EBENEZER ROJT

Cóż po poecie. Stajnia Adama Michnika

Borejsza, Jerzy. Malownicze nazwisko, ale przybrane. Stylizacja również w życiu na rubasznego szlachciurę, choć to było tylko maską. Najbardziej międzynarodowy z polskich komunistów. [...] z niczego zbudował, poczynając od 1945 roku, swoje państwo książki i prasy. "Czytelnik" i inne domy wydawnicze, gazety, tygodniki, wszystko od niego zależało - posady, przyjęcie książek do druku, honoraria. Byłem w jego stajni, wszyscyśmy byli (Czesław Miłosz, Alfabet Miłosza, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1997, s. 69-70).
Gdy Miłosz pisał swój Alfabet w latach 90., poprzestał jedynie na delikatnej sugestii, bo środowiskowa kindersztuba zniechęcała do podawania "prawdziwych nazwisk" polskich komunistów. To jednak znak czasu, że dziś nawet hasło w Wikipedii o Jerzym Borejszy zaczyna się od "Jerzy Borejsza, pierwotnie Beniamin Goldberg" [1].

Powojenny pomysł Borejszy, by wpływać na politykę rządząc państwem książki i prasy, niespodzianie odrodził się po 1989 roku. Oczywiście już nie w tej skali. Teraz było to raczej księstewko niż państwo, choć rządzone równie twardą ręką [2]. Toteż zaczyn tego księstewka - gazeta, która miała być głosem "całego niezależnego społeczeństwa" [3] - szybko przepoczwarzył się w prywatny folwark [4].

Odtąd wybitni polscy poeci trafiali do stajni Adama Michnika.

Słowo może zabijać. Pomysł, by minister spraw wewnętrznych, a zarazem czołowy polityk ZChN, był władny na podstawie policyjnych dokumentów sporządzać listę rzekomych tajnych agentów - to drwina z prawa, z rozumu, ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To prosta droga do ośmieszenia i poniżenia Polski w świecie; droga do przekształcenia życia Polaków w piekło.

Dla każdego umieszczonego na takiej liście będzie to jak wyrok sądu kapturowego. To może zabijać...

Odmawiamy udziału w tym procederze, nie będziemy na naszych łamach publikować żadnych list nazwisk sporządzonych przez ministra Macierewicza.

Ale czasem język polityki okazuje się nazbyt suchy i płaski. Wtedy przemawia literatura.

Wisława Szymborska, Wielka Dama polskiej literatury, przysłała nam swój nowy wiersz. Niechaj jego przesłanie będzie i naszym głosem w sporze z nikczemnością i nienawiścią (Adam Michnik, ***, "Gazeta Wyborcza", 5 czerwca 1992, s. 1).

To właśnie obok tego popisu histerii i hipokryzji wydrukowano, zaraz po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, wiersz Wisławy Szymborskiej Nienawiść. Łatwo dostępny, więc nie będę go tu cytował.

I znów dawne dzieje. Dziś już z tych "policyjnych dokumentów" z nieprzyzwoitą listą "rzekomych tajnych agentów" od dawna korzystają sami dziennikarze "Wyborczej". Bez lęku, że ośmieszą, poniżą czy zabiją. Był to jednak zupełnie inny świat, inna też była - parafrazując poetę - moc czarnej piany "Gazety Wyborczej" (700 tys. nakładu!), toteż wybryk z użyciem wiersza Szymborskiej do politycznych porachunków wtedy jeszcze niektórych zdumiewał.

Wplątanie tego wiersza w kontekst polityczny, zamieszczenie go akurat pod fotografią Jana Olszewskiego, jest dziełem złej woli. Można, jeśli ktoś ma ochotę, nie być zwolennikiem premiera Olszewskiego; nie można, gdyż byłoby to zwykłym łajdactwem, podważać najlepszej wiary i odwagi, z jakimi adwokat Olszewski przez kilkadziesiąt lat występował w imię sprawiedliwości. [...]

I dlatego umieszczenie Nienawiści Wisławy Szymborskiej pod emblematem Orła Białego i pod fotografią premiera Rządu R.P. uważam za postępek nacechowany niegodziwością (Andrzej Biernacki, Niegodziwość, "Kultura" 1992, nr 7-8, s. 203, 205) [5].

Poniewczasie okazało się zresztą (i stąd moja uwaga o hipokryzji), że tropiciele nienawistników sami wtedy aż buzowali od nienawiści, co z godną pochwały szczerością wyznał Jacek Kuroń. Czyta się to wyznanie po przeszło trzydziestu latach zarówno ze smutkiem, jak i z rozbawieniem. Ale to już głównie zasługa Ducha Dziejów, który widocznie lubi takie koktajle.
W jakie parszywe mafijne układy wepchnęli nas nasi byli przyjaciele. Zresztą chyba obrażam mafię tym porównaniem. Tam przecież jak w rodzinie obowiązuje wierność wobec swoich aż po grób. Zaś kto zdradził swoich, przestaje być swój. Wiem, Olszewski, Macierewicz i jak się tam inni nazywają, z pełną świadomością zerwali zasady tej rodzinnej czy - jak pewnie wolą - mafijnej moralności. Dla nich ja z zasadami, które głoszę, jestem głęboko niemoralny. Bo gdyby do mnie jeszcze dziś przyszedł ktoś z papierami na Macierewicza, to bym te materiały i tego, kto z nimi przyszedł, spuścił z wodą przed czytaniem. [...]

Sejm olbrzymią, przytłaczającą większością przegłosował przedłużenie obrad, a następnie odwołał rząd Olszewskiego. Wyszliśmy nocą na puste ulice Warszawy. Z trudem wdychaliśmy gęste powietrze wiosennej nocy. Teraz już świta. Budzą się ptaki. Składam tę relację i wciąż dyszę żądzą mordu. Po raz pierwszy w życiu przegrywam ze swoją nienawiścią [6].

W dodatku nienawiść ta nie przeszła jak grypa i stała się przypadłością chroniczną. Toteż gdy Tomasz Tywonek, rzecznik prasowy ministra spraw wewnętrznych w rządzie Jana Olszewskiego, wydał (pod pseudonimem Michał Grocki) niewielką książeczkę Konfidenci są wśród nas..., do rozprawy z nią został oddelegowany kolejny wybitny poeta ze stajni Adama Michnika.

Stanisław Barańczak wprawdzie trochę się krygował ("od dwunastu lat mieszkam za granicą, coraz trudniej mi się orientować" etc.), ale przecież ostatecznie postawił wyrazisty kleks nad i.

Tę opowieść o totalitarnej paranoi snuje mianowicie narrator, który - sam jest paranoikiem! Oczywiście narrator nie przedstawia nam się otwarcie jako taki, jednak jego paranoja nie ulega wątpliwości już od pierwszych stron i w trakcie opowieści narasta, pod jej koniec osiągając punkt kulminacyjny [7].
Nienawistnicy, już wcześniej zdemaskowani wierszem Szymborskiej, pod piórem Barańczaka okazali się więc na dokładkę paranoikami. Musiało to być jednak zlecenie przyjęte niechętnie i zrobione trochę na odwal, bo trudno mi uwierzyć, by Barańczak, człowiek zazwyczaj szanujący logikę, mógł nawet w pamflecie traktować jako sensowny argument poniższy wtręt w nawiasie:
Zawiązek fabuły [bo konceptem tej niby-recenzji jest omawianie książki Tywonka tak, jakby była to fantastyczna powieść w stylu Orwella] stanowi przystąpienie przez MSW do wielkiej akcji - tzw. lustracja - przeszukiwania odziedziczonych po reżimie komunistycznym kartotek konfidentów (ciekawe skądinąd, że choć reżim komunistyczny jest synonimem zła i fałszu, w tym jednym wypadku antykomuniści wierzą bez zastrzeżeń w jego dobrą wolę i prawdomówność) (Barańczak, s. 168-169).
Otóż nie ma nic irracjonalnego w przekonaniu, że tajne kartoteki totalitarnego reżimu zawierają prawdziwe informacje - i właśnie dlatego są ściśle tajne. Również historycy, którzy uważają reżim nazistowski za synonim zła i fałszu, wykorzystują wytworzone przezeń tajne dokumenty. Musiały być one wartościowe, skoro zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie zawzięcie polowali na nie jeszcze w czasie wojny i nie było to żadną miarą podejście paranoiczne. Podobnie dziś niektórzy badacze Holokaustu lustrują Polaków głównie (albo nawet wyłącznie) na podstawie dokumentów wytworzonych przez reżim nazistowski i reżim komunistyczny, a mimo to nikt nie oskarża ich o paranoję.

Miał też Barańczak ostatecznie pecha, bo z czasem "rzekomi tajni agenci" okazali się po prostu tajnymi agentami. Niekiedy wyjątkowo odrażającymi, jak choćby Andrzej Szczypiorski, TW Mirek, który donosił na własnego ojca [8]. Miało być zabawnie, a wyszło żałośnie.

Gdy pod koniec 2015 roku po raz kolejny doszli do władzy ludzie nieprzychylni programowej linii "Gazety Wyborczej", Szymborska i Barańczak już nie żyli, toteż ze stajni został wypuszczony kolejny wybitny poeta - Adam Zagajewski. Ten także postanowił wrogów Adama Michnika wysmagać biczem satyry, tym razem wierszowanej. Wiersz Kilka rad dla nowego rządu "Gazeta Wyborcza" wydrukowała 16 stycznia 2016 roku (ale skromniej, na drugiej stronie). I znowu miało być ironicznie i zabawnie, i znowu nie wyszło. Tadeusz Różewicz chyba nie bez racji pisał niegdyś do Kornela Filipowicza:

Kilka twoich wierszy spodobało mi się, jest w nich element humoru, ironii, tzn. uśmiech, którego brak tym różnym «tragicznym» krasnoludkom w typie Zagajewskiego czy Barańczaka... (cyt za: Justyna Sobolewska, Miron, Ilia, Kornel. Opowieść biograficzna o Kornelu Filipowiczu, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2020, s. 336).
Wprawdzie sam Zagajewski porównywał się potem do Jonathana Swifta, ale świadczyło to jedynie o jego niezmącenie dobrym samopoczuciu. Tłumaczył też, że wiersz - w którym niby to radził rządowi, by rozstrzeliwał reżyserów, założył obozy odosobnienia, a dziennikarzy wysłał na Madagaskar - to oczywiście ironia, hiperbola, przerysowanie, a nie jakaś, broń Boże, histeria [9]. Choć już sama ta niezręczna sytuacja - że musi tłumaczyć swoim życzliwym czytelnikom, o co chodzi w jego satyrze - powinna mu to samopoczucie zepsuć.

Również Zagajewski miał pecha, bo szefowa tego narzucającego "faszystowskie tempo" rządu, poza tym okropnie się ubierająca [10], do dziś (sierpień 2026) nie została o nic niecnego oskarżona i raczej się na to nie zanosi. Tak więc hiperbola okazała się jednak ostatecznie histerią.

Dlaczego troje wybitnych poetów, mających za sobą niezbyt chwalebne przygody z polityką, znowu puściło się na taką przygodę, tym razem z Adamem Michnikiem, to kwestia psychologiczna, która mnie tutaj nie interesuje. Natomiast postępowania samego Michnika wyjaśniać nie trzeba. On w ten sposób używał intelektualistów i artystów od zawsze.

To też jest marka (i zarazem strategia) Michnika: wciągać do antyrządowych wystąpień ludzi o najwyższym zawodowym autorytecie. [...] [Pod koniec lat 80.] znaczenie tego typu manifestacji jest inne, a dałoby się je wyrazić tak: najwyższa jakość i wyrafinowany smak są po naszej stronie, nas popierają wybitni twórcy, was - miernoty. Nie ma w tym nic zdrożnego, dopokąd wybitni twórcy kultury wypowiadają się na temat fundamentalnych praw ludzkich, a więc w sprawach [...] niespornych. Problem powstanie kilka lat później, już w dobie Polski niepodległej, gdy tą samą metodą gromadzenia wybitnych nazwisk będzie się przekonywało do racji sensu stricto politycznych, partyjnych, a więc z natury rzeczy relatywnych (Demiurg, s. 338-339).
Poeta, którego Adamowi Michnikowi nie udało się zapędzić do stajni, wyobraził to sobie kiedyś za pomocą metafory bardziej pojemnej, niż mu się wtedy zdawało:
Najniższy krąg piekła. Wbrew powszechnej opinii nie zamieszkują go ani despoci, ani matkobójcy, ani także ci, którzy chodzą za ciałem innych. Jest to azyl artystów pełen luster, instrumentów i obrazów. [...]

Belzebub kocha sztukę. Chełpi się, że jego chóry, jego poeci i jego malarze przewyższają już prawie niebieskich. Kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd - to jasne (Zbigniew Herbert, Co myśli Pan Cogito o piekle, [w:] Idem, Pan Cogito, Czytelnik, Warszawa 1974, s. 74).

A w innym wierszu pojawiał się jeszcze pomagier Belzebuba, kornik, który napisze poecie po śmierci "uładzony życiorys".

W wypadku Wisławy Szymborskiej, z życiorysem po Noblu prześwietlanym na wszystkie sposoby, skromne uładzenie wygląda tak, że może i napisała kiedyś trochę socrealistycznych wierszy [11], może i wierzyła w stalinizm [12], ale ten przykry epizod skończył się w 1956 roku, gdy zrozumiała, że polityka nie jest jej żywiołem i odtąd była już tylko "pojedyncza, odrębna, prywatna" [13]. Naprawdę wystąpiła z PZPR dopiero dziesięć lat później i zdążyła jeszcze firmować różne głupstwa. A wystąpiła niejako przy okazji - gdy wreszcie opamiętali się inni znani pisarze [14].

Za to w wypadku Barańczaka i Zagajewskiego kornik mógł już sobie poużywać na całego. Tak jakby późniejsze zasługi nie wystarczały do chwały i wcześniejsza słabość umysłu lub charakteru musiała zostać wygumkowana.

A przecież obaj, Barańczak i Zagajewski, na początku lat 70. brali udział w zamkniętej naradzie w KC PZPR poświęconej młodej literaturze [15]. Obaj pisali potem, że głównym zadaniem intelektualistów jest "coraz lepsze rozumienie tego, czym jest socjalizm" oraz studiowanie marksizmu - bo to "najbardziej romantyczna" i "najbardziej żywa filozofia, jaka kiedykolwiek powstała" [16]. Obaj jeszcze w 1974 roku drukowali swoje wiersze w słynnej kolumnie poetyckiej studenckiego "Itd", do której wstęp kończył się zdaniem: "Prezentowani w dzisiejszej «Kolumnie poetyckiej» poeci są członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej" [17].

I wszystko to, wyobraźcie sobie, pracowity kornik powyjadał z ich biogramów!

Udało mu się nawet nadgryźć tak twardy fakt, jak lata przynależności Stanisława Barańczaka do PZPR. W polskiej Wikipedii są to lata 1967-1969 [18], choć w rzeczywistości Barańczak należał do PZPR o sześć lat dłużej, aż do 1975 roku, o czym zresztą sam mówił [19].

Poezja nie jest kwestią moralności, jak dowiódł Adam Michnik, naczelny "Gazety Wyborczej", a na smutne hölderlinowsko-heideggerowskie pytanie "I cóż po poecie w czasie marnym?" możliwa jest również odpowiedź optymistyczna: zagospodarowywać [20].

Jeden piesek nazywa się Klient.
Drugi piesek nazywa się Palant.
A na Polanę przyszła Pani Jesień.

Żyliśmy w czasach,
w których Adam Michnik
wybornie znał się na poezji (Marcin Świetlicki, Wiersz dla Zbigniewa Herberta (Dedykowany Wisławie Szymborskiej), [w:] Pieśni profana, Wydawnictwo Czarne, Czarne 1998, s. 15; nb. wiersz datowany na rok 96, gdy Zbigniew Herbert jeszcze żyje, a Wisława Szymborska właśnie na jesieni otrzymuje Nagrodę Nobla).

[1] Obyczaje te pielęgnowano w środowisku "Gazety Wyborczej" również po śmierci Miłosza.

"O ile w artykule w «Poezji» [artykule o stalinistach w literaturze, za który autora wyrzucono w roku 1986 z pracy] Urbankowski jeszcze się hamował, Czerwona msza jest już jawnie antysemicka. Wzorem propagandzistów z Marca 68 podawał w nawiasie poprzednie, brzmiące z obca nazwiska" (Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu, Prószyński i S-ka, Warszawa cop. 2006, s. 507). Książka zadedykowana została Adamowi Michnikowi, który ją wymyślił i nadzorował jej powstawanie. Dalej cytuję jako Lawina i kamienie.

Gdyby zastosować to samo osobliwe kryterium, dziś za "jawnie antysemicką" powinna zostać uznana właśnie Wikipedia, która na przykład bezkompromisowo lustruje mamę Anny Bikont i "wzorem propagandzistów z Marca 68" podaje, że Wilhelmina Skulska-Kruczkowska, "pierwotnie Lea Horowitz", w czasach stalinizmu była czołową przedstawicielką prasy reżimowej.

Nb. Anna Bikont i Joanna Szczęsna to "dwie panie śledcze", jak nazwał je Gustaw Herling-Grudziński, gdy zrozumiał - niestety z opóźnieniem - że został przez nie dość podle zmanipulowany w trakcie wywiadu, którego - niestety - dobrowolnie i nazbyt ufnie im udzielił.

Manipulacja polegała na takiej przeróbce oryginalnego listu Zbigniewa Herberta do Czesława Miłosza, że wynikało z niego (fałszywie), jakoby Herbert potulnie godził się na przesłuchania przez tajną policję i jedynie wił się na nich i plątał. Obie panie, o ile wiem, nigdy się do tej paskudnej manipulacji nie przyznały - dla nich był to jedynie "rodzaj dziennikarskiej prowokacji". A wywiad powstały w wyniku tej udanej prowokacji przedrukowały potem tryumfalnie i bezwstydnie właśnie w Lawinie i kamieniach.

Już kiedyś o tej sprawie pisałem, więc kto chciałby porównać oryginalny list Herberta ze spreparowanym kadłubkiem zaprezentowanym Herlingowi-Grudzińskiemu, niech zajrzy do przypisu 2 w notce "Zbigniew Mikołejko o nienawiści Lutra do choinki albo przykre skutki gadulstwa".

[2] Potwierdza to choćby ta nigdy nie zdementowana anegdota z pionierskich czasów "Gazety Wyborczej":

"W wolnej Polsce nikt nigdy nie próbował niczego na mnie wymóc ani w TVP, ani w gazetach i rozgłośniach regionalnych, dla których pisałem i mówiłem, ani w Expressie Wieczornym, ani naturalnie w BBC. Jedyne takie doświadczenie wyniosłem z Gazety Wyborczej. Adam Michnik czynił to jednak ze swoistym wdziękiem.

Podczas kampanii prezydenckiej 1990 żądał, bym ośmieszał Wałęsę, a Mazowieckiego chwalił. Klarowałem, że to nie robota dla reportera, że zaś on w komentarzach może pisać, co chce - bez efektu. Pewnego listopadowego dnia odbyliśmy chyba dwugodzinną rozmowę, spacerując po przedszkolnym ogródku przy Iwickiej, gdzie mieściła się wtedy GW. Było zimno, siąpił deszcz, a redakcja niemal w komplecie przylepiła się do okien czekając chyba, aż się pobijemy.

Michnik był jednak raczej spokojny, bo się jąkał, a gdy jest naprawdę zdenerwowany lub podniecony - jąkać się przestaje. Ja swoje, on swoje. Nagle trochę się ożywił i zwrócił się do mnie niemal ciepło, po ojcowsku: - K-k-krzysiu, jeśli ty-ty-ty chcesz tu robić wo-wolną gazetę, to-to-to-to po moim trupie.

Nie groził mi, nie był agresywny ani złośliwy, ani też fałszywie zatroskany. Po prostu mnie informował o sytuacji. Uświadomił mi, że nie jestem gotów, by w walce o wolność słowa w Wyborczej posunąć się do morderstwa ;). Kwadrans później znów chwilowo zgodził się, bym nadsyłał z kampanii relacje czysto reporterskie. A parę tygodni później Gazeta wszczęła długotrwały proces rozstawania się ze mną" (Krzysztof Leski, Z Michnikiem spacer po ogródku, notka z 28 lutego 2007 zamieszczona w blogu na platformie Salon24; wyjątkowo zachowałem wytłuszczenia oryginału).

[3] "Oto, po z górą czterdziestu latach, pierwszy w Polsce, a chyba i w całym bloku [państw wciąż socjalistycznych] normalny, wielkonakładowy dziennik niezależny. Przez «normalny» rozumiemy taki, który stara się przede wszystkim informować - wszechstronnie, szybko i obiektywnie - wyraźnie oddzielając komentarz od informacji. [...]

Gazeta powstaje w wyniku porozumienia zawartego przy «okrągłym stole», ale sami ją wydajemy i redagujemy na własną odpowiedzialność.

Czujemy się związani z «Solidarnością», lecz zamierzamy przedstawiać poglądy i opinie całego niezależnego społeczeństwa, różnych opozycyjnych kierunków" (Zespół redakcyjny, Drodzy Czytelnicy, "Gazeta Wyborcza" 8 maja 1989, numer pierwszy, s. 1; wyróżnienie moje).

[4] "Ci sami ludzie, którzy dziś kierują «Gazetą Wyborczą», pół roku po jej powstaniu zaczęli postępować wbrew własnym, przytoczonym wyżej zapewnieniom [to te w przypisie 3]. Dziewięć miesięcy po narodzinach «Gazety» było już jasne, iż upowszechnia ona i forsuje wyrazistą politycznie linię tylko jednej wąskiej grupy osób. Rok po ukazaniu się pierwszego numeru «GW» jej kierownictwo notarialnie samouwłaszczyło się wydawanym pismem, niczym klasyczna spółka nomenklaturowa... [...]

Agora potrzebowała przynajmniej setek milionów złotych (dziesiątków miliardów wg dzisiejszych [= w roku 1991] cen) na płace, na lokal, na papier, na transport, na drukarnię, na kolportaż, na honoraria itp., itd. Kredytów tej wysokości nie przyznano PRYWATNIE ani Michnikowi, ani pozostałym członkom kierownictwa redakcji, lecz «Gazecie Wyborczej» (Agorze) jako instytucji, jako owocowi kontraktu Okrągłego Stołu, jako swoistej własności społecznej. Tymczasem to właśnie Michnik wraz ze swymi 15 redakcyjnymi towarzyszami po roku uwłaszczył się PRYWATNIE majątkiem osiągniętym za pomocą tak skredytowanego «pierwszego miliona»...

Rzecz jasna, patrząc na sprawę w aspekcie kodeksu karnego, nikt nie popełnił żadnego przestępstwa. Całkiem odmiennie wszak przedstawia się sprawa w aspekcie MORALNYM oraz HONOROWYM. Osąd pozostawiam Czytelnikom" (Stanisław Remuszko, "Gazeta Wyborcza". Początki i okolice (kalejdoskop), wydanie trzecie jubileuszowe, Oficyna "Rękodzieło", Warszawa 2006, s. 85-86; zachowałem pisownię).

Agora pozwała Jacka Maziarskiego (i wygrała proces!) za stwierdzenie (cytuję je za Remuszką), że "spółka Agora powstała w 1989 roku z pieniędzy przeznaczonych na całą ówczesną opozycję". Być może wygrała słusznie, jeśli rzeczywiście było tam w tle jakieś tajemnicze dofinansowanie z zagranicy w celu powstrzymania polskiego ciemnogrodu. W każdym razie nikt nigdy nie pozwał Piotra Naimskiego za słowa:

"Książka o KOR... Myślę, że naprawdę ciekawą i potrzebną publikacją byłaby książka przedstawiająca genezę Polski po roku 1989. Zawierająca analizę ukazującą, jaką drogę przeszła ta Helenka Łuczywo, która w 1989 leciała samolotem do Nowego Jorku po milion dolarów. I ten Adam Michnik, który w tym samym czasie napisał dla «New York Times'a» tekst o polskim ciemnogrodzie. A równocześnie ta porażka, żeby nie powiedzieć - klęska, porażka - zostańmy przy tym - ludzi i środowisk niepodległościowych, w taki czy inny sposób zepchniętych na margines. Apogeum tego zjawiska to upadek rządu Jana Olszewskiego. Korzenie takiego stanu rzeczy tkwią dużo głębiej niż historia KOR-u" (Justyna Błażejowska, Harcerską drogą do niepodległości. Od "Czarnej Jedynki" do Komitetu Obrony Robotników. Nieznana historia KOR-u i KSS "KOR", Wydawnictwo Arcana, Kraków 2016, s. 502; wyróżnienie moje).

Helenka Łuczywo to wieloletnia zastępczyni redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej", a potem - wskutek tych uwłaszczeniowych figielków - jedna z najbogatszych kobiet w Polsce. Jej także nie darowała "jawnie antysemicka" Wikipedia i zlustrowała ją jako córkę Efraima Habera i "Doroty (Debory) z domu Guter".

Z kolei Adam Michnik to w Wikipedii nieślubny syn Ozjasza Szechtera i Heleny Michnik, "pierwotnie Hinde Michnik, później Hinda Michnik-Rosenbusch".

[5] Biernacki zastanawiał się, czy aby za ten wybryk nie odpowiada redaktor techniczny albo redaktor prowadzący (Wojciech Mazowiecki, syn byłego premiera) i nawet wyraził nadzieję (płonną), że Adam Michnik "się w Gazecie Wyborczej usprawiedliwi z czynu, który popełniono - jak mniemam - poza jego plecami" (s. 204). Jak się potem okazało, o żadnym "czynie poza plecami" nie mogło być mowy.

Nadto słowa Michnika "przysłała nam swój wiersz" brzmiały, jakby Szymborska przysłała (i może nawet napisała) Nienawiść w reakcji na bieg wypadków politycznych, skoro sejm przyjął uchwałę lustracyjną 28 maja 1992 roku, czyli przeszło tydzień wcześniej. Rzecz możliwa, aczkolwiek niezwykle mało prawdopodobna, gdy się wie, jak powstawały wiersze Szymborskiej.

"Czytelnik biorący do ręki "Gazetę" rankiem 5 czerwca mógł odnieść wrażenie, że wielka poetka napisała wiersz pod wpływem wydarzeń poprzedniego dnia. Tak nie było. W dniu, w którym ujawniono "listę Macierewicza", a wieczorem odwołano rząd Olszewskiego, Adam Michnik znalazł w skrzynce pocztowej - w klasycznej skrzynce na listy papierowe, nie w skrzynce poczty elektronicznej, co ważne ze względu na okoliczność czasu - wiersz Szymborskiej. Utwór był napisany wcześniej, a więc bez związku z wydarzeniami z 4 czerwca. Tego dnia Michnik podjął decyzję o jego publikacji, ponieważ uznał, że jest odpowiednim komentarzem do aktualnych wydarzeń" (Roman Graczyk, Demiurg. Biografia Adama Michnika, Zona Zero, Warszawa 2021, s. 483; dalej cytuję jako Demiurg).

Nb. jeszcze kilka lat później Michnik utrzymywał, że ten wiersz "musiał zrodzić się z ówczesnego klimatu politycznego" (Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 238). Z czego wynikałoby, że powstał mniej więcej tak samo, jak powstawały wiersze Szymborskiej w latach 50. Wtedy wpływ "ówczesnego klimatu politycznego" skończył się gorzkimi słowami: "Wierzyłam, że zdradzili, że niewarci imion, / skoro chwast się natrząsa z ich nieznanych mogił / i kruki przedrzeźniają, i śnieżyce szydzą / - a to byli, Joriku, fałszywi świadkowie" (Rehabilitacja). Teraz krąg towarzyski poetki już chyba zadbał, by nie odczuła żadnego dyskomfortu i aż do końca wierzyła, że lustracja agentury to podły wymysł niewartych pamięci nienawistników, którzy zdradzili kolegów (jak to potem wprost napisał Jacek Kuroń; nb. jeden z wielu "fałszywych świadków" zarzekających się w 1992 roku, że kto jak kto, ale Michał Boni nie mógł być agentem).

Pośrednio o takiej błogiej nieświadomości zdaje się świadczyć ustanowienie przez poetkę w testamencie nagrody im. Adama Włodka, jej byłego męża, który donosił w czasach stalinowskich, a wtedy nawet najgłupszy donos mógł się skończyć tragicznie.

Dwa łatwo dostępne głosy o tej sprawie: Maciej Gawlikowski, Wybielanie donosiciela, rp.pl, 7 stycznia 2013; Magdalena Rigamonti, Miłość, Szymborska i donos, wprost.pl, 9 stycznia 2013.

[6] Jacek Kuroń, Spoko! Czyli kwadratura koła, Polska Oficyna Wydawnicza "BGW", Warszawa 1992, s. 251-252; wszystkie wyróżnienia moje. To chyba wciąż zbyt mało znana wiadomość, że Jacek Kuroń nie przegrał ze swoją nienawiścią ani w wypadku stalinowskich zbrodniarzy, ani tych, którzy kazali strzelać do ludzi w latach 1956, 1970, 1981 i później, ani nawet marcowych pomocników Moczara, ale po raz pierwszy przegrał nienawidząc z serca i aż do żądzy mordu Jana Olszewskiego i Antoniego Macierewicza. Jest w tym jakiś rys psychopatyczny, który trudno zrozumieć.

[7] Stanisław Barańczak, Paranoicy są wśród nas..., [w:] Idem, Książki najgorsze, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 170. Dalej cytuję jako Barańczak.

Nb. jeśli komuś moje podejście do Książek najgorszych wydaje się nazbyt surowe (w końcu nie są to uczone eseje, ale swobodne pamflety pisane ku rozweseleniu czytelnika), niech zapozna się z opinią Wojciecha Orlińskiego: "«Książki najgorsze» Barańczaka są zręcznie napisane, ale często widać tam niekompetencję autora" (Wojciech Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Lem w PRL" z 11 września 2021; komentarz z 19 września 2021, 12:05).

Orliński wsparł tę opinię trzema przykładami: że Barańczak nie ma pojęcia o komiksie, bo uważał, że "Kajko i Kokosz to imitacja Asterixa i Obelixa"; że nie ma pojęcia o amerykańskich luksusowych hotelach, "w których minibar jest literalnie gratisowy" i że "nie wiedział, jak powiedzieć po angielsku «spółdzielnia mieszkaniowa»".

Tyle że wszystkie te przykłady to jedynie fantazje besserwissera.

Dziś już nikt nie zaprzecza, że z tą imitacją Asterixa i Obelixa jednak coś jest na rzeczy. Najzagorzalsi obrońcy Janusza Christy próbują jedynie zastąpić brzydkie słowo "plagiat", ładniejszym (ale mętnym) słowem "intertekstualność" (Aleksander Bednarski, Janusz Christa's 'Kajko and Kokosz' and 'the Asterix Controversy' Through the Lens of Gérard Genette's Transtextuality, "The Comics Grid. Journal of Comics Scholarship" 2016, tom 16, nr 1).

Górnicki nie pisał o luksusowym amerykańskim hotelu z górnej półki, lecz twierdził, że miał ten gratisowy minibar w kanadyjskim motelu, co po latach zostało dopełnione przez Barańczaka uwagą w przypisie: "Dziewięć lat obfitującego w podróże pobytu na kontynencie amerykańskim pozwala mi ocenić w nowy sposób wiarygodność tej szokującej informacji. Stwierdzam z całą odpowiedzialnością, że moteli, w których zawartość wypełnionej alkoholami lodówki byłaby «wliczona do ceny pokoju, i to wcale nie wygórowanej», na kontynencie tym nie ma i najprawdopodobniej nigdy nie było" (Barańczak, s. 135). Być może nie jest to prawda, ale wtedy trzeba poprawiać wiedzę Barańczaka o niedrogich kanadyjskich motelach.

O wyjaśnianiu Amerykaninowi (nie zaś - jak u Orlińskiego - zachodnim lewakom, więc może z Danii czy Szwecji), co to takiego peerelowska spółdzielnia mieszkaniowa, Barańczak nie pisał w Książkach najgorszych. Nie chodziło też o to "jak powiedzieć", lecz o to, z czym to powiedziane rezonuje w obcym uchu, a więc o problem translatorski:

"The coercive state-owned institution whose Polish name I had translated - formally speaking, quite accurately - as «housing cooperative» had nothing to do with whatever a «housing cooperative» might mean in America" (Stanislaw Baranczak, Breathing under Water and Other East European Essays, Harvard University Press, Cambridge - Londyn 1990, s. 222; w polskim autorskim przekładzie esej ten nosi tytuł Pomieszanie języków).

[8] A właśnie taka "rodzinna" nielojalność najbardziej brzydziła Jacka Kuronia. W książce Tywonka Szczypiorski występuje jako "S., znany i ceniony polski pisarz". W tamtych czasach, gdy materiały tajnych służb PRL-u nadal były tajne, użycie imienia i nazwiska groziło procesem o oszczerstwo, toteż Tywonek mógł jedynie mnożyć aluzje:

"Jako współpracownik wywiadu wyjechał do Danii na placówkę dyplomatyczną. [...] W latach sześćdziesiątych S. był aktywnym publicystą głoszącym ideały PZPR. Dopiero w latach 70-tych zaczął odgrywać rolę jednego ze sztandarowych opozycjonistów. [...] słynny pisarz, głosiciel prawd moralnych" (Michał Grocki [Tomasz Tywonek], Konfidenci są wśród nas..., Editions Spotkania, Warszawa 1992, s. 50).

Materiały tajnych służb nadal były tajne, ale jednak nie dla każdego. Do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę widział Adam Michnik buszując od kwietnia do czerwca 1990 w archiwach MSW, ponieważ nikt tego nie rejestrował. Daje to naturalnie pożywkę do najrozmaitszych przypuszczeń. Jedni prace tej tak zwanej "komisji Michnika" demonizują, inni - bagatelizują. Niemniej nie musi świadczyć o paranoi przekonanie, że Adam Michnik widział tam między innymi teczkę Andrzeja Szczypiorskiego i właśnie dlatego Szczypiorski był potem przez długie lata dyżurnym moralistą "Gazety Wyborczej". Podobnie jak na przykład ksiądz Michał Czajkowski.

[9] "AZ: Napisałem ten wiersz ze złości, przeciwko niecnemu knowaniu rządu. Działania PiS-u są masowe i masywne. Przeraża mnie ich szybkość. Nie twierdzę, że oni są faszystami, ale narzucają faszystowskie tempo w niefaszystowskiej sytuacji. W literaturze istnieje tradycja prowokacyjnych wypowiedzi, które celowo deformują rzeczywistość. Taka jest chociażby sławna «Skromna propozycja» Jonathana Swifta. On tam apelował, by zjadać dzieci, jeśli w Irlandii jest głód. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że wcale tego nie chciał.

KZ: Pisząc «wszyscy profesorowie prawa konstytucyjnego powinni być internowani», chce być Pan nowym Jonathanem Swiftem?

AZ: AZ: W wierszu świadomie stosuję hiperbolę, retoryczną figurę, za pomocą której wyolbrzymiam zagrożenia po to, by oświetlić realne niebezpieczeństwa. To jest tekst hiperboliczny, a nie histeryczny.

KZ: Tylko tych wyolbrzymień w jednym wierszu całkiem sporo. Kolejny przykład: «Potrzebne są obozy odosobnienia, ale łagodne, żeby nie drażnić ONZ» - niektórzy mogą popaść w histerię…" (Katarzyna Zdanowicz, "Ze złości, przeciwko niecnemu knowaniu rządu". Zagajewski tłumaczy swój wiersz, tvn24.pl, zarchiwizowano 1 lutego 2016).

Nb. nieporadna aluzyjność tego wiersza zachęciła niektórych do wejścia na wyższe piętro szyderstwa i zaprezentowania interpretacji, w której Kilka rad... okazuje się parodią retoryki środowiska "Gazety Wyborczej".

"Jego przewrotna ironia nie jest zatem wymierzona w «nowy reżim», lecz we własne środowisko (związane wcześniej ze starym reżimem); to od niego poeta subtelnie się dystansuje; tak jak kiedyś w imię autonomii i niezależności artysty i intelektualisty dystansował się od masowego ruchu «Solidarności». Doprowadzając do absurdu oskarżenia formułowane przez dzisiejszą «demokratyczną opozycję», poeta w rzeczywistości wykpiwa ich groteskową przesadę, służącą masowej mobilizacji społecznej" (Tomasz Gabiś, Zagajewski przeciwko "Wyborczej", nowadebata.pl. 14 lutego 2016; poprawiłem oczywistą literówkę).

[10] Kilka lat później Adam Zagajewski podsumował Beatę Szydło już bez żadnych wyrafinowanych figur retorycznych, realistycznie oceniając, że zamiast poezji jego publiczność przychylniej przyjmie kilka pojęć jak cepy:

"Pani Szydło jest ideałem człowieczeństwa dla pół miliona osób [tyle otrzymała głosów w wyborach do PE]. Nie zna języków, okropnie się ubiera, mówi głosem przedszkolanki w depresji, najwyraźniej nie uprawia sportu i nie czyta rozpraw Carla Schmitta, jak jej tajemniczy szef - ale podoba się" (Katarzyna Janowska, Oślepiający blask wolności, onet.pl, 8 czerwca 2019).

Natomiast dla samego Adama Zagajewskiego podstawową miarą człowieczeństwa jest chyba właśnie znajomość języków. Również w satyrze Kilka rad... pojawia się drwina, że z wielu błyskotliwych ministrów nowego rządu tylko jeden mówi po angielsku. I to właśnie z tego wywiadu dowiedziałem się od Zagajewskiego, że Donald Tusk zna również - prócz oczywiście niemieckiego, angielskiego i może rosyjskiego - język hiszpański.

"Donald Tusk sprawił mi kiedyś niespodziankę - kiedy odbieraliśmy Nagrody Księżniczki Asturii, on, jako wysoki przedstawiciel UE, w przemówieniu dziękczynnym mówił o moich wierszach, jeden z nich nawet przetłumaczył na hiszpański".

A więc nie tylko zna hiszpański, ale zna go perfekt, bo przekładanie wierszy (w dodatku nie z hiszpańskiego, ale na hiszpański!) to górna półka dla tłumacza. Niestety, rewelacji Zagajewskiego nie potwierdza żadne inne źródło, więc być może w tym wypadku zadziałała jedynie wyobraźnia dopieszczonego poety, którego Donald Tusk uwiódł swoim czarem.

[11] W biografii Szymborskiej napisanej przez dziennikarki "Gazety Wyborczej" podkreśla się, że "socrealistyczny dorobek ma niepokaźny" (Anna Bikont, Joanna Szczęsna, Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej, Wydawnictwo Znak, Krakow 2012, s. 86). Dalej cytuję jako Biografia.

Sama Szymborska nigdy nie przeczyła, że była "stalinówką". Przeciwnie, podkreślała swą szczerą wiarę w tamten system. Mimo to niektórzy porywali się na kwestionowanie nawet takich oczywistości.

"Były to popisy chamstwa i nienawistnictwa, a przy tym - elementarnej głupoty. W paszkwilach tych nie tylko robiono z poetki stalinówkę i sługę komunistycznego reżimu, pisano o niej tak, jakby ukradła nagrodę, która w sposób oczywisty i bezwzględny należała się Herbertowi" (Michał Głowiński, O Wisławie Szymborskiej słów kilka, [w:] Zachwyt i rozpacz. Wspomnienia o Wisławie Szymborskiej, wybór, redakcja i opracowanie Agnieszka Papieska, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014, s. 117; dalej cytuję jako Zachwyt i rozpacz).

Naturalnie Szymborska niczego Herbertowi nie ukradła, ale twierdzenie, że robiono z niej stalinówkę, to również popis elementarnej głupoty.

[12] "Należałam do pokolenia, które wierzyło. Ja wierzyłam. A kiedy przestałam wierzyć - przestałam pisać takie wiersze. Wcale się nie bronię i nie chcę wmawiać, że byłam wtedy mądra. Nie. Byłam głupia i wiedziałam o wiele mniej niż można się było potem dowiedzieć. [...]

Ja chcę jeszcze napisać jak to było. To nie jest wystarczające wytłumaczenie - «wierzyliśmy». Jest w człowieku taki niedobry mechanizm, który powoduje, że jeżeli chce się w coś uwierzyć, to się wierzy, jeżeli chce się czegoś nie widzieć, to się nie widzi, jeżeli nie chce się czegoś przyjąć do wiadomości, to się nie przyjmuje. Ja byłam ofiarą tego strasznego mechanizmu" (Ja wierzyłam. Z Wisławą Szymborską rozmawiał Adam Michajłów, "Tygodnik Literacki", 28 kwietnia 1991, s. 3).

Uznanie siebie za ofiarę nie wydaje się najszczęśliwszym posunięciem, bo co by to miało znaczyć, że było się ofiarą natury ludzkiej. Natomiast obietnica "Ja chcę jeszcze napisać jak to było" nigdy, o ile wiem, nie została spełniona, choć Szymborska żyła potem jeszcze przeszło dwadzieścia lat.

W filmie Chwilami życie bywa znośne (2009, reż. Katarzyna Kolenda-Zaleska) Joanna Szczęsna mówi, że Szymborska była niezdolna do zbiorowych uniesień. Ale przeczy temu wcześniejsza wypowiedź samej Szymborskiej, która swoje stalinowskie przygody tłumaczy właśnie wpływem zbiorowości: w takie wpadła środowisko i takie miała wzorce.

"[Wisława Szymborska do Katarzyny Kolendy-Zaleskiej] Ja się nie usprawiedliwiam, ale napisałam, no. Ale brak informacji odpowiedniej, brak jeszcze tej świadomości politycznej. I to wyjście z tej traumy wojennej i tutej, jakieś tego, wszyscy będą jednakowo traktowani. No, to wszystko razem się złożyło.

Bardzo wiele zależy również od tego, w jakie się wpada środowisko, prawda. Wszyscy byli za, ze starszymi, tu Przyboś, tu to, i wszyscy byli, prawda. Jastrun. To są pewne wzorce, wtedy szukało się takich wzorców.

[Joanna Szczęsna] Ten epizod mitologizuje się. Tak naprawdę Szymborska nigdy nie nadawała się do tego, żeby być... żeby być janczarem. Nigdy nie była w żadnym pierwszym szeregu. Nigdy nie... znaczy była niezdolna do zbiorowych uniesień, moim zdaniem. Czyli tego, czym się karmiła tamta... tamta epoka.

[WS do KZ-K] Napisało się i to trudno, no. Żałuję. Ale z drugiej strony mam pewne doświadczenie, wiesz, które polega na tym, że, rany boskie, jak to brakuje czasem człowie... i wiedzy i wyobraźni. Ale najgorzej to była dobra wola w tym wszystkim, prawda, boże. To wcale nie dla żadnych pieniędzy ani dla kariery, bo stale się klepało biedę wtedy, prawda. To nie o to chodzi. Trudno, trudno, tak wtedy myślałam. No i koniec" (Chwilami życie bywa znośne, od mniej więcej 45 do 47 minuty).

[13] "Po ciężkim kryzysie lat pięćdziesiątych zrozumiałam, że polityka nie jest moim żywiołem" (Biografia, s. 136). Mimo to jeszcze pod koniec lat 70. wymagała od poezji postawy obywatelskiej i rozczarowała się czytając wiersze Josifa Brodskiego (przełożone przez Barańczaka):

"Ale trochę mnie [Brodski] rozczarował, może dlatego, że oczekiwałam po nim jakiejś analizy, jakiejś postawy obywatelskiej, jakiejś odpowiedzi - dlaczego tam dzieje się tak a nie inaczej" (Wisława Szymborska, Stanisław Barańczak, Inne pozytywne uczucia też wchodzą w grę. Korespondencja 1972-2011, opracowanie edytorskie Ryszard Krynicki, Wydawnictwo a5, Kraków 2019, s. 17; list z 16 grudnia 1979).

Sformułowanie autorek biografii "pojedyncza, odrębna, prywatna" na stronie 112. W 1993 roku, już po wykorzystaniu Nienawiści do porachunków politycznych, mówiła:

"Polityka nadal jest wampirem, który chciałby z nas wyssać wszystkie soki. Naturalnie trzeba mieć jakieś ideały, jakieś uczciwie przemyślane przekonania, i trzeba bodaj usiłować żyć w zgodzie z nimi" (Biografia, s. 157). Niemniej pouczające mogłoby być porównanie, czym jej pojedyncze, odrębne, prywatne przekonania różniły się od przekonań ufnych czytelników "Gazety Wyborczej".

Nb. być może Adam Michnik jednak miał rację (przypis 5), że w latach 90. wiersze Szymborskiej rodziły się "z ówczesnego klimatu politycznego", bo reagowała na ten klimat z nieco histeryczną przesadą nawet w prywatnej korespondencji. W liście do Barańczaka z 16 czerwca 1991 do podpisu dodała przypis: "już może wkrótce obywatelka II kategorii, jako że nie lata do kościółka" (s. 76), a list z 15 maja 1993 wysłała na odwrocie wyklejanki zrobionej z fotografii wyjątkowo niekorzystnie uchwyconej męskiej twarzy i zaznaczyła: "Twarz należy do posła ZCHN Łopuszańskiego" (s. 120). Co Barańczak skomentował z zacięciem bezkompromisowego fizjonomisty:

"Jednocześnie podziękowania - przerywane wybuchami śmiechu - za bezcenną pocztówkę z mordą jednego z Naszych Prześladowców. Uch, ileż w tej twarzy nienawiści do wszystkiego, co może sprawić człowiekowi przyjemność, a zwłaszcza do poezji, erotyki, humoru i dobrej kuchni" (s. 122).

Po prawdzie Łopuszański miał na tym zdjęciu raczej wyraz twarzy smutnego wsiowego głupka, ale był to czas, gdy w przeciwnikach politycznych wypadało dostrzegać - za Jackiem Kuroniem - przede wszystkim ludzi "chorych z nienawiści". A Szymborska najwidoczniej zapomniała, co pisała w Lekturach nadobowiązkowych o fotoreporterskim terrorze skutkującym kolekcją "głupawych grymasów wymuszanych przez zaskoczenie".

[14] Było to po głośnym usunięciu z PZPR Leszka Kołakowskiego, ale motywacje Szymborskiej są w jej biografii opisywane skromniej niż jej wyklejanki.

"W akcie solidarności Szymborska zwróciła legitymację partyjną. - Wyrzucałam sobie potem, że tak późno - mówiła nam - i jednocześnie gratulowałam, że jednak zdążyłam w porę i nie musiałam, nawet jako bierny członek partii, przeżywać wydarzeń 1968 roku" (Biografia, s. 113).

Ponieważ nie spotkały ją za to żadne represje, autorki biografii uznały za stosowne dodać kabotyńskie zdanie o represjach możliwych:

"Była pewna, że wyrzucą ją z pracy, ale uspokoiła się, gdy obliczyła sobie, że jeśli będzie jadła tylko kaszę i popijała kwaśnym mlekiem, to starczy jej oszczędności na dwa, a może nawet trzy lata" (Biografia, s. 115).

We wcześniejszej wersji Pamiątkowych rupieci (cytowanej w przypisie 5) jest to samo menu i oszczędności na dwa lata (s. 143), natomiast w Lawinie i kamieniach zamiast kaszy i kwaśnego mleka jest wyłącznie biały ser i oszczędności na trzy lata (przypis 6 na s. 347). I za każdym razem zostaje to przedstawione w taki sposób, jakby wyznała to autorkom sama Szymborska. Ot, polska szkoła swobodnego reportażu.

Nb. odejście Szymborskiej od komunizmu było tak ślamazarne i mało wyraziste, że nie zasłużyła sobie w tej ostatniej książce na osobny rozdział i pojawia się tam raptem na sześciu stronach (Adam Michnik na czterdziestu trzech). Zresztą zdążyła jeszcze przed tym odejściem podpisać w 1964 roku protest przeciwko szkalowaniu Polski Ludowej przez zachodnie ośrodki dywersyjne. A potem niczym pierwsza naiwna skarżyła się, że ją oszukano, bo podpisywała wcześniejszą, łagodniejszą wersję - tak jakby podpisanie dziesięć lat wcześniej osławionej Rezolucji niczego jej nie nauczyło.

[15] "28 IV 1971 r. odbyła się w KC PZPR zamknięta narada przedstawicieli środowisk młodoliterackich z kierownictwem Wydziału Kultury, uczestniczyli w niej: A. Zagajewski, J. Termer, K. Karasek, S. Barańczak, T. Strumff, J. Kurowicki, J. Niecikowski, K. Gąsiorowski, A. Gerłowski, Z. J. Bolek, K. Mętrak i A. K. Waśkiewicz; Wydział Kultury reprezentowali: J. Kwiatek i E. Makuch. Głównym tematem dyskusji była sprawa pisma młodych i funkcjonowania środowisk młodoliterackich w strukturze życia kulturalnego" (Andrzej K. Waśkiewicz, Formy obecności "nieobecnego pokolenia", Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1978, s. 170).

Obecność autora wśród uczestników narady oraz drętwy do bólu język zdają się potwierdzać prawdziwość tej informacji.

[16] "Ale głównym zadaniem, które czeka na intelektualistów, jest coraz lepsze rozumienie tego, czym jest socjalizm. Bez takiej pracy, zwróconej nie na historię filozofii marksistowskiej, ale na jej współczesność i jej życie, odnowa nie powiedzie się, nie nabierze trwałych kształtów intelektualnych i organizacyjnych. Budowanie nowych form życia, nowych stosunków międzyludzkich nie może się odbyć bez udziału kultury, bez udziału literatury i filozofii" (Adam Zagajewski, Księżniczka na grochu, [w:] Julian Kornhauser, Adam Zagajewski, Świat nie przedstawiony, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s. 130-131; sam artykuł datowany na rok 1971).

"Dialektyka poetyckiego myślenia [...] wiedzie do Marksa. [...] jest zjawiskiem w pewnym sensie zatrważającym, że marksizm, ta najbardziej romantyczna (w wyżej wyłożonym rozumieniu) filozofia wszystkich czasów, wydaje się dziś tak wielu ludziom rzeczą całkowicie wyjałowioną ze swego właściwego dialektycznego charakteru. [...] Młodzi poeci jednak zapomnieli o tym, a częściej - nie mieli jeszcze okazji o tym słyszeć; marksizm, ta najbardziej żywa filozofia, jaka kiedykolwiek powstała, jest dla niejednego młodego poety czymś martwym, pustym emblematem pozbawionym realnej treści i realnych konsekwencji" (Stanisław Barańczak, Nieufni i zadufani. Romantyzm i klasycyzm w młodej poezji lat sześćdziesiątych, Ossolineum, Wrocław 1971, s. 20-21).

W obu wypadkach jest to fragment wywodu, nie zaś kilka rytualnych zdań ze wstępu rzuconych na odczepnego dla uspokojenia cenzury. Aczkolwiek obaj autorzy nie mieli nic ciekawego do powiedzenia ani o socjalizmie, ani o marksizmie, toteż nie są te wywody niczym więcej niż deklaracją ideologicznego posłuszeństwa.

[17] Wobec naszego czasu, "Itd" 1974, nr 23, s. 12-13. Wstęp na stronie 12. Na stronie 13 wiersz Barańczaka "Nie" i wiersz Zagajewskiego "Melodia". Nb. za siedem lat naczelnym redaktorem "Itd" zostanie Aleksander Kwaśniewski, nie było to więc jakieś poślednie pisemko bez znaczenia.

W wierszu Barańczaka jest dużo krwi, kości, a nawet "pocisków z luf", ale najwidoczniej cenzor nie miał nic przeciwko takiemu mętnemu poezjowaniu. Podobnie jak w wypadku tomiku Jednym tchem dołączonego do grudniowego numeru pisma "Orientacja" z 1970 roku (dalej przywołuję to wydanie). Według Anny Bikont i Joanny Szczęsnej, największe wrażenie robi tam "prorocza zapowiedź grudniowej masakry" (Lawina i kamienie, s. 392). Czego dowodem mają być te trzy wersy:

"za wszystkimi oknami krwawi ten sam śnieg
a ci co nie umieją dzisiaj spoglądać w oczy,
będą strzelać jutro między oczy".

W rzeczywistości taki wiersz Barańczaka nie istnieje. To fałszerstwo, zlepek wersów z dwóch osobnych utworów. Pierwszy wers pochodzi z erotyku "O wpół do piątej rano", a drugi i trzeci to niechlujnie przepisane wersy z antywojennego wiersza "Ci, którzy jedzą grzanki, będą jeść suchary".

[18] Nie jest to jakaś przypadkowa słabość polskiej Wikipedii. Te same daty podaje Wikipedia francuska i rosyjska, angielska zaś przynależność partyjną Barańczaka w ogóle pomija. Natomiast prawidłowe daty podaje Wikipedia niemiecka.

Kornik w taki sam sposób pogryzł także pośmiertne wspomnienie o poecie: "W PZPR był tylko dwa lata - od 1967 do 1969 r." (MIG, Stanisław Barańczak nie żyje. Wybitny polski poeta i tłumacz miał 68 lat, kultura.gazeta.pl, 26 grudnia 2014), a wcześniej biogram Barańczaka zamieszczony w słowniku opozycji: "1967-1969 w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej" (Eugenia Dabertowa, Stanisław Barańczak, [w:] Opozycja w PRL. Słownik biograficzny 1956-1989, tom 1, redakcja Jan Skórzyński, Paweł Sowiński, Małgorzata Strasz, Ośrodek KARTA, Warszawa 2000, s. 23).

Wprawdzie wystarczy odrobina wysiłku, by ustalić, jak się rzeczy naprawdę miały, ale nie należy na to liczyć w wypadku przedstawicieli polskiej szkoły reportażu. Jeśli fałsz pasuje do tezy, cóż szkodzi go dodatkowo podrasować:

"Stanisław Barańczak po skończeniu poznańskiej polonistyki mieszka z żoną Anną pod Poznaniem. Potem wraca do miasta, do szarego bloku na osiedlu Kopernika. Jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych wstępuje do partii, ale po wydarzeniach marca 1968 roku odchodzi z niej" (Marcin Kącki, Poznań. Miasto grzechu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 213-214).

Odchodzi "po wydarzeniach marca 1968", więc może jeszcze nawet w tym samym 1968 roku. Co jest potrzebne do uzasadnienia tezy, że Małgorzata Musierowicz, siostra Stanisława Barańczaka, nie ma ani tak pięknego życiorysu, jak jej brat, ani tak słusznych poglądów.

"Wydaje się głęboko związana z Kościołem, wręcz radiomaryjnie. Mocno odbiła od Staszka, który był lewicujący i związany z Michnikiem. A przy tym jest zawsze uśmiechnięta, mówi o dobru. Wisława Szymborska nazywała takiego człowieka «słodkodupnym», czyli kimś podejrzliwie [sic!] dobrym na zewnątrz" (s. 239).

Kącki zresztą drwi z niej niemiłosiernie. Za to jako pozytywna poznanianka pojawia się w tle Kazimiera Iłłakowiczówna. Ale ani słowa o tym, że kiedyś bardzo podobnie drwił ze starej Iłłakowiczówny młody lewicowy Staszek.

[19] "Do partii wstąpiłem krótko przed Marcem, a już od początku wydarzeń marcowych miałem absolutną świadomość, że jestem niewłaściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu. [...] Mimo to w partii pozostałem jeszcze kilka lat. Po co? Dlaczego? Nie wiem. [...] Pisałem więc swoje, myślałem coraz samodzielniej, miałem coraz więcej kłopotów z cenzurą, nawiązywałem coraz serdeczniejsze przyjaźnie z ludźmi z opozycji (w 1972 poznaliśmy się z Adamem Michnikiem) i tak to jakoś dziwnie trwało. Wreszcie w lutym 1975 roku, w trakcie zjazdu ZLP, zostałem «zaproszony» na rozmowę w poznańskim KW PZPR; w czasie rozmowy usiłowano zmusić mnie do zeznań na temat spotkania grupy pisarzy, które odbyło się poprzedniego dnia w moim mieszkaniu. W tym momencie miałem już swojej dwuznacznej sytuacji tak bardzo dosyć, że powiedziałem tym panom, co o nich myślę i zwróciłem im legitymację" (Wywiad ze Stanisławem Barańczakiem, "Czas Kultury" 1987, nr 3, s. 4).

[20] Stanisław Barańczak, który lubił zabawy słowami, być może napisałby w tym miejscu "zagozdodarowywać" (gdyż Adam Michnik do dziś poleca w "Gazecie Wyborczej" wiersze jako Andrzej Zagozda). A może nawet napisałby stosowny limeryk (niewątpliwie zgrabniejszy; ten proszę traktować jedynie jako szkic):

I mnie raz Zagozda z Gazety
zagozdodarował niestety.
Namawiał: nie szczędź przytyków
i drwij z paranoików,
lecz zamiast drwin wyszły mi bzdety.

Nb. sekretarz Wisławy Szymborskiej, Michał Rusinek, dziś stały felietonista "Gazety Wyborczej, zagospodarował martwą poetkę po swojemu:

"To było okropne. A zaczęło się już dosłownie kilka dni po jej odejściu, kiedy to - za sprawą jej sekretarza - w największym polskim tabloidzie pod triumfalnym nagłówkiem «Tylko u nas - jej ukochane kąty!» ukazał się fotoreportaż z pustego mieszkania WS; obfotografowali wszystko! To było przerażające i odrażające! Haniebne. WS obnażona, wydana na łup, zdradzona. Trzeba było znać WS, by wiedzieć, jak zawsze broniła swojej prywatności, jak się bała takiej agresji, jak cierpiała z takich powodów - a teraz... teraz była już zupełnie bezbronna. Chcieliśmy wówczas - w gronie jej przyjaciół, poetów głównie - jakoś przeciw temu zaprotestować, jakiś list otwarty ogłosić... Nie bardzo nawet wiedzieliśmy co. Istnieje taki rodzaj podłości i cynizmu, wobec którego człowiek staje zszokowany, zdumiony, bezradny" (Bronisław Maj, Kilka słów..., [w:] Zachwyt i rozpacz, s. 286-287).