EBENEZER ROJT

Agnieszka Osiecka żegna odlatujących syjonistów
albo Żydzi w lesie

Chyba dopiero pod koniec lat 80. pierwszy puścił tę legendę w obieg Andrzej Wajda, choć może wcześniej coś podobnego krążyło po kawiarniach. W każdym razie w dokumentalnym filmie Agnieszka (1989, reżyseria Grażyna Pieczuro) Wajda mówi w okolicach 12 minuty tak, jakby to już była w jego środowisku rzecz znana:
Agnieszka, myślę, dlatego napisała jeden z najpiękniejszych wierszy o ptakach, które odlatują. To po 68 roku, kiedy duża część... Polaków... żydowskiego pochodzenia emigrowała z Polski. I te ptaki, które się zbierają, które się naradzają, jedne zostają, drugie odlatują. To jest, myślę, ten temat takiego niepokoju, który w niej był i myślę, że to jedna z najpiękniejszych piosenek, jakie napisała.
Wiersz o ptakach, które odlatują, stał się potem słowami piosenki W żółtych płomieniach liści zaśpiewanej przez Łucję Prus i Skaldów. Tutaj do obejrzenia teledysk nakręcony w ruinach zamku w Czersku w 1970 roku, a tutaj do przeczytania maszynopis z Archiwum Agnieszki Osieckiej (Rps AO 429, karta 7; na kolejnych kartach rękopisy wariantów).

Owszem, są w tej piosence fragmenty, które dziś komuś (ale komuś obdarzonemu poetycką wyobraźnią) mogą się skojarzyć z pomarcową emigracją. Na przykład właśnie te wersy o odlatujących ptakach:

Wśród ptaków wielkie poruszenie.
- Ci odlatują. - Ci zostają.
Na łące stoją jak na scenie.
- Czy też przeżyją? - Czy dotrwają? -
Tyle że wtedy nawet samym wykonawcom nic takiego się nie kojarzyło.
Kiedy spytałem Łucję Prus o "marcową" wymowę jednego z najpiękniejszych utworów Agnieszki Osieckiej, "W żółtych płomieniach liści", znana piosenkarka zrobiła wielce zdziwioną minę. Zapamiętała, że kolegom muzykom z zespołu Skaldowie, tekst odnotowujący "wśród ptaków wielkie poruszenie" kojarzył się raczej z erotyką niż z polityką. Stało się jednak, jak stać się miało i ta piękna ballada ze względu na obecność wersu o "palących wstydem skroniach" uznana została za intelektualną refleksję po Marcu '68 [1].
W rzeczywistości piękna ballada została skojarzona z polityką późno i zrazu wyłącznie w kawiarnianej plotce. Plotce bałamutnej, bo wiadomo na pewno, że żadną miarą nie mogła to być jakakolwiek "refleksja po Marcu '68" - i to z bardzo prostego powodu. Przeczy temu chronologia.

Pomarcowa emigracja była bowiem właśnie pomarcowa i zaczęła się na dobre jesienią roku 1968. Co więcej, zdecydowana większość wyjazdów, prawie trzy czwarte, przypadła dopiero na lata 1969-71 [2]. Natomiast wiersz Agnieszki Osieckiej o wielkim poruszeniu wśród szykujących się do odlotu ptaków ukazał się w "Przekroju" już w listopadzie roku 1967! [3].

Wydrukowano go jako część lirycznego cyklu "Walce grudniowe". I wtedy, rzecz jasna, nikt tych sentymentalnych strof o odlatujących ptakach nie kojarzył z Żydami, emigracją i polityką. Były przecież w tym wierszu również gęsi, które "nie doczekają się kolędy", a Żydzi czekający na kolędę to już doprawdy nazbyt śmiała licentia poetica.

Nadto w całym szesnastoleciu 1956-1971 akurat rok 1967 był rokiem, w którym złożono najmniej podań o zgodę na emigrację do Izraela [4]. Najmniej! Gdyby zatem odlatujące ptaki miały symbolizować - jak u Wajdy - emigrujących Polaków żydowskiego pochodzenia, to właśnie wtedy poruszenie wśród nich było najmizerniejsze, prawie żadne.

Ale - powie ktoś - potem w słowach piosenki pojawiły się jeszcze te "palące wstydem skronie", których nie było w wierszu drukowanym w "Przekroju". Czy to nie zmienia znacząco jej wymowy? Owszem, pojawiły się, ale w kontekście nijak nie pasującym do wydarzeń Marca '68:

I ja witałam nieraz kogoś,
chociaż paliły wstydem skronie,
i powierzałam Panu Bogu
to, co w pamięci jeszcze płonie.
Co innego, gdyby wstyd został połączony z żegnaniem. Wtedy jeszcze dałoby się to od biedy uznać za aluzyjno-prorocze nawiązanie do późniejszych pożegnań na Dworcu Gdańskim, wstydu odprowadzających etc. Ale o jakim witaniu ze wstydem można było śpiewać zaraz po roku 1968 w związku z Marcem? Takie skojarzenia mogły się pojawić dopiero w dwadzieścia lat później, gdy nieliczni pomarcowi emigranci zaczęli odwiedzać Polskę. I stąd może właśnie ta późna legenda powtórzona przez Wajdę.

Jak to jednak zwykle bywa z legendami, legenda ostatecznie okazała się efektowniejsza niż fakty, toteż do dziś ma się dobrze i żyje w wielu miejscach w internecie:

Ta miłosna ballada zawierała wiele aluzji, które były absolutnie przejrzyste dla ówczesnej polskiej publiczności. Agnieszka Osiecka napisała wiersz pod wpływem masowego exodusu polskich Żydów, z czym zgadzają się wszyscy jej biografowie [5].
Z tego rozjazdu legendy z faktami jeszcze najzręczniej wybrnęli scenarzyści fabularnego serialu Osiecka. W ósmym odcinku ("Za kolegów") w okolicach 31 minuty, gdy piosenka W żółtych płomieniach liści dostaje w roku 1970 nagrodę w Opolu, do Osieckiej i towarzyszącego jej Wojciecha Młynarskiego podchodzi Działacz (tak w napisach, ale może to naprawdę esbek lub cenzor):
Działacz: - Gratuluję nagród! Madame Osiecka chciałaby stać się pierwszą damą polskiej piosenki, no ale jej ostatnie teksty pobrzmiewają trochę antypolsko. Przylatują, odlatują.... Chyba syjoniści, co?

Młynarski: - A panu to się wszystko z jednym kojarzy. Jak temu Moniusiowi z dupą.

I teraz każdy może sobie sam wybrać: czy trzymać się "syjonistycznej" interpretacji piosenki (doceniając zarazem bystrość Działacza!), czy też pójść za sugestią Młynarskiego, że takie dostrzeganie wszędzie Żydów to była w tamtych czasach właśnie specjalność esbecka.

Nb. według Mariana Brandysa (wtedy zaliczanego do "syjonistów"), Osieckiej też się wszystko z jednym kojarzyło jak Moniusiowi. W dzienniku z roku 1972, a więc pisanym niewiele później, zanotował:

Kupiłem powieść Agnieszki Osieckiej pod tytułem Zabiłam ptaka w locie. Jest to jednak klasyczna grafomanka. I już druga jej książka z ptakiem w tytule. Freud miałby tu coś do powiedzenia. Tak jak tamtemu Moniusiowi z dowcipu wszystko kojarzyło się z d..., tak jej kojarzy się z ptakiem [6].
Ptaków nie brakowało również w piosenkach Osieckiej - i to na długo przed Żółtymi płomieniami [7]. Choć może nie Freud miałby tu coś do powiedzenia, ale Antoni Słonimski, wedle którego dałoby się to pewnie wyjaśnić tym, że 'ptak' to po prostu rym męski [8].

No dobrze, a jeśli nie o syjonistach, jak to czujnie rozszyfrował Działacz, to o czym jest ta piękna miłosna ballada? Cóż, jest właśnie piękną miłosną balladą i jeśli są w niej jakieś aluzje - to do burzliwego związku autorki z Markiem Hłaską. Dziś już łatwiejsze do rozsupłania, ale wtedy zrozumieć mógł je chyba tylko sam Hłasko.

Jeśli się wie, że mawiał do niej "Liszko" ("Jestem wrak, Liszko - powiada - jestem wrak"; Rps AO 483, karta 7), nieco innego sensu nabiera zwrotka:

...Ognisko palą na polanie.
W nim liszka przez pomyłkę gore.
A razem z liszką, drogi panie,
me serce biedne, ciężko chore.
Jeśli się wie, jak się pożegnali ("To on mnie porzucił. Najpierw zaręczył się ze mną po szlachecku, z udziałem obu mamuś i swego ojczyma (mój stary nie chciał mieć z tym nic wspólnego), pięknie było, a potem... zwiał za granicę"; Rps AO 111, karta 103), nieco innego sensu nabiera też zwrotka:
(I ja żegnałam nieraz kogo
i powracałam już nie taka,
choć na mej ręce lśniła srogo
obrączka srebrna jak u ptaka.)
Natomiast ta dodana później do piosenki zwrotka o witaniu i palących wstydem skroniach, to poetyckie echo ich pierwszego po dziesięciu latach (i zarazem ostatniego) spotkania w Kalifornii w kwietniu 1968 [9]. Wstyd zaś stąd, że wielka miłość, zrazu przerwana tragiczną rozłąką (bo ona nie dostała paszportu, a on po wyjeździe z Polski wizy powrotnej), jakby trochę zbyt szybko skończyła się u obojga małżeństwem z kimś innym. A u Osieckiej nawet dwoma małżeństwami i jeszcze po drodze romansem z Jeremim Przyborą.

Mimo to legendę o "refleksji po Marcu '68" powtarza się dziś bezkrytycznie także w pracach naukowych, w których, zdawało by się, powinna obowiązywać większa odpowiedzialność za słowo. Czasem powtarza się ją bezpiecznie, na konto Wajdy [10], a czasem rekonstruuje, posiłkując się przy tym różnymi modnymi bzdurami. W takiej rekonstrukcji ognisko na polanie, w którym gore liszka i "brzoza dopala się ślicznie", to już obrazy "przemocy wobec środowiska", które same czynią "z tekstu Osieckiej wypowiedź o charakterze politycznym" [11].

Dalej jest jeszcze śmieszniej. Ale nawet ornamenty symulowanej erudycji [12] nie mogą przesłonić tego, że cały ten warsztat interpretacyjny sprowadza się wyłącznie do feerii swobodnych skojarzeń jak z kozetki psychoanalityka. Żółte płomienie? Żółty? "W wierszu Osieckiej mówi się o pożarze żółtych liści" (T s. 242). I zaraz niżej przypis do tego zdania: "Nasuwa się skojarzenie z żółtą gwiazdą Dawida". Żółte liście płoną w ognisku, ognisko palą na polanie, więc na pewno wokół jest las. A skoro las, to pojawia się od razu "temat znaczenia lasu dla Żydów podczas wojny" (T s. 243).

[...] las sprzyjał ukrywającym się Żydom, a identyfkowanie się ze zwierzętami niekoniecznie musiało oznaczać stan utraconego człowieczeństwa. [...] W piosence przeważają jednak ślady negatywnych skutków kontaktu lasu z człowiekiem. Widać je przede wszystkim w metaforach zdradzających przemoc wobec zwierząt. Nie chodzi w nich tylko o gatunki leśne, lecz o zwierzynę łowną: gęsi i liszkę. Obecność związanych z nimi fraz i zwrotów sugeruje, że kontekstem piosenki może być zjawisko Judenjagd - polowania na Żydów (T s. 243-244).
I tak oto - zaczynając od żółtych liści z pięknej miłosnej ballady, a potem mijając ognisko, polanę, gęsi i liszkę - znaleźliśmy się raptem w lesie pełnym ukrywających się tam Żydów, na których zgodnie polują Niemcy i Polacy [13].

To właśnie za taką biegłość w żonglowaniu słowami można dziś otrzymać tytuł profesora nauk humanistycznych. Antoni Słonimski podobny piękny umysł spotkał jeszcze przed wojną.

Tego typu demonem, choć mniejszego kalibru, był Limanowski [Mieczysław Limanowski, kierownik literacki teatru Reduta Juliusza Osterwy]. [...] Oto, co pisał o nim Schiller: "Limanowski uchodził w kołach teatralnych za stuprocentowego dyletanta, na mentalność jego złożyły się wpływy lektury egzotycznej. Stąd i zowąd połapane wiadomości z religiologii i etnografii oraz swoiście naciągane teorie polskich mesjanistów". [...] Limanowski na próbach "Reduty" początkowo fascynował mnie, ale szybko oprzytomniałem. Na jakiejś próbie objaśniał, co znaczy dość niespodziewane w tekście słowo "krowa". "No cóż, krowa to znaczy mleko - mleko to znaczy matka - matka to znaczy ziemia." Sekretarka zwróciła uwagę, że to błąd w przepisywaniu i że ma być nie "krowa", ale "królowa". Limanowski ciągnął spokojnie dalej: "No cóż, królowa to znaczy matka, matka to znaczy mleko, mleko to znaczy ziemia".Takiemu nie dasz rady! [14].

[1] Krzysztof Masłoń, Tak blisko od serca do papieru. Agnieszka Osiecka (1936-1997), [w:] Idem, Miłość nie jest nam dana, Prószyński i S-ka, Warszawa 2005, s. 146. Jeśli wziąć za dobrą monetę zarazem słowa Wajdy i wspomnienie Łucji Prus, trzeba by również przyjąć, że Andrzej Zieliński ze Skaldów napisał muzykę do piosenki, której istotnego sensu w ogóle nie rozumiał. Łucja Prus wprawdzie zmarła w roku 2002, ale pierwodruk artykułu Masłonia ukazał się jeszcze za jej życia, tuż po śmierci Agnieszki Osieckiej w 1997 roku, więc autor nie mógł tak całkiem bezkarnie zmyślać.

Nb. w obszernej rozmowie Karoliny Felberg-Sendeckiej z Andrzejem Zielińskim o piosence W żółtych płomieniach liści mówi się sporo, ale nie ma tam ani słowa o jakichś jej podtekstach politycznych. Aczkolwiek w całej tej książce nie brak wzmianek o pomarcowych emigrantach, a nawet o tym, że dla Osieckiej "przeżycie tak zwanych wydarzeń marcowych było sprawą bardzo zasadniczą" (Koleżanka. Wspomnienia o Agnieszce Osieckiej, wybór, redakcja i opracowanie Karolina Felberg-Sendecka, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2015).

[2] Dariusz Stola, Emigracja pomarcowa, "Prace Migracyjne", nr 34, Instytut Studiów Społecznych UW, marzec 2000, s. 8: "Apogeum wyjazdów nastąpiło w 1969 r. gdy wyjechały 7674 osoby".

[3] Agnieszka Osiecka, cykl "Walce grudniowe". Walc pierwszy: W żółtych płomieniach... Walc drugi: Ciebie jednego opisać nie umiem..., "Przekrój", 26 listopada 1967, nr 1181, s. 1. Wszystkie cytaty podaję właśnie za tą wersją; poza zwrotką "I ja witałam nieraz kogoś...", którą cytuję za maszynopisem z Archiwum Agnieszki Osieckiej.

Nb. ironia historii sprawiła, że już za kilka miesięcy innej wymowy nabiorą optymistyczne wersy (które potem jednak przejdą do piosenki):

"Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę,

ja jeszcze z wiosną się roztańczę".
Bo jeśli coś na wiosnę 1968 roku się rozkręciło, to głównie pałowanie studentów i tropienie Żydów.

[4] "Trzeba tu zaznaczyć, że stosowany w ówczesnych dokumentach termin «emigracja do Izraela» oznaczał tylko deklarowany kierunek wyjazdu i miał niewielki związek z krajem rzeczywistego osiedlenia" (Stola, s. 7). Dane dotyczące złożonych podań podaję za tabelą 1 na stronie 5. Stola nie podaje, ile podań wpłynęło w latach 1956-1957 oraz 1970-1971, ale skoro wydano wówczas więcej pozytywnych decyzji niż było podań w roku 1967, to oczywiste, że samych podań również musiało być więcej.

[5] Igor Biełow, "Paliliśmy papierosy i kłamliwe gazety". Marzec '68 i literatura polska, culture.pl, 7 maja 2024. To samo tutaj:

"«W żółtych płomieniach liści», liryczny, nastrojowy utwór, ma swoje niezwykłe, szerzej nieznane tło. «Piosenka ta, mimo tekstu kojarzącego się z rozstaniem dwojga ukochanych, tak naprawdę była niewyłapaną przez cenzurę opowieścią o wydarzeniach marca 1968 r.», mówił w Trójce dziennikarz muzyczny Piotr Metz. Nagrodzony na opolskim festiwalu z 1970 r. utwór, zaśpiewany przez Jacka Zielińskiego i Łucję Prus, nawiązywał do sytuacji, w jakiej znaleźli się przyjaciele Osieckiej, zmuszeni do wyjazdu z Polski ze względu na swoje żydowskie pochodzenie (Największe przeboje Agnieszki Osieckiej. Jakie historie kryją słynne polskie piosenki?, onet.pl, 21 grudnia 2020).

Legendę tę powtarza również niegdysiejszy konkubent Agnieszki Osieckiej, Daniel Passent, autor przypisów do jej pośmiertnie wydanej książki Galeria potworów (Prószyński i S-ka, Warszawa 2004). Przypis DWORZEC GDAŃSKI wygląda w tej książce następująco:

"Dworzec w Warszawie, z którego wyjeżdżała z Polski większość emigrantów roku '68. To o nich pisała Agnieszka «i ja żegnałam nieraz kogoś» w piosence «W żółtych płomieniach liści»" (s. 110).

Ale ma ten przypis mniej więcej taką samą wartość, jak wcześniejszy przypis KLUB PICKWICKA:

"Książka pełna dowcipnych powiedzeń i śmiesznych epizodów, której patronuje jegomość w okularach i w trykocie w paski" (s. 15).

Zmyśleń jest tam zresztą bez liku.

[6] Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry, Warszawa 1996, s. 76. Pięć lat później, już w czasach KOR-u, Brandys był dla Osieckiej znacznie bardziej bezwzględny:

"Cóż to za para ci Osiecko-Passentowie. Daniel Passent w swoim felietonie na temat drugiego tomu książki Kazimierza Koźniewskiego pozwala sobie na denuncjatorsko-złośliwą wycieczkę pod adresem głównych literatów dysydentów: Jerzego Andrzejewskiego i Kazimierza Brandysa. W tym samym czasie Agnieszka Osiecka, kiedy jej podsuwają do podpisu list do ministra w sprawie pracy dla Markuszewskiego, opędza się przerażona: «Ja nie podpiszę, jest podpis Haliny Mikołajskiej [żony Mariana Brandysa], więc to sprawa polityczna». Tak jakby ten lęk przed polityką - nie był polityką sam przez się. I pomyśleć, że to ta sama Agnieszka Osiecka (notabene należąca niegdyś do koła najserdeczniejszych przyjaciół Jurka [Markuszewskiego]) - autorka tylu pięknych i mądrych piosenek STS-owskich. Nie bez podstaw chwalił ją w rozmowie z Maćkiem Rayzacherem przedstawiciel Wydziału Kulturalnego: «Dawniej Osiecka podpisywała to i owo, ale od czasu, jak ożenił się z nią Passent, mamy z nią spokój zupełny»" (Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry, Warszawa 1997, s. 22-23).

Nb. Osiecka nie była może aż tak wielką grafomanką, jak to widział Brandys, ale z pewnością po śmierci przyciąga grafomanki, które potrafią napisać ślicznie:

"Notowała chwile uniesień i pławiła się w rozterkach. Tak już zostało" (s. 30).

"Wiosną sześćdziesiątego ósmego roku Agnieszka pławi się w słońcu Kalifornii. [...] To tam, w jeden z tych dni, kiedy za oknem dojrzałe liście kołyszą się rozleniwione ciepłym powietrzem wybrzeża, do domu wejdzie najgłośniejszy z jej niedoszłych mężów [tj. Marek Hłasko]. Po dziesięciu latach od ostatniego spotkania, po dziesiątkach wyśnionych na różnych kanapach snów staną naprzeciwko siebie. Z twarzami podrzeźbionymi przez wiatry na wielu szerokościach geograficznych". (s. 186).

"W Ameryce zanurzy się na dobre. [...] Przejedzie Arizonę. Zapiszczy z radości w Nowym Meksyku. Zasiedzi się w Berkeley" (s. 191). I jeszcze na stronie 193 "Delektuje się kalifornijskim słońcem".

Zob. Ula Ryciak, Potargana w miłości. O Agnieszce Osieckiej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015. Na okładce informacja, że autorka "Studiowała hunę u mistrzów hawajskich i tantrę w Indiach".

[7] W dodatku wszystkie te ptaki zachowują się bardzo podobnie do ptaków z piosenki z W żółtych płomieniach liści. Albo właśnie odlatują albo starają się przetrwać w chłodzie. Nie ma żadnego powodu, by ten poetycki rekwizyt akurat w tym wypadku jakoś wyróżnić.

Na całych jeziorach ty (1966): "W sezonie i potem, / przed ptaków odlotem, / na wielka tęsknotę ty, / zawsze ty".

Jeszcze zima (1967): "Jeszcze zima, ptaki chudną, /chudym ptakom głosu brak. / W krótkie popołudnia grudnia / w białej chmurze milczy ptak".

Rodzi się ptak (1968): "Gasną ogniska nad rzekami, / Samotny ziemniak śpi w popiele, / Idą przymrozki ścierniskami [...] / Zasypia ryba, zasnął rak, / Rodzi się ptak, rodzi się ptak, rodzi się ptak".

O przydatności duszy w życiu ptasim (1968): "Ptaku ptaku wędrujący / Duszę weź do zamorskich krajów / Przyśni ci się nasza wieś / Z wierzbą przy ruczaju".

Cytuję za rozmaitymi śpiewnikami internetowymi, więc pisownia albo interpunkcja mogą nie być zgodne z innymi wersjami, ale w tym wypadku te szczegóły nie mają znaczenia.

Nb. Agnieszka Osiecka podobno również swoje rozstanie z Danielem Passentem tłumaczyła odwołując się do ptasiej metafory: "Nie mogę być ptakiem uwięzionym" (Zofia Turowska, Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 178; relacja Katarzyny Gärtner). Zatem ptak odlatujący czy wędrujący kojarzył się Osieckiej raczej z ptakiem wolnym niż z ptakiem wygnanym.

Także jej najnowsza biografia nie bez racji już tytułem nawiązuje właśnie do jednej z ptasich piosenek (Karolina Felberg, Osiecka. Rodzi się ptak, Kraków 2024).

[8] Antoni Słonimski tak pisał o tajemnicach warsztatu polskiego tekściarza:

"Szopka ma swoje tajemnice. Jedną z tych tajemnic jest uboga ilość rymów męskich, to prawdziwe przekleństwo polskiego piosenkarza. Mało jest melodii, które obywają się bez rymu męskiego. To tłumaczy, czemu tak często w piosenkach szopkowych powtarza się nazwisko pułkownika Becka. Zdawać by się mogło, że Beck jest jedną z najpopularniejszych postaci w Polsce. Nic podobnego. Beck to po prostu rym męski. Gdyby marszałek senatu, profesor Szymański, był rymem męskim, mógłby dzięki szopce zyskać w kraju dużą popularność" (Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1927-1939, wyboru dokonał, wstępem i przypisami opatrzył Władysław Kopaliński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 175-176).

Po czym apelował do partii politycznych:

"Jest to poważną przeszkodą w rozwoju polskiej piosenki satyrycznej, że większość w polityce i życiu społecznym mają ludzie o nazwiskach kończących się sylabą nieakcentowaną. Partie polityczne powinny się z tym liczyć przy wyborach i wystawiać na czołowych miejscach kandydatów z męskimi rymami".

Na szczęście premier Donald Tusk jest rymem męskim, toteż dziś już nic nie powinno przeszkadzać bujnemu rozwojowi polskiej piosenki satyrycznej.

[9] Spotkali się wtedy u Henryka Grynberga, który potem parokrotnie powtarzał, że piosenka W żółtych płomieniach liści została zadedykowana właśnie jemu, choć czasem myliły mu się daty.

"Podobno to do pana odnosi się początek piosenki «W żółtych płomieniach liści» Agnieszki Osieckiej: «Wśród ptaków wielkie poruszenie, / ci odlatują, ci zostają»?

- Agnieszka zatrzymała się u mnie i mojej ówczesnej żony zimą 1968 roku. Wiersz ten z dedykacją dla mnie przysłała mi w liście, który napisała zaraz po wyjeździe, w drodze z Los Angeles do Santa Fé.

Właściwie nigdy nie rozmawialiśmy o mojej sytuacji, ale dwa pierwsze wersy wyraźnie do niej nawiązują i pewno stąd dedykacja. Dalsze wersy: «I ja żegnałam nieraz kogo / I powracałam już nie taka / Choć na mej ręce lśniła srogo / Obrączka srebrna jak u ptaka», poruszają kwestię wierności małżeńskiej i są aluzją do jej przewlekłego romansu z Hłaską, z którym spotkała się ponownie właśnie u mnie" (Henryk Grynberg. Ci odlatują, ci zostają. Z Henrykiem Grynbergiem rozmawia Donata Subbotko, "Duży Format" nr 31, dodatek do "Gazety Wyborczej", 14 sierpnia 2017, s. 15).

To samo wcześniej w Pamiętniku (Świat Książki, Warszawa 2011, s. 520-522), ale z prawidłową datą ("wiosną 1968 r. Agnieszka spędziła parę tygodni u nas w Kalifornii"). Niestety, również w Pamiętniku Grynberg nie podaje, jak brzmiał cały przesłany mu wiersz, ale skoro nosił on wtedy tytuł W żółtych płomieniach (s. 521) zamiast W żółtych płomieniach liści, to była to najprawdopodobniej wersja z "Przekroju", nie zaś słowa późniejszej piosenki.

Nb. chociaż Grynberg należał do najwcześniejszych "odlatujących syjonistów", słowa "ci odlatują, ci zostają" nie mogły być pisane z myślą o nim. "Przekrój" wydrukował je w listopadzie 1967, podczas gdy Grynberg poprosił w Stanach o azyl dopiero pod koniec grudnia 1967. Tutaj artykuł o tym z "The New York Times" z 30 grudnia 1967, a tutaj komunikat Jewish Telegraphic Agency z 2 stycznia 1968.

[10] "Do tego obszaru należy utwór W żółtych płomieniach liści, o którym Andrzej Wajda powiedział, że jest to jeden z najpiękniejszych wierszy poetki. Traktuje o ptakach, które «odlatują» po 68. roku, kiedy duża część Polaków żydowskiego pochodzenia emigrowała z Polski. Zachowania tych pierzastych istot, które się zbierają, naradzają - jedne zostają, inne odlatują - oddają niepokój tamtego czasu" (Klaudia Łachacz, Poetycki zwierzy(e)niec Agnieszki Osieckiej, "Prace Literaturoznawcze" V, 2017, s. 145).

[11] Marta Tomczok Czy Polacy i Żydzi nienawidzą się nawzajem? Literatura jako mediacja, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2019, s. 238. Dalej w nawiasie okrągłym T wraz z numerem strony).

Kto chciałby o literaturoznawczym podejściu Marty Tomczok wiedzieć więcej, niech przeczyta artykuł Hanny Kirchner Polonistyka hejterska. Uwagi do książki "Granice Nałkowskiej", "Pamiętnik Literacki" 2015, nr 3.

[12] Trzy przykłady takich ornamentów.

Przy okazji fantazjowania o piosence Osieckiej Tomczok cytuje Pierre'a Bourdieu, ale najwidoczniej nie rozumie, co cytuje, ponieważ cytuje bez sensu. Zamiast "[...] zmierza do tego, by wywołać efekt zamknięcia, podając milcząco uniwersum możliwości możliwych i wyznaczając w ten sposób uniwersum tego, co da się pomyśleć politycznie" (T s. 237), powinno być: "[...] zmierza do tego, by wywołać efekt zamknięcia, podając milcząco uniwersum możliwości zrealizowanych jako uniwersum możliwości możliwych i wyznaczając w ten sposób uniwersum tego, co da się pomyśleć politycznie" (cytuję to samo wydanie, z którego tak bezmyślnie przepisywała autorka: Pierre Bourdieu, Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia, przełożył Piotr Biłos, Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR, Warszawa 2005, s. 565).

Szachruje także z innymi cytatami.

Na stronie 151 cytuje zdanie z Dzienników Marii Dąbrowskiej: "Wolno pisać tylko, że Polacy, z wyjątkiem komunistów, byli to szpiedzy, zdrajcy, świnie i szantażyści" i podaje, że cytuje te słowa za wydaniem z roku 1996 i stroną 202. Ale w tym wydaniu zdanie to brzmi: "Wolno pisać tylko, że Polacy z wyjątkiem komunistów byli szpiegi, zdrajcy, świnie i szantażyści" i znajduje się na stronie 203. W rzeczywistości cytat ten został bowiem cichcem przepisany (ukradziony) z książki Pauliny Sołowianiuk, która pomyliła stronę, dodała dwa przecinki, a 'szpiegi' zmieniła na 'szpiedzy' (Zob. Paulina Sołowianiuk, Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz, Iskry, Warszawa 2011, s. 155).

W kwartalniku "Aneks" nr 41-42 z roku 1986 nie ma artykułu Krystyny Kersten "na temat depeszy generała Stefana Grota-Roweckiego o antysemityzmie Polaków w czasie wojny"(T s. 86 i przypis 7) ani żadnego innego jej artykułu. To tylko Aleksander Smolar (u Tomczok na stronie 87 oraz w "Indeksie osobowym" występujący jako Andrzej) zacytował tę depeszę za książką Krystyny Kersten Narodziny systemu władzy (zob. Aleksander Smolar, Tabu i niewinność, "Aneks" 1986, nr 41-42, s. 98 i przypis 16 na s. 131). Tomczok cytuje ten numer "Aneksu" kilkakrotnie, ale najwidoczniej nawet nie miała go w ręku.

[13] Autorka powołuje się w tym miejscu na książkę Judenjagd Jana Grabowskiego. Kto chciałby wiedzieć, na jakiej zasadzie wszystkie ofiary polowań na Żydów idą na wspólne niemiecko-polskie konto, niech przeczyta w OSOBACH: "Krzysztof Persak cytuje Christophera R. Browninga albo biedni Niemcy patrzą na krwiożerczych Polaków".

Nb. samo zjawisko - polonistyka jako kraina swobodnych skojarzeń - nie jest ani czymś nowym, ani osobliwym. Henryk Markiewicz, który Lalkę Prusa znał jak mało kto, tak komentował kilka lat przed śmiercią (a więc już dość dawno temu) fantazje młodych badaczy zajmujących się Lalką:

"wszystko to jest wymysłem"; "w cytacie tym nie ma ani jednego zdania, które by hipotezę tę potwierdzało"; "upojony górnolotnymi frazesami, nie liczy się z ich semantyką i stosowalnością wobec Lalki".

A tak to swoje doświadczenie podsumował:

"Gdy w myślach dyskutowałem z tymi «lalkarzami», miałem wielokrotnie odczucie, że ja gram kartami wyciągniętymi z talii zwanej Lalką, a oni raz po raz wyciągają karty przez nich sfingowane, których w owej talii nigdy nie było... (Henryk Markiewicz, Pisma ostatnie, wybór i wstęp Teresa Walas, opracowanie Jacek Błach, UNIVERSITAS, Kraków 2020, s. 225, 236, 237).

[14] Antoni Słonimski, Alfabet wspomnień, wydanie drugie uzupełnione, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989, s. 124-125.