EBENEZER ROJT

Krasznahorkai w Sztokholmie,
Nietzsche w Turynie
Przypis

Dobre sto lat temu - pisze László Krasznahorkai - w 1889 roku, w dniu jakże podobnym do dzisiejszego Friedrich Nietzsche wyszedł z bramy domu numer sześć przy Via Carlo Alberto, by udać się na spacer albo może na pocztę odebrać listy. Opodal, a może w tym momencie już bardzo daleko od niego, woźnica - że tak powiem! - zmagał się z upartym koniem. Popędza go, ale koń ani myśli ruszyć z miejsca i wtedy woźnica - Giuseppe? Carlo? Ettore? - traci cierpliwość i zaczyna okładać zwierzę batem. Nietzsche wbiega w tłum i w ten sposób kończy się okrutne przedstawienie pieniącego się ze złości woźnicy. Otóż ten potężnie zbudowany mężczyzna o sumiastych wąsach - ku ledwie skrywanej radości gapiów - nagle podskakuje do dyliżansu i z płaczem rzuca się koniowi na szyję. Gospodarz mieszkania zabiera go do domu, Nietzsche przez dwa dni leży na kanapie, w bezruchu i milczeniu, aż w końcu wypowiada swoje ostatnie słowa (Mutter, ich bin dumm), potem lekko obłąkany żyje jeszcze dziesięć lat pod opieką matki i siostry. O dalszych losach konia niczego nie wiemy [1].
Te same zdania wypowiada również narrator w prologu ostatniego fabularnego filmu Béli Tarra Koń turyński (A torinói ló, 2011) według scenariusza Krasznahorkaiego [2]. A ponieważ Krasznahorkai właśnie dostał Nobla, Tarr zaś umarł, co jest niezłym pretekstem do zastanawiania się, o co im chodziło, może komuś przyda się ten mój zbędny przypis.

Nietzsche przytulający się z płaczem do bitego konia to dość późna opowieść. Dopóki żył, nikt nigdy nie wspominał o żadnym koniu. Ani on sam (z początku jeszcze był z nim chwilami kontakt), ani jego siostra, ani stary przyjaciel Franz Overbeck, który przyjechał po niego do Turynu. Owszem, Nietzsche wtedy płakał, ale rzucając się na szyję nie żadnemu koniowi, lecz właśnie Overbeckowi:

Chwila naszego pierwszego ponownego spotkania w Turynie (8 stycznia 1889), gdy pojechałem tam po niego z powodu obłąkania, w jakie popadł: wchodzę, naturalnie w tym momencie całkowicie nieoczekiwany [...] i śpieszę ku niemu, także on zauważa mnie, zanim się do niego zbliżyłem, powstaje gwałtownie, rzuca się w moim kierunku, pada mi w ramiona i wybucha konwulsyjnym potokiem łez, niezdolny - poza kilkakrotnym, pełnym rozpaczliwej czułości wymówieniem mojego imienia - wyrazić się w żadnym innym języku, jak tylko poprzez drżenie całego ciała, przechodzące raz po raz w namiętne uściski [3].
Pierwsza (oszczędna) wzmianka o koniu pojawiła się dopiero w anonimowym artykule ogłoszonym we włoskim piśmie tuż po śmierci Nietzschego.
Pewnego dnia, gdy Fino [gospodarz Nietzschego] szedł pobliską Via Po - jedną z głównych ulic Turynu - zobaczył zbliżającą się grupę ludzi, a wśród nich dwóch strażników miejskich prowadzących "profesora" [tak mówił o swoim lokatorze]. Gdy Nietzsche go zauważył, rzucił się w jego ramiona, a on bez trudu doprowadził do jego uwolnienia. Strażnicy twierdzili, że znaleźli tego cudzoziemca koło bramy Uniwersytetu, mocno obejmującego szyję konia i nie dającego się od niego oderwać [4].
Koń zatem już jest, ale nie ma jeszcze ani wozu, ani płaczu, ani (zwłaszcza) okrutnego woźnicy. Toteż jeśli nawet jakiś koń tam rzeczywiście był (choć to świadectwo wątłe, z trzeciej ręki), cała dramatyczna reszta tej sceny została później Nietzschemu dopisana do życiorysu przez kogoś, kto bez wątpienia czytał Zbrodnię i karę. Porównajcie zresztą sami.

W piątym rozdziale pierwszej części Rodion Raskolnikow znajduje się - prawie jak Nietzsche - w dziwnym chorobliwym stanie. Mimo upału wstrząsa nim febryczny dreszcz, wstępuje do knajpy na kieliszek wódki, a potem, gdy idzie do domu, ogarnia go nagle nieprzemożna senność i zasypia w krzakach.

Straszny sen przyśnił się Raskolnikowowi. Przyśniło mu się dzieciństwo w rodzinnym jeszcze miasteczku. Ma ze siedem lat i w dzień świąteczny, przed wieczorem, przechadza się z ojcem za miastem.
A gdy tak idą - będę teraz streszczał, bo to długi sen, prawie pół rozdziału - mijają szynk, a tam pod gankiem stoi wielki wóz, do którego zaprzężono chudą szkapinę. Z szynku wychodzą pijani chłopi i jeden z nich woła, by wszyscy wsiadali, a jego koń zaraz ich cwałem powiezie. Ludzie śmieją się z niego, bo szkapa nie może nawet ruszyć z miejsca i tylko postękuje, więc wściekły woźnica zaczyna ją coraz zajadlej okładać: batem, drągiem i co tam wpadnie mu w rękę.
- Wsiadajcie! Wszyscy wsiadajcie! - krzyczy Mikołka. - Ona wszystkich powiezie. Zamorduję! - I grzmoci, grzmoci, już sam nie wie, czym bić, tak się zapamiętał.

- Tatusiu, tatusiu - woła mały Rodion do ojca - tatusiu, co oni robią? Tatusiu, biją biednego konika!

- Chodźmy, chodźmy! - mówi ojciec. - Pijani, durnie, awanturują się; chodźmy, nie patrz. [...]

Lecz biedny chłopczyk już jest jak nieprzytomny. Z krzykiem przedziera się przez ciżbę do bułanki, zarzuca ramiona na jej martwy, skrwawiony łeb i całuje, całuje w oczy, w pysk... [...]

Raskolnikow obudził się cały w potach, z mokrymi włosami, zziajany [5].

Mimo tak jawnej literackiej proweniencji ta - jak zaznacza Krasznahorkai - "wątpliwej wiarygodności historia" o katowanym koniu i szlochającym Nietzschem wciąż fascynuje i skłania do szukania odpowiedzi, co się wtedy właściwie stało w Turynie. Zresztą w zgodzie z tym, co sam Nietzsche pisał w Wiedzy radosnej:
Myśliciel widzi w swych działaniach eksperymenty i pytania służące uzyskaniu jakiejś wiedzy: sukces i porażka są dla niego przede wszystkim odpowiedziami [6].
Jeśli zaś filozofię Nietzschego potraktować jako jego eksperyment z własnym życiem, trudno o bardziej wymowną metaforę klęski: oto kończy w wielkim płaczu ten, który jeszcze rano mniemał się być wyższym nad wszystkie dobro i zło tego świata.
Dramatyczna scena z Turynu podpowiada - to już znowu Krasznahorkai - że żyć zgodnie z nakazem moralności nie jest naszą zasługą, po prostu nie mamy innego wyboru. Mogę żyć wbrew nakazowi, ale i tak nie uwolnię się od jego tajemniczej i trudnej do nazwania siły, która mnie z nim nierozerwalnie wiąże (A świat, s. 28; wyróżnienie za oryginałem).
To (według Krasznahorkaiego) właśnie ta siła sprawiła, że "niedościgniony mistrz zaprzeczania współczuciu, dobroci, przebaczeniu i empatii" (A świat, s. 27) kończy swoje przytomne życie na szyi bitego konia. Dla człowieka nie ma bowiem na tym świecie miejsca poza dobrem i złem. (Nb. Raskolnikowowi też się nie udało go znaleźć.) Niechże więc ten koń i szloch zostaną przynajmniej jako metafora. Zmyślony Nietzsche przeciwko wymysłom prawdziwego Nietzschego.

I tak właśnie - jako wielką metaforę - traktuje tę scenę Krasznahorkai. Jego Nietzsche to nie żaden "historyczny Nietzsche". I nie chodzi tu tylko o to, że sama historia jest "wątpliwej wiarygodności". Są jeszcze inne znaki. O prawdziwym Nietzschem z pewnością nikt by nie napisał "ten potężnie zbudowany mężczyzna" (óriás termetű) [7]. Prawdziwy Nietzsche nigdy też nie powiedział Mutter, ich bin dumm (Matko, jestem głupi) [8].

Do tego metaforyzowania dołożyła się dodatkowo (ale raczej niechcący) polska tłumaczka. Kto widział Konia turyńskiego, ten wie, że w tej opowieści powinien być zwykły prosty wóz (jak u Dostojewskiego), a nie żaden dyliżans. Nietzsche nie był też "lekko obłąkany". Był obłąkany ciężko. Natomiast kończył swe życie jako szaleniec łagodny (szelíd háborodottként) - wola mocy uszła z niego niczym powietrze z oklapłego balonu.

W wypadku wymyślonego Nietzschego te niezręczności to już tylko nieistotne drobiazgi. Czasem jednak przekład gubi sens.

Trzy przykłady.

Wielki szacunek dla doktora Möbiusa, w którego opinii był to jedynie zwyczajny objaw ataku paralysis progressiva wywołanego syfilisem, my tymczasem, urodzeni ponad sto lat później, jesteśmy świadkami natychmiastowego zrozumienia tragicznej pomyłki: po długiej i znojnej walce dusza Nietzschego powiedziała "nie" piekielnym w swoich konsekwencjach poglądom filozofa (A świat, s. 27).
Minden tisztelet Möbius doktoré to w tym kontekście odpowiednik polskiego "Z całym szacunkiem...", którego używa się wtedy, gdy chce się elegancko (ale i stanowczo) odrzucić czyjąś opinię. Na przykład diagnozę medyczną postawioną Nietzschemu przez doktora Paula Juliusa Möbiusa (nb. to postać autentyczna). Z całym szacunkiem, doktorze Möbius, ale nie chodzi tutaj o atak paralysis progressiva.
Latem 1962 roku na stacji berlińskiej kolejki przy Zoologischer Garten czekałem na pociąg jadący z Kreuzbergu (A świat, s. 52).
Ale narrator tej opowieści nie czekał na stacji berlińskiej kolejki latem 1962 roku, lecz latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku (ezerkilencszázkilencvenkettő nyarán). W polskim wydaniu to może jedynie literówka (w przekładzie, redakcji, składzie?), ale kto wie, czy w węgierskim oryginale data ta nie została rozmyślnie zapisana słownie właśnie dlatego, by uniknąć takich błędów i nieporozumień.

O ile bowiem w opowieści o Nietzschem Krasznahorkai podsuwał tropy, że jego Nietzsche to jedynie Nietzsche metaforyczny, wymyślony, to tutaj robi odwrotnie: opowiada tę historię tak, jakby to było jego własne, prawdziwe przeżycie (którego prawdziwość rok 1962 natychmiast unieważnia, bo w lecie 1962 roku Krasznahorkai miał osiem lat). A że jest to dla niego naprawdę bardzo ważne przeżycie, o randze osobistego świadectwa, dowodzi choćby to, że spróbował opowiedzieć je po raz wtóry i trochę inaczej w wykładzie noblowskim [9].

Na koniec ostatnie zdanie z opowiadania "Chce zapomnieć".

I choć próbujemy mówić o naturze, ta tego nie chce, próbujemy mówić o tym, co boskie, ono też tego nie chce, i w ogóle daremnie chcemy, nie potrafimy, mówiąc o czymś, wyjść poza samych siebie, bo umiemy jedynie mówić o historii, o stanie człowieka, o nigdy niezmieniającej się jakości, która tylko dla nas jest intrygującym odniesieniem, zresztą, z punktu widzenia "tego boskiego zresztą", w tym leży istota rzeczy, więc może od zawsze i raz na zawsze: jest po prostu wszystko jedno (A świat, s. 23).
Co to za "nigdy niezmieniająca się jakość"? O co chodzi z tym "punktem widzenia «tego boskiego zresztą»"? Trochę to mętne, nie sądzicie? Tymczasem chodzi tu o te same wątki, które pojawiają się w opowieści o Nietzschem. O niezmienność ludzkiej kondycji, wobec której nietzscheańskie "przewartościowanie wszystkich wartości" to tylko urojenie. A także o beznadziejną próbę opisania tej kondycji jakby z zewnątrz, z boskiego punktu widzenia. Albowiem każdy boski punkt widzenia może być tylko naszą uzurpacją i dlatego "boskie" może się pojawić wyłącznie w cudzysłowie [10].

Toteż sens tego długiego zdania stałby się łatwiej uchwytny, gdyby przełożyć je z nieco większą swobodą na przykład tak:

Bo na próżno próbujemy mówić o naturze - natura tego nie chce, na próżno próbujemy mówić o tym, co boskie - to, co boskie też tego nie chce; zresztą nie jesteśmy w stanie mówić o niczym innym, jak tylko o nas samych, ponieważ możemy mówić jedynie o historii, o ludzkiej kondycji, tej niezmiennej jakości istnienia, której istota tylko dla nas pozostaje niepokojącym odniesieniem, a poza tym, z punktu widzenia "boskiego poza tym", istota ta jest, być może od zawsze i na zawsze: bez znaczenia [10].
Ta trudna proza przypomina miejscami prozę poetycką, miejscami medytację, epifanię czy buddyjski koan. Nazywajcie to sobie zresztą jak tam chcecie. Ale gdy będziecie czytali Krasznahorkaiego po polsku i natraficie na coś ciemnego i powikłanego, nie musi to zaraz koniecznie znaczyć, że jego głębia stała się aż tak głęboka, że już dla was niepojęta.

Być może został jedynie przełożony bez zrozumienia.

[1] László Krasznahorkai, A świat trwa, przełożyła i opatrzyła posłowiem Elżbieta Sobolewska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, s. 26. Jest to sam początek opowiadania "Najpóźniej w Turynie". Dalej cytuję jako A świat. Wstawki węgierskie podaję za wydaniem: László Krasznahorkai, Megy a világ, Wydawnictwo Magvető, Budapeszt 2013.

[2] László Krasznahorkai, A torinói ló (egy szalvétára), filmnovella, krasznahorkai.hu.

[3] Franz Overbeck, Nietzsche. Zapiski przyjaciela, przekład i opracowanie Tadeusz Zatorski, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008, s. 20. Wprawdzie Overbeck nie o wszystkim napisał ("pełnego opisu zaoszczędziłem z różnych powodów", s. 21), ale prawdopodobnie pomijał tylko jakieś drastyczne obyczajowo brewerie Nietzschego, a scena z koniem z pewnością nie należy do tej kategorii. Przeciwnie, o takim zapłakanym Nietzschem mogłaby sobie poczytać nawet dorastająca panienka.

Nb. Overbeck dowiedział się na miejscu, że 7 stycznia, czyli dzień przed jego przyjazdem, Nietzsche upadł na ulicy, ale gdy w tydzień później pisał o tym w liście, nie wspominał, by miało to związek z jakimkolwiek koniem.

[4] Federico Nietzsche a Torino, "Nuova Antologia", tom CLXXIII, zeszyt 690, 16 września 1900, s. 315. Przełożyłem swobodnie, więc dla koneserów jeszcze oryginał:

"Un giorno, mentre il signor Fino percorreva la vicina via di Po - una delle principali strade di Torino - vide un gruppo di gente che si avanzava ed in mezzo ad esso due guardie civiche che accompagnavano il «professore». Tosto che il Nietzsche lo scorse, si gettò nelle braccia del signor Fino, il quale ottenne facilmente la liberazione sua dalle guardie, che raccontavano di aver trovato quel forestiero oltre i portici dell'Università, fortemente abbracciato al collo di un cavallo, da cui non voleva divincolarsi".

[5] Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara. Powieść w sześciu częściach z epilogiem, przełożył Czesław Jastrzębiec-Kozłowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977, s. 59, 62, 64.

Prawdopodobnie pierwszym czytelnikiem Zbrodni i kary, który tak ubarwił życiorys Nietzschego, był Erich Friedrich Podach. Tyle że stało się to przeszło czterdzieści lat po opisywanych wypadkach i - wbrew tytułowi swojej książki - Podach nie uwiarygodnił tej wersji żadnym dokumentem.

"3 stycznia Nietzsche wychodząc z domu widzi na placu Karola Alberta przy postoju dorożek zmęczonego starego konia, nad którym znęca się brutalny woźnica. Ogarnia go współczucie. Płacząc i próbując go osłonić, rzuca się na szyję umęczonego zwierzęcia".

W oryginale:

"Am 3. Januar, als Nietzsche sein Haus eben verläßt, sieht er, daß auf der piazza Carlo Alberto am Droschkenstand ein müder alter Gaul von einem brutalen Kutscher gepeinigt wird. Mitleid übermannt ihn. Schluchzend und schützend wirft er sich um den Hals des gemarterten Tieres" (Erich Friedrich Podach, Nietzsches Zusammenbruch. Beiträge zu einer Biographie auf Grund unveröffentlichter Dokumente, Niels Kampmann Verlag, Heidelberg 1930, s. 82).

Książką Podacha mógł inspirować się także Gottfried Benn pisząc wiersz Turin. Aczkolwiek tym razem dorożkarskie szkapy się rozmnożyły i są dwie:

"Indes Europas Edelfaule

an Pau, Bayreuth und Epsom sog,

umarmte er zwei Droschkengaule,

bis ihn sein Wirt nach Hause zog" (Gottfried Benn, Turin, [w:] Idem, Gesammelte Werke in vier Banden, tom trzeci: Gedichte, redakcja Dieter Wellershoff, Limes Verlag, Wiesbaden 1963, s. 177).

Nb. właśnie tę wersję Podacha z datą 3 stycznia i placem Karola Alberta powtarza bezkrytycznie Hollingdale w najłatwiej u nas dostępnej biografii Nietzschego: R[eginald] J[ohn] Hollingdale, Nietzsche, przełożył Władysław Jeżewski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2001, s. 274. Natomiast Janz, którego znacznie obszerniejsza, trzytomowa biografia jest uważana za najlepiej udokumentowaną, już tę datę uważa za błędną (sicher falsch), a samą historyjkę nazywa wzruszającą (die rührende Geschichte), lecz pozbawioną podstaw (Curt Paul Janz, Friedrich Nietzsche. Biographie, tom trzeci: Die Jahre des Siechtums. Dokumente, Quellen und Register, Carl Hanser Verlag, Monachium - Wiedeń 1979, s. 34).

[6] Jest to początek niedużego fragmentu "Przeciwko żalowi" (Gegen die Reue). Ma numer 41, dzięki czemu łatwo go znaleźć w dowolnym wydaniu. A dla koneserów oryginał:

"Der Denker sieht in seinen eigenen Handlungen Versuche und Fragen, irgend worüber Aufschluss zu erhalten: Erfolg und Misserfolg sind ihm zu allererst Antworten" (Friedrich Nietzsche, Die fröhliche Wissenschaft, [w:] Idem, Sämtliche Werke, Kritische Studienausgabe, tom 3, redakcja Giorgio Colli i Mazzino Montinari, Deutscher Taschenbuch Verlag, Monachium 1999, s. 408, w. 17-20; wyróżnienie za oryginałem).

Wątek "eksperymentowania z życiem" przenika zresztą całą myśl Nietzschego. W Poza dobrem i złem przewiduje, że filozofowie przyszłości będą właśnie takimi eksperymentatorami. (Pudło! W przeszło sto lat później filozofowie eksperymentują głównie z pisaniem podań o granty.)

"Z równą słusznością mogliby się oni [filozofowie przyszłości] nazywać krytykami; a z pewnością będą ludźmi eksperymentu. Mianem, które ośmieliłem się im nadać, wyraźnie położyłem nacisk na doświadczanie i na rozkosz doświadczania: czy dzieje się tak dlatego, że jako krytycy z duszy i ciała lubią się oni posługiwać eksperymentem w nowym, być może szerszym, może bardziej niebezpiecznym znaczeniu?" (Friedrich Nietzsche, Poza dobrem i złem, [w:] Idem, Dzieła wszystkie, tom 5, przełożył Paweł Pieniążek, officyna, Łódź 2018, s.137; to z kolei początek fragmentu 210).

A dla koneserów znowu oryginał:

"Mit dem gleichen Rechte dürften sie sich Kritiker nennen lassen; und sicherlich werden es Menschen der Experimente sein. Durch den Namen, auf welchen ich sie zu taufen wagte, habe ich das Versuchen und die Lust am Versuchen schon ausdrücklich unterstrichen: geschah dies deshalb, weil sie, als Kritiker an Leib und Seele, sich des Experiments in einem neuen, vielleicht weiteren, vielleicht gefährlicheren Sinne zu bedienen lieben?" (Friedrich Nietzsche, Jenseits von Gut und Böse, [w:] Idem, Sämtliche Werke, Kritische Studienausgabe, tom 5, redakcja Giorgio Colli i Mazzino Montinari, Deutscher Taschenbuch Verlag, Monachium 1999, s. 142, w. 20-27).

[7] Życzliwa Nietzschemu Lou Salome pisała, że był średniego wzrostu (der mittelgrosse Mann), natomiast Ludwig von Scheffler, jeden z jego studentów, że "był wzrostu raczej niskiego niż średniego". W tamtych czasach średni wzrost rekrutów w Prusach wynosił 165-168 cm. I najprawdopodobniej takiego właśnie wzrostu był Nietzsche - około 165 cm. Może ciut mniej lub więcej. Powielane dziś w Internecie 173 cm (albo raczej 5 stóp i 8 cali) to bezpodstawna fantazja. Ale nawet w takim wypadku nikt nie uznałby go za "potężnie zbudowanego".

Cytuję: Lou Andreas-Salome, Friedrich Nietzsche in seinen Werken, Carl Konegen, Wiedeń 1894, s. 11 oraz Hollingdale, Nietzsche (jak w przypisie 5), s. 40.

[8] Ostatnie słowa Nietzschego to osobna pokusa dla pisarzy. U Gustawa Herlinga-Grudzińskiego Nietzsche w "przedśmiertnej chwili [...] wobec dopuszczonego doń wyjątkowo gościa wskazał na siebie palcem i wymruczał pod obwisłymi wąsami po włosku: un povero cristo". Ale w tym wypadku zmyślenie zostało czytelnikowi oznajmione wprost:

"Zmyśliłem też gasnącego Antychrysta, który mówi o sobie: un povero cristo. Żaden chyba, poza włoskim, język na świecie nie posiada takiego wyrażenia dla oddania ludzkiej prostracji. Chrystus pisany w nim jest z małej litery" (Gustaw Herling-Grudziński, Gasnący Antychryst, [w:] Idem, Pisma wybrane, tom pierwszy: Opowiadania, wyboru dokonał Zdzisław Kudelski, przedmową opatrzył Tomasz Burek, Czytelnik, Warszawa 2001, s. 92-93).

Więcej o tym oraz o nieufności Herlinga-Grudzińskiego "wobec filozoficznych spekulacji" zob.: Gustaw Herling-Grudziński, Włodzimierz Bolecki, Rozmowy w Dragonei, rozmowy przeprowadził, opracował i przygotował do druku Włodzimierz Bolecki, Szpak, Warszawa 1997, s. 72-73, 76-77.

Nb. Herling Grudziński wierzy w prawdziwość historii z koniem i choć dostrzega jej dziwną zbieżność ze snem Raskolnikowa, nie budzi to u niego żadnych podejrzeń (s. 77, 83-85).

[9] "Na początku lat dziewięćdziesiątych, w parne, duszne popołudnie, czekałem na pociąg w Berlinie na dolnym poziomie jednej ze stacji metra".

W oryginale:

"A kilencvenes évek elején egy párás, fülledt délután egy vonatra vártam Berlinben az egyik U-Bahn állomás alsó szintjén" (Nobel-beszéd Krasznahorkai László. 2025 irodalmi Nobel-díjasa, Svenska Akademien, The Nobel Foundation 2025, s. 8).

[10] Dla koneserów jeszcze oryginał:

"Mert hiába akarunk a természetről beszélni, a természet nem akarja ezt, hiába akarunk az isteniről, az isteni sem akarja ezt, és egyáltalán, hiába akarunk, nem bírunk saját magunkon kívül beszélni semmiről sem, mert minekünk beszélni csak a történelemről lehet, az ember állapotáról, arról a soha nem változó mineműségről, amelynek lényege csak a mi számunkra olyan csiklandó vonatkozás, különben, az «isteni különben» szempontjából ez a lényeg, talán tényleg, mindöröktől fogva és mindörökké: mindegy".