EBENEZER ROJT

Od przypadku do przypadku.
Załgane życie Krzysztofa Piesiewicza

Dobrze, zróbmy dygresję - mówi Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Mikołajem Jazdonem. Powiem panu, że harcerstwo stanowiło bardzo ważne doświadczenie w moim życiu. Wciąż przechowuję pamiątki z nim związane - krzyż harcerski, sznur, lilijkę i chustę. Dzieciństwo spędziłem w Zalesiu Dolnym pod Warszawą. Chodziłem tam do szkoły podstawowej, słynnej "Krauzówki". Należałem też do drużyny harcerskiej im. Tadeusza Zawadzkiego "Zośki", żołnierza Szarych Szeregów, słynnej postaci, o której pisze Aleksander Kamiński w Kamieniach na szaniec. Wiele razy brałem udział w spotkaniach organizowanych przez profesora Tadeusza Zawadzkiego, ojca "Zośki", w jego willi położonej nieopodal naszej szkoły. Wyjątkowe miejsce [1].
Ale profesor Zawadzki, ojciec "Zośki", naprawdę miał na imię Józef i zmarł cztery miesiące po piątych urodzinach Krzysztofa Piesiewicza.
[W liceum Batorego] przede wszystkim poświęciłem się wagarom. Przesiadywałem godzinami w klubie tenisowym [...]. W godzinach zajęć szkolnych najwięcej czasu spędzałem jednak w kinach i w Muzeum Narodowym. [...] Starożytny Egipt - eksponaty przywiezione przez profesora Kazimierza Michałowskiego. [...] I cudowny fresk świętej Anny, która palcem dotyka ust, jakby mówiła «Cicho...», jakby sygnalizowała istnienie wielkiej tajemnicy. Jej spojrzenie. Wydawało mi się, że wodzi za mną oczami [2].
Ale w czasach licealnych Krzysztof Piesiewicz nie mógł oglądać w Muzeum Narodowym cudownego fresku świętej Anny. Zdał maturę w roku 1965 (z lekkim poślizgiem z powodu poświęcenia się wagarom), natomiast freski z Faras zostały udostępnione publiczności po raz pierwszy w październiku 1967, a stałą Galerię Faras otwarto dopiero w czerwcu 1972 [3].
W czasie pisania scenariusza Szczęśliwego końca pracował pan nad powieścią? Ukazała się we Francji w 1985 roku podpisana przez Sybille Ariele pod tytułem Conversation contrôlée... Czy coś łączy tę powieść z filmem Bez końca?

Sporo. To powieść o adwokacie, który broni przywódcy "Solidarności" Filipa Walenty. Jedną z bohaterek jest francuska dziennikarka Claire Sarmat. [...] Pisałem ją z paryską dziennikarką. Spotykaliśmy się we francuskiej ambasadzie w tym samym czasie, gdy z Kieślowskim pracowałem nad scenariuszem Bez końca. Mówiłem do niej po polsku, a ona pisała po francusku. Nie znam tego języka, nie znam dokładnie tej książki. Ktoś mi powiedział, że nie jest to literatura najwyższego lotu (Piesiewicz-Jazdon, s. 47; 'Syblille Ariele' również w "Indeksie nazwisk" na s. 313).

Ale powieść "Conversation contrôlée..." (w oryginale tytuł ujęty jest w cudzysłów, bo to cytat z komunikatu, który bohaterka słyszy w telefonie) nie została podpisana przez Sybille Ariele. Została podpisana przez Sybille Ariège (pseudonim pisarki Laurence de La Baume), natomiast główna bohaterka książki nazywa się Claire Sarlat. Trochę to dziwne przedstawiać się jako współautor, a może nawet autor powieści, o której wie się tak niewiele [4].

Nb. nie była to powieść epatująca ekstremizmami; raczej napisana w duchu gorzkiego koncyliacyjnego realizmu. Ze zrozumieniem traktowała też losy szlachetnych, choć może nieco zbyt naiwnych komunistów [5]. Z kolei w scenariuszu filmu Bez końca pojawiała się postać adwokata Labradora, który skutecznie mityguje gorącogłowego robotnika oskarżonego o udział w nielegalnym strajku. Co w roku 1985 wielu widzów odbierało jako wygodną dla władzy zachętę do stępienia politycznego radykalizmu.

Pierwowzorem postaci mecenasa Labradora był jeden z moich patronów w warszawskiej palestrze, Henryk Nowogródzki. [...] Był policjantem w getcie warszawskim. Przeżył jego likwidację. Wiele razy się zastanawiałem, jak to możliwe, że taki człowiek mógł zostać policjantem w getcie? Nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałem. Przeżywałem to, aż do przeczytania rozmowy z Markiem Edelmanem, w której znalazłem wytłumaczenie. Nowogródzki należał do Żydowskiej Organizacji Bojowej. Z jej polecenia wstąpił do żydowskiej policji w getcie... (Piesiewicz-Jazdon, s. 44-45; wyróżnienie moje).
Ale Henryk Nowogródzki nie należał do Żydowskiej Organizacji Bojowej i nic nie wiadomo o tym, by jakakolwiek podziemna organizacja kazała mu wstąpić do żydowskiej policji w getcie. Tym bardziej nie mógł tego twierdzić Marek Edelman, który przed Sądem Obywatelskim przy Centralnym Komitecie Żydów Polskich złożył zeznania obciążające Nowogródzkiego. Patron Piesiewicza zachowywał się niechlubnie również po wojnie [6].

Podobno Hanna Krall poznała Krzysztofa Kieślowskiego z Piesiewiczem, bo "wspaniale, barwnie opowiadał".

Miał wyjątkową łatwość snucia historii. Inteligentny, nieprawdopodobnie oczytany. Od razu pomyślałam o Kieślowskim. Jak by mu się przydał ktoś taki! Piesiewicz posiadał to, czego Krzysztofowi brakowało: potrafił wymyślać. Brał maleńki szczegół z życia, a potem rozhaftowywał to, rozbudowywał... Robił z tego to, na czym Krzysztofowi tak bardzo zależało: nadwyżkę metafizyczną [7].
Pierwsza "nadwyżka metafizyczna" wyszła tak sobie. Film Bez końca luźno nawiązywał do postaci zmarłego na raka obrońcy opozycjonistów, Jerzego Woźniaka, podobnie jak wspomniana wyżej książka "Conversation contrôlée..." (nb. zadedykowana ...et à la mémoire de l’avocat, Jurek W.). Było "metafizycznie", bo w filmie zmarły adwokat ukazywał się jako duch, tajemniczo ingerował w akcję, a wdowa po nim (i matka małego synka) w finale popełniała samobójstwo, by w mgliście "duchowej" scenerii połączyć się z mężem. Czemu towarzyszyła jeszcze muzyka Zbigniewa Preisnera imitująca niemal liturgiczną podniosłość [8].

Nb. życie napisało znacznie ciekawszy scenariusz. Prawdziwa żona Jerzego Woźniaka kilka lat po jego śmierci wyszła za mąż za Jerzego Staraka, jednego z najbogatszych Polaków i tajnego informatora Służby Bezpieczeństwa. Syn zaś, usynowiony przez ojczyma Piotr Woźniak-Starak, nie zważając na to, że od trzech lat jest podobno szczęśliwie żonaty, wybrał się po pijanemu na nocną przejażdżkę motorówką razem z piękną dziewczyną, po czym wypadł z tej motorówki i zginął.

Niemniej co do jednego Hanna Krall się nie pomyliła: Krzysztof Piesiewicz "potrafił wymyślać". Toteż gdy opowiada o swoim życiu, bez problemu zmyśla, co tylko mu przyjdzie do głowy. Nawet najgłupsze drobiazgi.

Nie miałem wtedy telefonu w domu, zawsze więc u nas w widocznym miejscu leżały pięćdziesięciogroszówki, żeby w razie potrzeby sięgnąć po nie, zbiec na dół do budki telefonicznej w pobliżu bloku i zadzwonić (Piesiewicz-Jazdon, s. 73).
Ale w drugiej połowie lat 80., gdy Piesiewicz podobno właśnie w ten sposób nieustannie wydzwaniał do Krzysztofa Kieślowskiego, pięćdziesięciogroszówki już od jakichś dziesięciu lat były do takich celów bezużyteczne.

Z tym "nieprawdopodobnym oczytaniem" Piesiewicza też bywa różnie. Nie wie, że anegdota, którą powtarza, rzekomo z czasów stalinizmu, to tylko przeróbka anegdoty Słonimskiego, w oryginale z czasów caratu [9]. Wydaje mu się, że muzykę do filmu Niebo według jego scenariusza "skomponował niezwykle utalentowany estoński kompozytor Arvo Pärt" [10]. Sugeruje, że Kieślowski bez sensu zastanawiał się, czy Hymn do miłości świętego Pawła nie powinien być śpiewany w finale Niebieskiego po aramejsku, "by w ten sposób sięgnąć do źródeł Ewangelii" [11]. Fantazjuje, że Simone Weil, którą ma za swoją idolkę, była córką rabina [12]. Zmyśla, że Theodosius Dobzhansky to "z pochodzenia Polak z Kijowa" [13]. Zmyśla nawet coś tak banalnie łatwego do sprawdzenia, jak data śmierci Primo Leviego [14]. Odpowiednie cytaty i komentarze podaję już tylko w przypisach, byście nie umarli z nudów.

Wszystko to nie miałoby większego znaczenia, gdyby Krzysztof Piesiewicz był jedynie obdarzonym fantazją scenarzystą filmów fabularnych. Wiadomo - artyści! Ale był także znanym adwokatem uczestniczącym w procesach politycznych, a potem pięciokrotnie senatorem (z różnych list) - i to pomimo tego, że w wyborach czerwcowych w roku 1989 startował do sejmu przeciwko kandydatom Komitetu Obywatelskiego [15]. A do zmyśleń i kłamstw kogoś takiego wolno przykładać surowszą miarę. "Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie".

Gdy na początku lat 80. Krzysztof Piesiewicz wspierał jako adwokat działaczy opozycji, oczywiście zainteresowała się nim Służba Bezpieczeństwa. Wzięto go też znienacka na przesłuchanie, straszono internowaniem, potem nawet aresztowaniem, ale podobno stanęło na tym, że kazali mu podpisać zobowiązanie o dyskrecji i puścili do domu [16].

Natomiast dwa lata później uczestniczył w procesie morderców ks. Jerzego Popiełuszki jako pełnomocnik kierowcy zamordowanego księdza, Waldemara Chrostowskiego; postaci niejednoznacznej, którą wielu podejrzewało o współpracę z SB [17]. Zwrócił się też wtedy do sądu z apelem, aby głównego oskarżonego, Grzegorza Piotrowskiego, nie skazywano na karę śmierci. Dlaczego to zrobił, wyjaśnił po latach z mało przekonywającą grandilokwencją:

Między innymi dlatego, by w środku Polski, na placu Defilad w Warszawie, nie stawiano szubienicy wielkości Pałacu Kultury... Bo żylibyśmy w cieniu tej szubienicy [18].
W rzeczywistości był to wtedy gest całkowicie zbędny, niemal kabotyński, bo nikt żadnej szubienicy, nawet maleńkiej, stawiać nie zamierzał. Również oskarżony Piotrowski zachowywał się na procesie tak, jakby miał gwarancje, że wielka krzywda mu się nie stanie - co zauważyło od razu wielu obserwatorów [19]. Że mecenas Piesiewicz tego nie zauważył, to jeszcze pół biedy. Ale, co gorsza, nie zauważył także, że nadzorująca proces Służba Bezpieczeństwa jakimś cudem skopiowała wszystkie jego notatki, a więc już wcześniej dokładnie wiedziała, co ma zamiar powiedzieć [20].

Podobny brak spostrzegawczości przytrafił się Krzysztofowi Piesiewiczowi również ćwierć wieku później, raptownie kończąc jego karierę polityczną. Nadto - jeśli wierzyć senatorowi - tym razem brakowi spostrzegawczości towarzyszył także wielki przypływ dziecięcej naiwności i odpływ gromadzonej przez lata wiedzy prawniczej. Chodzi mi, rzecz jasna, o całą tę barwną aferę, którą jeszcze dziś internet chętnie wam opowie, jeśli tylko wpiszecie w wyszukiwarkę frazę 'senator w sukience' albo coś podobnego.

Tego wszystkiego nie będę więc tutaj powtarzał, tym bardziej że najważniejsze szczegóły tej afery i tak są niemożliwe do zweryfikowania (słowo przeciwko słowu), a Krzysztof Piesiewicz w roku 2018 ostatecznie wyszedł z sądu jako człowiek niewinny - i raczej nie można mieć do tego wyroku zastrzeżeń.

W Polsce nie jest bowiem karalne baraszkowanie z bezpruderyjnymi niewiastami, nie jest karalna zabawa w udawanie, że się zażywa narkotyki, jak również nie jest karalne bełkotanie i chodzenie w sukience w kwiatki [21]. Nie jest też karalne wręczanie pół miliona złotych nieznajomym osobom za jakieś nieważne płyty, na których są podobno tylko filmy i zdjęcia z tych niekaralnych figli. Niemniej mógłby to być, tak nawiasem, naprawdę niezły materiał na scenariusz filmowy.

Trzeba by jednak zawczasu zdecydować, czy miałby to być psychologiczny thriller o człowieku, który otarł się kiedyś o złe towarzystwo, potem w okrutny sposób zamordowano mu matkę, więc na starość byle co wystarczy, by oszalał ze strachu. Czy też może raczej powinna to być komedia o kimś, kto udaje zdziwionego złem świata poczciwca w stylu Wolterowskiego Kandyda i z powagą opowiada niesamowite historie o jakiejś płycie z numerem telefonu, którą w lesie wykopał jamnik. W co on, poczciwiec, z miejsca uwierzył, bo przecież miał w życiu kilka jamników. Nie. Musicie to sami przeczytać, bo wygląda jakbym teraz ja zmyślał.

W trakcie tego spotkania dzwoni do mnie jakaś pani, przedstawia się jako Zosia i mówi, że ma ważny przedmiot dla mnie, jakąś płytę. [...] Umawiam się od razu z tą Zosią. Mówi: "Na Wszystkich Świętych byłam z rodziną w Marysinie Wawerskim na cmentarzu. Mój jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę, w której była płyta z numerem pana telefonu, ale ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami".

I pan to kupuje?

Żeby to nie wiem jak brzmiało, to proszę pamiętać, że miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w trakcie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała" (Będę walczył do końca. Z Krzysztofem Piesiewiczem rozmawia Tomasz Lis, wprost.pl, 17 lipca 2011) [22].

Aż chciałoby się po wysłuchaniu tych rzewnych bzdur przypomnieć Piesiewiczowi, w jaki sposób - zgodnie z jego własnymi słowami - powinien prowadzić obronę wiarygodny adwokat.
[...] wiarygodny adwokat musi zakreślić sobie margines obrony. [...] Na przykład nie powinien używać argumentów, o których słuchający powie czy też pomyśli: "Czy on mnie bierze za idiotę?" i natychmiast doda: "Jeśli bierze mnie za idiotę, to znaczy, że sam jest idiotą" (Piesiewicz-Komar, s. 163).
Szkopuł jednak w tym, że dla zaplątanego w swoje łgarstwa łgarza również udawanie idioty może być niekiedy ostatnią rozpaczliwą linią obrony.

[1] Krzysztof Piesiewicz, Mikołaj Jazdon, Kieślowski. Od Bez końca do końca, Wielka Litera, Warszawa 2021, s. 208; wyróżnienie moje. Dalej cytuję jako Piesiewicz-Jazdon.

Nie jest to nieobrobiony zapis żywej rozmowy, z całym jej urokiem, ale i niebezpieczeństwami: nieporadnymi i mętnymi zdaniami, lapsusami, omsknięciami pamięci etc. Przeciwnie, rozmowa została zredagowana aż do przesady. Zdania są okrągłe i poprawne, a obaj rozmówcy przerzucają się dziesiątkami nazwisk i tytułów, jak również wielokrotnie cytują opatrzone starannymi przypisami fragmenty z najrozmaitszych książek i artykułów. Jeśli dobrze policzyłem, jest tych przypisów aż 140.

[2] Krzysztof Piesiewicz, Michał Komar, Skandalu nie będzie, Czerwone i Czarne, Warszawa 2013, s. 60-61. Dalej cytuję jako Piesiewicz-Komar.

[3] "W sierpniu 1964 roku przybył do Muzeum Narodowego w Warszawie wielki transport zabytków z Faras, w tym ponad sześćdziesiąt malowideł. W specjalnie zorganizowanym laboratorium w Muzeum Narodowym przystąpiono niezwłocznie do odpowiednich zabiegów konserwatorskich. W październiku 1967 roku w związku z Dwudziestoleciem ICOM i Drugą Międzynarodową Kampanią Muzealną, której uroczysta inauguracja odbyła się w Warszawie, otwarto w Muzeum Narodowym wielką wystawę zabytków z Faras, gdzie pokazano już czterdzieści malowideł ściennych" (Kazimierz Michałowski, Faras. Malowidła ścienne w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie, inskrypcje opracował Stefan Jakobielski, Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, Warszawa 1974, s. 7-8).

Informacje te uprzejmie potwierdziła mi w e-mailu dr Monika Myszor-Ciecieląg, kierowniczka archiwum Muzeum Narodowego:

"po wykonaniu kwerendy w zasobie Archiwum, ustaliłam, że [...] wystawa polskich wykopalisk z Faras [w ramach II Kampanii Muzealnej i XX- lecia ICOM] została otwarta 1.10.1967, a trwała do 15.01.1968. Przedstawiono na niej wszystkie zabytki z Faras, w tym świętą Annę.

Natomiast inauguracja stałej Galerii Faras odbyła się 19.06.1972 r.".

[4] We wcześniejszej rozmowie z Michałem Komarem Piesiewicz tak opowiadał o powstaniu tej książki:

"Tam [w ambasadzie Francji] spotykałem się z przyjaciółką, która pomagała mi w nadaniu ostatecznego kształtu pewnemu utworowi... [...] Kleciłem z nią powieść. O stanie wojennym. Została wydana w 1985 roku. Ostrzegam, to nie jest dzieło najwyższego lotu.

Pod pseudonimem?

Sybille Ariege" (Piesiewicz-Komar, s. 188).

Wynikałoby z tego, że książkę pisał Piesiewicz i że 'Sybille Ariege' (jeszcze inna pisownia) to był jego pseudonim, natomiast przyjaciółka tylko mu pomagała, choć nie znał francuskiego.

Niektórzy wierzą nie tylko w autorstwo Piesiewicza, ale i w sukces finansowy tej książki:

"Dzięki powieści, którą wydał we Francji pod pseudonimem, był na tyle niezależny finansowo, by móc społecznie angażować się w obronę opozycjonistów" (Patryk Pleskot, Zabić. Mordy polityczne w PRL, Znak Horyzont, Kraków 2016, s. 478).

[5] "Nawet kiedy Jacek miał legitymację partyjną, pamiętasz, kiedy prowadził wykłady z filozofii marksistowskiej na uniwersytecie, jak dobrze mówił o dialektyce, jak potrafił zdefiniować wartość pracy w swojej wizji historii... Bycie komunistą w tym kraju nigdy niczego nie polepszało, nawet w czasach, kiedy było to jedyne rozwiązanie, jeśli chciało się pomóc swojemu krajowi... Baliśmy się innych, zawsze się kogoś boimy... Dwa razy o mało nie trafił do więzienia".

A dla koneserów oryginał:

"Même quand Jacek avait la carte du Parti, tu te rappelles, quand il donnait des cours de philosophie marxiste à l’université, comme il parlait bien de la dialectique, comme il savait définir la valeur du travail dans sa vision de l’histoire... Être communiste dans ce pays n’a jamais rien arrangé, même à l’époque où c’était la seule solution si l’on voulait aider son pays... On avait peur des autres, on a toujours peur de quelqu’un... Deux fois, il a frôlé la prison" (Sybille Ariège, "Conversation contrôlée...", La Table Ronde, Paryż 1985, s. 93).

I jeszcze kilka zdań z zakończenia powieści. Zapisuje je w notesie bohaterka, Claire Sarlat, czekając na Okęciu na samolot do Paryża:

"Warszawa, 3 maja 1982 r.

Opuszczam stolicę w dniu święta, o którym pamięta większość Polaków. Zaledwie dwieście lat temu polski sejm uchwalił Konstytucję, która mogła stać się wzorem dla świata. Wkrótce potem Polacy na długie lata utracili niepodległość.

Dziś te dwa fakty powinny skłonić naród polski do głębokiej refleksji, a jednocześnie umocnić go w przekonaniu, że musi stale poszukiwać kompromisów.

Obserwując proces Filipa Walęty, zrozumiałam, jak wiele trzeba cierpienia i głębokiej pokory, by przez całe życie znosić kompromisy i w tym morzu dobra i zła znaleźć swoje miejsce, nie tracąc godności. Stanisław Zaremba, obrońca Walęty, wyszedł z tego procesu z aureolą człowieka, który szuka sposobu, by zmniejszać kary, łagodzić cierpienia i ocalić solidarność ludzkich serc. Co prawda nie pozwolono mu wygrać, ale należy on do tych, którym nikt nie może odebrać nadziei".

Przełożyłem swobodnie, więc dla koneserów znowu oryginał:

« Varsovie, le 3 mai 1982.

« Je quitte la capitale en un jour de fête reconnu par la plupart des Polonais. Il y a à peine deux cents ans, le Parlement polonais honorait la Constitution qui aurait pu être un exemple pour le monde entier. Quelque temps après, ils perdaient leur indépendance pour longtemps.

« Aujourd’hui, ces deux faits doivent provoquer une profonde réflexion chez le peuple polonais, tout en renforçant l’impératif où ils sont d’accepter des compromis permanents.

« En observant le procès de Philippe Walenta, j’ai compris quelle grande souffrance, quelle profonde humilité il fallait avoir pour supporter une vie entière faite de compromis, pour, dans cet océan de bien et de mal, trouver sa place sans perdre sa dignité. Stanislas Zaremba, le défenseur de Walenta, en est sorti entouré de l’auréole de ceux qui cherchaient un chemin pour minimiser les peines, les souffrances humaines et sauver la solidarité du cœur. Certes, on ne l’a pas laissé gagner, mais il fait partie de ceux à qui personne ne peut retirer l’espoir (s. 255; zachowałem francuską typografię).

[6] "Przed Sądem Obywatelskim CKŻP przesłuchano natomiast m.in. Marka Edelmana, który zeznał o udziale N. w akcjach deportacyjnych w getcie aż do stycznia 1943" (Marcin Zaborski, hasło "Nowogródzki Henryk", [w:] Słownik Biograficzny Adwokatów Polskich A-Ż, t. III (zmarli w latach 1945-2010), zeszyt 1, Naczelna Rada Adwokacka, Redakcja "Palestry", Warszawa 2018, s. 355. A tutaj można posłuchać, jak opowiada o tym sam Edelman.

Po wojnie Nowogródzki "należał do ścisłej czołówki adwokatów-obrońców wojskowych w kraju, był dopuszczany przez władze do najważniejszych spraw politycznych, toczących się z naruszeniem podstawowych zasad rzetelnego procesu przed sądami wojskowymi, przede wszystkim przed wojskowymi sądami rejonowymi" (s. 355-356). Krytycznie też oceniano jego rolę jako obrońcy Kazimierza Moczarskiego. A w 1957 roku okazało się, że jego nazwisko znajduje się na tajnej liście zaufanych adwokatów komunistycznej władzy. Niewiele mu to zaszkodziło, bo potrafił się ustawić w każdych okolicznościach.

[7] Katarzyna Surmiak-Domańska, Kieślowski. Zbliżenie, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, s. 347. Dalej cytuję jako Surmiak-Domańska.

Hanna Krall opowiedziała o tym także w swojej książce - i tym razem z własną "nadwyżką metafizyczną":

"[Kieślowski] zapalił i rozsiadł się na kanapie.

- Jakiś człowiek wynurza się z ciemności - zaczął. - Nie mam pojęcia, kim jest, widzę tylko twarz. Coś mówi, ale nie rozumiem słów.

- Ładna historia - powiedział po paru dniach. - Ten człowiek nie żyje...

Okazało się następnie, że nieżyjący facet jest adwokatem, więc Krzysztof musiał z jakimś prawdziwym adwokatem pogadać o sądowych sprawach.

- Poznaj mnie z W., robiłaś z nim wywiad.

- Z innym cię poznam.

- W. jest inteligentny.

- Bardzo inteligentny, ale poznam cię z innym. Zapisz nazwisko: Piesiewicz. Telefon..." (Hanna Krall, Tam już nie ma żadnej rzeki, Wydawnictwo a5, Kraków 1998, s. 61).

Jednak nie wszystkim "nadwyżki metafizyczne" Hanny Krall przypadają do gustu.

"Rola sprawnego opowiadacza cudzych losów lub ciekawie zadającego pytania absolutnie autorce nie wystarcza. W jej tekstach - będących, formalnie rzecz biorąc, literaturą faktu - na pierwszy plan wybija się jej własna osoba - ukazywana jako uosobienie gorzkiej mądrości i metafizycznej głębi. W istocie, ani to mądrość, ani metafizyka, tylko mistyfikacja. W dodatku niezbyt zręczna. Do uduchowienia autorki nie przekonuje, na przykład, jej zwracanie się do Istoty Wyższej w sposób: «Hej, słyszysz mnie?!» czy też «Hej, jesteś tam?!».

Dziwi, że tylu ludzi, czasem nawet całkiem sensownych, daje się na to nabrać" (Antoni Libera, wypowiedź w ankiecie Pisarze niedocenieni - pisarze przecenieni, "Kultura" 1992, nr 7-8, s. 166).

[8] Nb. Krzysztof Piesiewicz dalej po latach broni tej metafizyki dwugłowego cielęcia:

"Oczywiście można zapytać, jak to jest, że matka popełnia samobójstwo i zostawia dziecko? Pomijam już to, że co dzień na świecie tysiące matek popełniają samobójstwo, zostawiając dzieci, ale nam chodziło o co innego. Piękna kobieta zakleja sobie usta i odkręca kurek od gazu w swojej kuchni. Poświęca wszystko, swoje życie, by odejść do świata Antka, zmarłego męża, by być znowu z nim. Odchodzi w zieleń, do świata, który tu umarł. Film ten miał być pewną summą. Z jednej strony pokazujemy świat całkiem rzeczywisty, wiarygodne postacie, a z drugiej ducha głównego bohatera, irracjonalne zachowania. W ten sposób chcieliśmy opisać istotę tamtego czasu, doświadczenia stanu wojennego. Nawet jeśli myślimy o rzeczach metafizycznych, to nie mogą to być «czary-mary». Dziwność świata, dziwne zachowanie postaci musi wynikać z jakiegoś realistycznego kontekstu. Świat pokazany na ekranie musi być wiarygodny, wszystko musi być uzasadnione" (Piesiewicz-Jazdon, s. 40).

[9] Tak ta anegdota wygląda u Słonimskiego:

"Opowiadał mi ojciec o rozmowie, którą miał słynny obrońca polityczny, mecenas Śmiarowski, z carskim prokuratorem okręgu warszawskiego. «Czy sznur, na którym wiesza się skazańca jest przepisowej grubości?» - spytał Śmiarowski. «Chyba tak» - odpowiedział prokurator. «Czy używa się parę razy tego samego sznura?» - «Nie. Sznur musi być nowy» - mruknął prokurator. «Wiele kosztuje arszyn takiego sznura?» - spytał Śmiarowski. «Cóż pan ciągle o tym sznurze» - obruszył się prokurator. «A o czym ja mam z panem mówić?»" (Antoni Słonimski, Alfabet wspomnień, wydanie drugie uzupełnione, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989, s. 234).

A tak to wygląda w wersji Krzysztofa Piesiewicza:

"[Maurycy Karniol] bronił w czasach stalinowskich. Opowiadają, że podszedł do prokuratora, który żądał kary śmierci. «Panie prokuratorze! Ten sznur, na którym się wiesza, to jaki jest?». «No, sznur, panie mecenasie...». «Ale jak gruby? Jak mój palec czy grubszy?». «Dlaczego pan pyta właśnie o sznur?» A o czym miałbym z panem rozmawiać, panie prokuratorze?» (Piesiewicz-Komar, s. 185).

[10] "Dane mi było współpracować z wieloma wybitnymi artystami, operatorami, scenografami, kompozytorami. Szczególnie o ostatnich warto powiedzieć. Muzykę do Nieba skomponował niezwykle utalentowany estoński kompozytor Arvo Pärt" (Piesiewicz-Jazdon, s. 285).

Ale Arvo Pärt nie skomponował muzyki do Nieba - wykorzystano jedynie jego wcześniejsze kompozycje. Poza tym mówić "niezwykle utalentowany" o kimś, kto jest w świecie nieporównanie bardziej rozpoznawalny niż Krzysztof Piesiewicz, to jednak nazbyt przesadny protekcjonalizm.

[11] "Pomysł z wykorzystaniem w finale słów świętego Pawła pochodził od Piotra Skrzyneckiego, twórcy krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Długo zastanawialiśmy się, w jakim języku ma być śpiewany ten tekst. Krzysztof gruntownie badał sprawę, korespondował z Michałem Klingerem, teologiem prawosławnym. On sugerował - zdaje się - Kieślowskiemu, że hymn powinien być śpiewany po aramejsku, by w ten sposób sięgnąć do źródeł Ewangelii, a zarazem korzeni kultury europejskiej, ale ostatecznie tekst wykonywany jest po grecku" (Piesiewicz-Jazdon, s. 211).

Ale święty Paweł pisał w koinè, więc źródła Ewangelii są w tym wypadku właśnie greckie. Owszem, można by użyć wersji z Peszitty, ale to przekład i w dodatku znacznie późniejszy od oryginału, więc bardziej oddalony od źródeł. A jeśli idzie o zachowane manuskrypty sprawa ma się jeszcze gorzej: najstarszy manuskrypt z wersją aramejską (syryjską) jest o ponad trzy stulecia młodszy od najstarszego manuskryptu z wersją grecką.

[12] "Moimi idolkami były Hannah Arendt i Simone Weil. Uznałem, że bohater-kobieta daje większe spektrum możliwości opisu różnych zagadnień i postaw. [...] A potem wsiąkłem w dzieła Simone Weil, córki rabina zafascynowanej Chrystusem. Dużo o tym opowiadałem Krzysztofowi" (Surmiak-Domańska, s. 359, 387).

Ale Simone Weil nie była córką rabina. Wyrastała w rodzinie zasymilowanej i całkowicie laickiej, która nie pielęgnowała swych żydowskich korzeni i od rozmów o religii wolała rozmowy o nauce (starszy brat Simone, André Weil, został wybitnym matematykiem).

[13] Impulsem do rozmów przy pisaniu scenariusza Białego była podobno "Różnorodność i równość Theodosiusa Dobzhanskiego wydana przez PIW w 1979 roku w serii Biblioteki Myśli Współczesnej. Dobzhansky to słynny genetyk amerykański, z pochodzenia Polak z Kijowa" (Piesiewicz-Jazdon, s. 241).

Ale Theodosius Dobzhansky określał siebie jako Ukraińca. Amerykanie czasem piszą o nim jako o uczonym rosyjsko-amerykańskim, co jest naciągane, natomiast nie ma najmniejszych podstaw, by uważać go za Polaka.

[14] "Jeżeli [...] [nadzieja] pęka, człowiek umiera. Primo Levi wraca po wojnie z obozu i popełnia w 1947 roku samobójstwo. W Polsce podobny los spotyka Tadeusza Borowskiego. Znowu, widzi pan, jesteśmy blisko ważnych pojęć znanych z personalizmu, egzystencjalizmu czy pięknego chrześcijaństwa, którego coraz mniej w naszej przestrzeni" (Piesiewicz-Jazdon, s. 124).

Ale Primo Lewi nie zmarł zaraz po powrocie z obozu, lecz czterdzieści lat później - w 1987 roku. I nie jest wcale pewne, że było to samobójstwo, nie zaś nieszczęśliwy wypadek.

Natomiast ostatnie zdanie o "ważnych pojęciach" to zwięzły przykład pretensjonalnego pustosłowia Krzysztofa Piesiewicza. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w NOTATKACH: "Krzysztof Piesiewicz o sobie i o Krzysztofie Kieślowskim, a także o Wojtyle, Spielbergu i pastuchu w Turcji albo jak kombinować z duchowością, żeby lepiej żyć WYPISY".

[15] Przypominam o tym fakcie, gdyż pomija go Wikipedia (hasło "Krzysztof Piesiewicz"). Natomiast wynik wyborczy Krzysztofa Piesiewicza (mandat nr 15 w okręgu wyborczym nr 4 Warszawa-Wola) podaje Monitor Polski nr 21 z dnia 3 lipca 1989, s. 267.

Sam Piesiewicz tę swoją decyzję o starcie w wyborach tłumaczy mętnie. Przegrał dość sromotnie (piąte miejsce na siedem osób ubiegających się o mandat), a mimo to na pytanie, czy nie było mu przykro, odpowiada:

"Nie. Bo przegrana była precyzyjnie wliczona w scenariusz mojego postępowania. Czasami startuje się nie po to, aby wygrać" (Piesiewicz-Komar, s. 223).

[16] "Pan pułkownik zdjął marynarkę, z kabury pod pachą wyjął pistolet i położył go na biurku przy metalowej popielniczce z wytłoczonym napisem MBP. [...] Słyszę głos pułkownika: «Ja teraz wychodzę, a pan tu opisze, co pan robił 3 maja». Wyszedł. Zacząłem pisać. Kłębowisko myśli, co wiedzą, a czego nie. Coś tam zmyślam. Do pokoju przez cały czas wchodzili jacyś mężczyźni, patrzyli na mnie w milczeniu i wychodzili" (Piesiewicz-Komar, s. 189-190).

Krzysztof Piesiewicz został wtedy zarejestrowany jako kandydat na tajnego współpracownika. "Zdjęto z ewidencji 4.05.1988. W materiałach brak dokumentów wskazujących na przeprowadzenie z ww. rozmowy werbunkowej" (Biuletyn Informacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej).

[17] Nigdy tego ostatecznie nie udowodniono, poprzestając na gromadzeniu poszlak. Najbardziej obrazową z tych poszlak, więc też i najbardziej przemawiającą do laika, były okoliczności ucieczki Chrostowskiego z samochodu, którym porywacze z SB wieźli go wraz z księdzem (skrępowanym i zamkniętym w bagażniku). Dziwne było już samo odstępstwo od reguł obowiązujących w takich sytuacjach. Chrostowskiego posadzono na przednim siedzeniu obok kierowcy i nie zablokowano drzwi, co potem umożliwiło mu ich otwarcie "małym palcem".

"Nie wiem, kto z tych mężczyzn, którzy szli za mną, otworzył prawe przednie drzwi, i zostałem wepchnięty na siedzenie obok kierowcy. [...] Samochód cały czas jechał szosą, ja jednak zdecydowałem się na ucieczkę z samochodu i dlatego położyłem ręce skute w kajdankach na kolanach, pochyliłem się do przodu i mały palec prawej dłoni założyłem za klamkę prawych drzwi. [...] Zauważyłem też dwóch mężczyzn stojących przy motocyklu i wówczas zdecydowałem się na wyskoczenie w biegu z samochodu. W tym celu małym palcem prawej ręki szarpnąłem klamkę drzwi, barkiem prawym pchnąłem drzwi i wyturlałem się z samochodu. Upadłem na betonową jezdnię. Pęd powietrza zamknął drzwi, ale ja całą siłą naciskałem na te drzwi i wyleciałem. Odniosłem wrażenie, że byłem trzymany za marynarkę, ponieważ miałem rozdartą z tyłu marynarkę, a nawet fragment miałem wyrwany. Samochód nie zatrzymał się" (Aparat represji wobec księdza Jerzego Popiełuszki 1984, tom II: Śledztwo w sprawie uprowadzenia i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki, wstęp i opracowanie Jakub Gołębiewski, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2014, s. 51-53; Protokół przesłuchania świadka Waldemara Chrostowskiego w dniu 20 października 1984).

"Według mecenasa Wendego wszystko wyglądało tak, jakby Waldek miał uciec. Posadzono go przecież na miejscu obok kierowcy, a nie z tyłu samochodu, gdzie sprawcy mieliby większą kontrolę nad uprowadzonym kierowcą" (Piotr Litka, Zniszczyć księdza, Dystrybucja AA, Kraków 2021, s. 276; wyróżnienie za oryginałem).

Chrostowskiemu w czasie skoku w niewyjaśniony sposób rozpięły się kajdanki na jednej ręce, a on sam odniósł stosunkowo niewielkie obrażenia.

"Pamiętam, że po dowiezieniu do komendy Chrostowski został poddany badaniom wstępnym przez pułkownika Skalskiego. To był chirurg, który został wezwany w nocy. Bardzo dobry lekarz. I pierwsza rzecz, która była dla nas takim zaskoczeniem, że po przeprowadzeniu badania stwierdził, że jest niemożliwością, aby Chrostowski wyskoczył z tego samochodu przy prędkości - tak jak on mówił - 80-100 kilometrów na godzinę. Skalski stwierdził, że obrażenia są nieadekwatne do relacji kierowcy. Przy tak dużej prędkości byłyby o wiele większe, a właściwie to Chrostowski po takim skoku powinien nie żyć, zabić się" (Piotr Litka, Ksiądz Jerzy Popiełuszko. Dni, które wstrząsnęły Polską, Wydawnictwo św. Stanisława BM Archidiecezji Krakowskiej, Kraków 2009, s. 13; jest to wypowiedź Andrzeja Misiaka, wówczas prokuratora, który wszczął śledztwo). Dalej cytuję jako Litka.

Krzysztof Piesiewicz w czasie procesu "dowodził, że oskarżeni chcieli zabić zarówno księdza, jak i jego kierowcę", czyli że był on niemal równorzędną ofiarą (Joanna Sędek, Proces toruński i mowy końcowe oskarżycieli posiłkowych, "Palestra" 2022 nr 12, s. 111). Zob. też jego przemówienie przed sądem w: Przemówienia pełnomocników oskarżycieli posiłkowych w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszki, "Palestra" 2008 nr 11-12, s. 66-77.

Nb. po niemal trzydziestu latach Piesiewicz dalej uważał, że Waldemar Chrostowski nie był tajnym współpracownikiem SB i że takie pomówienia biorą się "albo z obrzydliwej pasji poszukiwania sensacji, albo z chęci zakłócenia procesu beatyfikacyjnego ks. Popiełuszki" (Piesiewicz-Komar, s. 214). Ale dziwnych okoliczności ucieczki Chrostowskiego nie skomentował nawet jednym zdaniem.

[18] "W procesie toruńskim reprezentował pan rodzinę zamordowanego księdza Jerzego Popiełuszki, był pan oskarżycielem posiłkowym, to znaczy, że w tej roli mógł się pan domagać kary śmierci dla oskarżonych. Zdecydował się pan na to?

Nie. Postąpiłem dokładnie odwrotnie. Jako oskarżyciel posiłkowy zwróciłem się do sądu, żeby nie skazywał zabójców na karę śmierci. Między innymi dlatego, by w środku Polski, na placu Defilad w Warszawie, nie stawiano szubienicy wielkości Pałacu Kultury... Bo żylibyśmy w cieniu tej szubienicy" (Piesiewicz-Jazdon, s. 68).

[19] "- Piotrowski, główny sprawca wykonawczy - stwierdza profesor Andrzej Marek - był absolutnie cyniczny i pewny siebie. Udzielał aroganckich odpowiedzi nie tylko sądowi, ale również pełnomocnikom stron uczestniczących w procesie. Odnosiło się wrażenie, że to jest nie tylko kwestia jego charakteru i takiej postawy, ale chyba tkwiącego w nim przekonania, że władza mu coś obiecała, że taka wielka krzywda mu się nie stanie. [...]

Pamiętam [wspomina Józefa Hennelowa], że on nas utrzymywał w przeświadczeniu, że ten prokuratorski wniosek o karę śmierci jest aktualny i że on się go spodziewa. Mimo to jestem przekonana, że już wcześniej wiedział, że kara śmierci nie zostanie zasądzona" (Litka, s. 132).

Wynikałoby z tego, że "prokuratorski wniosek o karę śmierci" był obliczony na to, by Piotrowski wyglądał na człowieka, który mówi niejako już spod szubienicy, więc nie musi kręcić i może rąbać prawdę w oczy. Na przykład "prawdę" o różnych kościelnych niegodziwościach, co zamieniało proces toruński w proces przeciwko Kościołowi. W takiej inscenizacji końcowy głos mecenasa Piesiewicza przeciwko karze śmierci był zatem najwygodniejszym i pożądanym zwrotem akcji.

[20] "W przypadku mecenasa Olszewskiego próbowano perswazji i rozmowy. Jeśli chodzi o innego z pełnomocników oskarżycieli posiłkowych - Krzysztofa Piesiewicza - posunięto się zdecydowanie dalej.

W aktach nadzoru nad śledztwem i procesem, które prowadziła Służba Bezpieczeństwa, odnalazłem kserokopie notatek, które Krzysztof Piesiewicz sporządził, przygotowując się do wystąpienia przed sądem w Toruniu.

Są to kopie całości zapisków mecenasa. Najprawdopodobniej (bo w aktach SB nie ma «źródła» pochodzenia tychże dokumentów) «ktoś» z otoczenia mecenasa w Toruniu przekazał te notatki do skopiowania funkcjonariuszom «bezpieki»" (Litka, s. 139).

[21] Szantażyści Krzysztofa Piesiewicza nie wydają się koneserami klasyki filmowej. Natomiast scena z senatorem w sukience - utrwalona na króciutkim filmiku, który również można znaleźć w internecie - nie może nie skojarzyć się miłośnikom kina ze sceną z Matni Romana Polańskiego (w okolicach 14-15 minuty), w której George (Donald Pleasence) w zabawowym nastroju paraduje w nocnej koszuli swojej żony. A ona potem jeszcze maluje szminką jego usta. Zdumiewające podobieństwo!

[22] Ponieważ dałem odnośnik do obszernego wywiadu Krzysztofa Piesiewicza, a znaczna część tej sprawy to - jak już wspomniałem - słowo przeciwko słowu, jeszcze dwa odnośniki dla tych, którzy chcieliby także wysłuchać drugiej strony. Tutaj opowieść zabawowej niewiasty, a tutaj opowieść jednego z jej kompanów.