schaffa, w nieco przykrótkich spodniach. [...]

W 1968 r. chodziły słuchy, że sympatyzował z ówczesnym trendem, powiedzmy, antysyjonistycznym. Niektórzy tłumaczyli to rywalizacją o schedę po Schaffie. Był nawet przez jakiś czas kierownikiem Zakładu Filozofii w Instytucie Filozofii UW, ale zrezygnował z tej funkcji" (Jan Woleński, O Bogusławie Wolniewiczu, "Przegląd Filozoficzny - Nowa Seria" 2018, nr 3, s. 85, 87).

Nb. autor uważa - z czym się zgadzam - "że Bogusław Wolniewicz był jednym z najwybitniejszych filozofów polskich działających po 1945 roku" (s. 86).

[15] "[Sommer] - Elzenberg powiedział: «Ludzie lepiej się rozumieją, gdy niezupełnie racjonalnie myślą, a mówią w jakimś stopniu metaforycznie.» Czy nie od takiej postawy uciekają filozofowie ze szkoły analitycznej?

[Wolniewicz] - Nie znam takiego powiedzenia Elzenberga i wręcz wątpię w jego autentyczność" (Wolniewicz. Zdanie własne, s. 95).

Sommer nie protestował, bo może wziął to powiedzenie z Wikicytatów albo z innego źrodła tego typu i wstydził się na nie powołać. Zdanie jest jednak autentyczne, choć wyrwane z kontekstu zmieniło się, trochę sztucznie, w abstrakcyjną maksymę:

"1 VII. «To co tajemnicze, to ludzi wiąże, gdy to co racjonalne ich dzieli» [entzweit, a więc nawet skłóca]. - Powiedział to niejaki p. Sauter z Wiednia [...].

W mojej wersji trochę inaczej: ludzi nie tyle to «wiąże» ile ludzie lepiej się rozumieją, gdy niezupełnie racjonalnie myślą, a mówią w jakimś stopniu metaforycznie. Klasycznym dla mnie przykładem była rozmowa z Berentem (w związku z pismem, które wtedy zakładał) o pisarzach i krytykach polskich. Mówiliśmy metaforami - a jakeśmy się rozumieli!" (Henryk Elzenberg, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, wydanie II, zmienione i uzupełnione, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994, s. 299-300).

W innym znów miejscu Wolniewicz niefrasobliwie zapewnia: "Zauważmy, że w pismach Elzenberga termin «altruizm» w ogóle nie występuje" (Marian Przełęcki z mojej perspektywy, s. 7). Owszem, "altruizm" czy "altruistyczny" to u Elzenberga wielka rzadkość (ale zob. Henryk Elzenberg, Pisma etyczne, opracował oraz wstępem opatrzył Lesław Hostyński, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2001, s. 73, s. 137, s. 139, s. 167, s. 214, s. 272). Wolniewicz jednak napisał "zauważmy" i "w ogóle", nie zaś "zdaje mi się" i "chyba rzadko", a od filozofa przywiązującego taką wagę do logiki można wymagać większej odpowiedzialności za słowo.

Nb. również twierdzenie, że termin "autocentryzm" wprowadził do literatury dopiero Elzenberg (Bogusław Wolniewicz, Aksjomat Elzenberga, "Przegląd Filozoficzny - Nowa Seria" 2017, nr 4, s. 286, przypis 11) nie ma podstaw. Jest ten termin już u Brzozowskiego i to w znaczeniu chyba bliskim Elzenbergowi (Głosy wśród nocy. Studya nad przesileniem romantycznem kultury europejskiej, z teki pośmiertnej wydał i przedmową poprzedził Ostap Ortwin, Lwów 1912, s. 359). Wiadomo zaś, że Elzenberg czytał Brzozowskiego.

[16] Zob. Lesław Hostyński, Mistrz i uczeń. O Henryku Elzenbergu i Zbigniewie Herbercie, "Tygodnik Powszechny" 1999, nr 16, dodatek "Kontrapunkt", s. III, VIII. Hostyński opiera się tam "na relacji bratowej Elzenberga, pani Heleny Wirskiej" (przypis 6).

[17] Henryk Elzenberg, [Z archiwum Henryka Elzenberga], "Heksis" 1998, nr 2, s. 97. W dalszej części listu Elzenberg wydaje dyspozycje co do swojej biblioteki: "[...] część (co tylko Cię będzie interesowało) zachowałbyś dla siebie, a pewną ilością książek należałoby w nierównych dawkach, obdarować różne osoby, - przede wszystkim Herberta" (s. 98; podkreślenie za oryginałem). Fragmenty tego listu (łącznie z frazą "Ale wykluczam absolutnie Bogusława Wolniewicza") znajdują się również w: Robert Zaborowski, Dramat filozofa. Henryk Elzenberg w rękach wydawców (1), "Przegląd Artystyczno-Literacki", 2000, nr 4, s. 82-92.

Bogusław Wolniewicz wstępuje do PZPR
albo chciało się uczestniczyć

Bogusław Wolniewicz zgodził się opowiedzieć Tomaszowi Sommerowi o swoim życiu i przemyśleniach, a książka z tą opowieścią została opatrzona na okładce dumnym podtytułem Wywiad rzeka z najbardziej prawoskrętnym polskim profesorem filozofii [1].

W trakcie wywiadu jednak dość szybko okazuje się, że "najbardziej prawoskrętny polski profesor filozofii" złożył w 1955 roku podanie o przyjęcie do PZPR, Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej [2], a potem tak mu się, widać, spodobało, że został w niej na całe ćwierć wieku.

Złożył zaś owo podanie nie w nierozumnym szale pryszczatej młodości (miał zresztą wtedy już 28 lat), lecz z przyczyn prozaicznych. Oto otworzyła się przed nim możliwość pracy w zawodzie, na stanowisku adiunkta w gdańskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej, a "była to - powiada - dla mnie wówczas duża rzecz, także materialnie" (s. 54). "- To był taki wymóg?" - dopytuje jeszcze Sommer, chcąc może jakoś ratować tę zapowiedzianą prawoskrętność, a profesor Wolniewicz odpowiada na to, że nie, żadną miarą. Bo o wszystkim zadecydował jego dar proroczy.

- Nikt absolutnie wstąpienia do partii ode mnie nie wymagał, ani mnie o to nie pytał. Powód mojej decyzji był zupełnie inny. Wracałem do nauki, bo szła wielka przebudowa socjalizmu: życie wracało do normy, także to akademickie. W lutym 1956 r. obradował wiekopomny XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, który potępił kult Stalina i jego zbrodnie. Był czas nadziei, chciało się w tym uczestniczyć, jakoś to wspomóc. Najprostszą zaś drogą było wstąpić do partii, która to dzieło przebudowy podjęła. I to uczyniłem (s. 54, wyróżnienie moje).
Dlaczego zadecydował dar proroczy? Otóż był on niewątpliwie niezbędny, by pod koniec roku 1955 nabrać chęci do uczestniczenia w październikowym przełomie roku 1956, który stał się możliwy dzięki temu, że "w lutym 1956 r. obradował wiekopomny XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego", że zaraz potem umarł Bolesław Bierut, że w czerwcu 1956 doszło do demonstracji robotników Poznania... etc. etc. etc. A że proroctw często dokonuje się w transie, gdy w stanie bezosobistego zachwycenia zacierają się granice jaźni, jakby mniej dziwi i ta dziwna bezosobowa forma: "chciało się w tym uczestniczyć...". Chciało się? A może jednak sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!?

Nie bez przyczyny wróż Bogusław skupia się potem właśnie na roku 1956 i nierozgarniętego Tomasza Sommera poucza belferskim tonem (gdyż profesor Wolniewicz uwielbia pouczenia!), co też się wtedy takiego wydarzyło:

Jak wielu, nie docenia Pan ogromu przemiany politycznej, jaka się u nas w 1956 roku dokonała. To było jak otwarcie okien w straszliwie dusznym pokoju. [...] W 1956 roku wychodziliśmy z lochu na światło dnia, niektórzy dosłownie. Czy pokolenie, do którego Pan należy, nie jest już zdolne tego pojąć? (s. 55).
Rzecz jednak w tym, że on wiadome podanie złożył - podkreślam - pod koniec roku 1955, nie zaś pod koniec roku 1956, w świetle dnia i na fali ogólnego entuzjazmu. A cóż to za różnica? - zapytacie. I to PRL, i to PRL, a Stalin już i tak dawno umarł. Otóż różnica była, i to wielka, o czym profesor Wolniewicz dobrze wie. Historia bowiem zerwała się wówczas z łańcucha i popędziła tak gwałtownie, że obraz sytuacji zmieniał się już nawet nie z miesiąca na miesiąc, a z tygodnia na tydzień. I nic też, aż do samego końca, nie było przesądzone.

Nikt też pod koniec 1955 roku nie mógł wiedzieć (prócz, naturalnie, wróżów i proroków), że partia rzeczywiście podejmie "dzieło" jako tako trwałej przebudowy. Że poznański czerwiec 1956 nie skończy się jedynie pogróżkami o odrąbywaniu ręki wzniesionej na władzę ludową [3]. Że wreszcie polskie przemiany nie zostaną ostatecznie utopione we krwi - jak stało się w listopadzie 1956 roku na Węgrzech. A mimo to młodego magistra Wolniewicza już wtedy ogarnęła chęć, by "jakoś to wspomóc".

Co w przemianach 1956 roku do dziś najbardziej podoba się najbardziej prawoskrętnemu polskiemu filozofowi? Otóż "silna, bojowa organizacja partyjna" i porywający pokaz demokracji, wprawdzie tylko "wewnątrzpartyjnej", ale zawsze.

Dopisało mi przy tym szczęście: w gdańskiej WSP była silna, bojowa organizacja partyjna, która umiała zrobić właściwy użytek z otwierających się możliwości dyskusji i działania. Już latem 1956 roku, na moich oczach, organizacja obaliła najpierw swojego I sekretarza i wybrała nowego (został nim znany później historyk Roman Wapiński). Następnie zaś doprowadziła do odwołania bierutowskiego rektora WSP, niejakiego Czerneckiego - wbrew silnemu oporowi władz partyjnych i ministerialnych. [...] Dla mnie był to pokaz demokracji wewnątrzpartyjnej w działaniu i walce, coś porywającego. Dziś w żadnej szkole wyższej niczego podobnego Pan nie uświadczy, tempi passati (s. 55-56) [4].
Ostatniemu zdaniu cokolwiek przeczy zamieszczona dalej opowieść o tym, jak to w czerwcu 1998 roku Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW w tajnym demokratycznym głosowaniu odrzuciła wniosek o przedłużenie umowy z emerytowanym profesorem Wolniewiczem. Tym razem jednak, spoglądając na wyczyny demokracji od drugiej strony, profesor nie uznał, że był to porywający pokaz, lecz "dintojra w biały dzień" (s. 70) [5].

Jak to sam później stwierdził na podstawie swojego długiego doświadczenia życiowego:

Jesteśmy mało czuli na zło, które płynie z nas i godzi w innych, a bardzo czuli na to, które płynie z innych i godzi w nas (O Polsce, s. 68).
Również w książce, z której pochodzi to zdanie, profesor Wolniewicz wspomina o przełomie roku 1956. Co prawda w jeszcze bardziej patetycznym tonie, ale za to z większą precyzją oznacza jego chronologiczne ramy:
Rok 1956 był w Polsce i w całym bloku państw socjalistycznych czasem olbrzymich przemian politycznych. Początek dał im w lutym wiekopomny XX Zjazd KPZR, u nas zaś ukoronował je w październiku dramatyczny powrót do władzy Władysława Gomułki, a z nim elementarnych zasad praworządności. Upadł stalinizm; z narodu zdjęta została jego groza, milcząca a wszechobecna. Rok 1956 był w życiu Polaków przełomem większym niż potem rok 1989 (O Polsce, s. 90) [6].
Tak więc początek istotnych przemian politycznych to luty 1956, właściwy zaś przełom następuje wraz z powrotem do władzy w październiku 1956 Władysława Gomułki. I dopiero wtedy - po przywróceniu "elementarnych zasad praworządności" - można sensownie orzec, że i "życie wracało do normy". Normy zresztą - co koniecznie wypada podkreślić! - nad wyraz niewyszukanej. Budzącej sympatię jedynie w zestawieniu z grozą stalinizmu.

Natomiast pod koniec 1955 roku więzienia wciąż jeszcze są pełne, bo znacząca amnestia będzie dopiero w kwietniu 1956 [7], nadal internowany jest prymas Polski, kardynał Wyszyński (uwolniony zostanie dopiero pod koniec października 1956), a sam bohater października, Władysław Gomułka, wprawdzie już nie siedzi, ale i do partii nie należy, bo wyrzucono go z niej 5 lat wcześniej. Na razie bowiem od Gomułki partia bardziej woli chętnego magistra Wolniewicza [8].

Zaiste, osobliwe są te wyznania najbardziej prawoskrętnego polskiego filozofa. Bez cienia żenady wspomina o tym, jak w latach 60. profesor Schaff, partyjny nadzorca polskich filozofów, obdarował go mieszkaniem: "[...] to była wtedy duża rzecz. Profesor Schaff załatwił ją osobiście z premierem Józefem Cyrankiewiczem, który przydzielił mi mieszkanie ze swojej puli premierowskiej" (s. 59). A także o tym, jak bez problemu wyjeżdżał z wykładami do USA. Mimo to jednak uważa się za człowieka uparcie niezależnego, "którym niełatwo powodować".

Natomiast jego opowieść o niegdysiejszych motywach wstąpienia do PZPR to już ani prawoskrętność, ani nawet lewoskrętność, ale zwyczajne krętactwo [9].

[1] Tomasz Sommer, Wolniewicz. Zdanie własne, 3S Media, Warszawa 2010. Dalej numery stron z tego wydania w nawiasach okrągłych.

[2] "Podanie o przyjęcie do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej złożyłem w końca 1955 r. a przyjęto mnie w 1956" (s. 54). "Złożyłem w końca" to pisownia oryginału. Takich niechlujstw jest zresztą w tej książce znacznie więcej: "różnicy miedzy jego" (s. 44), "nie ma wiec co liczyć" (s. 46), "interesowałem sie" (s. 47), "pierwszy na świcie stos atomowy" (s. 62), "tych szczebli byłe bodaj aż pięć" (s. 63), "oskarżenia o nienawiści rasową" (s. 106), "wypadek do efekt bałaganu" (s. 159) etc. etc. Bruno Schulz trzy razy pisany "Szulc" (s. 111 oraz w indeksie na s. 231). Henryk Sieńkiewicz (s. 144). Czyżby spisywał to z nagrania mniej bystry gimnazjalista?

Wypadałoby też poprawić oczywiste omyłki. Na przykład wbrew temu, co twierdzi Wolniewicz (s. 53), Wiktor Abakumow nie został aresztowany razem z Berią w 1953 roku, ale dwa lata wcześniej i zrobił to właśnie Beria. Z kolei w stwierdzeniu, że w Soborze Watykańskim II "uczestniczył w roli «adiutora», czyli doradcy, prof. Stefan Świeżawski", są dwa błędy. Po pierwsze, nie "Świeżawski", lecz "Swieżawski". Po drugie, był nie "adiutorem", lecz "audytorem", czyli świeckim obserwatorem soboru. W tym wypadku źródłem błędu nie jest jednak oczywista omyłka, lecz niewiedza profesora Wolniewicza, który oba te błędy powtarza również w innej książce. Zob. Bogusław Wolniewicz, O Polsce i życiu. Refleksje filozoficzne i polityczne, Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski, Komorów 2011, s. 81: "Usłyszałem wtedy w jakiejś po­wtórkowej audycji radiowej wypowiedź Stefana Świeżawskiego o II Soborze Watykańskim, którego był adiutorem i gorącym zwolennikiem". Dalej cytuję jako O Polsce.

[3] Chodzi o słynne słowa premiera Józefa Cyrankiewicza. W przemówieniu radiowym wygłoszonym 29 czerwca 1956 powiedział on między innymi:

"Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podwyższenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny" (spisałem z nagrania dostępnego tutaj).

Cyrankiewicz przeczytał to z kartki, więc brutalny zwrot o "odrąbywaniu ręki" nie wypsnął mu się przypadkowo. Bezceremonialna zapowiedź rąbania rąk do dziś robi wrażenie, toteż czasem, nawet w pracach naukowych, powtarza się ten zwrot w błędnej, lecz nieco łagodniejszej wersji, która już mniej kojarzy się z rzeźnią, a bardziej z chirurgicznym zabiegiem. Zob. Antoni Czubiński, Dzieje najnowsze Polski. Polska Ludowa (1944-1989), Wielkopolska Agencja Wydawnicza, Poznań 1992, s. 298: "...że mu tę rękę władza ludowa odetnie..." (wyróżnienie moje). Ta sama wersja również w popularnej książce PRL dla początkujących Jacka Kuronia i Jacka Żakowskiego (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, s. 89).

Józef Cyrankiewicz był też wtedy nie tylko premierem, ale równocześnie członkiem Biura Politycznego KC PZPR, czyli ścisłego kierownictwa partii. W dodatku jego liberalniejszej części; tej właśnie, co to przymierzała się do podjęcia "dzieła przebudowy", które tak chciało się wspomóc ówczesnemu magistrowi Wolniewiczowi. Wprawdzie w swoim przemówieniu Cyrankiewicz zachęcał również do wyrażania "zdrowej patriotycznej krytyki naszych braków, błędów i niedociągnięć" i obiecywał wspólną walkę "o dalszą demokratyzację naszego życia", ale zapowiedź "odrąbywania ręki" wygłoszona w czasie, gdy z ulic Poznania ściągano kilkadziesiąt świeżych trupów, brzmiała groźnie i złowieszczo. Nic jednak nie wiadomo o tym, by magister Wolniewicz próbował wtedy wycofać swoje podanie czy przerwać staż kandydacki. Najwyraźniej uznał, że za te wyczyny partii, do której przylgnął, może wziąć moralną odpowiedzialność.

[4] Różne życiowe decyzje Bogusława Wolniewicza sprzed prawie 60 lat można ostatecznie złożyć na karb jego ówczesnej słabości umysłowej. Zaczynał wtedy już wprawdzie rozumieć Wittgensteina, ale nie rozumiał jeszcze, że socjalizm może zakończyć się wyłącznie klapą:

"Socjalizm jako idea parł znowu naprzód, a za nim wielu z nas - nieświadomych jeszcze, że jego strukturalna sprzeczność z realiami natury ludzkiej skazuje ten ustrój z góry na nieuchronną porażkę" (O Polsce, s. 91; wyróżnienie moje).

Nic jednak nie usprawiedliwia jego dzisiejszego pogardliwego tonu wobec "niejakiego Czerneckiego", bierutowskiego rektora, skoro on sam również zdecydował się wstąpić do PZPR jeszcze w czasach Bieruta, a więc i jego można śmiało nazwać partyjniakiem z zaciągu bierutowskiego.

Jeśli zaś idzie o "niejakiego Czerneckiego", czyli profesora Romana Czerneckiego, to prócz bierutowskich grzeszków, miał on także - wcześniej i później - rzeczywiste zasługi. W każdym razie na pewno dobrze wychował swego syna i choćby w ten sposób, pośrednio, dobrze zasłużył się Polsce.

[5] Cała relacja profesora Wolniewicza o tym wydarzeniu przedstawia się następująco:

"- Moje odejście na emeryturę nie było tak proste. Rzeczywiście we wrześniu 1997 r. moje etatowe zatrudnienie na UW wygasło z mocy prawa, bo ukończyłem wtedy 70. rok życia. Istniała jednak możliwość, by zatrudnienie przedłużyć na kolejny rok w formie umowy o pracę. Tak też w 1997 roku uczyniono i miano powtórzyć w roku następnym. Tymczasem zorganizowano wobec mnie grubą prowokację, w następstwie której Rada Wydziału Filozofii i Socjologii UW w czerwcu 1998 r. wniosek o przedłużenie ze mną umowy odrzuciła. (A miałem najliczniej uczęszczane seminarium na wydziale, regularnie około pięćdziesięciu osób, podczas gdy u innych bywały trzy - cztery). O atmosferze jaka temu wyświeceniu mnie z uniwersytetu towarzyszyła, mówi coś przebieg owego zebrania rady: w tajnym głosowaniu 14 głosów było za przedłużeniem ze mną umowy, 22 - przeciw, nikt się nie wstrzymał; pełna polaryzacja stanowisk, ale bez żadnej dyskusji: przed głosowaniem nikt słowem nie pisnął, choć było o czym. Nie, w głuchym milczeniu dintojra w biały dzień" (s. 69-70).

Na czym polegała "gruba prowokacja" i dlaczego tajne głosowanie bez żadnych nacisków, gróźb etc. miałoby być dintojrą - nie wiadomo. Natomiast prawdą jest, że profesor Bogusław Wolniewicz nigdy nie należał do osób szczególnie lubianych wśród pracowników Wydziału Filozofii i Socjologii UW. Kto chciałby wiedzieć, skąd się to mogło brać, niech przeczyta choćby taki przypis z pewnej księgi pamięci:

"[Elżbieta Pietruska-Madej] opowiadała mi dwukrotnie, jak to kilka lat wcześniej Bogusław Wolniewicz domagał się zwolnienia Jej z pracy w Instytucie Filozofii UW, jako że nie tylko nie była członkiem PZPR, ale kiedyś nie przyszła na akademię zorganizowaną z okazji komunistycznego święta" (Wojciech Sady, Obiektywna sytuacja generująca model atomu Bohra, [w:] Odkrycie naukowe i inne zagadnienia współczesnej filozofii nauki. Pamięci Elżbiety Pietruskiej-Madej i Jana Żytkowa, redakcja Władysław Krajewski, Wydawnictwo Naukowe Semper, Warszawa 2003, s. 108, przypis 15).

Jest to tylko prywatne wspomnienie, ale prawdopodobne, gdyż w tamtym czasie docent Wolniewicz spełniał się także jako mówca podczas uroczystej sesji z okazji setnej rocznicy urodzin Włodzimierza Lenina (rok 1970). Drukowaną wersję jego referatu rozpoczyna zdanie: "Zacznijmy od uświadomienia sobie oczywistego przecież faktu, że Włodzimierz Iljicz Lenin zajmuje w dziejach filozofii pozycję wyjątkową". Potem podkreśla się, że Lenin był i pozostaje "postacią, która nie ma sobie równej". Całość zaś kończy następujący wywód:

"Natomiast zupełnie inaczej wygląda sprawa z egzystencjalizmem i filozofią chrześcijańską. [...] Idee te są naturalnie pewnym zjawiskiem społecznym [...] Ale serio można je traktować jedynie jako przedmiot badania - jak kabalistykę czy spirytyzm - nie zaś jako oponenta w dwustronnej filozoficznej dyskusji. W zakresie teorii kierunki te nie mają nam bowiem nic do powiedzenia.

Takie oto nauki zdają się płynąć z refleksji nad filozoficznym dziełem Włodzimierza Lenina, ojca dwudziestowiecznego marksizmu" (Bogusław Wolniewicz, Lenin i pozytywizm, "Kultura i Społeczeństwo" 1970, nr 4, s. 75, 84; wyróżnienia za oryginałem).

[Dopisek] Nieco więcej o "grubej prowokacji", zorganizowanej podobno wobec prof. Wolniewicza, napisał już po jego śmierci Paweł Okołowski, ale i on ostatecznie nie wyjaśnia, kto tę prowokację zorganizował i w jakim celu. Przeciwnie, jeszcze powiększa zamęt, bo opowieść o tym, jak profesor Wolniewicz domagał się od Rady Wydziału ukarania awanturującego się na jego seminarium doktoranta, kończy tak:

"Postąpił jak Luter, z jego «stoję tu, bo inaczej nie mogę», czym sprowokował kolegów. Wniosek odrzucono. Wówczas Wolniewicz powiedział, co o tym myśli, i opuścił posiedzenie. Głosowano następnie przedłużenie Profesorowi zatrudnienia na rok akademicki 1998/1999. W tajnym głosowaniu, bez jakiejkolwiek dyskusji, za Wolniewiczem padło 14 głosów, a przeciw niemu 22 (nikt się nie wstrzymał). On uznał to za dintojrę" (Paweł Okołowski, Fenomen Bogusława Wolniewicza, [w:] Bogusław Wolniewicz, Polska a Żydzi. O sprawach polsko-żydowskich i paru innych, 3S Media, Warszawa 2018, s. 33; wyróżnienie moje).

Kto tu zatem był prowokującym, a kto prowokowanym?

Nb. wspomnienie Okołowskiego o profesorze Wolniewiczu nie jest wolne od egzaltacji, czasem dość niefrasobliwej:

"4 sierpnia 2017 r. wysłużony mięsień sercowy Profesora definitywnie odmówił posłuszeństwa, przepompował bowiem tyle krwi - jak to kiedyś jego użytkownik oszacował - ile wody mieści Zalew Zegrzyński" (s. 42).

Trudno uwierzyć, by Wolniewicz, człowiek ceniący rzetelność i tępiący fanfaronadę, powiedział kiedyś taką bzdurę. Proste wyliczenie, na poziomie szkoły podstawowej, pokazuje, że jest to przeszacowanie mniej więcej czterystukrotne. Serce człowieka przepompowuje w ciągu 90 lat około ćwierć miliona metrów sześciennych krwi, natomiast Zalew Zegrzyński mieści niemal 100 milionów metrów sześciennych wody. Dlatego również inne anegdoty przytaczane przez Pawła Okołowskiego rozsądnie będzie potraktować z rezerwą.

[Kolejny dopisek] I kolejna anegdota, ale również do potraktowania z rezerwą.

"Rektor [Krzysztof Michalski, rektor Instytutu Nauk o Człowieku]: Spotykam w późnych latach 70. na Krakowskim Dzidka Jankowskiego [Henryka Jankowskiego, wtedy dyrektora Instytutu Filozofii UW]. A on mówi - Krzysiu, Wolniewicz napisał na mnie donos, że nie lubię Związku Radzieckiego. Krzysiu - ja? Ja nie lubię Związku Radzieckiego?" (Piotr Nowak, Filozofowie (w trzech słowach), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, s. 256).

Jest też w tej książce w innym miejscu osobny portret Bogusława Wolniewicza, utkany ze sprzeczności (s. 369-389). Wedle Nowaka, Wolniewicz mówi "kompetentnie i z właściwą jego myśleniu precyzją", a jednocześnie w rusko-sowieckim tonie ordynarnie "ruga" za brak precyzji studentów i młodszych pracowników naukowych. Po czym kilkanaście stron dalej Nowak sam ruga Wolniewicza, podobno o czymś tam piszącego "kocopoły". W co jednak trzeba rugającemu uwierzyć na słowo.

[6] Można się z tej książki również dowiedzieć, że magister Wolniewicz bynajmniej nie należał w hierarchii partyjnej do szeregowców:

"Sam też byłem w ów ruch [olbrzymich przemian] zaangażowany, choć na niskim szczeblu: I sekretarza KU PZPR w gdańskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej" (s. 91).

Profesor Wolniewicz wspominając swoje partyjne boje jest stanowczo zbyt skromny. W tym samym czasie na Uniwersytecie Warszawskim funkcję I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR pełnił Stanisław Kociołek, później wicepremier i członek Biura Politycznego, nb. współodpowiedzialny za masakrę na Wybrzeżu w roku 1970. Była to więc piękna odskocznia do dalszej kariery partyjnej i byle komu sekretarzować na wyższej uczelni nie pozwalano.

[7] Jeszcze w marcu 1956 roku dyrekcja więzienia we Wronkach wystawia następującą opinię o więźniu Jerzym Braunie, pisarzu i filozofie: "karany [...] za prowadzenie wykładów anty-Marksistowskich wśrod więzniów, co tym samym ujemnie wpływał na pozostałych więzniów. [...] Zaznacza się że w/w nie przeanalizował jeszcze dotychczas swego przestepstwa i stara sie wszelkimi metodami przekonywac iz jest nie winny" (Joanna Siedlecka, Obława. Losy pisarzy represjonowanych, Prószyński i S-ka, Warszawa 2005; spisałem z fotokopii zamieszczonej na stronie 68 zachowując styl i pisownię oryginału).

W więzieniu siedzi wtedy także wielu innych więźniów politycznych: na przykład ksiądz Józef Lelito skazany w sfingowanym procesie księży Kurii Krakowskiej, czy autor Rozmów z katem, Kazimierz Moczarski. Ten ostatni jeszcze we wrześniu 1956 apelował do pułkownika Jana Rzepeckiego, by ujął się za swoimi ludźmi:

"O ile się orientuję, liczba byłych żołnierzy armii konspiracyjnej siedzących do dzisiaj za kratami jest znaczna. Męczą się, cierpią, niszczeją - wraz z rodzinami. Ta grupa więźniów, o jakiej piszę, pozostaje nadal nieobecna w życiu dlatego przede wszystkim, że była niegdyś posłuszna - każdy na swój sposób - Pańskim rozkazom, nakazom, apelom, wpływom czy kapitałowi żołnierskiego długoletniego wychowania, które Pan prowadził w AK i w założonym przez siebie WIN-ie" (Kazimierz Moczarski, Odpis listu do płk. J. Rzepeckiego, "Zeszyty Historyczne", 1984, nr 68, s. 234; wyróżnienie moje).

[8] Prawdziwa ironia losu, gdyż profesor Wolniewicz do dziś pozostaje wielkim admiratorem Władysława Gomułki. Tak ślepą miłością w Gomułce zakochanym, że próbującym oczyścić go nawet z oczywistych podłości, jak obrzucenie błotem Pawła Jasienicy w roku 1968. Poważnych argumentów za takim oczyszczeniem nie ma żadnych, są tylko wysilone domysły. Za dowód musi więc ostatecznie starczyć zapewnienie, że "[...] Gomułka nie był z tych, co łatwo rzucają gołosłowne oszczerstwa. Był autokratą, ale od wielu różnił się tym, że był zarazem człowiekiem uczciwym" (Zbigniew Musiał, Bogusław Wolniewicz, Ksenofobia i wspólnota, wydanie drugie, poszerzone, Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski, Komorów 2010, s. 359). Co więcej, Gomułka był także rozumny i niezależny (s. 227).

Natomiast w rozmowie z Tomaszem Sommerem uczynił Bogusław Wolniewicz takie oto wyznanie:

"Chciałbym tu jeszcze coś dodać na temat Władysława Gomułki. Odkąd samodzielnie zacząłem myśleć politycznie, czyli od przełomu lat 1955/56, stałem się i pozostałem do dziś jego stanowczym zwolennikiem. Co więcej, uważam go za jednego z trzech najwybitniejszych mężów stanu - obok Józefa Piłsudskiego i Stefana Wyszyńskiego - jakich wydała Polska w XX wieku. Karola Wojtyłę tu pomijam, bo to inna kategoria wagowa: nie polska, lecz światowa" (s. 43-44; wyróżnienie moje).

Wyznanie zastanawiające, gdyż profesor Wolniewicz nie powiedział, że - na przykład - uważa Gomułkę za najlepszego z naszych komunistycznych przywódców albo najbardziej niezależnego od Moskwy. Ani tym bardziej nie powiedział, że docenia pewne jego osiągnięcia (co mógłby powiedzieć człowiek o dowolnych poglądach politycznych). Powiedział, że stał się i pozostał do dziś stanowczym zwolennikiem Gomułki. A 'zwolennik' to nie jest osoba doceniająca coś u kogoś, lecz osoba, która kogoś popiera. Nie można jednak popierać Gomułki bez popierania celów, które Gomułka sobie stawiał, to znaczy bez popierania budowy w Polsce socjalizmu i komunizmu. To zaś jest nie do pogodzenia nawet ze śladową "prawoskrętnością". Owszem, można sensownie utrzymywać, że chociaż Gomułka stawiał sobie takie cele, naprawdę wychodziło mu co innego. Ale z kolei kogoś takiego, komu wychodzi coś innego niż to, co sobie zamierzył, nie sposób nazwać wybitnym mężem stanu.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Bogusław Wolniewicz wstępował do PZPR, Paweł Hertz PZPR opuszczał. Ale mimo tej decyzji cenił Gomułkę w zasadzie za to samo, co Wolniewicz.

"Już chyba mówiłem, że ceniłem Gomułkę za tak rzadkie u komunistów pojmowanie wagi kwestii narodowej, podejście do sprawy rolnej, stosunek do kwestii ziem nowych, świadomość, że wyznawaną doktrynę trzeba realizować na konkretnym obszarze geopolitycznym i historycznym. Uznałem, że Gomułka jest «optymalny», ale nie byłem «gomułkowcem». Z jego powrotem nie wiązałem też nadziei nadmiernych. Zdawałem sobie sprawę, że partia przez niego kierowana, jak zresztą żadna partia komunistyczna, której istotą jest aparat partyjny, nie może oprzeć się na społeczeństwie, że co najwyżej może zawrzeć z nim rodzaj cichej umowy i że nie może zrezygnować z aparatu, ów bowiem stanowi o istocie sprawowanej wciąż z rosyjskiego ramienia władzy" (Sposób życia. Z Pawłem Hertzem rozmawia Barbara N. Łopieńska, Iskry, Warszawa 2016, s. 145).

Rzecz zatem sprowadzała się ostatecznie nie tyle do poglądów, ile właśnie do chęci, by uczestniczyć - choćby jako mały trybik - w aparacie, który stanowił "o istocie sprawowanej wciąż z rosyjskiego ramienia władzy". Wolniewiczowi chciało się uczestniczyć, a Hertzowi nie chciało.

[9] O przynależności do PZPR profesor Wolniewicz opowiada również w filmie dostępnym na YouTube, będącym serią odpowiedzi na pytania słuchaczy, a zrealizowanym w grudniu 2013. Warto może i tę wypowiedź odnotować, albowiem profesor nie tylko raz jeszcze powtarza to, co już było tu cytowane, ale też daje do zrozumienia, co myśli o tych, którzy w przeciwieństwie do niego do partii nie wstąpili:

"Gdy się mówi, czy... o przynależności do tej partii jako czymś problematycznym, to trzeba zawsze brać pod uwagę dwie rzeczy: kiedy ktoś w tej partii był, w jakim okresie, i w szczególności kiedy do niej wstąpił, i po drugie - co w niej robił. Otóż to była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza (z akcentem na 'Polska'). W latach 56 zaczęło się od Władysława Gomułki, a właściwie wcześniej, od Nikity Chruszczowa i jego wiekopomnego wystąpienia w 56. roku na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, gdzie potępiono kult Stalina. I szła wielka odnowa. I ludzie, tacy jak ja, wstępowali do partii po to, żeby w tej odnowie brać udział. Żeby nie siedzieć za piecem, tylko brać się do jakiejś roboty. Żeby tę odnowę, która obejmowała także usamodzielnianie Polski, którego pierwszym objawem była likwidacja kołchozów przez Gomułkę, żeby w tym pomóc. I co mi jakiś słuchacz tutaj z tego tytułu czy ktokolwiek inny będzie robił zarzuty! To ja jemu robię zarzuty, że on siedział wtedy za piecem!".

Jest ta wypowiedź świadectwem aberracji na granicy szaleństwa albo ponurego żartu. Gdyby ją wziąć poważnie, trzeba by przyjąć, że wedle Wolniewicza siedzieli wtedy "za piecem" tacy filozofowie - skądinąd bardzo wysoko przez niego cenieni - jak Kotarbiński, Czeżowski czy Suszko. A także mistrz Wolniewicza, Henryk Elzenberg ("...z Elzenbergiem, którego mam za swego mistrza...", s. 39), pod koniec roku 1955 wciąż jeszcze odsunięty od wykładów.

Komu zaś chciałoby się wiedzieć więcej o relacji między Bogusławem Wolniewiczem a Henrykiem Elzenbergiem, niech przeczyta w DODATKACH: "Wolniewicz - Herbert - Elzenberg («Ale wykluczam absolutnie Bogusława Wolniewicza»)".