Trzecim - obok chrześcijańskiego uniwersalizmu oraz idei narodowej - filarem dźwigającym filozofię polityczną Henryka Krzeczkowskiego był z pewnością konserwatyzm. Ów trzeci filar nie sterczał na uboczu niczym odosobniony monument czasów i spraw przebrzmiałych. Nie był kolumną strzaskaną pod obuchem nowoczesności. Przeciwnie, mimo upływu lat, nadal wznosił się z nieco staroświecką godnością. Podobnie jak pozostałe elementy tej spoistej i harmonijnej budowli, wspierał się bowiem na mocnym fundamencie wiary.Henryk Krzeczkowski (1921-1985) - nazwisko dziś niemal gruntownie zapomniane. Garstka najwnikliwszych czytelników zauważyła je może na stronie tytułowej lub redakcyjnej cudzej książki, bo w przekładzie Krzeczkowskiego ukazało się kilka ponadczasowych przebojów: skrócona wersja Złotej gałęzi Jamesa George'a Frazera czy Mity greckie Roberta Gravesa.Konserwatyzm Henryka był w istocie integralny. Na zewnątrz przejawiał się w ubiorze, gustach estetycznych, sposobie bycia, niepowtarzalnej solenności. To wszystko harmonizowało ze zwartym systemem przekonań [1].
Zacząłem tę notkę od wspomnienia autorstwa Tomasza Wołka. A tak Krzeczkowski został przedstawiony - cokolwiek klikbajtowo - na stronie internetowej młodszego o pokolenie, ale też już nieżyjącego Wojciecha Karpińskiego (1943-2020), który na starość napisał o nim książkę.
Oficer komunistycznego wywiadu i mentor młodych konserwatystów, wychowanek żydowskiego gimnazjum i członek redakcji katolickiego "Tygodnika Powszechnego" zmieniał nazwiska i fabularyzował swój życiorys, będąc przy tym człowiekiem prawym i konsekwentnym (Galeria Henryka Krzeczkowskiego, wojciechkarpinski.com).Fabularyzowanie własnego życiorysu - czyli zmyślenia i kłamstwa - słabo godzi się w potocznym rozumieniu z prawością, ale niech będzie. Ponieważ jednak życiorys Henryka Krzeczkowskiego nadal jest pełen zagadek, nie sposób orzec, czy jego mitomania była jedynie niegroźnym estetycznym ornamentem, czymś w rodzaju kolorowych skarpetek Leopolda Tyrmanda, czy też może skrywała jakieś ponure tajemnice. A tu proszę - młodzi konserwatyści garną się do tego osobliwego mentora właśnie dlatego, że bardzo imponował im gadaniem.
Autorzy wspomnień o Henryku Krzeczkowskim są zgodni, że istotą jego wpływu były setki rozmów, jakie odbył z reprezentantami różnych nurtów młodej opozycji, z przedstawicielami życia intelektualnego i literackiego. «Rozmowa - pisze Marcin Król - przeistaczała się stopniowo w wykład i tu Henryk był najbardziej rozrzutnym z ludzi. Wykłady były bowiem zawsze jednorazowe, nigdzie nie zapisane i zawsze specjalnie skonstruowane dla tego jedynego słuchacza» [2].Dziwnie też musiały te rozmowy zapadać w pamięć, skoro ich wspomnienie niespodzianie wywołało u Wojciecha Karpińskiego impresję, której nie powstydziłaby się narratorka Trędowatej.
Któż potrafi oddać ich barwę? Czym były one - purpurowe? złote? miodowe jak whisky? drażniąco opalizujące? - na tle szarej Warszawy, szarych księgarni, szarego Uniwersytetu, szarych dyskusji końca lat sześćdziesiątych i początku lat siedemdziesiątych? [3].Rozpoetyzowany Wojciech Karpiński napisał o swoim mentorze całą książkę, ale nie uznał za stosowne wyjaśnić, choćby jednym zdaniem, skąd Krzeczkowski - po wyrzuceniu z wojska utrzymujący się głównie z tłumaczeń [4] - brał w latach 60. pieniądze. I na tę miodową whisky, i na aromatyczną angielską herbatę, i na marynarki z angielskiego tweedu, i na kolacje w Bristolu. Wszystko to zjawia się nagle niczym królik z cylindra iluzjonisty. I to w czasach, w których większość ludzi mogła wybierać jedynie między herbatami Ulung i Madras, a gdy chciała się poczuć jakby luksusowo, stać ją było najwyżej na bułgarski koniak.
Skoro jednak cały czas mówi się tu o oficerze komunistycznego wywiadu - może byłym, a może tylko uśpionym, kto to wie - nie wydaje się nazbyt szalone przypuszczenie, że rozmowy przy miodowej whisky mogły być w rzeczywistości jego dodatkowym, dofinansowywanym przez urząd zajęciem. Koniec końców udało się przecież Krzeczkowskiemu wystrugać z tych młodych chłopaków łatwą do kontrolowania opozycję: bardzo rozgadaną, bardzo intelektualną i w sumie - bardzo niegroźną [5].
Karpiński próbował przez kilkanaście lat ustalić, kim naprawdę był Henryk Krzeczkowski, ale pułkownika Witolda Ledera, dawnego przełożonego Krzeczkowskiego w II Oddziale, musiały chyba bawić te amatorskie usiłowania. Wprawdzie zgodnie z dobrymi zasadami wywiadu "odpowiadał wstrzemięźliwie na konkretne pytania", ale w pewnym momencie nie mógł sobie odmówić uwagi, że do późnego okresu życia Krzeczkowskiego, tego opisanego z taką emfazą przez Tomasza Wołka, "odnosi się [...] ze sporą dozą ironii" (Karpiński, s. 125, 73).
Naturalnie naiwnością byłoby zakładać, że ta pobłażliwa "doza ironii" tak się tylko pułkownikowi Lederowi wypsnęła. Aczkolwiek może z tym być jak w starym żydowskim dowcipie. "- Dokąd jedziesz?" - pyta komiwojażer swojego konkurenta stojącego przed dworcem. "- Do Łodzi". "- Aj ty kłamco! Ty mówisz, że jedziesz do Łodzi, żebym ja pomyślał, że ty jedziesz do Warszawy, a ty naprawdę jedziesz do Łodzi!". Cóż, trzeba się pogodzić z tym, że nie tylko w komiwojażerce, lecz również w wywiadzie i kontrwywiadzie nic nie jest takie, na jakie wygląda.
Nb. gdy czyta się skromny wybór z prywatnych zapisków Krzeczkowskiego, w których "dominuje portret, autoportret, niezwykłej osobowości, szukającej siebie, swojego sensu, swojej twarzy" (Karpiński, s. 116), trudno oprzeć się skojarzeniom z Pamiętnikiem znalezionym w wannie Lema. W tej fantastycznej opowiastce narrator, agent w tajemniczym Gmachu, też szuka samego siebie starając się ustalić sens swojej misji. A wszystko to na pograniczu paranoi, "gdzie każdy ślad prowadzi wszędzie" [6]. Mitomania mogła więc być także rodzajem autoterapii albo probierzem, za pomocą którego Krzeczkowski testował reakcje otoczenia.
Zapewne stanowił on szczególny przypadek na pograniczu psychiatrii - wspominał po latach Marcin Król - ale w naszych stosunkach miało to bardzo niewielkie znaczenie (tylko raz zapytałem go, dlaczego coś kolejnego ze swojej biografii zmyślił, a on odpowiedział stanowczo, że przyjaźń wyklucza takie pytania, więc więcej ich nie zadawałem). Opowieści były często bardzo śmieszne, czasem bardzo snobistyczne i powoli się orientowaliśmy, że trzeba jednak traktować je dosłownie, bo na tym polega przyjemność słuchania.Tyle że w tym samym czasie - to dalej wspomnienia Króla - inni podejrzewali Krzeczkowskiego o uleganie przyjemności podsłuchiwania.
Wiem, że dla wielu osób Henryk Krzeczkowski był postacią dwuznaczną, nawet diaboliczną, człowiekiem z całkowicie niejasną przeszłością i odgrywającym niejasną rolę w Warszawie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Na początku lat siedemdziesiątych zgłosił się do mnie Andrzej Dobosz, którego znałem trochę ze studiów i który był niewątpliwym wysłannikiem Antoniego Słonimskiego, i przestrzegał mnie przed przyjaźnią z Henrykiem [7].W roku 1978 Marian Brandys pisał o tym jako o rzeczy już niemal ustalonej i pewnej:
Opowiadał [Adam Michnik] dużo ciekawych rzeczy, wśród nich dwie przykre, sprawiające wrażenie akcji prowokacyjnych rosyjskiej policji. Pierwsza wiąże się z osobą osławionego Szilo Gernera vel Mejsztowicza vel Henryka Krzeczkowskiego. Podczas swego pobytu w USA Krzeczkowski szerzył podobno antykorowską propagandę wśród Amerykanów i polskiej emigracji. Opowiadał, że KOR zmierza do wywołania zbrojnego powstania przeciwko Związkowi Radzieckiemu i tym samym - do postawienia USA w bardzo niemiłej sytuacji. Amerykanom więcej nie trzeba [8].Ciekawa opowieść Adam Michnika to, rzecz jasna, żaden dowód. Potwierdza jedynie, że takie plotki o Krzeczkowskim krążyły oraz kto je rozgłaszał. Dobrze jest też skonfrontować tę opowieść choćby z opowieścią Pawła Hertza, przyjaciela Krzeczkowskiego, którą podaję w przypisie [9]. Zastanawiające jest natomiast, skąd Adam Michnik w roku 1978 znał tak dobrze akta Krzeczkowskiego - łącznie z tymi trzema jego nazwiskami. W ćwierć wieku później, w zupełnie innej sytuacji politycznej, ustalenie tych samych danych zajęło Wojciechowi Karpińskiemu kilkanaście lat i wymagało kwerend w Centralnym Archiwum Wojskowym i w Instytucie Pamięci Narodowej.
Nb. zarówno Henryk Krzeczkowski, jak i jego przyjaciel Paweł Hertz oraz biograf Wojciech Karpiński, jak przewijający się w tle Zygmunt Mycielski, a także Jarosław Iwaszkiewicz, który za chwilę opowie tu swoją przygodę, to, mimo wszelkie różnice, dość szczególna wspólnota homoseksualnych mężczyzn - i nie jest to w tej historii detal bez znaczenia.
Podobno właśnie za homoseksualizm wyrzucono Krzeczkowskiego z wojska, podobno miał też żonę, która popełniła samobójstwo - ale są to wiadomości słabo potwierdzone [10]. Podobno w późniejszych czasach, w tej epoce integralnego konserwatyzmu, nie krył się ze swoimi upodobaniami. I to nie krył aż tak bardzo, że drażniło to jak diabli Stefana Kisielewskiego.
À propos, była wczoraj u nas wielka awantura. Przyszedł młody Karp, a potem Henio [Krzeczkowski]. Henio był w nastroju, jakiego nie znoszę: hucpiarski, nachalny, sypał jakimiś absurdami politycznymi, popisywał się przed młodym, te pederasty zawsze w towarzystwie młodych ludzi są anormalne. Drażnił mnie jak diabli, przy tym palił wciąż papierosy, kazał sobie dać żarcie etc. W rezultacie skrzyczałem go za palenie, obraził się i wyszedł. W gruncie rzeczy dobrze się stało, szkoda tylko, że to u mnie w domu - Henio jest jakiś histeryczny i prowokatorski, do tego zmyśla jak najęty i fantazjuje. Pederastia na starość rzuca się widać na mózg - Jerzy Andrzejewski w "Literaturze" też już wypisuje takie brednie, jęczy, pozuje, robi grymasy, wszystko głupie okropnie [11].Zatem możliwa jest także interpretacja znacznie mniej diaboliczna - że Krzeczkowski to nie był żaden superagent z tajną misją, ale podstarzały homoseksualista, który zwyczajnie lubił towarzystwo młodych chłopaków i wypruwał sobie żyły, by im zaimponować miodową whisky i barwnym gadaniem [12].
Na to, jak bardzo lubił, rzuca nieco światła zapowiadana już przygoda Jarosława Iwaszkiewicza. Napomknął o niej w swoich zapiskach również Krzeczkowski, ale nieznośnie stylizował się przy tym na Marcela Prousta [13]. Natomiast proza Iwaszkiewicza to oszczędny, ale i nieubłagany realizm.
Parę dni temu miałem przykrą historię. Przyszedł do mnie rano Henio K[rzeczkowski], że Steć prosi do siebie do Sobieszowa na czwartą po południu. Nie chciało mi się iść, ale Henio prosił, mieli tam być jacyś chłopcy itd. Henio kupił dwie butelki wina i poszliśmy. Steć jest obłąkany na punkcie seksualnym, jest to przykra obsesja, która rozmowę z inteligentnym gościem, znającym doskonale warunki tutejsze, zamienia w szereg niezwykle ordynarnych fragmentów. Niecierpliwiło mnie to wszystko. Z oczekiwania na tych "chłopców" wynikało, że to są chłopcy do konsumpcji na miejscu, co mnie przeraziło. Wreszcie przyszli ci chłopcy, trzy chłopaczyska, jak to bywa, w miarę ordynarni i głupi. I z nimi jeden jeszcze pan - nieznajomy, który mnie widział w takim towarzystwie. Zacząłem się rozpytywać o powrotne tramwaje, ten obcy facet wyszedł, a Henio i Steć wzięli tych dwóch chłopaków do bocznych pokoi, jak w burdelu. Nie mogłem wyjść zaraz, bo mój płaszcz był w tym pokoju, gdzie był Henio. Wściekłość moja nie miała granic, chodziłem po stołowym pokoju, roztrącając meble, i gdzie z przerażeniem na mnie popatrywał trzeci chłopak, "sekretarz" Stecia. Wreszcie wyleciałem jak z procy i piechotą poszedłem do domu, a to jest ze cztery kilometry. Przeraziło mnie to ogromnie. Więc oni myślą, że ja, prawie siedemdziesięcioletni facet, Jarosław Iwaszkiewicz, mąż, ojciec, dziadek - mogę w ten sposób załatwiać swoje sprawy erotyczne. Publicznie chędożyć nieznajomych chłopaków? Coś nieprawdopodobnego. Dlatego że mam pociąg do mężczyzn, to od razu już tak? Uczułem się do głębi, do żywca, obrażony. Wróciłem do domu, położyłem się do łóżka i rozpłakałem się. Byłem upokorzony i przerażony. Ale świat jest taki [14].Niewątpliwie musiał ten integralny konserwatyzm, przejawiający się - jak pisał Tomasz Wołek - w gustach estetycznych i sposobie bycia, jakoś promieniować na otoczenie. Także na tych młodych chłopaków, których Krzeczkowski w swoim pokoiku na Czackiego urabiał, deprawował, czy może tylko emablował. Nieważne.
Niech się więc lewica zanadto nie wynosi. Być może późniejszą przychylność dla parad równości - lub ich co najmniej chłodną akceptację - zawdzięczamy w jakiejś części także niepowtarzalnemu kolorytowi integralnego konserwatyzmu.
[1] Tomasz Wołek, Artykuły Henrykowskie, [w:] Henryk Krzeczkowski, Proste prawdy. Szkice wybrane. O Henryku Krzeczkowskim, wybór tekstów i redakcja Waldemar Gasper i Paweł Hertz, Wydawnictwo Ararat, Warszawa 1996, s. 445.
[2] Rafał Matyja, Konserwatyzm po komunizmie, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2009, s. 24.
Również przyjaciel Krzeczkowskiego, starszy o trzy lata Paweł Hertz, dostrzegał u niego specjalny "dar rozmawiania".
"Miał dar rozmawiania z każdym na temat tego, co interesowało nie jego samego, ale jego rozmówcę. Potrafił dzięki temu przekazywać swoje poglądy w takiej formie, że były przyswajane przez rozmówcę. Jego partnerom wydawało się, że są to ich własne poglądy, wydobyte jedynie przez Henryka" (Paweł Hertz, Gra tego świata, Biblioteka "Więzi", Warszawa 1997, s. 272).
Można to życzliwie uznać za rodzaj intelektualnej empatii albo nieżyczliwie - za zręczną manipulację.
Niewątpliwie miał też Krzeczkowski w sobie coś z Zeliga z filmu Woody Allena. Jackowi Bartyzelowi wydawał się dystyngowany. Dla Wojciecha Karpińskiego, któremu szczególnie dokuczała peerelowska szarość, był kolorowy. W obecności Marka Nowakowskiego siłował się w knajpach z miejscowymi żulami.
[3] Wojciech Karpiński, Henryk, wydanie II poszerzone, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2016 (cop.), s. 33. Dalej cytuję jako Karpiński.
Dla porównania:
"Czerwone słońce, olbrzymią kulą spadając na dół, rozlało swe purpurowe farby jaskrawym oceanem. Zapaliło się niebo, zbałwanione fale czerwieni szły dalej i dalej, niosąc blachy rubinowego złota, dziergając przepyszną frędzlą pąsowo-złocistą brzegi ciemnych obłoczków" (Helena Mniszek, Trędowata, Orbis Books, Londyn 1977, s. 401).
To zresztą niejedyne miejsce w tej książce, w którym taka minoderyjna grafomania więcej zamazuje, niż wyjaśnia. Podobno dlatego, że trzeba uszanować "element tajemnicy" oraz rozmaite "niedopowiedzenia". "Nie starajmy się prześwietlić całego życia ani wyjaśnić wszystkich sensów jego notatek" (s. 139-140).
Z kolei odmianą moralnej grafomanii jest porównywanie tej zamazanej biografii Krzeczkowskiego do przemiany św. Pawła. Nawet wtedy, gdy robi się to - jak Jacek Bartyzel - "z zachowaniem wszelkich proporcji" (Monarchia i republikanizm to ta sama polska tradycja. Z Jackiem Bartyzelem rozmawia Tomasz Plaskota, tygodnik.tvp.pl, 27 sierpnia 2021). Istotna różnica polega na tym, że św. Paweł sam zlustrował swój życiorys. Natomiast Henryk Krzeczkowski ani nie wyznał nigdy publicznie swoich grzechów, ani też nawet nie wiadomo, kiedy i w jakich okolicznościach przyjął chrzest (Karpiński, s. 140). Może wiedzą coś o tym benedyktyni tynieccy, skoro pochowali go na cmentarzu przy swoim opactwie, ale Wojciech Karpiński zaniedbał ich o to zapytać.
Nb. w cytowanej wyżej rozmowie Jacek Bartyzel referuje obszernie komentarz Henryka Krzeczkowskiego, bardzo według niego roztropny, do spotkania "prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana z Sekretarzem Generalnym Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Michaiłem Gorbaczowem w Reykjaviku w 1986 r.", który podobno miał okazję wtedy od niego usłyszeć. Tym samym wzbogaca swój osobisty konserwatyzm o spirytyzm, gdyż Krzeczkowski zmarł rok wcześniej - w grudniu 1985.
[4] Jak podaje czwarty tom słownika bibliograficznego Współcześni polscy pisarze i badacze literatury (Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1996, s. 400) i potwierdza katalog Biblioteki Narodowej, pierwszą książką przełożoną przez Henryka Krzeczkowskiego było dziełko (74 strony) Fiodora Nabiełkina Ośrodki maszynowo-traktorowe i ich rola w rozwoju produkcji kołchozowej wydane w roku 1952. Pominięta w bibliografii Henryka Krzeczkowskiego zamieszczonej w książce cytowanej w przypisie 1.
[5] W książce wymienionej w pierwszym przypisie prócz Tomasza Wołka wspominają Krzeczkowskiego z "młodych konserwatystów" m.in. Jacek Bartyzel, Aleksander Hall, Marek Jurek, Marcin Król i Bronisław Łagowski (kolejność alfabetyczna). Też barwny i "drażniąco opalizujący" bukiet.
[6] "Weźmy - jest sobie gmachowiec. Nasz. No, a jak ktoś jest czymś, to po czym to widać, co?
- Po tym, że... widać - wymruczałem.
- A widzisz! Doskonale! Tak, to, co widać, można udać. Kto udaje, że jest prawym gmachowcem, ten, znaczy, tak: był nasz - potem go zwerbowali, zagenturowali, podkupili go tamci, a później nasi go cap! - i z powrotem pozyskać go zdołali. Ale wobec tamtych - ażeby się nie zdradzić - on nadal musi udawać, że tutaj udaje gmachowca. No, a potem to tamci znowu górą i jednak go skaptują, jeszcze raz - wtedy wobec nas udaje, że wobec tamtych udaje, że wobec nas udaje, uważasz?! I to właśnie jest tryplet!!!" (Stanisław Lem, Pamiętnik znaleziony w wannie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 195; wyróżnienie za oryginałem).
A tak Karpiński podsumowuje cel zapisków Krzeczkowskiego:
"Pisze, aby nie zwariować, aby swobodnie porozmawiać z samym sobą, aby uporządkować i przekazać swoją wiedzę o świecie, o sobie" (Karpiński, s. 92).
I w innym miejscu:
"Temu służyły jego notatki, miały być autoanalizą i świadectwem, chronić przed schizofrenią, szaleństwem" (Karpiński, s. 179).
[7] Marcin Król, Nieco z boku. Autobiografia niepolityczna, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, s. 76-77 i 75-76. Dalej cytuję jako Król.
Nb. pod koniec lat 60. Zygmunt Mycielski odnotowuje ze smutkiem, że Krzeczkowski przestaje u niego bywać po tym, jak Staś, kochanek Mycielskiego, "zaczął Heniowi wymyślać od ubeków" (Zygmunt Mycielski, Dziennik 1960-1969, Iskry, Warszawa 2001, s. 517).
[8] Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry, Warszawa 1997, s. 179. O późniejszym o trzy lata spięciu między Michnikiem a Krzeczkowskim tak pisze Karpiński:
"Jeszcze inne spięcie nastąpiło u mnie na Narbutta [...] w kwietniu 1981. [...] byli także Adam Michnik i Henryk, siedzieli jakby po przekątnej pokoju, w bezpiecznej wydawałoby się odległości. W pewnym momencie Henryk powiedział głośno jakąś złośliwość pod adresem «dysydentów» czy coś podobnego, Adam ostro odpowiedział, być może padło wtedy inne nazwisko Henryka, który, zazwyczaj atakujący, zmienił się na twarzy, zamilkł, wycofał w siebie" (Karpiński, s. 25).
Z kolei Ryszard Matuszewski, który nieźle znał Krzeczkowskiego, bagatelizuje zarówno jego pracę w wywiadzie, jak i mitomanię. Henio, bo tak poufale o nim pisze, objawiał mu się "jako polskie wcielenie barona Münchhausena" (Ryszard Matuszewski, Alfabet. Wybór z pamięci 90-latka, Iskry, Warszawa 2004, s. 244).
[9] "Zatem nie zbliżałem się do owej organizacji [Komitetu Obrony Robotników], a oni oczywiście się do mnie nie zwracali. Z biegiem czasu parę rzeczy, które ujawniły się w toku ich działań, zaczęło mnie razić.
- Co takiego?
- To, co wytwarza wszelka konspiracja - pewien rodzaj totalizmu szlachetności bez siły, nieodłączny od etosu spiskowania na rzecz spraw wzniosłych. Łączy się to z podziałem na swoich i cudzych, przymykaniem oczu na błędy i grzechy własne, demonizowaniem działań tych, co walcząc z tym samym przeciwnikiem, używają innych metod, nie podporządkowują się centralizmowi jakobińskiemu, pomawianiem o agenturalność wszelkich konkurentów w walce o przyszłą władzę i tak dalej, i tak dalej. Nic w tym wszystkim nowego, nie było to tylko cechą zakonspirowanej opozycji polskiej. Celowali w tym niegdyś Rosjanie, a Biesy są jak gdyby podręcznikiem anatomii tego zagadnienia. Kierunki te, którym przewodzi zwykle świecka, laicka lewica, podporządkowują swoje działania własnemu systemowi wartości, który nie zawsze i nie we wszystkim jest zgodny z tym, co wyznaje ogół, co stanowi jego tradycję. Oczywiste więc, że takie grupy nabierają cech i manier sekty, co je oddala od realnego społeczeństwa. Imponderabilia oderwane od realiów tworzą utopię" (Sposób życia. Z Pawłem Hertzem rozmawia Barbara N. Łopieńska, Iskry, Warszawa 2016, s. 162-163).
[10] Obie te wiadomości Karpiński powtarza bez próby weryfikacji i bez komentarza za pułkownikiem Witoldem Lederem.
"Wedle Witolda Ledera Henryk został usunięty z II Oddziału i z wojska z powodów obyczajowych, homoseksualizmu. Uważa, że żona Henryka, siostra Leona Żurawskiego, popełniła samobójstwo" (Karpiński, s. 74).
Jest o tej żonie tylko jeszcze jedna wzmianka - że ktoś ją widział w latach 40. (Karpiński, s. 44). Natomiast ta najważniejsza sprawa, usunięcie z II Oddziału, wygląda co najmniej dziwnie.
Otóż na początku grudnia 1950 Krzeczkowski otrzymuje bardzo pozytywną opinię służbową: "Duża encyklopedyczna erudycja"; "Bardzo dobra znajomość języków obcych"; "Mocno, uczuciowo i politycznie, przywiązany i oddany Związkowi Radzieckiemu"; "Bardzo zdolny i inteligentny". Aczkolwiek zauważono też, że ma "skłonność do popuszczania cugli fantazji, co czasem prowadzi do nieświadomego naruszenia granic między rzeczywistością i wymysłem" (Karpiński, s. 107-109).
I raptem dwa tygodnie później zdolny i inteligentny major Henryk Krzeczkowski wywołuje bójkę po pijanemu, za co zrazu zostaje ukarany aresztem domowym, a po dalszych dwóch miesiącach - zwolniony ze służby w Oddziale II. Jednocześnie podpisując zobowiązanie, że utrzyma "w ścisłej tajemnicy wszystko, cokolwiek było mi wiadome z okresu mojej pracy w Oddz. II, i nigdy w żadnych okolicznościach tajemnicy tej nie zdradzę (Karpiński, s. 111).
[11] Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry, Warszawa 1997, s. 778-779; notatka z 16 czerwca 1973.
Kilka miesięcy później Kisielewski zanotował:
"Widziałem też Henia: żyje w swoim «świecie młodych», pogrążających się w romantycznej przeszłości (Karpiński, Król i inni). Można i tak" (s. 793-794; notatka z 22 sierpnia 1973).
Nb. Kisielewskiego drażniły nie tylko homoseksualne upodobania Henia, lecz często także jego teorie polityczne i przepowiednie. Zapisywał je chyba wiernie, więc po przeszło pół wieku widać, że i tutaj przejawiała się skłonność Krzeczkowskiego "do popuszczania cugli fantazji". W 1968 spodziewa się "włączenia Polski do ZSRR" (s. 91). Twierdzi też, że Nixon przegra wybory prezydenckie, więc Kisielewski wygrywa z nim zakład (s. 137). Pod koniec lat 60. prorokuje, że Breżniew lada chwila wyleci (s. 283), potem to samo na początku lat 70. (s. 533) etc., etc. Nb. Breżniew wylatywał tak jeszcze przez kilkanaście lat i został drugim po Stalinie najdłużej utrzymującym się u władzy sekretarzem generalnym.
I jeszcze taki komentarz Kisielewskiego do integralnego konserwatyzmu Pawła Hertza i Henryka Krzeczkowskiego.
"Ale co będzie teraz z owym KOR-em, niby osiągnął swoje cele, więc powinien się rozwiązać i przekształcić w co innego. Ale oni, jak słychać, kłócą się tam i mają rozmaite zdanie - Kuroń zwłaszcza to zdaje się człek apodyktyczny i namiętny. Walczą ze sobą, Paweł i Henio przezywają ich «biesami». Ci dwaj moi przyjaciele (Paweł i Henio) niestety ostatnio zwariowali zupełnie. Stworzyli sobie jakiś fantazyjny światopogląd, oparty na marzeniach i erudycji - dziwne zestawienie - wyobrażają sobie, że są dawnymi, krakowskimi konserwatystami, że są jakąś tradycyjną prawicą i przestrzegają przed mieszaniem się w «wewnętrzne porachunki» byłych marksistów, do których zaliczają też Adasia, choć ten, urodzony w 1946, zaiste całkiem nowym jest człowiekiem. [...] Michnikowi powiedziałem, że nie przystąpię do żadnej formacji organizacyjnej pokorowskiej, natomiast będę ich popierał jako wolny strzelec. Pokłóciłem się nawet o to z Heniem, który albo zwariował, albo jest w UB (s. 911, 917; zapiski z roku 1977).
[12] Tak też to widział Marek Nowakowski:
"Zawsze chętnie dążył do młodych. Wiele mu zawdzięcza Ruch Młodej Polski.
Nauczał tych niepokornych licealistów, studentów prawdy o historii. Podsuwał odpowiednie lektury. Dyskutowali nad kształtem przyszłej, wolnej Rzeczypospolitej. Wskazywał, co z przeszłości jest cenne dla przyszłości. Był niby guru. Być może czuł się jak Sokrates na agorze pośród zasłuchanych uczniów. Duchowość i cielesność nie zawsze są w harmonii. W tych pragnieniach miotał się często i kluczył jak zapędzone zwierzę" (Szeherezada, [w:] Marek Nowakowski, Nekropolie 2, Świat Książki 2008, s. 87).
Ale z tym miotaniem się i "zapędzonym zwierzęciem" jednak grubo przesadził.
"Henryk był homoseksualistą z wyjątkami (raz przypadkiem byłem przez sekundę świadkiem takiego wyjątku), ale interesował się wyłącznie sportowcami oraz młodymi ludźmi z «niższej sfery». Przez długi czas był związany z miłym łobuzem spod Warszawy, którego usilnie nakłaniał do zrobienia matury" (Król, s. 76).
Sam Krzeczkowski pisał o tej sferze swego życia z dość pogodną beztroską:
"Chłopaki coraz milsze, coraz lepiej dobrane. Coraz lepsze panowanie nad humorami, nastrojami; coraz mniej napięć, stresu, coraz lepsze ich likwidowanie" (Karpiński, s. 205).
Martwiło go jedynie, że musi wystrzegać się entuzjazmu, bo inni wokół niego mają dużo gorzej.
[13] Dlatego Iwaszkiewicz to u Krzeczkowskiego Charlus, a rozpustny Steć to oczywiście Jupien (Karpiński, s. 135-136). Stylizacji w zapiskach jest zresztą więcej. Krzeczkowski nie używa takich słów, jak 'rozwiązłość' czy 'rozpusta', ale zamiast tego wyznaje z angielska: "nie mam w sobie nic z promiscuity i w gruncie rzeczy jestem śmiertelnie undersexed", a w innym miejscu: "A jednak naprawdę promiscuity w każdej postaci mnie męczy i brzydzi (Karpiński, s. 135 i 198). Natomiast gdy chodzi o rozmaite akty finalizowania przedsiębiorczości genitalnej (pożyczam to określenie od Leszka Kołakowskiego), Krzeczkowski pisze o 'kuszowaniu' (bez wątpienia urobionego z francuskiego coucher).
"O wpół do dziewiątej Gomułka przez radio. Ledwo wysłuchałem preambuły - Adaś. Kuszowanie pod głos Gomułki o radach robotniczych. Żeby nie przedłużać zawsze krępującej obecności po kuszu - na kolację do Bristolu. Jadłem sam. Przy kawie Zygmunt [Mycielski] i Heniś [Rostworowski] pojawili się. Byli oczywiście u mnie. Są po butelce koniaku i po kuszu à trois. Oni też pod Gomułkę przez radio" (Karpiński, s. 196).
[14] Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1956-1963, opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy i Radosław Romaniuk, wstępem opatrzył Andrzej Gronczewski, Czytelnik, Warszawa 2010, s. 362-363; zapis z 30 marca 1960.
Trzeba przy tym pamiętać, że pisze to ktoś daleki od pruderii i kto również nie krył się ze swoimi upodobaniami. Ledwo siedem lat wcześniej tak o Iwaszkiewiczu rymował Marian Hemar, czyniąc z niego uczestnika imaginacyjnego zebrania stalinowskich satyryków.
"A przy nich Iwaszkiewicz. Też się na satyrach
Mniej zna, lecz on radziecki Baldureń von Schirach.
Amator pacyfizmu i młodzieży pilot.
Od dziecka kocha młodzież. I zna ją. Na wylot" (Narada satyryków, [w:] Marian Hemar, Dom jest daleko. Polska wciąż jest blisko. Wybór wierszy i piosenek, wybór i układ Andrzej Krzysztof Kunert, Świat Książki, Warszawa 2000, s. 95).
A tak podsumowuje "panseksualność" Iwaszkiewicza współczesny krytyk:
"Kursujące od dawna pieprzne opowiastki i obleśne żarty na temat Iwaszkiewicza okazują się po czasie bardziej realne niż szanujący go wielbiciele mogliby sobie życzyć. Obraz rozbuchanego starego pedryla pakującego łapy między nogi każdego chłopaka, który nieopatrznie znajdzie się w jego zasięgu, ma w sobie coś z prawdy" (Paweł Majewski, Twarde porno. O listach Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego, "Kultura Liberalna" nr 430, 4 kwietnia 2017).