EBENEZER ROJT

Zażydzenie przechodzące w niedożydzenie
albo magik Epstein i słowiańska skrzypaczka

"KC zażydzone, KW zażydzone, rząd zażydzony. 2-3 razy zmieniają nazwiska, że nie można za nimi trafić" - mówił w kwietniu 1968 roku na zebraniu partyjnym w zakładach "Predom" przewodniczący rady zakładowej [1].

Przewodniczący trzykrotnie użył słowa, które oficjalnie nie istniało. W wydanym w tym samym roku 10 tomie Słownika języka polskiego pod redakcją Witolda Doroszewskiego jest słowo "zażółcić", jak również słowo "zażywiczyć" (czyli "zabrudzić, powlec lub przesycić żywicą"), ale nie znalazło się między nimi miejsce dla słów "zażydzić" czy "zażydzenie" [2]. Nie ma nawet słowa "zżydzieć", choć jest "żydłaczenie", "Żydziak" i "Żydzisko" [3].

Jeżeli cofniemy się za daleko w przeszłość, sytuacja będzie podobna. Linde również nie zna "zażydzenia". Zna "żydzieć", "zżydzieć", "pożydzieć", co znaczy "stać się żydem, zakrawać żyda, żydostwa, ein Jude werben [...] iudaizare", ale to przecież nie to samo, co "zażydzić" [4]. Także Słownik wileński z roku 1861 wymienia jedynie czasownik "żydzieć" i powtarza jego znaczenie za Lindem [5]. Natomiast w późniejszym o 5 lat i przeznaczonym dla szerokiej publiczności słowniku Erazma Rykaczewskiego brak zarówno "zażydzenia", jak i "zżydzenia"; został już tylko "Żyd" z przyległościami ("Żydziak", "Żydzina", "Żydziątko" etc.) [6].

Za to w Słowniku warszawskim, którego ostatni tom wyszedł dopiero w roku 1927, cóż za orgia słów! Jest "zżydowieć", "zżydowienie", "zżydowszczenie", "zżydowszczenie się", "zżydowszczyć", "zżydzenie", "zżydzenie się", "zżydziałość", "zżydziały", "zżydzić" i "zżydzieć", to znaczy "przejść żydowszczyzną" [7]. Jest też wreszcie "zażydzenie" i czasownik "zażydzić", czyli "zanieczyścić Żydami, przepełnić Żydami, do zbytku zaludnić Żydami" [8].

Wbrew mniemaniom niektórych naszych moralistów, pytających retorycznie: "Jaki język może się pochwalić czasownikiem «zażydzić» i przymiotnikiem «zażydzony»?..." [9], nie są to wytwory rodzimej inwencji ani rezultat wschodniego zacofania i ksenofobii. Przeciwnie, "zażydzenie" przyszło do nas razem z telegrafem, koleją żelazną oraz innymi nowoczesnymi wynalazkami z modernizującego się Zachodu i trafiło do polszczyzny z języka niemieckiego. Dziś mamy chemię z Niemiec, a kiedyś był to właśnie antysemityzm z Niemiec. Zresztą, jak pokazała II wojna, chemia z Niemiec w połączeniu z antysemityzmem z Niemiec to jakby ostateczna synteza nowoczesności.

W języku niemieckim "zażydzenie" pojawiło się zaś już w roku 1850 [10]. To właśnie wtedy Ryszard Wagner ogłosił pod pseudonimem w "Neue Zeitschrift für Musik" artykuł o żydostwie w muzyce. Wynikało z niego, że nadchodzą złe czasy dla sztuk pięknych. Dzieła, które prawdziwi artyści, herosi sztuki (heroen der Künste) przez tysiące lat tworzyli w szlachetnym znoju, Żyd zmienia teraz w towar na wymianę (Kunstwaarenwechsel). Handel i reklama zastąpiły natchnienie, wszystkim rządzi pieniądz, kramarstwo i żydostwo etc., etc., etc. Tego zażydzenia (Verjüdung) współczesnej sztuki - twierdził Wagner - w ogóle nie ma potrzeby uzasadniać, bo to się po prostu rzuca w oczy [11].

Zgrabne słówko Verjudung bardzo się potem Niemcom spodobało. Wilhelm Marr w swym słynnym Zwycięstwie żydostwa nad germańskością pisał już o "zażydzeniu społeczeństwa", "zażydzeniu niemieckiego świata", "zażydzonej prasie" etc. i w ogóle użył tego poręcznego określenia w niewielkiej przecież broszurce ze dwa tuziny razy [12]. Potem sięgnął po nie nawet Friedrich Nietzsche, ale przewrotnie: oznajmił, że w istocie to właśnie chrześcijaństwo dążyło od zawsze do "zażydzenia" świata [13].

Za to Martin Heidegger jak najbardziej poważnie obawiał się w roku 1929 roku - na prawie cztery lata przed dojściem Hitlera do władzy - zażydzenia niemieckiego ducha.

[...] stoimy przed wyborem: albo wprowadzimy prawdziwie rdzenne siły i wychowawców do naszego niemieckiego życia duchowego, albo wydamy je ostatecznie na pastwę rosnącego zażydzenia (der wachsenden Verjudung) w szerszym i węższym znaczeniu [14].
Wróćmy jednak na nasze śmieci.

Rzecz jasna, Polakom nie było potrzebne jakieś specjalne słowo, żeby już wcześniej móc wyrazić lęk przed nadmiarem Żydów. Najlepiej w taki sposób, by wyrazicielem tej kwestii uczynić jakiegoś gadatliwego Żyda.

W wyplenieniu do szczętu Goimów, a rozpłodzeniu się naszém cała nadzieia wielkości i panowania naszego na ziemi. Wszystkie krainy na kuli ziemskiéy są obiecane dzieciom Izraela, w miarę zatém przybywania ludności naszéy przyspiesza się panowanie żydów nad światem całym. Z jakąż niewymowną radością patrzę ia, z iakąż rozkoszą i wy zapatrywać się powinniście, iak iuż w téy przeklętéy Polszcze iak piasek na morzu lud nasz, mnoży się rozplenia, i całą ziemię okrywa. Patrzcie na Brody, Berdyczew, Wilno, rzadko iuż tam Goima zobaczysz, wszystko same peysaki. W Warszawie, gdzie w roku 1788 żadnemu żydowi mieszkać wolno niebyło, dziś dzięki zabiegom naszym liczemy do 30,000. Patrzcie na wszystkie miasta i miasteczka Polskie, ledwie gdzieś na przedmieściu dyszy nędzny Goim. Rynki i przednieysze ulice wszystkie są nasze! (Julian Ursyn Niemcewicz, Leybe i Siora. Czyli listy dwóch kochanków. Romans, tom I, druk Zawadzkiego i Węckiego, Warszawa 1821, s. 135-136; zachowałem pisownię, wstawiłem brakującą kropkę).
Wynikałoby z tej perory, że wprawdzie Żydzi są dość sprytni, by obmyślić plany panowania nad światem, ale zarazem zdecydowanie za mało sprytni, by utrzymać je w tajemnicy. Ale nie łudźcie się! Również w tym wypadku, jeśli idzie o demaskowanie perfidnych żydowskich planów, przenikliwy duch niemiecki znacznie ubiegł prostoduszne słowiańskie głowy. Już przeszło ćwierć wieku przed naszym Niemcewiczem pisał o tej rosnącej potędze żydostwa kolejny niemiecki filozof, Johann Gottlieb Fichte [15]. Toteż nic dziwnego, że i sam Niemcewicz, chcąc w przedmowie do Leybe i Siory uwiarygodnić swoje żydoznawcze kompetencje, powoływał się właśnie na Niemców [16].

Na dobry ład właśnie ten prosty motyw - Polski do zbytku zaludnionej Żydami - powinien być odtąd ogrywany aż do przesytu. Tymczasem wielka awantura z końca lat 50. XIX wieku, nazwana potem z orientalną przesadą "wojną żydowską", wybuchła, jak na ironię, z powodu niedostatku Żydów. Okazało się bowiem, że Żydów może być jednocześnie za dużo i za mało. Że zażydzenie może płynnie przechodzić w niedożydzenie.

A wybuchła ta wojna żydowska - niczym wojna trojańska - z powodu kobiety.

Kobietą była panna Wilhelmina Neruda, skrzypaczka z Moraw, "chluba słowiańska, artystka natchniona" - jak pisał o niej Władysław Syrokomla [17]. Wraz z siostrą Marią, także skrzypaczką, oraz grającym na wiolonczeli bratem dała w Warszawie koncert w ostatnią niedzielę grudnia 1858 roku. Koncert muzycznie się udał, a grę panny Nerudy recenzent "Ruchu Muzycznego" podsumował zapewnieniem, że "artystka to z kościami". Niestety - dodawał - nie dopisała publiczność ("bośmy się bardzo jakoś nielicznie zeszli") [18]. Której to publiczności - dodam ja - zazwyczaj znaczną część stanowili wtedy warszawscy Żydzi. Czyżby więc... żydowski bojkot?

Recenzent "Ruchu Muzycznego" nie czynił w tym kierunku najmniejszych aluzji. Za to tydzień później recenzent wpływowej "Gazety Warszawskiej", Józef Kenig, wywalił kawę na ławę i dodatkowo jeszcze zaszalał, swobodnie przechodząc od konkretu, tj. od koncertu panny Nerudy, do ogólnych rozważań o żydowskim etnicznym nepotyzmie.

Zaczął Kenig od spostrzeżenia, że w warszawskiej rozrywce panuje ostatnio moda na przyjezdnych magików i kabalarzy ("Prawda, że magija teraz w modzie"). Razem z nimi zaś pojawiła się nowa sztuka reklamy:

Ci wędrujący mistrze ciągną ku nam jednak cywilizacyę... afiszową i reklamową. [...] Te afisze jednak sążniowe, te reklamy hyperboliczne, więcéj podobno mówią do imaginacyi nie jednego, jak prawdziwa sztuka, za którą nic nie przemawia tylko talent, która lęka się reklam i nie zna tajemnic plakatowéj wymowy. Epstein, magik, miał salę podobno zawsze pełną, kiedy ostatni koncert Panien Neruda był bardzo skromnym, pod względem publiczności. Przepraszamy te artystki za podobne zestawienie, ale w uwagach obyczajowych, najsprzeczniejsze rzeczy nieraz obok zestawiać przychodzi.
Tu następowały dwa akapity pochwał pod adresem panny Wilhelminy ("pełna indywidualności i siły"; "skry genialnego ognia", etc., etc.) , a po nich właśnie ten akapit, który rozpętał wojnę. Ponieważ bywa on przytaczany ułamkowo i niedokładnie, podam go tutaj w całości:
Koncert zeszłoniedzielny jednak był nieliczny, nie wiemy zaś jak wypadnie czwartkowy. Nasze przypuszczenia powinny być fałszywe, talent, imie, sztuka, mówi przeciw nam, a jednak nasza Sybilla drży. Panna Neruda, jak widać, nie posiada łask u pewnéj licznéj koteryi, uchodzącéj i uchodzić pragnącéj za muzykalną. Brak jéj orlego nosa, cery śniadéj, czarnych włosów i innych cech azyjskiego pokolenia; nie wymawia r gardłowo, nazwisko jéj nie kończy się na: berg, blatt, kranz, stern lub podobnie, brak jéj więc tytułów do poparcia ze strony tego tajemniczego związku, który nasiadł całą Europę, a zwłaszcza nas, i trzymając się ściśle, popycha każdego ze swoich, czy to on bankierem czy tenorem, czy spekulantem czy skrzypkiem. A związek ten popychać umie wszystkiém: reklamą, oklaskiem, wrzaskiem, pieniędzmi nawet. Pomiędzy tym brodaczem rzucającym się na paradysie a pomiędzy tą strojną lożą tajemniczo przebiega ciągle myśl jedna: wyniesienia swoich, wyniesienia bezwarunkowego. Wszelki tryumf jednego z nich, czy to on się objawia w Rotszyldowskiej kassie, czy w Meyerberowskiéj orkiestrze, czy w Racheli laurach, jest tryumfem całego plemienia. Ten, który przyszedł po procent, o którym sądzisz, że nic nad swe wexle nie zna, będzie ci mówił o tém z równą chełpliwością jak światowy jego kolega. Téj to potęgi - w naszém mieście potęga to prawdziwa - nie umiała sobie zjednać panna Neruda; głównego tytułu jéj brak ([Józef Kenig], b.t., "Gazeta Warszawska", 23 grudnia/4 stycznia 1859, nr 4, s. 4; zachowałem pisownię).
Jak łatwo się domyślić, po uwagach o "pewnéj licznéj koteryi" podniósł się w środowisku warszawskich Żydów wielki zgiełk, a nawet, rzec można, rwetes i rejwach. Keniga podobno pouczono anonimowym listem, że to właśnie Żydzi są przyszłością Polski [19]. Wydawca "Gazety Warszawskiej", Antoni Lesznowski, począł otrzymywać groźby. Nadto skierowano do niego list protestacyjny podpisany przez dwudziestu trzech młodych Żydów; w tym z tak znanych familii jak Kronenbergowie, Toeplitzowie czy Natansonowie. Kilku z nich dość krewkich. Jeden obiecywał, że "Lesznowskiego «wybije po pysku», a Keniga «kijem wywali»". Inny "publicznie obiecał spoliczkować Lesznowskiego" (Bartoszewicz, s. 41).

Lesznowski odwołał się do sądu, doszło do prawnych przepychanek etc., etc., etc. Sprawa stała się głośna także za granicą i nawet stary Lelewel wypalił w obronie Żydów szlachetną ramotkę, której najbardziej rzucającą się w oczy cechą była osobliwa pisownia [20].

Wszystko to interesuje dziś już tylko historyków, toteż o tym, co było dalej, poczytajcie sobie sami w Wojnie żydowskiej Bartoszewicza (nota bibliograficzna w przypisie [17]).

Aczkolwiek nawet rzetelny na ogół Bartoszewicz daje, cytując Keniga, zamiast "innych cech azyjskiego [tj. azjatyckiego] pokolenia" nonsensowne "innych cech aryjskiego pokolenia" (s. 37; wyróżnienie moje). Potem przepisali od niego bezmyślnie ten nonsens Teodor Jeske-Choiński i Samuel Hirszhorn, natomiast Marian Fuks, który z kolei przepisywał od Hirszhorna, akurat w tym wypadku był przytomniejszy, ale zamiast zajrzeć do Keniga cytat samowolnie poprawił i zmienił to nieszczęsne "aryjskiego" na "semickiego [21].

Lubią się też czasem mylić Epsteinowie. Prócz magika Epsteina, o którym wspomniał Kenig, pojawia się w tej historii także Mikołaj Epstein (to on obiecywał spoliczkować Lesznowskiego) oraz Mieczysław Epstein, konsul belgijski [22].

Warto jednak zapamiętać tę sprawę jako niemal podręcznikowy przykład mechanizmu samospełniającej się przepowiedni.

Zaczęła się od drobnych felietonowych złośliwości o "pewnéj licznéj koteryi" i patrzcie państwo co za traf! Pewna liczna koterya, której istnienie miało być jedynie antysemickim urojeniem, naprawdę się natychmiast ujawniła. Jakby w myśl porzekadła: Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Czy też, mówiąc językiem tej koteryi, Der wos iz szuldik, der szrajt am ersten (Kto jest winny, krzyczy pierwszy).

W każdym razie oskarżenie o zmowę zabolało na tyle mocno, że zmobilizowano do działania nie tylko Lelewela, lecz także różne podejrzane figury [23], a na ewentualnych sojuszników Lesznowskiego padł blady strach przed "prasą światową" [24].

Toteż zorganizowany bojkot występu panny Nerudy rychło zdał się niczym w porównaniu ze zorganizowanym zaprzeczaniem, że jakikolwiek bojkot miał miejsce. Tymczasem coś z tą koteryjną zmową musiało być na rzeczy, skoro osoby podzielające żydowską perspektywę jeszcze do dziś - po przeszło półtora wieku! - szachrują i zmyślają najdziwniejsze powody nieobecności żydowskich melomanów na koncercie 26 grudnia 1858. Niektóre wręcz żenująco niedorzeczne.

Na przykład według Samuela Hirszhorna Żydzi nie przyszli, ponieważ koncert wypadał akurat w wigilię święta Jom Kipur [25]. Podaje on to zmyślenie jak najbardziej serio i powołuje się nawet na świadka z epoki, Gabriela Centnerszwera, choć powinien wiedzieć, że bez względu na słoneczno-księżycowe figle ruchomego kalendarza żydowskiego nie ma możliwości, by dzień 10 tiszri, data Jom Kipur, przypadał na grudzień. Najpóźniejsza możliwa data to połowa października, a w roku 1858 była to akurat jedna z możliwie najwcześniejszych dat i święto zaczynało się wieczorem 17 września.

Marian Fuks, widocznie pobożniejszy od Hirszhorna i Centnerszwera, zorientował się, że ich zmyślenie jest już szyte zbyt grubymi nićmi i zaproponował subtelniejsze - że tym świętem była prawdopodobnie Chanuka [26]. To przynajmniej teoretycznie byłoby możliwe, ale i Fuks miał pecha, bo akurat w 1858 roku Chanuka kończyła się ponad dwa tygodnie wcześniej, 9 grudnia.

Fuks zresztą przyznaje półgębkiem, że może i jakiś bojkot był - ale zapewne w rewanżu za wcześniejszy polski bojkot występów "skrzypka żydowskiego Reicherta", którego występ przemilczała polska prasa [27]. Lecz i z tym szachrajstwem Fuks miał pecha. Bo nie Reichert, tylko Reichardt, nie skrzypek, tylko tenor, i nie został przemilczany, tylko pochwalony [28]. A poza tym wszystko się zgadza.

Jednak najbardziej nieelegancka jest sugestia, że to panna Neruda okazała się nie dość dobrą artystką jak na wymagający gust żydowskich melomanów. Nie przyszli, bo po prostu kiepsko grała [29]. W rzeczywistości wcale nie była pierwszą lepszą skrzypaczką i w przeciwieństwie do Aleksandra Reichardta zrobiła naprawdę wielką międzynarodową karierę.

Kilka lat później wyszła za Ludviga Normana i odtąd występowała jako Norman-Neruda. Gdy w czwartym rozdziale pierwszej części Studium w szkarłacie Sherlock Holmes mówi, że wybiera na wieczorny koncert Norman Nerudy, chodzi właśnie o nią! [30].

Nb. Holmes miał może lepszy gust muzyczny niż żydowscy melomani, ale za to słabo znał się na tajnikach żydowskiego handlu. W opowiadaniu Jego ostatni ukłon chwali się Watsonowi, że kupił od żydowskiego handlarza z Tottenham Court Road oryginalnego Stradivariusa, wartego co najmniej pięćset gwinei, za jedyne pięćdziesiąt pięć szylingów, czyli grubo poniżej jednej setnej wartości [31].

Nie mam pojęcia, jakim cudem Holmes wydedukował, że mógłby zrobić taki fantastyczny interes z żydowskim handlarzem starzyzną, więc na jego miejscu natychmiast oddałbym tego Stradivariusa do bardzo dobrej ekspertyzy.

Dla mieszkańca kraju do zbytku zaludnionego Żydami byłoby to elementarne, mój drogi Holmesie.

[1] Dariusz Stola, Kampania antysyjonistyczna w Polsce 1967-1968, Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2000; notatka dyrektora "Predomu" dla władz partyjnych zamieszczona w aneksie na stronie 331.

[2] Zob. Słownik języka polskiego, redaktor naczelny Witold Doroszewski, t. 10: Wyg-Ż, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1968, s. 898-899. Słów tych nie ma także w wydanym rok później suplemencie. Doszło natomiast słowo "zażyczyć". Zob. Słownik języka polskiego, redaktor naczelny Witold Doroszewski, t. 11 - suplement, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1969, s. 547.

[3] Słownik języka polskiego, t. 10, s. 1473-1474. Jest naturalnie słowo "żyd", a jako pierwszy podano przykład użycia o charakterze praktycznym: "Zewnętrznie przypominał Żyda, miał duży nos" (s. 1472).

[4] Samuel Bogumił Linde, Słownik języka polskiego, t. VI: U-Z, Drukarnia Xieży Piiarów, Warszawa 1814, s. 1067. Tamże przykład użycia słowa "żydzię" (ein Judenkind): "Miód żydowski, czém smaczny? bo go żyd zaprawi, Gdy z żydówką, z żydzięty w niego naplugawi". Nb. Linde zna także pieszczotliwe określenia Żyda: "żyś", "żysiek", których, jak się zdaje, używano głównie w tarapatach finansowych: "Móy żysiu, móy oycze, móy dobrodzieiu! pieniędzy mi trzeba!" (s. 1069).

[5] Słownik języka polskiego, obejmujący oprócz zbioru właściwie polskich, znaczną liczbę wyrazów z obcych języków polskiemu przyswojonych [...] do podręcznego użytku, wypracowany przez Aleksandra Zdanowicza [...] z udziałem Bronisława Trentowskiego, cz. II: P-Ż (ciągła numeracja stron), wydany przez Maurycego Orgelbranda, Wilno 1861, s. 2277: "Żydziéć, ał, eje, sn nd. stawać się Żydem, zakrawać na Żyda, na żydowstwo". Jest też dalej "żyś" (s. 2278).

[6] Słownik języka polskiego podług Lindego i innych nowszych źródeł, wypracowany przez E[razma] Rykaczewskiego, t. II (ciągła numeracja stron), B. Behr's Verlag, Berlin 1866, s. 1153.

[7] Słownik języka polskiego, pod redakcją Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwiedzkiego, t. VIII, Wydawnictwo Kasy im. Mianowskiego, Warszawa 1927, s. 676: "Zżydzieć, eje, ał, Zżydowieć, Zżydzić ś. stać ś. Żydem, przejść żydowszczyzną: Gdybym ś. nie bał, że mi dzieci zżydzieją, jednej chwili uciekłbym stąd na Nalewki. Prus. Choć widzę, że zżydziejesz, ale ci winszuję. Sienk. Świat ś. spoganił, starzył, zżydził, a katolików brak wielki Bał.". Uchował się i "żyś" przepisany z Lindego i oznaczony jako mało używany (s. 736).

Nb. cytat z Prusa to cytat z Lalki i wypowiada te słowa Żyd, Henryk Szlangbaum, subiekt u Wokulskiego i jego przyjaciel z Syberii.

[8] Tamże, s. 370: "Zażydzenie, a, blm., czynność cz. Zażydzić"; "Zażydzić, i, ił zanieczyścić Żydami, przepełnić Żydami, do zbytku zaludnić Żydami: Zapomnę o tym zażydzionym kraju. Reym. (= zażydzonym)".

A tak wygląda to u Reymonta w oryginale:

"Ja łaknę i potrzebuję szerszych horyzontów, ciągną mnie oceany i najprawdopodobniej pojadę do Meksyku, do swoich serdecznych przyjaciół, którym już od dawna obiecuję przyjazd. [...] Tam zdechnę i zapomnę o tym zaśmierdłym, zażydzionym kraju, tam - pod palącem niebem, wśród oddanych przyjaciół... " (Wł[adysław] St[anisław] Reymont, Marzyciel. Szkic powieściowy, nakład Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1910, s. 71).

[9] "Przed wojną zwaliby mnie żydolubem, żydochwalcą, żydolizem, pachołkiem żydowskim, a najdelikatniej szabesgojem. Rodzima nienawiść łączy się często nie tylko z głupotą, ale i z polotem poetyckim oraz weną literacką. Jaki język może się pochwalić czasownikiem «zażydzić» i przymiotnikiem «zażydzony»?..." (Nie wstydzę się Ewangelii. Z ks. Michałem Czajkowskim rozmawia Jan Turnau, Wydawnictwo WAM, Kraków 2004, s. 182).

Rozmowa obu panów obfituje we wzniosłe pouczenia moralne, którymi delektują się aż do - jak by powiedział Witkacy - "twardego rzygu". Gorliwie też walczą obaj z rozmaitymi "mitami niewinności" i zachęcają wszystkich wokół do pokuty. "Jezus obiecuje «Prawda was wyzwoli» (J 8,32), a Talmud stwierdza: «Nawet najbardziej sprawiedliwy nie może być porównany do pokutującego»" (s. 193).

Zrządzeniem złośliwego losu, zaledwie w dwa lata po wydaniu tej ślicznej książeczki wyszło na jaw, że prawda i pokuta najbardziej przydałyby się samemu ks. Czajkowskiemu, ale jemu akurat jakoś ciągle było do nich niepilno. Tak więc ostatecznie to nie ks. Czajkowski w akcie skruchy wyznał, że przez prawie ćwierć wieku był tajnym współpracownikiem SB - i to nie byle jakiej rangi, skoro miał go pod opieką pułkownik Adam Pietruszka, ten od zabójstwa ks. Popiełuszki.

Co więcej, już po ujawnieniu sprawy to właśnie ks. Czajkowskiego ogarnęła istna "obsesja niewinności"! Zrazu w ogóle wyparł się swej niecnoty, potem wprawdzie spuścił trochę z tonu, ale wciąż uparcie utrzymywał, jakoby na ks. Popiełuszkę wcale nie donosił, a z pułkownikiem Pietruszką "sprzeczał się", a nawet "kłócił"! "Spotykałem się z Pietruszką, ale o wiele rzadziej, niż on twierdzi. Rozmawialiśmy o bieżących wydarzeniach. To on nadawał taki towarzyski charakter naszym rozmowom czy raczej sprzeczkom, bo często się sprzeczaliśmy. [...] Podświadomie uważałem też, że mam pewną misję duszpasterską, chciałem poprawić wizerunek Kościoła, także ks. Popiełuszki również w oczach oficerów SB. Stąd taki charakter naszych rozmów, my się tutaj, w tym domu, kłóciliśmy" (Ks. Czajkowski: Nie donosiłem na księdza Jerzego. Z ks. Michałem Czajkowskim rozmawiają Katarzyna Wiśniewska i Jan Turnau, "Gazeta Wyborcza", 27 marca 2009).

Po kilkunastu latach okazało się zaś, że ksiądz Czajkowski był nie tyle żydolubem, ile dzieciolubem, miłośnikiem młodych chłopiąt - przypadłość u homoseksualistów dość częsta.

"[Czajkowski] miał dopuścić się wykorzystania seksualnego dwóch chłopców. Milicja dysponowała oświadczeniami pokrzywdzonych, ich rodziców oraz świadka, ale nie wszczęto żadnego postępowania, postanowiono duchownego zwerbować. W trakcie rozmowy z esbekiem Czajkowski najpierw wszystkiemu zaprzeczał, potem jednak napisał odręczne oświadczenie, w którym przyznał się, że zachował się «niemoralnie, dopuszczając się wykroczenia seksualnego w stosunku do synów ob. W.». Zgodził się na współpracę. Trwała ona aż do roku 1984, a duchowny pobierał za nią wynagrodzenie" (Tomasz Krzyżak, Piotr Litka, Grzechy polskiego Kościoła. Potrzebny rachunek sumienia, rp.pl, 18 maja 2023).

[10] Zob. Ronald Modras, Kościół katolicki i antysemityzm w Polsce w latach 1933-1939, przekład Witold Turopolski, Wydawnictwo Homini, Kraków 2004, s. 245: "W tym samym roku [1869] niemiecki kompozytor Richard Wagner pisał o judaizacji (Verjüdung) współczesnej sztuki. Neologizm ten przeszedł do języka polskiego jako «zażydzenie» [...]". W przypisie Modras odwołuje się jednak (i słusznie!) do pierwszego wydania artykułu Wagnera z roku 1850.

Ta sama niekonsekwencja w oryginale angielskim. Zob. Ronald Modras, The Catholic Church and Antisemitism Poland, 1933-1939, Routledge Londyn - Nowy Jork 2004, s. 243.

[11] K. Freigedank [Richard Wagner], Das Judenthum in der Musik, "Neue Zeitschrift für Musik", 3 września 1850, nr 19, s. 102 (ciągła numeracja stron w ramach półrocza): "Wir haben nicht erst nötig, die Erscheinung der Verjüdung der modernen Kunst zu bestätigen; sie springt in die Augen und bestätigt sich den Sinnen von selbst".

Artykuł narobił trochę szumu, ale do szerokiej publiczności dotarł dopiero w 1869 roku, gdy Wagner wydał go - tym razem już pod własnym nazwiskiem - w postaci książkowej wraz z suplementem tej samej objętości. Przedruk był w zasadzie wierny, ale po 19 latach w cytowanym wyżej zdaniu z "die Erscheinung der Verjüdung" zostało już tylko samo "die Verjüdung" (zob. Richard Wagner, Das Judenthum in der Musik, J. J. Weber, Lipsk 1869, s. 12). Czasem właśnie tę późniejszą wersję podaje się jako przykład pierwszego użycia w języku niemieckim słowa Verjüdung (zob. Cornelia Schmitz-Berning, Vokabular des Nationalsozialismus, Gruyter 1998, s. 630: hasło "Verjudung").

Nb. antysemityzm Wagnera już na długo przed Hitlerem nie był dla jego słuchaczy tylko poboczną ciekawostką. Gdy w znanej powieści Theodora Fontane Effi Briest (bardzo cenili ją tak różni pisarze, jak Tomasz Mann i Samuel Beckett) mąż głównej bohaterki prosi ją, by zagrała coś jego ulubionego kompozytora, narrator komentuje to tak: "Co go ciągnęło do Wagnera - nie wiadomo; jedni mówili, że nerwy, bo choć wydawał się zrównoważony, był właściwie nerwowy; drudzy dopatrywali się przyczyny w stosunku Wagnera do sprawy żydowskiej" (zob. Theodor Fontane, Effi Briest, przełożyła Izabela Czermakowa, Czytelnik, Warszawa 1974, s. 104).

[12] Wilhelm Marr, Der Sieg des Judenthums über das Germanenthum. Vom nicht confessionellen Standpunkt aus betrachtet, Rudolph Costenoble, Berno 1879, s. 8: "die Verjudung der Gesellschaft"; s. 41: "die Verjudung der germanischen Welt"; s. 43: "der verjudeten Presse".

[13] Fryderyk Nietzsche, Wiedza radosna ("La gaya scienza"), przełożył Leopold Staff, nakład Jakóba Mortkowicza, Warszawa 1910-11, s. 175: "Grzech, jak się go teraz odczuwa wszędzie, gdzie chrześcijaństwo włada lub władało niegdyś: «grzech» jest uczuciem żydowskiem i żydowskim wynalazkiem, i ze względu na tło wszelkiej chrześcijańskiej moralności dążyło chrześcijaństwo w rzeczy samej do «zżydzenia» całego świata" (paragraf 135).

Dla koneserów to samo w oryginale:

"- Sünde, so wie sie jetzt überall empfunden wird, wo das Christenthum herrscht oder einmal geherrscht hat: Sünde ist ein jüdisches Gefühl und eine jüdische Erfindung, und in Hinsicht auf diesen Hintergrund aller christlichen Moralität war in der That das Christenthum darauf aus, die ganze Welt zu «verjüdeln»" (Friedrich Nietzsche, Die fröhliche Wissenschaft, [w:] Idem, Sämtliche Werke. Kritische Studienausgabe in 15 Bänden, tom 3, redakcja Giorgio Colli i Mazzino Montinari, Deutscher Taschenbuch Verlag, Monachium, de Gruyter, Berlin - Nowy Jork 1999, s. 486).

[14] Cyt za: Ulrich Sieg, "Die Verjudung des deutschen Geistes". Ein unbekannter Brief Heideggers, "Die Zeit", 22 grudnia 1989 (uwaga na niechlujstwo niemieckiego ducha, który puścił ten OCR bez korekty: Hannih Ahrendt zamiast Hannah Arendt, Karl Lawith zamiast Karl Löwith etc.).

Jest to cytat z listu Heideggera do Victora Schwoerera z 2 października 1929. A dla koneserów nieco więcej z oryginału:

"Was ich in meinem Zeugnis nur indirekt andeuten konnte, darf ich hier deutlicher sagen: es geht um nichts Geringeres als um die unaufschiebbare Besinnung darauf, daß wir vor der Wahl stehen, unserem deutschen Geistesleben wieder echte bodenständige Kräfte und Erzieher zuzuführen oder es der wachsenden Verjudung im weiteren u[nd] engeren Sinne endgültig auszuliefern. Wir werden den Weg nur zurückfinden, wenn wir imstande sind, ohne Hetze und unfruchtbare Auseinandersetzung, frischen Kräften zur Entfaltung zu verhelfen".

[15] Cytowałem to już w innym miejscu, ale powtórzę, bo klasycznej filozofii niemieckiej nigdy dosyć.

"Niemal we wszystkich krajach europejskich rozrasta się potężne, wrogie państwo, będące w stanie ciągłej wojny ze wszystkimi, a niekiedy straszliwie uciskające pozostałych mieszkańców - jest to żydostwo" ("Fast durch alle Länder von Europa verbreitet sich ein mächtiger, feindseelig gesinnter Staat, der mit allen übrigen im beständigen Kriege steht, und der in manchen fürchterlich schwer auf die Bürger drückt; es ist das Judenthum"; [Johann Gottlieb Fichte], Beitrag zur Berichtigung der Urtheile des Publikums über die französische Revolution, [b.m.w.] 1793, s. 188).

[16] "Niemcy, którzy każdą przedsięwziętą przez siebie materyą doskonale zgłębiają, wiele o żydach pisali. Dzieła ich, z których, nie umiejący po hebraysku, nie raz z korzyścią czerpałem, są następuiące [...]" (Leybe i Siora, s. VII).

I jeszcze przy okazji pierwszy akapit tej przedmowy "Do czytelnika", w którym Niemcewicz już tym razem od siebie przedstawia wizję Polski do zbytku zaludnionej Żydami.

"Lud obcy, rozlany po całéy przestrzeni kraiu naszego, składaiący szóstą część ludności naszéy ogólnéy, a całą prawie ludność miast pomnieyszych, lud oddzielny nie tylko wiarą ale ięzykiem, ubiorem, obyczaiami, lud, co odbiegłszy prawego zakonu Moyżesza napoił się dzikiemi zagorzelców [tj. fanatyków] swoich przesądami, nie uznaie praw cywilnych, ni sądów kraiowych, nie uznaie chrześcian za bliźnich, za ludzi, co z dzieciństwa wpaia w młodzież swoią zawziętą ku nam nienawiść, słowem lud składaiący niebezpieczne statum in statu [państwo w państwie], nie dziw, że wzbudził w innych kraiach, i u nas naywyższą i naytroskliwszą obawę. Każdy się u nas pyta, co będzie z imieniem Polaka, co się stanie z chrześciiaństwém, ieżeli lud ten zostawszy przy swéy oddzielności, przy swoiéy nienawiści i grubych przesądach, mnożyć się i daléy będzie w takiéy iak dzisiai progressyi" (Leybe i Siora, s. V-VI; zachowałem pisownię, uwspółcześniłem typografię, a kursywę oryginału zmieniłem na antykwę; wstawki w nawiasach kwadratowych moje).

Z tą "szóstą częścią ludności" Niemcewicz trochę przesadził, ale niewiele. Żydów było wtedy w Królestwie Polskim procentowo więcej, niż dziś jest muzułmanów we Francji, Belgii czy Szwecji.

[17] Władysław Syrokomla napisał ten wiersz na cześć Wilhelminy (Wilmy) Nerudy, gdy w roku 1857 występowała w Wilnie. Podaję za: Kazimierz Bartoszewicz, Wojna żydowska w roku 1859 (początki asymilacyi i antisemityzmu), Gebethner i Wolff, Warszawa - Kraków 1913, s. 36. Dalej cytuję jako Bartoszewicz.

Książka Bartoszewicza do dziś pozostaje podstawową i najobszerniejszą pracą o ówczesnych wydarzeniach. Jej rzetelności faktograficznej nie kwestionują nawet ci, dla których jedynie żydowska perspektywa nie jest perspektywą "antyżydowską".

"Bartoszewicz's short book, originally published in Przegląd Narodowy, though written from an anti-Jewish perspective, is generally accurate in matters of fact and remains the most detailed account of the episode" (Theodore R. Weeks, From Assimilation to Antisemitism. The "Jewish Question" in Poland, 1850-1914, Northern Illinois University Press, DeKalb 2006, przypis 17 na stronie 186).

Nb. Weeks słabo zna polski i literówek jest tam wprost zatrzęsienie. Czasem też myli strony i (chyba) nie rozumie tego, co czyta. W każdym razie zdarza mu się przeinaczać sens nawet prostych cytatów. Na przykład anonim cytowany u Bartoszewicza na stronie 89: "Wstydź się, Panie Kraszewski, tak dalece zapominać się, że byłeś Polakiem", podaje w postaci: "Wstydź się Panie Kraszewski ... że byłeś Polakiem", odsyła do strony 88 i bezzasadnie przypisuje jego autorstwo wymienionemu z nazwiska oponentowi Kraszewskiego.

[18] [Józef Sikorski], Koncert rodziny Nerudów (d. 26go b. m.), "Ruch Muzyczny" 17/29 grudnia 1858, nr 52, s. 415 (ciągła numeracja w ramach rocznika). Gra rodziny Nerudów - pisał recenzent - "tak jest urocza, tak szlachetna, tak skończona sama w sobie, że nic już żądać nie można, nie ma potrzeby. Szczególniej się to odnosi do Wilmy Nerudy, której indywidualne pojęcie i oddanie rzeczy wykonywanych, dziwnie podbija słuchaczy. Nie ma tu siły, a jest władza; nie ma zuchwalstwa, a jest swoboda; nie ma namiętności, ale spokojne, ciche a głębokie uczucie; nie ma gwałtu, a jest ciągły zapał, werwa, humor: artystka to z kościami".

[19] Skąd ten list wyszedł, ustalić niepodobna. Jest on w każdym razie świadectwem, że takie wyobrażenia wówczas krążyły, ale kto je inspirował, nie wiadomo. Autor zrazu zarzucał Kenigowi, że robi "żydom zarzut z cnoty, którą Polak w ustach ciągle nosi, ale której w czyn obrócić nie potrafi, że odznaczających się swoich zbyt usilnie protegują". A potem przechodził do inwektyw:

"Gałganie, durniu, korz się przed zaletami żydowskiemi, które, gdyby żydzi mieli wolność kształcenia się bez ucisku, jak ją mają Chrześcijanie, wszelką narodowość blaskiem swym by otoczyły. [...] Wiedz ty błaźnie, i podobni tobie reprezentanci spodlonej i jezuickiej prasy, że plemię Izraela zniosło inne prześladowania i wytrwało, i że dziś jest prawie jedynym reprezentantem zdrowego rozsądku i miłości Bożej w tym nieszczęśliwym kraju".

Była tam też interesująca wizja, że to właśnie Żydzi odnowią chrześcijaństwo w Polsce:

"A tobie chłystku, bodajby ci ręka upadła nim wymówisz słowo prześladowania przeciw żydom, którzy mają powołanie odrodzić imię Polski i Chrześcijanizmu w myśli Chrystusa, którąście zdradzali i codzień zdradzacie faryzeusze" (Z. L. S. [Walery Przyborowski], Historya dwóch lat. 1861-1862, tom I: Część wstępna. 1856-1860, Anczyc i Spółka, Kraków 1892, długi przypis 1 zaczynający się na stronie 245; cytuję ze s. 246-247).

Z kolei Hilary Nussbaum podaje, ale też nie wiadomo na jakiej podstawie, że wszystkie te anonimy sfabrykowano "w samej jakoby Redakcyi Gazety Warszawskiej" (Hilary Nussbaum, Historyja Żydów od Mojżesza do epoki obecnej, tom V; Żydzi w Polsce, nakładem księgarni I. Mayznera, Warszawa 1890, s. 414). Dalej cytuję jako Nussbaum.

[20] Lelewelowi nie spodobało się już samo to, że nękanemu groźbami Lesznowskiemu zachciało się sądu ("akt sądowy wydaje się być odwetem") i radził z Żydami postępować po dobroci.

"[...] postępujcie względem nich moralnie sami; podajcie możliwe środki do podjęcia więcéj produkcijnéj pracy; podajcie, bez wstrętu, braterską rękę do udziału w waszym przedsiębierstwie, do posług i współpracownictwa; do wspólnego zatrudnienia powołujcie jich, a najdziecie uczciwych i moralnych" (Joachim Lelewel, Sprawa żydowska w r. 1859, w liście do Ludwika Merzbacha, przez Joachima Lelewela rozważana, nakładem i czcionkami Ludwika Merzbacha, Poznań 1860, s. 26).

[21] Teodor Jeske-Choiński, Żydzi postępowi i ochrzceni [sic!] w XIX-em stuleciu, Warszawa 1919, s. 21.

S[amuel] Hirszhorn, Historja Żydów w Polsce. Od Sejmu Czteroletniego do Wojny Europejskiej (1788-1914), B-cia Lewin-Epstein i S-ka, Warszawa 1921, s. 157. Dalej cytuję jako Hirszhorn.

Marian Fuks, Żydzi w Warszawie. Życie codzienne, wydarzenia, ludzie, Sorus, Poznań - Daszewice 1997, s. 149: "innych cech semickiego pochodzenia". Dalej cytuję jako Fuks.

[22] Według Bartoszewicza "właśnie mniej więcej w tym czasie [co koncert sióstr Neruda] W. M. Epstein, konsul belgijski, urządził u siebie koncert, w którym wzięli udział wybitni artyści krajowi i zagraniczni" (Bartoszewicz, s. 37). Z czego wynikałoby, że Żydzi demonstracyjnie poszli do Epsteina zamiast na koncert panny Nerudy. Ale nie jest jasne, co znaczy to "mniej więcej w tym czasie" i czy Bartoszewicz chciał w ten sposób zasugerować, że to właśnie od Mieczysława Epsteina, bankiera i przemysłowca, wyszła inicjatywa bojkotu.

Powtarza tę informację za Bartoszewiczem Elżbieta Szczepańska-Lange (Życie muzyczne w Warszawie w drugiej połowie XIX wieku, Sutkowski Edition Warsaw, Warszawa 2010, s. 569). Mieczysław Epstein rzeczywiście był wtedy konsulem belgijskim (PSB, tom 6, s. 284), ale Bartoszewicz chyba jednak pomylił go z magikiem Epsteinem; tym, który, wedle Keniga, "miał salę podobno zawsze pełną".

Natomiast Mikołaj Epstein, ten od policzkowania Lesznowskiego, udowodni za kilka lat, że miał prawo czuć się obrażony. Weźmie udział w powstaniu styczniowym, trafi do cytadeli i zostanie skazany na śmierć, a po ułaskawieniu wywieziony na katorgę. Umarł zresztą jako katolik. Tak więc również Epsteinów nie należy wrzucać do jednego worka.

[23] Według Czesława Jankowskiego list protestacyjny podpisany przez dwudziestu trzech młodych Żydów "wręczył Lesznowskiemu były medaljer mennicy, Majnert" (Czesław Jankowski, Na marginesie literatury. Szkice i wrażenia, Gebethner i Spółka, Kraków 1906, s. 70).

Józef Majnert, o którym tu mowa, to chyba najsłynniejszy polski fałszerz monet. Po odejściu z mennicy krzywda mu się nie stała. Podobno sam Leopold Kronenberg, wtedy generalny dzierżawca monopolu tabacznego, załatwił mu intratną posadę inspektora akcyzy tabacznej. Raj dla człowieka bez moralnych skrupułów!

[24] Lesznowski pragnął przed rozprawą sądową zaprezentować jak najszerzej swoje stanowisko. Jednak w Warszawie cenzura zezwoliła jedynie na rozpowszechnianie odbitek korektowych.

"Udał się więc z prośbą do krakowskiego Czasu, aby wydrukował jego odezwę. Ale ówczesny redaktor Czasu, Leon Chrzanowski, prośbie jego odmówił, podając charakterystyczne motywy. «Umieściwszy odezwę Waszą - pisał do Lesznowskiego, - bylibyśmy mocą ustawy drukowej zmuszeni do zamieszczenia odpowiedzi, którym odpórby dawać należało, a nie byłoby wolno. Wyzwalibyśmy do walki całe dziennikarstwo niemieckie, szczególniej wiedeńskie, będące wyłącznie w ręku Żydów. Bo jeżeli Żydzi są silni w Warszawie, iż swym wpływem na cenzurę wzbronili Wam odezwać się, to daleko większą przewagę mają w Wiedniu. Oto niedawno z powodu uderzenia naszego na nadużycie, popełnione przez Żydów w Starym Sączu, stanęły przeciwko nam żydowskie potentaty z połowy Europy: Fuld, Rotszyld, Pereira i t. d. Jeżeli zaś toczy się bój przeciw polskości i Polakom, lub wogóle Słowianom, to Niemcy liczą się za Żydów, a Żydzi za Niemców; mieliśmy tego przykłady u nas i w Poznańskiem»" (Bartoszewicz, s. 49-50).

[25] "Nawiasem mówiąc, nieobecność żydów tłumaczyła się tem, że koncert odbył się w samą wigilję Sądnego Dnia (Jom Kipur), gdy najmniej wierzący żydzi udają się do synagogi na uroczyste nabożeństwo «Kol Nidre». Nie mogli o tem nie wiedzieć w «zżydziałej» Warszawie ówcześni antysemici, zwłaszcza sprawozdawca «Gazety Warszawskiej» Józef Kenig, który nawet podobno sam był pochodzenia żydowskiego" (Hirszhorn, s. 156-157; jest jeszcze do tej bezwstydnej bajki przypis na stronie 156: "Zakomunikował nam o tem znany księgarz warszawski, Gabrjel Centnerszwer, który stosunki te sam przeżył i dokładnie je pamięta").

[26] "Nie znane są dokładnie przyczyny absencji żydowskich melomanów na tym koncercie. Znany księgarz warszawski Gabriel Centnerszwer, świadek tych wydarzeń, opowiadał, że koncert odbył się w wigilię święta żydowskiego (prawdopodobnie Chanuki) i dlatego Żydzi byli nieobecni" (Fuks, s. 149).

[27] "Na krótko przed wybuchem «wojny» odbył się w Warszawie recital utalentowanego skrzypka żydowskiego Reicherta. [...] Na występie tym nie było prawie zupełnie polskich melomanów, a i prasa polska przemilczała to, bądź znaczące wówczas wydarzenie kulturalne. [...] Może był to odwet za «polską» absencję na koncercie Reicherta" (Fuks, s. 149).

Tym razem Fuks przepisał bezmyślnie tego "skrzypka Reicherta" od Salomona Łastika. Por. Salomon Łastik, Z dziejów Oświecenia żydowskiego. Ludzie i fakty, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1961, s. 251. Dalej cytuję jako Łastik.

Natomiast Łastik wziął Reicherta od Hilarego Nussbauma (Nussbaum, s. 412), ale skrzypka już sam dofantazjował.

[28] Recenzent "Ruchu Muzycznego" tak rozpoczął swoją relację z koncertu 19 grudnia 1858, na którym Alexander Reichardt wystąpił obok pianisty Józefa Wieniawskiego (brata Henryka) i wiolonczelisty Adama Hermana:

"Jeśli imiona koncertantów mają być rękojmią wartości koncertu, to koncert o którym mówić mamy, musiał być nader zajmujący dla słuchaczów. Mieli oni jeszcze jedną przyjemność przedkoncertową: przybywali przekonani, że zawodu nie doznają" ([Józef Sikorski], Koncert pp.: J. Wieniawskiego, Al. Reicharda [sic!] i Ad. Hermana, (d. 19 b. m. w salach redutowych), "Ruch Muzyczny" 10/22 grudnia 1858, nr 51, s. 405; ciągła numeracja w ramach rocznika).

[29] Puścił tę sugestię w obieg Hilary Nussbaum, wyjaśniając, że Żydzi poszli tłumnie na Reicherta, a darowali sobie Nerudę, bo talent Reicherta "więcej zaspokajał ich wymagania". Myśl tę z ochotą rozwinęli potem Łastik i Fuks. Łastik uznał, że melomani żydowscy po prostu sprawiedliwie ocenili "walory artystyczne koncertantek" (w domyśle: marne) i tylko dlatego "na koncert ten się nie kwapili" (Łastik, s. 251). A z kolei Fuks już bez żadnych niedopowiedzeń oznajmił:

"Najprawdopodobniej jednak skrzypaczka czeska i akompaniująca jej siostra nie reprezentowały wysokiej klasy muzycznej - a instynkt artystyczny żydowskich melomanów reagował z wyczuciem na te sprawy - dlatego też sala była prawie pusta" (Fuks, s. 148).

Wszystko to są brednie, które, paradoksalnie, tylko potwierdzają uwagi Keniga o niemal instynktownym u Żydów odruchu "wyniesienia swoich".

[30] "We must hurry up, for I want to go to Halle's concert to hear Norman Neruda this afternoon" (Arthur Conan Doyle, The Complete Sherlock Holmes, przedmowa Christopher Morley, Doubleday, Garden City 1988, s. 34).

Nb. pod koniec tego rozdziału Holmes wybierając się na koncert Nerudy nuci graną przez nią miniaturę Chopina: Tra-la-la-lira-lira-lay.

"And now for lunch, and then for Norman Neruda. Her attack and her bowing are splendid. What's that little thing of Chopin's she plays so magnificently: Tra-la-la-lira-lira-lay" (s. 36).

Chopin oczywiście niczego takiego na skrzypce nie napisał, ale Norman-Neruda najprawdopodobniej grała we własnej transkrypcji na skrzyce jego chyba najbardziej znaną pieśń "Życzenie" (op. 74 nr 1); to ta ze słowami "Gdybym ja była słoneczkiem na niebie...". Tak w każdym razie dedukują wielbiciele Sherlocka Holmesa (zob. Harold C. Schonberg, Tra-la-la-Lira-lira-lay, "The New York Times", 7 marca 1965).

[31] "We had a pleasant little meal together, during which Holmes would talk about nothing but violins, narrating with great exultation how he had purchased his own Stradivarius, which was worth at least five hundred guineas, at a Jew broker's in Tottenham Court Road for fifty-five shillings" (The Complete Sherlock Holmes, s. 894).