EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Tokarska-Bakir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Tokarska-Bakir. Pokaż wszystkie posty

Joanna Tokarska-Bakir cytuje Carla Ginzburga
albo bunt fiszek
(wraz z aneksem o łaskoczącym Żydzie)

Joanna Tokarska-Bakir potrafi dać przypis do dowolnego zdania. "Ponowoczesność w pierwszym z wymienionych znaczeń można uznać za przedmiot wiedzy... " - pisze, i po słowach "przedmiot wiedzy" umieszcza odsyłacz: "Parafrazuję tu tytuł książki Krzysztofa Pomiana Przeszłość jako przedmiot wiary" [1].

Zdanie może też zaczynać się najzwyczajniej w świecie: "Czy Polacy naprawdę wierzą w swoje mity? [...]". Dalej jednak następuje: "[...] - można zapytać za Paulem Veyne'em", co naturalnie wymaga natychmiast porządnego naukowego przypisu: "P. Veyne, Did the Greeks Believe in their Myths. An Essay on the Constitutive Imagination, przeł. P. Wissing, Chicago - London, b.d.w." [2].

Na koniec mój ulubiony przypis do tytułu artykułu poświęconego relacjom między Polakami i ukrywanymi przez nich Żydami. Tytuł ten brzmi: "Sprawiedliwi niesprawiedliwi, niesprawiedliwi sprawiedliwi". Natomiast sam przypis wygląda tak: "Heraklit: "Śmiertelni nieśmiertelni, nieśmiertelni śmiertelni", fragment D62 w numeracji Dielsa" [3].

W każdym z tych przypadków przypis jest tylko cudownie bezużytecznym ornamentem. Książka Pomiana nijak się ma do znaczeń ponowoczesności, więc taka uwaga przypomina spoźniony popis studenta, który próbuje uratować egzamin. W Legendach o krwi po Paulu Veyne'em zostanie tylko tytuł w przypisie i w całej tej grubej księdze (prawie 800 stron sporego formatu) nie pojawi się on już ani razu. Podobnie Heraklit - zrobił w przypisie swoje i może odejść.

Jednak z drugiej strony, podawanie odsyłaczy do parafraz, mglistych aluzji czy niezobowiązujących napomknień, to żadna zbrodnia. Można w ostateczności potraktować takie figielki jako stylistyczny kaprys albo uprzejmy gest wobec mniej wyrobionej publiczności, która tak właśnie wyobraża sobie Uczoność [4].

Błędne byłoby jednak przypuszczenie, że ta niegroźna mania to uboczny skutek nadmiaru porządku i precyzji, który przelewa się aż do przypisów. Przeciwnie. W trakcie pisania eseju Syn marnotrawny, dziesięć lat później [5] chyba coś niedobrego stało się z fiszkami. Przypis 7 ze strony 141, który odsyła do strony 286 książki Powiedzieć prawdę o historii [6], powinien odsyłać do strony 287. Przypis 28 ze strony 146, który odsyła do stron 22-36 książki Probing the Limits of Representation [7], powinien odsyłać do stron 29-30. Z kolei cytat z Parmenidesa na stronie 154 został opatrzony bezsensownym oznaczeniem "frg. B1, 7". Powinno być 28 B 7, albo po prostu "frg. 7" [8].

Joanna Tokarska-Bakir trzykrotnie cytuje w tym eseju włoskiego historyka, Carla Ginzburga. Tylko raz bezbłędnie: gdy za Ginzburgiem cytuje innego historyka, Pierre'a Vidal-Naqueta (przypis 30 na stronie 146). Natomiast w przypisie 42 na stronie 150 pojawia się odesłanie do strony 25 książki Probing the Limits..., chociaż tekst Ginzburga znajduje się w niej na stronach 82-96. Najzabawniejsze są jednak przygody krótkiego cytatu ze strony 142:

Nowi historycy - pisał Ginzburg w tekście Just One Witness - "uczynili ze świadectw mur, który ex definitione wyklucza jakikolwiek dostęp do rzeczywistości".
Przypis 11 na tej samej stronie podaje taki oto adres bibliograficzny: "Cyt. za: C. Strout Border Crossing: History, Fiction and Dead Certainties, "History and Theory" 1992 nr 31, s. 153, za PPH, s. 268" (PPH to przywołane wyżej Powiedzieć prawdę o historii).

I teraz uważajcie, bo sznureczek zabawy w głuchy telefon robi się już całkiem spory: ja cytuję Tokarską-Bakir, która zacytowała książkę Powiedzieć prawdę o historii, której autorki zacytowały artykuł Cushinga Strouta, który podobno zacytował esej Just One Witness Carla Ginzburga.

A jak było naprawdę? Otóż naprawdę Cushing Strout zacytował artykuł Ginsburga Checking the Evidence. The Judge and the Historian [9]. Autorki Powiedzieć prawdę o historii nie podały, skąd pochodzi cytat, ale odniesienie do Strouta było prawidłowe [10]. W polskim przekładzie w tytule artykułu Strouta zniknął przecinek po "Fiction", a "Dead Certainties" (tytuł książki Simona Schamy) zapisano bez wyróżnienia [11]. Poszerzony został także cytat z Ginzburga: otwierający cudzysłów powinien być nie przed "uczynili", ale przed "mur". U Tokarskiej-Bakir zaś przy przepisywaniu z Powiedzieć prawdę... "Crossings" zamieniło się w "Crossing", a tom 31 - w numer 31. No i na koniec z jakiejś sąsiedniej fiszki przeskoczył tytuł całkiem innego artykułu Ginsburga z całkiem innej książki.

Tyle perypetii, by zacytować pół niezbyt ponętnego zdania! Najwyraźniej potęga Erosa potrafi przejawić się także w ślepej miłości do przypisów.

[Aneks o łaskoczącym Żydzie]

Kilka lat po artykule Syn marnotrawny, dziesięć lat później Joanna Tokarska-Bakir wydała Legendy o krwi (wspomniałem już marginalnie o tej książce na początku notki) i tam również przydarzyła się jej w przypisie przykra przygoda z Carlem Ginzburgiem. W rozważaniach o tym, jak rekonstrukcja toposu historiograficznego może podważyć wartość źródłową przekazu i "zrelatywizować zgłaszane przezeń roszczenie do prawdy", powołała się, traf chciał, akurat na Ginzburga.
W taki właśnie sposób krytykę przekazu dotyczącego epizodu z roku 1349 przeprowadza np. Carlo Ginsburg w Just One Witness, [w:] S. Friedlander [red.], Probling the Limits of Representation. Nazism and the "Final Solution", Cambridge - London 1992, s. 82n. (Legendy o krwi, przypis 23 na stronie 103).
Mniejsza już o dwie literówki: Ginsburg zamiast Ginzburg i Probling zamiast Probing. Aczkolwiek obie są również w "Bibliografii" na stronie 725, a Ginzburg jest Ginsburgiem także w "Indeksie osób" na stronie 766. Co znaczy przynajmniej tyle, że ktoś tu nadużywał - i to mechanicznie, bez czytania! - funkcji kopiuj-wstaw.

Gorzej, że ktoś tu także nie czytał Ginzburga, a chyba nawet do niego nie zajrzał, ponieważ w Just One Witness Ginzburg nie zajmuje się analizą "epizodu z roku 1349", lecz epizodem z roku 1321 opisanym przez anonimowego kontynuatora kroniki Wilhelma z Nangis.

Otóż - jak podaje kronikarz - w owym czasie na zgromadzeniu trędowatych postanowiono, za namową diabła i z pomocą Żydów, że skoro trędowaci są wśród chrześcijan ludźmi najbardziej pogardzanymi, dobrze byłoby uczynić coś takiego, aby chrześcijanie pomarli albo sami stali się trędowaci, bo gdy wszyscy będą jednakowi, wtedy już nikt nikim nie będzie gardził [12].

Jacyś spostrzegawczy chrześcijanie musieli jednak zawczasu połączyć kropki, gdyż spisek wykryto. Diabłu, rzecz jasna, się upiekło, ale dla trędowatych i, zwłaszcza, dla Żydów źle się to skończyło. Między innymi - i to właśnie ten epizod z roku 1321 - w Vitriacum (Vitry-le-François) aż czterdziestu Żydów trafiło do królewskiego więzienia. A rozważając w więzieniu, jak postąpić, by nie wpadli w ręce nieobrzezanych (ne in manus incircumcisorum inciderent), uradzili, że jeden z nich poderżnie gardła pozostałym.

Jak się ten horror skończył, nie będę wam opowiadał, bo tutaj ważne jest tylko to, że dość podobną historię o czterdziestu Żydach postanawiających wzajemnie się pozabijać, by nie wpaść w ręce Rzymian, Ginzburg znalazł w ósmym rozdziale trzeciej księgi Wojny żydowskiej Józefa Flawiusza. Ale wbrew temu, co wyobraziła sobie Joanna Tokarska-Bakir, jego "krytyka przekazu" była bardzo ostrożna.

Możemy dojść do wniosku, że kontynuator Wilhelma z Nangis mógł znać Wojnę żydowską Józefa Flawiusza (lub jej późną adaptację z czwartego wieku, znaną jako "Hegesippus"). Nie znaczy to jednak koniecznie, że zbiorowe samobójstwo w pobliżu Vitry-le-François nigdy nie miało miejsca [13].
Owszem, kronikarz opowiedział wydarzenie wpisując je w pewien wzór, który znał z lektury. Nie znaczy to jednak koniecznie - zaznacza Ginzburg - że samo wydarzenie nie miało miejsca. Natomiast w Legendach o krwi uchwycenie w przekazie takiego wzoru od razu podważa jego "roszczenie do prawdy". I tym samym staje się dla Tokarskiej-Bakir dowodem, że wszystkie legendy o krwi, wszystkie co do jednej, są tylko i wyłącznie legendami. Bo dla niej odkrycie zbieżności czy wzoru właśnie znaczy koniecznie - odwrotnie niż dla Ginzburga - że opisywane w tych legendach wydarzenia nigdy nie miały miejsca.

Naturalnie wolno Joannie Tokarskiej-Bakir wierzyć, że w czasach przednowoczesnych nigdy żaden Żyd nie zabił chrześcijańskiego dziecka. Że w żydowskich gminach nie było pedofilów, erotomanów, ludzi zaburzonych etc., a takie osobowości jak Weinstein lub Epstein to wyłącznie uboczny produkt nowożytnej emancypacji. Że zatem wszystkie oskarżenia musiały być z pewnością fałszywe, skoro mamy jedynie relacje używające dość schematycznego języka religii, a nie współczesnej psychiatrii. Jednak powoływanie się przy tym na artykuł, który tego typu rozumowania nie wspiera, którego najwyraźniej się nie czytało i którego dane bibliograficzne wkleiło się z błędami, jest co najmniej niestosowne.

Po tej smutnej przygodzie dla rozweselenia coś lżejszego.

W Legendach o krwi Tokarska-Bakir cytowała również księdza Skargę. Szczególnie wziętą z Żywotów Świętych historię męczeńskiej śmierci dziecięcia Szymona z Trydentu. Wtedy jeszcze wszystko było w porządku. Szymon był jak należy od Żydów kłuty igiełkami, jak należy męczony etc. Ale kilka lat później w artykule Figura krwiopijcy Tokarska-Bakir zapragnęła zacytować jeszcze inny, niewielki kawalątek z tej historii. I wyszło to jej tak:

[…] podał mu [Żyd Tobiasz] pieniędzy i jagód i innych dziecinnych łaskotek iż milczało dziecię, aż przyszedł do drzwi Samuela i tam je wepchnął [14].
Dziecinnych łaskotek mu podał? Czyżby perfidny Żyd zrazu łaskotał małego męczennika? A może był to już wstęp do męczeństwa? Tak sobie tylko retorycznie pytam, bo przecież domyśliliście się, że tam nie o łaskotki szło, ale o dziecinne łakotki, łakocie, słodycze. I naturalnie są u Skargi właśnie łakotki. Cytuję nieco większy fragment za tym samym wydaniem z 1610 roku, które w Krakowie drukował Andrzej Piotrkowczyk i które w czterysta lat później zacytowała Joanna Tokarska-Bakir).
Podał mu rękę on Żyd [Tobiasz], a dziecię jako było barzo łaskawe, podało też rączkę Żydowi: y prowadził ie zsobą w rzeczy do matki iego: a skoro dom miiał, dziecię płakać poczęło: ale mu podał pieniędzy y iagod, y inych dziecinnych łakotek, iż milczało dziecię, aż z nim przyszedł do drzwi Samuela, y tam ie wepchnął.
No dobrze, powiecie, cytat był u Tokarskiej-Bakir nieprzesadnie dokładny, a te łaskotki to już istna komedia. Ale i ty, Ebenezerze, nie przesadzaj. Już nawet głupich łaskotek nie darujesz? Przecież to pewnie autokorekta tak poprawiła i tyle.

Ba, gdyby się to przydarzyło raz, nadawałoby się najwyżej na przypis do notki o zabawnych literówkach [15]. Ale dwa lata później, w roku 2012, Joanna Tokarska-Bakir wydała Okrzyki pogromowe i tam znów jest ten sam cytat z łaskoczącym Żydem.

[…] podał mu [Żyd Tobiasz] pieniędzy i jagód i innych dziecinnych łaskotek iż milczało dziecię, aż przyszedł do drzwi Samuela i tam je wepchnął [16].
No dobrze, powiecie znowu, ale to był przecie przedruk tego samego artykułu. Może się spieszyła i dała, co było, bez czytania. A poza tym do trzech razy sztuka.

Ale po kolejnych sześciu latach, w roku 2018, Joanna Tokarska-Bakir, wydała grubą księgę Pod klątwą - inne wydawnictwo, inna redakcja etc. - i tam też Żyd po raz trzeci dziecię uspokaja łaskotkami.

podał mu [Żyd Tobiasz] pieniędzy i jagód i innych dziecinnych łaskotek, iż[by] milczało dziecię, aż przyszedł do drzwi Samuela i tam je wepchnął [17].
Nie jest to więc historia o złośliwym chochliku drukarskim, ale historia o autorce, która symuluje uczoność, produkuje tony książek, ale nie tylko nie chce jej się czytać tego, na co się w przypisach powołuje, ale nie chce się jej nawet czytać tego, co sama cytuje.

Aliści niefrasobliwość Joanny Tokarskiej-Bakir ma w sobie czasem również coś z ponurej atmosfery mordowni. Jak wtedy, gdy w przypisie fałszuje sens słów nielubianego autora [18].

[1] Joanna Tokarska-Bakir, Dalsze losy syna marnotrawnego. Projekt etnografii nieprzezroczystej, "Konteksty. Polska Sztuka Ludowa", 1995, nr 1. Zdanie opatrzone przypisem na stronie 14. Przypis nr 9 na stronie 22.

[2] Joanna Tokarska-Bakir, Legendy o krwi. Antropologia przesądu, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2008, cytowane zdanie i przypis (nr 41) na stronie 47. Dalej cytuję jako Legendy o krwi.

Nb. przypis nie jest tak całkiem porządny: wypadałoby podać przynajmniej datę copyrightu, którą można bez problemu znaleźć w metryczce książki (cop. 1988).

[3] Joanna Tokarska-Bakir, Sprawiedliwi niesprawiedliwi, niesprawiedliwi sprawiedliwi, "Zagłada Żydów. Studia i materiały", 2008, s. 170. Cytat w przypisie to mniej więcej jedna trzecia fragmentu B 62, liczącego w całości 13 słów. W numeracji Dielsa oczywiście żadnej literki D nie ma. Tam, skąd cytat został przepisany, "D" oznaczało może właśnie Dielsa i wyszło z tego masło maślane. Albo też w "B" zatarły się brzuszki i zamieniło się w "D". O cytowaniu presokratyków jeszcze będzie niżej.

Nb. nie jest bynajmniej oczywiste, jakoby Heraklitowi chodziło o to, że nieśmiertelni bywają śmiertelni, a śmiertelni - nieśmiertelni (jak bywa u Tokarskiej-Bakir ze sprawiedliwymi i niesprawiedliwymi).

"W pierwszej części fragmentu Heraklit wyraźnie przeciwstawia nieśmiertelnych śmiertelnym, a śmiertelnych nieśmiertelnym. Nie mówi «nieśmiertelni są śmiertelni» ani odwrotnie" (Kazimierz Mrówka, Heraklit. Fragmenty: nowy przekład i komentarz, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2004, s. 188).

Tak więc przywołanie Heraklita miałoby sens tylko wtedy, gdyby Tokarska-Bakir chciała te dwie grupy - sprawiedliwych i niesprawiedliwych - radykalnie sobie przeciwstawić. A tego właśnie nie chce.

[4] Uczoność jednak Tokarską-Bakir trochę kosztuje. Jak wyznała Annie Zawadzkiej:

"Żeby być na bieżąco, muszę sprowadzić książki za blisko 500 dol. w semestrze. Plus 10 tys. zł na książki, które kupuję w Polsce" (Anna Zawadzka, Własny pokój, wyborcza.pl, 7 kwietnia 2008).

Zatem nic dziwnego, że stara się potem - jak każda skrzętna gospodyni - zagospodarować wszystkie resztki. Czasem wyjdzie z tego mielony, a czasem pasztet.

[5] Joanna Tokarska-Bakir, Syn marnotrawny, dziesięć lat później, "Teksty Drugie", 2005, nr 4.

[6] Joyce Appleby, Lynn Hunt, Margaret Jacob, Powiedzieć prawdę o historii, przełożył Stefan Amsterdamski, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2000. U Tokarskiej-Bakir miejsce i rok wydania to "Warszawa 2002" (przypis 6 na stronie 141). Dwójka zamiast zera to zecerski banał, ale jakim cudem Poznań zmienił się w Warszawę. Może akurat ta książka nie zmieściła się w semestralnym budżecie, więc to kolejny przepisany nie wiadomo skąd cytat.

[7] Probing the Limits of Representation. Nazism and the "Final Solution", redakcja Saul Friedlander [tak w książce, Tokarska-Bakir używa pisowni "Friedlaender"], Harvard University Press, Cambridge - Londyn 1992. Dalej cytuję jako Probing.

Przypis dotyczy cytatu z eseju Christophera Browninga German Memory, Judicial Interrogation, and Historical Reconstruction. Writing Perpetrator History from Postwar Testimony. Cały ten esej rzeczywiście znajduje się na stronach 22-36, ale cytat, do którego odnosi się przypis, na stronach 29-30. Być może zatem znów został on skądś przepisany, ale przepisywaczka nie wiedziała dokładnie, gdzie znajduje się u Browninga.

Nb. cytat ten w oryginale brzmi:

"For instance, probably the only «facts» of the opening narrative that are beyond contention are that Reserve Police Battalion 101 arrived in Jozefów [sic!] on the morning of 13 July 1942 and shot many hundreds of Jews in the nearby forest. Such «facts» quite simply allow no interpretation, no meaning of the event at all, at least in terms of the questions to which I am seeking answers" (Probing, s. 29-20).

Co Tokarska-Bakir przełożyła tak:

"101 Rezerwowy Batalion Policji przybył do Józefowa rankiem 13.07.1942 i rozstrzelał wiele setek Żydów w pobliskim lesie. Takie «fakty» po prostu nie pozwalają na interpretację, nie mają żadnego sensu, przynajmniej w tych kategoriach pytań o sens, na które ja poszukuję odpowiedzi" (Syn marnotrawny..., s. 146).

Ale Browningowi nie chodziło o to, że takie fakty "nie mają żadnego sensu", ale że są bezsporne ("beyond contention"). Przyjechał niemiecki batalion i zabił setki Żydów. Cóż tu jeszcze interpretować? Jakiego dodatkowego sensu doszukiwać się w tym wydarzeniu?

Jednak Browning stanowczo nie docenił talentów polskich historyków. Po latach okazało się, że ci zabici przez Niemców Żydzi to również ofiary polskiego antysemityzmu i śmiało można ich śmierć policzyć na konto Polaków. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Krzysztof Persak cytuje Christophera R. Browninga albo biedni Niemcy patrzą na krwiożerczych Polaków".

[8] Presokratyków standardowo cytuje się za wydaniem Die Fragmente der Vorsokratiker Dielsa/Kranza. Parmenidesowi odpowiada tam rozdział 28 (w dawnych wydaniach Dielsa był to rozdział 18), litera B oznacza część z zachowanymi fragmentami (w części A są świadectwa), po czym podaje się numer fragmentu. Czasem jeszcze dodaje się numer wersu, ale w tym wypadku jest to niepotrzebne, ponieważ został zacytowany cały fragment 7. Zob. Die Fragmente der Vorsokratiker, t. I, wyd. 9, Weidmannsche Verlagsbuchhandlung 1960, s. 234-235.

[9] Carlo Ginzburg, Checking the Evidence. The Judge and the Historian, "Critical Inquiry" 1991, tom 18, nr 1. Cytowane zdanie znajduje się na stronie 83: "Zamiast traktować świadectwa jak otwarte okno, współcześni sceptycy uznali je za mur, który z definicji uniemożliwia jakikolwiek dostęp do rzeczywistości".

A dla koneserów jeszcze oryginał:

"Instead of dealing with the evidence as an open window, contemporary skeptics regard it as a wall, which by definition precludes any access to reality".

Nb. słowo evidence może w angielskim znaczyć zarówno świadectwo (testimony), jak i dowód (proof).

[10] Zob. Joyce Appleby, Lynn Hunt, Margaret Jacob, Telling the Truth about History, W. W. Norton & Company 1995, s. 258.

[11] Cushing Strout, Border Crossings. History, Fiction, and Dead Certainties, "History and Theory" 1992, tom 31, nr 2.

[12] Ginzburg daje jedynie zwięzłe omówienie tej historii, ale zajrzałem do tekstu łacińskiego, który wydał prawie dwieście lat temu Hercule Geraud, i teraz mam dla koneserów także oryginał:

"Fuit igitur in dictis leprosorum conciliis per eorum majores caeteris propositum, suadente diabolo per ministerium judaeorum, quod cum ipsi leprosi essent apud christianos vilissimae et abjectae personae, nec ab ipsis reputatae, bonum esset aliquod tale committere ut christiani omnes morerentur, vel omnes uniformiter leprosi efficerentur, et sic, cum omnes essent uniformes, nullus ab alio despiceretur" (Chronique latine de Guillaume de Nangis de 1113 à 1300 avec les continuations de cette chronique de 1300 à 1368, tom II, Jules Renouard, Paryż 1843, s. 34).

Wstawka łacińska w następnym akapicie wzięta ze strony 36.

[13] Probing, s. 84: "We can conclude that the continuator of William of Nangis may have been familiar with Flavius Josephus' Jewish War (or with the late fourth-century adaptation of it, known as «Hegesippus»). This does not necessarily imply, however, that the collective suicide near Vitry-le-Francois never took place".

[14] Joanna Tokarska-Bakir, Figura krwiopijcy w dyskursie religijnym, narodowym i lewicowym Polski roku 1945/1946. Studium z antropologii historycznej, "Sprawy Narodowościowe. Seria Nowa" 2010, zeszyt 37, s. 26.

Jest do tego przypis numer 24 na tej samej stronie:

"Piotr Skarga, Żywoty Swiętych Starego y Nowego Zakonu, na każdy dzień przez cały rok, drukarnia A. Piotrkowczyka, Kraków 1610, s. 262, na dzień 30 marca (24 marca): Męczeństwo pacholęcia Szymona Trydenckiego od Żydów umęczonego pisane od Doktora Jana Macieja Tybaryna do Senatu Brygji".

Nie mam pretensji o niekonsekwentną modernizację pisowni, bo sam tak czasem robię. Ale Jan Maciej Tybaryn to u Skargi Tyberyn i nie do Senatu Brygji pisał, lecz do Senatu Bryxyey, czyli do Senatu Bryksji, dzisiejszej Brescii.

[15] Kto chciałby wiedzieć, jak podstępne mogą być literówki, niech przeczyta w DODATKACH: "Nomada Liebniza, kluch Dawidowy oraz inne litrówki literówki".

[16] Joanna Tokarska-Bakir, Okrzyki pogromowe. Szkice z antropologii historycznej Polski lat 1939-1946, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 121. A w przypisie znów Tybaryn pisze do Senatu Brygji.

[17] Joanna Tokarska-Bakir, Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego, tom I, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2018, s. 118-119. W przypisie (nr 532) dalej Tybaryn pisze do Senatu Brygji, a na dodatek strona 262 zmieniła się w kartę 262.

[18] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Joanna Tokarska-Bakir cytuje Wojciecha Wasiutyńskiego albo mordownia «Pod szemranym przypisem»".

Joanna Tokarska-Bakir cytuje Wojciecha Wasiutyńskiego
albo mordownia "Pod szemranym przypisem"

Oto historia małego, tyciego, prawie niedostrzegalnego i całkiem niepotrzebnego szwindelku, a zarazem mały przyczynek do dzisiejszych obyczajów pracowników umysłowych.

W swym "świetnym studium" Żydzi u Kolberga [1] Joanna Tokarska-Bakir postawiła tezę, że antysemityzm przednowoczesny, ludowy, czerpiący z wyobrażeń religijnych, odczłowieczał Żydów równie skutecznie, co antysemityzm nowoczesny, rasistowski, ponieważ "w przekonaniu większości człowiekiem był tylko chrześcijanin-katolik" (Rzeczy mgliste, s. 67). Natomiast świat Żydów

był światem na opak ("Żydów imiona nieludzkie: Rocha, Sorcha..."), oni zaś, jako ci, co robią wszystko "po żydowsku" (= na opak), byli przecież nie-ludźmi, tylko Żydami ("żyłam z nimi jak z ludźmi" - wspomina sąsiadka, a za chwilę poprawia się - "jak z Żydami"). Tu schodzą się równania antysemityzmu przednowoczesnego i nowoczesnego (Rzeczy mgliste, s. 65; cytowane w nawiasach wypowiedzi pochodzą z białoruskich badań Anny Engelking z roku 1993).
Ostatnie zdanie zostało w książce opatrzone przypisem:
Zob. Wojciech Wasiutyński, "Prosto z Mostu", nr 9: 1935, s. 11: "aby być człowiekiem, trzeba być najpierw Polakiem" (Rzeczy mgliste, przypis 74 na stronie 72).
Również w eseju Żyd jako czarownica i czarownica jako Żyd udało się Tokarskiej-Bakir wcisnąć ten sam cytat z Wasiutyńskiego do przypisu. Po kilku przykładach tradycyjnego odczłowieczania Żydów znów czytamy:
W tej samej tradycji sytuuje się pamiętna wypowiedź Zygmunta Wasiutyńskiego ("Prosto z Mostu" z 1935): "Aby być człowiekiem, trzeba być naprzód Polakiem" [2].
Wprawdzie w tym nowym przypisie Wasiutyński ma na imię Zygmunt, informacja bibliograficzna jest szczątkowa, a i cytat jakby nieco się zmienił, ale za to wypowiedź stała się już "pamiętna". Można by więc przypuszczać, że została przytoczona z jakiejś pamiętnej ideowej deklaracji: szeroko znanej, a przy tym tak treściwej i zwięzłej, że bez obaw o zniekształcenie myśli autora można z niej zacytować zaledwie siedem słów.

Nie sposób się jednak o tym przekonać, ponieważ w dziewiątym numerze "Prosto z Mostu" z roku 1935 na stronie 11 żadnej takiej wypowiedzi nie ma i być nie może, gdyż numer ten liczył jedynie 10 stron. Nie, nie chodzi tu o banalną literówkę ani o kolejny bunt fiszek [3] - aż taką błahostką nie zawracałbym wam głowy. Rzecz w tym, że Joanna Tokarska-Bakir wcale Wasiutyńskiego nie czytała. W ogóle nie sięgnęła do żadnej jego "pamiętnej wypowiedzi", lecz bez zbędnych ceregieli przepisała ją sobie z cudzego przypisu. O, chyba właśnie z tego:

Jeden z polskich ideologów państwa narodowego i antysemityzmu, Wojciech Wasiutyński, pisał: "Naród to wspólnota duchowa, wspólna wiara, przodkowie, język. Państwo narodowe - służy jednemu plemieniu, narzuca jego mowę i obyczaj. [...] Człowiek może być wolny tylko wśród swego narodu, aby być człowiekiem, trzeba być najpierw Polakiem. [...] Nie ma wolnego narodu tam, gdzie życiem kulturalnym i gospodarczym rządzą obcy" ("Prosto z Mostu" 1935, nr 9 i 11) [4].
Z kolei autorka powyższego przypisu, Barbara Engelking, też najprawdopodobniej Wasiutyńskiego nie czytała, ale przynajmniej dane bibliograficzne przepisywała skądś staranniej (Tokarskiej-Bakir z "nr 9 i 11" zrobił się "nr 9 [...] s. 11") [4a]. Dzięki temu łatwiej ustalić fakty.

Fakty zaś przedstawiają się następująco. W numerach 9, 10 i 11 "Prosto z Mostu" z roku 1935 Wojciech Wasiutyński ogłosił Moralitet, miniaturę dramatyczną utrzymaną w stylu drugiego aktu Wyzwolenia (Konrad i maski) [5]. Lutni po Wyspiańskim raczej nie wziął, niemniej jego dziełko niewątpliwie należy do literatury. Tak więc, po pierwsze, nie jest to ani artykuł programowy, ani deklaracja ideowa, ale utwór artystyczny. To nie Wasiutyński mówi "...aby być człowiekiem, trzeba być najpierw Polakiem", lecz postać literacka przez niego stworzona.

Po drugie, cytat w kształcie podanym przez Barbarę Engelking jest po części niewątpliwym fałszerstwem, a po części dość ordynarną kompilacją. Słów "Naród to wspólnota duchowa, wspólna wiara, przodkowie, język. Państwo narodowe..." w ogóle w Moralitecie nie ma. Słowa "...służy jednemu plemieniu, narzuca jego mowę i obyczaj" wypowiada w części pierwszej "maska" określona jako Etnograf i w autorskim wstępie zaliczona do herezji dziewiętnastego wieku. Zdanie "Człowiek może być wolny tylko wśród swego narodu, aby być człowiekiem, trzeba być najpierw Polakiem" zostało bez zaznaczenia zlepione z fragmentów dwóch różnych zdań. Wypowiada je w ostatniej części Moralitetu co prawda ta sama postać, Świadomość Narodowa, ale pierwszy fragment odnosi się do herezji Liberalizmu, drugi zaś - do herezji Światopoglądu Organicznego. Natomiast zdanie kończące cytat to niezbyt dokładnie powtórzony urywek wypowiedzi odnoszącej się do dwudziestowiecznej herezji (tak!) Polskiego Rasizmu.

Po trzecie, nawet jeśli niefrasobliwie założymy, że zacytowane przez Joannę Tokarską-Bakir słowa: "aby być człowiekiem, trzeba być najpierw Polakiem", wolno (złośliwie) włożyć w usta samemu autorowi (poloniści w tym momencie purpurowieją ze zgrozy [6]), to przecież i tak nie znaczą one, że jedynie Polacy są ludźmi! A właśnie w takim znaczeniu Tokarska-Bakir przywoływała je w obu swych przypisach, gdy mowa była o "schodzeniu się" przednowoczesnego i nowoczesnego antysemityzmu w kwestii odczłowieczania Żydów. Przypomnę, że w Moralitecie słowa te wypowiada Świadomość Narodowa, rekapitulując wypowiedzi wcześniej wprowadzonych na scenę i po kolei ściąganych z piedestału herezji:

Od tego w długim surducie, od Organicznego Światopoglądu dowiedziałem się, że naród opiera się na świadomości, na związku między żyjącymi, umarłymi i jeszcze nienarodzonymi, że brak jakiegoś organu, choroba jakiejś grupy w społeczeństwie, jest chorobą całego narodu, że aby być człowiekiem, trzeba być najpierw Polakiem ("Prosto z Mostu", nr 11, s. 7).
Wcześniej zaś ów Światopogląd Organiczny mówił tak:
Może kiedyś cała ludzkość stanowić będzie jeden organizm. W naszym na tysiąclecia zakrojonym etapie ewolucji człowieka organizmem jest naród. W nim i tylko w nim żyje człowiek. Przez niego w ogóle jest człowiekiem ("Prosto z Mostu", nr 9, s. 2).
Mniejsza o tę gazetową wersję ewolucjonizmu Spencera. Jeśli jednak przyjmuje się za aksjomat, że na obecnym "etapie ewolucji" uczłowieczenie odbywa się wyłącznie w ramach organizmu narodowego, to wniosek "...trzeba być najpierw Polakiem", pozostaje prawdziwy także po podstawieniu zamiast "Polaka" dowolnej innej narodowości (...trzeba być najpierw Francuzem, Chińczykiem, Żydem). Cóż w tym poglądzie skandalicznego? Gdzież tu antysemityzm?

Wojciech Wasiutyński z pewnością nie miał niepokalanej biografii. Przeszedł przez ONR, być może ze zdwojoną gorliwością z powodu żydowskiego dziadka [7]. Ponadto już w młodym wieku bardzo wiele pisał, co tylko w rzadkich wypadkach nie pozostawia wstydliwych pamiątek. Z wielu głupstw potrafił się jednak później wycofać, co chwalebne i jeszcze rzadsze. Choćby z tego powodu nie zasługuje na przygodne flekowanie w mordowni "Pod szemranym przypisem" za pół zdania wyjętego z młodzieńczej sztuczki, w dodatku przepisanego z co najmniej trzeciej ręki, koślawo i bez zrozumienia. Porządna kwerenda należy mu się nawet od tych, którzy na jego nazwisko reagują wyuczonym obrzydzeniem.

Słuszne tezy można układać choćby na kolanie, ale prawdziwy etyczny zwrot w humanistyce zaczyna się bodaj od uczciwego podejścia do własnych przypisów [8].

[1] Po raz pierwszy ogłoszone w "Res Publice Nowej" 1999, nr 7-8; później przedrukowane w: Joanna Tokarska-Bakir, Rzeczy mgliste. Eseje i studia, Pogranicze, Sejny 2004. Dalej cytuję jako Rzeczy mgliste.

Określenie "świetne studium" wziąłem z książki Marii Janion Do Europy - tak, ale razem z naszymi umarłymi (Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2000, s. 149), a przypominam je po raz kolejny, ponieważ ujęła mnie wdzięczność Joanny Tokarskiej-Bakir, która w Rzeczach mglistych ogłosiła z kolei laudację na cześć prof. Marii Janion i jej książki Do Europy... ("Choć wielu próbuje, nikt nie potrafi tak się uczyć jak ona. Na tym właśnie polega mistrzostwo Janion [...]", Rzeczy mgliste, s. 41).

Kto chciałby wiedzieć, przy jakiej okazji już o tym pisałem, niech przeczyta w DODATKACH: "Żyd Lejbuś przez polskie chłopstwo umęczony. Joanna Tokarska-Bakir polemizuje z Ludwikiem Stommą".

[2] Joanna Tokarska-Bakir, Ganz Andere? Żyd jako czarownica i czarownica jako Żyd w polskich i obcych źródłach etnograficznych, czyli jak czytać protokoły przesłuchań, "Res Publica Nowa", sierpień 2001, nr 8, przypis 69 na stronie 21.

[3] O zgubnej namiętności Joanny Tokarskiej-Bakir do przypisów możecie przeczytać więcej w OSOBACH: "Joanna Tokarska-Bakir cytuje Carla Ginzburga albo bunt fiszek".

[4] Barbara Engelking, Zagłada i pamięć. Doświadczenie Holocaustu i jego konsekwencje opisane na podstawie relacji autobiograficznych, Wydawnictwo IFiS PAN, Warszawa 1994, przypis 15 na stronie 207. To samo w wydaniu drugim (Warszawa 2001, przypis 15 na stronie 198). To samo w wydaniu angielskim: Barbara Engelking, Holocaust and Memory. The Experience of the Holocaust and Its Consequences. An Investigation Based on Personal Narratives, redakcja Gunnar S. Paulsson, przekład Emma Harris, słowo wstępne Zygmunt Bauman, Leicester University Press, Londyn - Nowy Jork 2001, przypis 4 na stronie 242.

[4a] Pani Barbara Engelking potwierdziła w uprzejmym mailu moje przypuszczenia, że i ona rzekomą wypowiedź Wasiutyńskiego od kogoś przepisała. Niestety, nie pamięta już od kogo, tak więc źródło tej manipulacji pozostaje nieznane. Dodała także, że wstydzi się swego błędu, co wypada mi tu odnotować jako reakcję stosowną i wartą naśladowania.

[5] Wojciech Wasiutyński, Moralitet, "Prosto z Mostu", nr 9, s. 2; Część druga Moralitetu, "Prosto z Mostu", nr 10, s. 3; Koniec Moralitetu, "Prosto z Mostu", nr 11, s. 7. Wszystkie części pod wspólnym nagłówkiem Z duchem czasu, pod którym Wasiutyński ogłaszał wtedy bardzo różnorodne formalnie felietony. W roku następnym przedruk w książce Z duchem czasu wydanej w bibliotece "Prosto z Mostu" (Warszawa 1936; Moralitet na stronach 35-51).

Ponieważ ktoś może uznać za znaczący również kontekst, a "Prosto z Mostu" uznawane bywa niekiedy za pismo od początku skrajnie radykalne, na wszelki wypadek dodam, że w tych samych trzech numerach publikują między innymi: sędziwy Aleksander Świętochowski, Witold Gombrowicz, Władysław Jan Grabski, Jerzy Andrzejewski, Zofia Nałkowska, Adolf Nowaczyński, Ferdynand Antoni Ossendowski i Jerzy Szaniawski.

[6] Jest to mniej więcej ta sama metoda, o której pisał swego czasu Czesław Miłosz:

"Niektórzy ścigali mnie zajadle, używając środków godziwych i niegodziwych, pewni, że zniszczenie tak niebezpiecznego jegomościa jest ich szczytnym powołaniem, może nawet powołaniem ich życia. Książka według nich dowodziła, że pisał ją komunista, i wszelką oratio obliqua wkładali w usta samego autora" (Czesław Miłosz, Ogród nauk, "Kultura" 1976, nr 12, s. 52).

[7] Dziadkiem Wasiutyńskiego ze strony matki był Józef Buchbinder, urodzony - jak głosi akt jego chrztu - "w mieście Radzyniu ze starozakonnego Heli Buchbinder i Rajzli", a w dniu swych chrzcin "lat dwadzieścia mający". Został on potem wziętym malarzem religijnym i jego obrazy do dziś wiszą w wielu polskich kościołach. Także Stanisław Piasecki, wydawca "Prosto z Mostu", miał żydowskich przodków po matce, Gizeli Silberfeld. Toteż Julian Tuwim przy pierwszej nadarzającej się okazji wsadził ich obu jako echt-Sarmatów do satyrycznego wiersza: "U Stasia na stole korowaj i miód, / Za stołem - ataman Wasiutko, / A u mnie - Grycendler i maca i brud / I Josełe Wyttlyn (ten z bródką)".

O ile jednak Piasecki swej matki się nie wypierał, o tyle Wasiutyński utrzymywał bez sensu, że jego dziadek to zupełnie inny, czysto aryjski Józef Buchbinder, dziwnym trafem urodzony w tym samym wielkim mieście Radzyniu. Prowokowało to rzecz jasna nowe drwiny (Tuwim wymyślił z tej okazji neologizm "buchbinderabilia") i skończyło się procesem, który Wasiutyński wytoczył prześmiewcom. Co jeszcze dziwniejsze, proces wygrał! Kto ciekawy, jak się to mogło stać, niech przeczyta relację zamieszczoną w "Wiadomościach Literackich" z 23 maja 1937 roku pod tytułem Czy malarz Józef Buchbinder był Żydem?, jak również komentarz W świetle logiki i dokumentów podpisany mg [Mieczysław Grydzewski]. W sumie czyta się te procesowe przepychanki ze smutkiem, ale trafiają się tam też miejsca weselsze. Na przykład taka oto wypowiedź samego Wasiutyńskiego:

"Ostatnia kwestja, to rasizm. Zaznaczyłem, że nie stoję na gruncie biologicznego rasizmu. Nie dlatego nie stoję, że mój dziadek nazywał się Buchbinder, ale dlatego że jako katolik nie mogę stać na gruncie supremacji ciała nad duchem. Kwestje duchowe i cywilizacyjne odbiły się na stronie duchowej człowieka. Jeśli chodzi o antropologję, rasa badana jest na podstawie części kostnej a nie na podstawie części miękkiej (śmiech wśród publiczności, Sędzia przywołuje obecnych do porządku) twarzy, na którą oddziaływa kwestia języka, kwestja typu życia i. t. d.".

Wiersz Tuwima wydrukowano w "Szpilkach" z 31 stycznia 1937 roku pod długaśnym tytułem: Poeta zazdrości pewnemu literatowi imieniem Staś, że jest Sarmatą; on zaś, nieszczęsny poeta, żydem jest parchatym. Takoż obojej stron żywot wiernie opisany. Na dokładkę "Szpilki" dały jeszcze na pierwszej stronie karykaturę autorstwa Eryka Lipińskiego, przedstawiającą Piaseckiego i Wasiutyńskiego jako kontuszowych szlachciurów z okropnie żydowskimi fizjonomiami.

Wasiutyński odrzucał biologiczny rasizm, ale do końca życia miał problem z otwartym przyznaniem, że jego dziadek mógł być Żydem, który w młodości przylgnął do polskiej kultury. Jeszcze w późnych wspomnieniach przedstawia jego genealogię tak, jakby podejrzenie o żydostwo pragnął za wszelką cenę oddalić, niczym przykry zarzut. Twierdzi tam, że "Józef Buchbinder był synem naturalnym Jana Zembrzuskiego, wielkiego pana, niemal magnata, z Podlasia. [...] Była to historia w stylu feudalnym, romans wielkiego pana z ubogą dziewczyną. Gdy urodziła mu syna, Józefa, oficjalnie jego rodzicami byli Edward Buchbinder, rzemieślnik małomiasteczkowy i Rozalia z Podolskich". A więc nie Heli i Rajzla, jak zapisano w akcie chrztu, ale Edward i Rozalia, jak z kolei zapisano w późniejszym o przeszło 20 lat akcie ślubu Józefa Buchbindera. O tym akcie chrztu, jak również o podaniu, w którym młody Buchbinder prosi o przyjęcie go do Szkoły Sztuk Pięknych i zaczyna je od słów "Przeszedłszy z Judaizmu na wiarę chrześcijańską..." (fotokopia w cytowanym numerze "Wiadomości Literackich"), Wasiutyński zresztą w ogóle nie wspomina! Za to podkreśla pobożność swego dziadka: "Zauważę może, że ze wszystkich znanych mi przodków był najbardziej przywiązany do religii i Kościoła" (zob. Wojciech Wasiutyński, Prawą stroną labiryntu. Fragmenty wspomnień, opracowanie i redakcja Wojciech Turek, wstęp Wiesław Walendziak, EXTER, Gdańsk 1996, s. 21-22).

Wojciech Turek, autor biografii politycznej Wasiutyńskiego, akurat w tej kwestii całkowicie zawierzył jego wspomnieniom i dokumenty świadczące o żydostwie Józefa Buchbindera również pomija. Ponieważ jednak "historia w stylu feudalnym" nie wyjaśnia do końca pochodzenia Rozalii z Podolskich, Turek nie wyklucza kategorycznie, że Wasiutyński mógł mieć jakichś "niepolskich czy nie wyznających katolicyzmu przodków" (zob. Wojciech Turek, Arka przymierza. Wojciech Wasiutyński 1910-1994. Biografia polityczna, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 2008, s. 39). O procesie wytoczonym żartownisiom Turek pisze na s. 169-172. Na stronie 171 cytuje obszernie wypowiedź sądową Wasiutyńskiego o "biologicznym rasizmie", ale miłosiernie wycina zacytowany przeze mnie ustęp o tym, jakie części bierze pod uwagę antropologia przy ustalaniu rasy.

[8] "Żydzi u Kolberga to było moje przeczucie zmiany, ale przełom przyszedł rok później, gdy wyszła książka Grossa Sąsiedzi. Przeżyłam wstrząs, kiedy z daleka, z Niemiec, gdzie byłam na stypendium, zobaczyłam, co dzieje się z moim krajem, dyskutującym o Jedwabnem. I postanowiłam to swoje plemię opisać. [...] Dopiero długo potem zdałam sobie sprawę, że przemiana, której wtedy podlegałam, należy do szerszego procesu, który na Zachodzie jest dobrze opisany i nazywa się «zwrotem etycznym» w naukach społecznych". Ku antropologii. Z Joanną Tokarską-Bakir rozmawia Dorota Hall, "(op.cit.,)" [to tytuł pisma!] 2004, nr 6-7.

Żyd Lejbuś przez polskie chłopstwo umęczony
Joanna Tokarska-Bakir polemizuje z Ludwikiem Stommą

Joanna Tokarska-Bakir, antropolożka kultury, napisała w "Gazecie Wyborczej" artykuł o "Żydzie z pieniążkiem" [1], który podobno w formie obrazka lub figurki robi karierę w Polsce jako coś w rodzaju Anioła Stróża od spraw finansowych albo też podkowy na szczęście. Antropologiczną analizą podkowy oczywiście pies z kulawą nogą by się nie zainteresował, toteż takich nudziarstw w gazetach nie drukują. Co innego Żyd. Żydem Polaka rozsierdzić nietrudno, zwłaszcza gdy się na przykład napisze, że tak naprawdę najazd malowanych Żydów to "powrót wypartego" z czasów "holocaustowej przeszłości" [2]. Czyli najpierw zamordowało się Żydów, zabrało im pieniążek, a teraz próbuje się te demony przeszłości nieporadnie oswoić. Ponieważ zaś demony siedzą głównie w nieświadomości, Tokarska-Bakir zwróciła się o wyjaśnienie, o co chodzi w tej modzie na "Żyda z pieniążkiem", do Freuda, Żyda bez pieniędzy [3]:
Szukając wyjaśnień dziwacznej koniunktury na "Żyda z pieniążkiem", zwracamy się do Freuda. W "Totemie i tabu" rozwija on koncepcję "późniejszego posłuszeństwa", ściśle związaną z ewolucją sumienia. W tym ujęciu sumienie nie rodzi się przy wtórze trąb archanielskich. Jego źródłem jest mord założycielski, którego na przywódcy hordy pierwotnej dopuścili się jego zbuntowani synowie. Zdaniem Freuda synowie ojcobójcy "unieważnili swój czyn, oświadczając, że zabijanie substytutu ojca, totema, jest niedozwolone, i wyrzekli się owoców swojego czynu, odmawiając sobie uwolnionych kobiet". Zarówno religia totemiczna, jak i samo sumienie są wytworem poczucia winy synów, "próbą złagodzenia go i zjednania skrzywdzonego ojca poprzez późniejsze posłuszeństwo". Ludzkie społeczeństwo uważa Freud za oparte na winie za wspólnie popełnioną zbrodnię, a moralność za potrzebę zadośćuczynienia, którego domaga się świadomość owej winy.
Uczony ów wywód w zwykłej mowie znaczy tyle, że hordę Polaków zaczyna już gryźć sumienie za wymordowanie Żydów, więc ich nieświadomość czuje "potrzebę zadośćuczynienia". Nieświadomość wprawdzie głupio sprowadza tę potrzebę do wieszania w sieni pejsatego Żyda z pieniążkiem, ale zarazem dobrze kombinuje, że w zadośćuczynieniu chodzi o pieniądze. Naturalnie konkretnej kwoty tego zadośćuczynienia pani antropolog u Freuda nie znalazła, bo to już, jak się zdaje, powinno być przedmiotem jakiegoś seminarium na szczeblu rządowym.

Na te androny zareagował w "Polityce" Ludwik Stomma, również antropolog i nie żaden, Boże uchowaj, prawicowy ekstremista:

Trudno doprawdy o większe wszystkiego naraz poplątanie. Nikt nie zabrania pani Bakir siedzieć zanurzonej w XIX-wiecznym wiedeńskim świecie, acz parę powstałych od tego czasu prac temperujących myśl mistrza mogłaby od tego czasu przeczytać. "Mord założycielski" - pojęcie z polityki rodem, dalibóg nie wiedzieć, do kogo się tutaj stosuje. Jeżeli zaś o Holocaust chodzi, co znaczy ów "substytut ojca" czy "uwolnione kobiety"?

Pani Tokarska-Bakir wie też, że nie było nigdy żadnych "religii totemicznych", co udowodnione zostało już parę tysięcy razy i pleść o nich trzy po trzy to nic innego, niż powracać do samych wyeliminowanych początków dziedziny. Skoro jednak pani Tokarska-Bakir chce wracać wstecz - proszę bardzo. [...]

Cały właściwie dowód na to, że Polacy wieszając konterfekt Żyda w przedpokoju przepraszają za Jedwabne, opiera się tylko na tym, że w koszernej knajpie Anatewka w Łodzi dostaje się figurkę Żyda z grosikiem przy okazji płacenia za rachunek [4].
Z tym dowodem jest jeszcze gorzej, niż Stomma przypuszczał. Knajpa Anatewka w Łodzi - ta, o której Tokarska-Bakir pisała jako o "koszernej restauracji" - żadną miarą koszerna nie jest. Certyfikatu koszerności ani śladu, a w menu krewetki. Komu by się jednak chciało sprawdzać takie detale, gdy od początku ma się na oku śliczną pointę z Freudem, zbrodnią i "potrzebą zadośćuczynienia". Natomiast Joanna Tokarska-Bakir, odpowiadając na zarzuty swego krytyka, w istocie potraktowała go, jakby był nieświeżą świńską sperką, która wpadła do gęsiego pipka koszernej antropologii.

"Nie tak się czyta Freuda, jak tego uczyli za Gomułki" - pouczyła Stommę uprzejmie [5]. Nie jest to żadna nowina. Już w 1968 roku wiele ważnych osób w jednej chwili odkryło, jak bardzo źle byli uczeni studenci "za Gomułki". Jak wiadomo, Freuda czytali wtedy głównie syjoniści przebrani za tzw. "historyków idei", bo przecież porządny marksista z "Nowych Dróg" nie tknąłby takich bezeceństw nawet kijem. Tokarska-Bakir zaleciła też "mastodontowi" (taki felietonowy żarcik autorki) Stommie lekturę dwóch nowych książek o czytaniu Freuda: pierwsza z nich ma lat przeszło pięćdziesiąt, druga - przeszło trzydzieści [6].

Dodatkowo wyraziła jeszcze zdziwienie i smutek. Zdziwienie, że Stomma spiera się z nią o jakieś naukowe głupstewka, zamiast wspólnie wyprawiać się na antysemitów [7]. Smutek zaś dlatego, że tę przykrość z niepojętym czepianiem się słusznego artykułu zrobił jej człowiek,

który przed trzydziestu laty z przejęciem pisał o Lejbusiu, którego koło karczmy polskie chłopstwo "kołowało, aby się nie zatajuł". [...] Stomma to ktoś, kto napisał o Lejbusiu, po czym przez trzy dekady zachowywał wyniosłe milczenie.
Cóż to za Lejbuś? O co chodzi z tym Lejbusiem? Czemuż to o Lejbusiu pisać nie chcecie, panowie?

Smutna historia Lejbusia zajmuje raptem pół strony w książce Stommy Antropologia kultury wsi polskiej XIX w. W jej rozdziale ósmym zatytułowanym "Religijność ludowa" Stomma opisuje między innymi moralność ludową. Zwraca uwagę, że opiera się ona w znacznym stopniu na przeciwstawieniu swój - obcy, przytacza obowiązujące zasady ("Swojaków nie wolno bić, ale z innych wsi bić to wolno") oraz daje przykłady zachowań generalnie potępianych (jak zabójstwo), lecz często tolerowanych "w imię ogólnego dobra" grupy. I tu właśnie pojawia się Lejbuś.

Dodajmy, iż w przypadku gdy owo całkiem dowolnie interpretowane "ogólne dobro" zwracało się przeciw osobnikowi szczególnie (narodowościowo, językowo, religijnie czy zawodowo) grupie obcemu, jego zgładzenie jawiło się chłopom niemal jako pożyteczna rozrywka, toteż prześcigali się w pomocy prowodyrom. Oto udokumentowany w znakomitej monografii Jana Świętka, a mający swoje odpowiedniki z innych regionów, opis rozprawy z karczmarzem-Żydem:
...dwaj młodzi ludzie parobcy, którzy częścią z osobistej zemsty, częścią w imię ogólnego dobra postanowili zgładzić Lejbusia ze świata. Zamiaru swego dokonali wieczorem w święto Matki Boskiej Zielnej (warto zwrócić uwagę na znaczenie tego doboru terminu - przyp. LS) w jego własnej szynkowni. [...] Rozpoczęło się "kolankowanie, kopanie obcasami i deptanie". [...] Za chwilę dobrze już zbitego wywleczono za włosy z izby karczemnej na pole, a tu wielu z obecnych uważało za swój obowiązek przynajmniej przez jedno uderzenie kołka przyczynić się do zgładzenia znienawidzonego złoczyńcy. [...] Lejbuś tym sposobem do stu kołów otrzymał już po śmierci... [...] Ale - komentuje Jan Świętek - nie można tego uważać za pastwienie się nad trupem, bo cała wieś wówczas opowiadała sobie, że Lejbuś tylko dlatego tak liczne razy po śmierci odniósł, ponieważ obawiano się, aby "się nie zatajuł" (udał nieżywego) [8].
Lejbuś raz jeszcze zjawia się pod sam koniec rozdziału, gdy rozprawa z nim w święto Matki Boskiej Zielnej zostaje skontrastowana z postawą chłopów, którzy pół wieku później zostaną zamordowani za pomoc udzielaną w czasie wojny Żydom. Postawę tę traktuje Stomma jako owoc "postępującej chrystianizacji środowiska chłopskiego"; owoc wyrosły z ziarna
które kiełkować mogło i parę metrów od karczmy, przed którą "kołowano" Lejbusia, "aby się nie zatajuł"... [9].
Tyle u Stommy o Lejbusiu. Tak więc sugerowanie - jak robi Tokarska-Bakir - że przed trzydziestu laty był on przejętym Lejbusiologiem, a teraz skapcaniał, to retoryczna przesada. Owszem, sam Stomma pisał o Lejbusiu jako o kimś "szczególnie" obcym, ale już kontekst, w jakim ten Lejbuś się u niego pojawia, nie pozwala wysnuć wniosku, że chodzi w tej "szczególności" o jakąś szczególną, skierowaną przeciw Żydom nienawiść. Przypominam, że także tych "z innych wsi bić to wolno". Również okrucieństwo, z jakim Lejbuś został zgładzony, okazuje się czymś (o zgrozo!) zwyczajnym, gdy na następnej stronie czytamy u Stommy, jak w tej samej wsi rodzice powszechnie katują własne dzieci, co nierzadko kończy się ciężkim kalectwem, a nawet śmiercią. "Sąsiedzi - tu Stomma znów cytuje Świętka - tylko wtedy nie puściliby bezkarnie rodzicom zabicia dziecka, gdyby ono od razów z ich ręki natychmiast zakończyło życie". Jeśli zaś skona od pobicia po tygodniu czy dwóch, nie ma o czym gadać, bo taki porządek rzeczy już mieścił się w ramach ludowego obyczaju.

Ale na tym sprawa Lejbusia - w sumie potraktowanego tylko niewiele surowiej niż własne krnąbrne dziecko - jeszcze się nie kończy! Ponieważ Ludwik Stomma został już kiedyś przyłapany na bardzo swobodnym stosunku do faktów [10], uznałem, że na wszelki wypadek dobrze będzie zajrzeć do źródła, z którego korzystał, to znaczy do "znakomitej monografii Jana Świętka".

Pierwsze zaskoczenie: Lejbuś u Świętka nazywa się Lajbuś. Błąd niewielki, literówka, ale czyżby znaczyło to, że przez te trzydzieści lat, odkąd Lejbuś-Lajbuś został wpisany na karty żydowskiej martyrologii, męczenników padłych z polskiej chłopskiej ręki, nikt nie pofatygował się, by historię męczennika przeczytać w całości? Nikt?! Nawet Joanna Tokarska-Bakir, która o Lejbusiu wspominała w swym "świetnym studium" Żydzi u Kolberga [11]? Lejbuś zrobił swoje, więc Lejbuś może wrócić do Świętka, w kurz dziewiętnastowiecznych szpargałów? No to chyba pora najwyższa go otrzepać. Oto więc cała historia Lejbusia, tak jak ją Świętek zanotował:
Żył tu żyd, imieniem "Lajbuś", znany też pod tem imieniem we wsi i okolicy. Lajbuś uchodził za złodzieja, podpalacza, truciciela koni i bydła, "nikogo sie nie báł i co kciáł, to robiuł". - Z obawy przed nim ustępowali mu wieśniacy i nie pociągali go do odpowiedzialności sądowej za różne jego zbrodnie, chociaż o nich wiedziano powszechnie, a nawet schwytano go niejednokrotnie na gorącym uczynku.

Jego zbrodnicze sprawki uchodziły mu bezkarnie przez lat kilka, aż wreszcie znaleźli się dwaj młodzi ludzie (parobcy), którzy częścią z osobistej zemsty, częścią w imię ogólnego dobra postanowili zgładzić Lajbusia ze światu. Zamiaru swego dokonali wieczorem w Święto Matki Boskiej Zielnej w jego własnej szynkowni. Lajbuś mimo zakazu urzędu gminnego "ozpocąn granie w tak wielgie świeto" i siedział właśnie na stole między grajkami a szynkwasem, kiedy przystąpił do niego jeden z zapaśników, i, przypomniawszy mu swą krzywdę, uderzył go w twarz pięścią. Lajbuś nachylił się w tył; ale już miał się zrywać z siedzenia i zamierzał oddać policzek, skoro "przyskocuł" drugi z zapaśników i z pomocą pierwszego ściągnął go za włosy ze stołu i powalił na podłogę. Rozpoczęło się "kolankowanie, kopanie obcasami i deptanie". Powstało wielkie zamieszanie w karczmie, a wśród niego zagasił ktoś lampę w izbie. Wśród ciemności miało się rzucić więcej chłopów na Lajbusia i nożami go pokaleczyć. Za chwilę dobrze już zbitego wywleczono za włosy z izby karczemnej na pole, a tu wielu z obecnych uważało za swój obowiązek przynajmniej przez jedno uderzenie kołka przyczynić się do zgładzenia znienawidzonego złoczyńcy, przypominając mu zarazem jego zbrodnie: "Más, psiakrew zbóju, za nase krzywdy!" Powiadają, że Lajbuś tym sposobem do stu kołów otrzymał już po śmierci, a nadto miał głowę "podziurawioną", chociaż uznani za zabójców parobcy nie mieli się posługiwać nożami. Ale nie można tego uważać za pastwienie się nad trupem, bo cała wieś wówczas opowiadała sobie, że Lajbuś tylko dlatego tak liczne razy po śmierci odniósł, ponieważ obawiano się, aby "sie nie zatajuł" (udał nieżywego) [12].
Wygląda więc na to, że Lejbuś wcale nie został przed trzydziestu laty "z przejęciem" opisany. W rzeczywistości trzydzieści lat temu bezwstydnie spreparowano całkiem nową opowieść o Lejbusiu. Nie ma u Stommy ani słowa o tym - ba! nawet półsłówka - że to, co on nazwał "rozprawą z karczmarzem-Żydem", według "znakomitej monografii" Świętka było rozprawą z lokalnym złoczyńcą. Takim, co to "nikogo sie nie báł i co kciáł, to robiuł". Ani słowa o tym, że wieś bynajmniej nie lała kołkami w antysemickim zapale biednego, Bogu ducha winnego żydowskiego karczmarzyny, ale karała "złodzieja, podpalacza, truciciela koni i bydła". I to nie takiego, co wyłącznie "uchodził za...", więc może żydowskiego kozła ofiarnego, ale takiego, co to "nawet schwytano go niejednokrotnie na gorącym uczynku". Niejednokrotnie!

Także uwaga Stommy, jakoby święto Matki Boskiej Zielnej było z góry umówioną i jakby symboliczną datą rozprawy z Żydem ("warto zwrócić uwagę na znaczenie tego doboru terminu"), nie znajduje potwierdzenia w relacji Świętka. Aby więc tę swoją uwagę uprawdopodobnić, musiał Stomma dokładnie wyciąć tę część relacji, która opisuje, jak doszło do zwady. Dzień nie został z góry obrany. Tego dnia zwyczajnie przebrała się Lejbusiowa miarka, gdy mimo gminnego zakazu "ozpocąn granie w tak wielgie świeto". Parobcy zaś jedynie ową dobrą okazję wykorzystali, bo dawała im ona zarówno oparcie "prawne" (że biją gwałciciela urzędowego przepisu), jak i zjednywała przychylność postronnych widzów (że biją tego, co demonstracyjnie święta nie uszanował). Stomma ograniczył się tylko do nawiasowej uwagi, ale już Tokarska-Bakir w swoich Żydach u Kolberga wyeksploatowała biedną Matkę Boską Zielną do cna. Złodziej i podpalacz Lejbuś został tam wmontowany w chrześcijańsko-żydowską gigantomachię (!), "która trwa od ukrzyżowania Chrystusa", więc nic dziwnego, że w zgodzie z tym odwiecznym chrześcijańskim obyczajem również chłopstwo polskie lubi sobie w "wielgie" katolickie święto zatłuc dla świątecznej przyjemności jakiegoś Żyda [13].

Z relacji Świętka nie wynika jednak wcale - to kolejne nadużycie interpretacyjne u Stommy - że zgładzenie Lejbusia "jawiło się chłopom niemal jako pożyteczna rozrywka, toteż prześcigali się w pomocy prowodyrom". Rozrywka? Gdzież, u licha, Stomma dojrzał tę rozrywkę? Akurat zdanie, iż "wielu z obecnych uważało za swój obowiązek przynajmniej przez jedno uderzenie kołka przyczynić się do zgładzenia znienawidzonego złoczyńcy", sam zacytował. Nikt też nie prześcigał się w pomocy prowodyrom! Dopiero w ciemnościach, gdy lampa w izbie zgasła, "miało się rzucić więcej chłopów na Lajbusia". Musieli zatem istotnie czuć respekt przed złoczyńcą, któremu wcześniej tak długo "z obawy przed nim ustępowali" [14].

A teraz najważniejsze: Lejbuś-Lajbuś wcale nie był kimś całkowicie obcym, nieznanym; kimś z zewnątrz, kto znienacka wszedł na obszar zarezerwowany dla "swoich". Przeciwnie, wszyscy aż za dobrze Lejbusia znali! W całej tej okrutnej scenie nie ma również najmarniejszego śladu ludowych antysemickich stereotypów - nawet tych najstarszych i najbardziej pospolitych. Chłopi nie mówili Lejbusiowi "A masz, Judaszu, żeś Pana Jezusa sprzedał na męki!" ani "A masz, żydowski lichwiarzu!". Mówili "Más, psiakrew zbóju, za nase krzywdy!".

Lejbuś bowiem nie został zabity jako obcy. Lejbuś nie został również zabity jako Żyd. Lejbuś został zabity jako zbój, który się w końcu doigrał [15].

[1] Joanna Tokarska-Bakir, Żyd z pieniążkiem podbija Polskę, "Gazeta Wyborcza" 18 lutego 2012. Wcześniej o "Żydzie z pieniążkiem" Tokarska-Bakir wspominała w swojej książce Legendy o krwi w kontekście przejawów polskiego antysemityzmu (zob. Joanna Tokarska-Bakir, Legendy o krwi. Antropologia przesądu, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2008, s. 45 oraz opis ilustracji na s. 46).

Artykuł Tokarskiej-Bakir ukazał się w lutym 2012, a już w czerwcu tego samego roku Abraham Foxman, dyrektor Ligi Przeciwko Zniesławieniu (ADL), mógł zaprezentować w swoim biurze całą kolekcję oburzających "Żydów z pieniążkiem":

"W czasie rozmowy Foxman pokazał stojące w jego biurze na oknie drewniane figurki i obrazki przedstawiające Żydów w chałatach i jarmułkach. Dyrektor ADL przywiózł je z Polski; wszyscy wyrzeźbieni i namalowani Żydzi liczą pieniądze albo trzymają w rękach monety. - Sprzedaje się to wszędzie - w centrach handlowych, w sklepach. Sprzedawcy, gdy się ich o to pyta, nie widzą w tym nic złego - mówił oburzony Foxman" (Abraham Foxman: nie można bagatelizować polskiego antysemityzmu, wiadomosci.wp.pl, 5 czerwca 2012.

"Żyd z pieniążkiem" został również odnotowany jako przykład "treści antysemickich" w raporcie Institute for Jewish Policy Research "szczodrze wspartym" przez Rothschild Foundation (zob. też niżej przypis 15): "Tym niemniej treści antysemickie nadal się pojawiają. [...] Obrazki i figurki stereotypowych Żydów niosących pieniądze sprzedawane są jako talizmany przynoszące szczęście" (Konstanty Gebert, Helena Datner, Życie żydowskie w Polsce: osiągnięcia, wyzwania i priorytety od upadku komunizmu, wrzesień 2011, s. 30-31).

Nb. w raporcie tym cytuje się opinię pewnego anonimowego Żyda polskiego, który już dziś bardzo niepokoi się "przyszłym rozwojem tzw. «nowego antysemityzmu», czyli wyrażania nienawiści skierowanej raczej przeciwko państwu żydowskiemu, niż samym Żydom" (tamże, s. 30; kursywa moja). Tak więc wieści, jakoby epoka proroków już się wśród Żydów skończyła, należy uznać za mocno przesadzone.

[2] Przy tej okazji w artykule Tokarskiej-Bakir pojawiło się nawet horrendalne zdanie o Polsce, jako "kraju, którego społeczeństwo tak bardzo wzbogaciło się na «zniknięciu» swoich Żydów" (wyróżnienie moje). To bezrefleksyjne przejęcie starej antysemickiej kliszy (żydowskie złoto!) przez zachęcającą do refleksji nad polską nieświadomością panią antropolog zasługuje na osobną uwagę.

[3] Tak w każdym razie wynika ze wspomnień syna Freuda, Martina (Martin Freud, Freud - mój ojciec, przełożył Rafał Gałkowski, Interpress, Warszawa 1993). Pisze on, że luksusowy dom Freudów "maskował biedę" (s. 24), a ojciec tylko dlatego jeździł eleganckim powozem, bo inaczej nie byłby szanowany jako lekarz. Naprawdę zaś ledwie wiązał koniec z końcem. Potem jednak okazuje się, że w domu jest kucharka, służąca, guwernantka do starszych dzieci i bona do młodszych; przychodzi także sprzątaczka. Na obiad zawsze trzy, cztery dania (s. 35). Freud tak dalece był nieświadomy własnej kondycji finansowej, że na wakacje jechano dla oszczędności w wagonie III klasy z twardymi ławkami (ale zabierano pledy i poduszki). Z drugiej jednak strony: wraz z rodziną wyjeżdżały zawsze przynajmniej dwie osoby ze służby (s. 48-49). Zatrzymywano się też na ogół w luksusowych hotelach. Gdy dr Freud zażywał ze swym bratem kąpieli w Adriatyku, "kelner musiał wejść do wody lub nawet płynąć, aby podać im tacę z napojami chłodzącymi, owocami, a czasem nawet z cygarami i zapałkami" (s. 51). Ach, to życie biedaków!

[4] Ludwik Stomma, Bakir z pieniążkiem, "Polityka", 14 marca 2012, s. 112.

Nb. przy okazji rozważań, kim są właściciele knajpy Anatewka, Stomma nazwał Żydem antysemitą znanego endeckiego publicystę, Stanisława Strońskiego. Rzeczywiście, Stroński miał matkę Żydówkę. Tyle że uznając go jedynie na tej podstawie za Żyda, uprawomocnia się zarazem podejście, które przy innych okazjach traktuje się jako typowo antysemickie. Ale tak to bywa, gdy anty-antysemityzm okazuje się mechanicznym przerabianiem na plus minusów, które wcześniej postawili Żydom antysemici.

[5] Joanna Tokarska-Bakir, Jesień patriarchy, www.dwutygodnik.com, nr 78, 2012.

[6] Pierwsza z tych książek to: Philip Rieff, Freud. The Mind of the Moralist, pierwsze wydanie w roku 1959; druga: Odo Marquard, Abschied vom Prinzipiellen, pierwsze wydanie w roku 1981. To właśnie z polskiego przekładu tej drugiej książki Joanna Tokarska-Bakir przepisała oba cytaty z Totemu i tabu Freuda; oba te cytaty są też u niej identycznie wykrojone (zob. Odo Marquard, Rozstanie z filozofią pierwszych zasad. Studia filozoficzne, przełożyła Krystyna Krzemieniowa, Oficyna Naukowa, Warszawa 1994, s. 9). Tak po prawdzie to cały ten "freudowski" akapit Tokarska-Bakir pożyczyła sobie od Marquarda, który akurat u Freuda znalazł wyjaśnienie przyczyn buntu niemieckich studentów w latach 60. Widocznie jednak Freud jest dobry na wszystko, skoro dokładnie tego samego akapitu można użyć zarówno do "wyjaśnienia" niemieckiej kontestacji przeciw drobnomieszczaństwu, jak i polskiej drobnomieszczańskiej mody na obrazki z Żydem. Co pociąga Tokarską-Bakir w powykręcanym ad hoc Freudzie, nie mam pojęcia. Natomiast skłonność Odo Marquarda do "uczonych wyjaśnień" wynika zapewne z osobliwej umysłowości niemieckiego profesora, który nawet aby poinformować o swoim ożenku, musi najprzód dać przypis z cytatami z von Hofmannsthala i Kierkegaarda (zob. Rozstanie..., przypis 20 na stronie 14).

Co do Philipa Rieffa, to pisze on otwarcie, że całe znaczenie "naukowego mitu" Freuda z Totemu i tabu leży w zawartych w nim sądach wartościujących. Rieff używa przy tym dość szczególnej paraleli. Otóż, według niego, odrzucać freudowski mit z powodu przestarzałej antropologii, na jakiej się on opiera, to tak, jakby odrzucać wielkie wystąpienie na rzecz emancypacji kobiet, czyli Pochodzenie rodziny... Engelsa, tylko dlatego, że zostało ono zainspirowane fantazjami Lewisa Morgana o pierwotnym matriarchacie (Philip Rieff, Freud. The Mind of the Moralist, Methuen, London 1965, s. 198: "Although Freud's «scientific myth» remains more myth than science, its merits lie in the judgments of value that it conceals. Totem and Taboo, Group Psychology, Moses and Monotheism, and allied works of Freud can no more be dismissed because the anthropology upon which they drew is now outmoded than the great polemic on the emancipation of women, The Origin of the Family, is refuted by citing the discredited conjectures of matriarchy and group marriage by Lewis Morgan which stimulated Engels to write his book").

Być może w roku 1959 brzmiało to jeszcze znośnie, a porównanie Freuda z Engelsem tylko dodawało temu pierwszemu prestiżu, ale dziś zwolennikom emancypacji kobiet należałoby już raczej stanowczo odradzać powoływanie się na Engelsa. To samo dotyczy zwracania się po wyjaśnienia do Freuda. Status freudowskiego mitu o przerabianiu wspólnej winy na sumienie nie różni się bowiem zasadniczo od statusu mitu o przerabianiu chrześcijańskich dzieciątek na macę. W pierwszym wypadku "wyjaśnienie" odwołuje się do fantazji na temat społecznych mechanizmów reprodukcji winy za popełnioną zbrodnię ojcobójstwa, w drugim - fantazmat przybiera złowrogą postać mechanizmu reprodukowania się żydowskiej złości, która objawiła się w założycielskim mordzie na Golgocie. Analogie są tak wyraźne, że zamysł Freuda wygląda wręcz na próbę uniwersalizacji antysemickiego schematu. Zamiast fantazmatu perfidnego Żyda jako przyczyny wszelkiego zła - fantazmat kultury jako źródła cierpień.

[7] Stomma próbował uprzytomnić Tokarskiej-Bakir, że w skojarzeniu "Żyda" z "pieniążkiem" nie ma nic tajemniczego: "Kojarzeniem Żydów i pieniędzy żywił się antysemityzm omalże od zarania dziejów". Tokarska-Bakir zaś na to odpowiedziała tak: "[...] skoro jest między nami zgoda w sprawie wkładu «pieniążka» do konterfektu antysemity, co właściwie oburza mojego krytyka?" Pomijając niezgrabność tego zdania (powinno być chyba: wkładu "pieniążka" do konterfektu Żyda wyobrażonego przez antysemitę; konterfekt samego antysemity znakomicie obywa się bez "pieniążka", bo wszak antysemita zazwyczaj jest tym, kogo żydowscy lichwiarze z pieniędzy wyzuli), zaskakuje zdziwienie autorki, że ktoś może mieć jej za złe rozdęcie na wiele mętnych stronic - ale przyprawionych Freudem, totemami i knajpą Anatewka - żenująco interpretowanego banału, skoro banał ten jest ideologicznie poprawny.

[8] Ludwik Stomma, Antropologia kultury wsi polskiej XIX w., Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1986, s. 211. Wcześniej drukowane w artykule Determinanty polskiej kultury ludowej w XIX wieku, "Polska Sztuka Ludowa" 1979, nr 3, s. 136-137.

[9] Antropologia..., s. 229-230. Nb. wszystkie znane mi prace Joanny Tokarskiej-Bakir rysują zgoła odwrotny obraz "środowiska chłopskiego": żadna tam "postępująca chrystianizacja", raczej postępujący szparko antysemityzm. Nic więc koło Lejbusia nie kiełkowało, a jeśli nawet, to owoc był niemal wyłącznie zatruty.

[10] Ludwik Stomma napisał w swojej pracy doktorskiej, że odkrył we wsi Skordiów rodzaj prymitywnego palikowego obserwatorium astronomicznego. Niestety, nikt poza nim nigdy tego obserwatorium nie widział, nie potwierdzają jego istnienia mieszkańcy wsi, a dokumentacja z badań gdzieś się zapodziała. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Ludwik Stomma, pisarz niefrasobliwy".

Nb. to stare oszustwo Stommy Joannie Tokarskiej-Bakir absolutnie nie przeszkadzało. Przeciwnie, według niej "w czasach rosnącej niewspółmierności teorii", to właśnie udowadnianie oszustwa jest czymś niesmacznym, narzędziem "walki pomiędzy konkurencyjnymi koncepcjami naukowymi", a weryfikacja ustaleń to tylko "tzw. weryfikacja ustaleń". Zob. Joanna Tokarska-Bakir, Dalsze losy syna marnotrawnego. Projekt etnografii nieprzezroczystej, "Konteksty. Polska Sztuka Ludowa", 1995, nr 1, przypis 38 na stronie 21.

Być może takie łagodne podejście do oszustw wynika u Joanny Tokarskiej-Bakir stąd, że swoją karierę naukową zaczynała od poważnego potraktowania fantazji znanego oszusta Carlosa Castanedy, i to w oparciu o dowcipną zasadę metodologiczną: "Nawet jeśli kłamał, mówił prawdę" (Dalsze losy..., s. 16 oraz przypis 39 na stronach 21-22).

Kto by się jednak dał uwieść wyłożonej w Dalszych losach wizji wielości światów, które u "różnych ludzi przybierają odmienne kształty", zdziwi się, że w pryncypialnym i kuriozalnym ataku Tokarskiej-Bakir na Orianę Fallaci najwyraźniej zakłada się, że istnieje tylko jeden słuszny kształt świata, a o żadnej "niewspólmierności" nawet mowy nie ma. Więcej o tym w OSOBACH: "Joanna Tokarska-Bakir wychowuje Orianę Fallaci albo o ironii imion".

[11] Esej Joanny Tokarskiej-Bakir Żydzi u Kolberga został po raz pierwszy ogłoszony w "Res Publice Nowej" 1999, nr 7-8; później przedrukowany w: Joanna Tokarska-Bakir, Rzeczy mgliste. Eseje i studia, Pogranicze, Sejny 2004. Jako "świetne studium" określiła Żydów u Kolberga Maria Janion (zob. Maria Janion, Do Europy - tak, ale razem z naszymi umarłymi, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2000, s. 149). W rewanżu Tokarska-Bakir dostrzegła w książce Do Europy "mistrzostwo Janion" (Rzeczy mgliste, s. 41). Tak więc co jak co, ale niewdzięcznicą nie jest na pewno!

Nb. historię Lejbusia Tokarska-Bakir cytuje za Stommą, ale błędnie podaje źródło Stommy. Zamiast "J. Świętek, Zwyczaje i pojęcia prawne ludu nadrabskiego, cz. 1, "Materiały Antropologiczne i Archeologiczne", t. 1: 1896" (Rzeczy mgliste, s. 68), powinno być "J. Świętek, Zwyczaje i pojęcia prawne ludu nadrabskiego, cz. 2, "Materiały Antropologiczno-Archeologiczne i Etnograficzne", t. 2: 1897". Użyty w polemice ze Stommą cytat "kołowało, aby się nie zatajuł" Tokarska-Bakir powtórzyła za własną książką (Rzeczy mgliste, s. 50: "kołowano, aby się nie zatajuł"). W tej postaci nie ma go ani u Stommy, ani tym bardziej u Świętka. Świętek w swojej monografii w ogóle nie używa czasownika "kołować". Jak się zdaje, czasownik ten w znaczeniu "okładać kołkiem" wymyślił Stomma (Antropologia..., s. 230).

[12] Jan Świętek, Zwyczaje i pojęcia prawne ludu nadrabskiego, cz. 2, "Materyały Antropologiczno-Archeologiczne i Etnograficzne" 1897, t. II, s. 289-290.

[13] "Prześladowanie Żydów daje mu [chrześcijaninowi] udział w gigantomachii, która trwa od ukrzyżowania Chrystusa i skończy się dopiero z Drugim Przyjściem. Zabicie Żyda, sekciarza - złoczyńcy, może tylko przybliżyć ów szczęśliwy finał czasów. Tak w każdym razie myśleli zarówno płonący słusznym gniewem uczestnicy pogromów, jak i owi dwaj parobcy, co na dzień linczu karczmarza Lejbusia wybrali akurat święto Matki Boskiej Zielnej" (Rzeczy mgliste, s. 62; zob. też przypis 54 do tego zdania na stronie 71, z którego wynika, iż dla mordowania Lejbusiów w dzień Matki Boskiej Zielnej chrześcijanin może znaleźć nawet "metafizyczne uzasadnienie"). Także w ostatnim akapicie swego eseju Tokarska-Bakir raz jeszcze wspomniała tę jakoby symboliczną scenę, jak to "w dzień Matki Boskiej Zielnej wioska pastwi się nad zwłokami żydowskiego karczmarza, czuwając, «by się nie zataił»" (Rzeczy mgliste, s. 68; zamiast "zataił" powinno być naturalnie "zatajuł").

[14] To, swoją drogą, uderzające, z jaką starannością Stomma ocenzurował zarówno występki Lejbusia, jak i jego hardość, i jak gładko takiego wykastrowanego "karczmarza-Żyda" zaakceptowała Tokarska-Bakir, w ogóle nie interesując się tym, co skrywają liczne wykropkowania w wersji Stommy. Może dlatego, że Lejbuś jako Żyd powinien być właśnie niegroźny, zalękniony, nawet tchórzliwy. "Żyda nikt się nie bał" (zob. Alina Cała, Wizerunek Żyda w polskiej kulturze ludowej, Oficyna Naukowa, Warszawa 2005, s. 26; wypowiedź jednego z ankietowanych). Natomiast Żyd będący postrachem całej wsi to etnograficzna zakawyczka. Tymczasem Lejbuś przypominał raczej Gombrowiczowskiego zbójcę Huligana, któremu też ustępowano z drogi, a wszystkie jego zbrodnie były "huczne, śmiałe, rozległe i rozgłośne" (Witold Gombrowicz, Szczur, [w:] Bakakaj, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 171).

[15] Nie znaczy to, że nie ma u Świętka innych przykładów szczerej ludowej niechęci do Żydów. Weźmy choćby taki monolog odnotowany przez niego na stronie 160:

"Potrzebne to ato i tym panom z Giercyc i Niskowic było, wpuscać zydów do swoich dworów. Piekne grunta mieli, co jaz radoś, ino trza było Boga prosić, doglądać, a nie popuscać sobie bardzo. A tak wláz zyd do takich wielgich majetności i ozpiérá sie, co jaz nás styd katolików, jak na to patrzywa. Ni to sie do dworu zapędzić, ni co: ty swoje, a zyd swoje; bo choć ón taki na poziór wielgi pán, to zawdy zydem śmierdzi, co Pana Jezusa ukrzyzowáł. Pán dziedzicny jak był, to choć na chłopa niedbáł i patrzyć casem nie kciáł na niégo, to jak padło na dobrą godzine, to i biédnemu cłekowi dospomóg. Zawdy to był przecie katolik i do kościoła chádzáł i modluł sie; a taki Mosiek, choć w jupicy i w niebie nie chádzá i z zydkami pejsatymi sie nie zadaje, to inoby jesce kciáł biédnego cłeka osukać i ochpić, a wielomoznym kciáłby, izeby go chłopi nazywali. Já powiedám, ize te zydziska, cy takie cy owakie, zawdy piją krew katolicką i ze nie bedzie dobrze, pókil Pán Bóg co ś nimi nie zrobi".

Podaje też Świętek, że zgodnie z chłopskim obyczajem oszukać Żyda to nie grzech (s. 350), podobnie zresztą jak ukraść "z pajskiego" [z pańskiego]. Nie jest też grzechem nie zapłacenie myta na rogatce, czy nawet pobicie dzierżawiącego pobieranie myta "zyda ślabanciárza" (s. 351). Z drugiej strony, nie ma Świętek skrupułów w przytaczaniu dokładnych wyliczeń, z jak niesłychaną lichwą mieli do czynienia chłopi ze strony Żydów. Stopa procentowa takiej lichwiarskiej pożyczki potrafiła sięgać nawet 365% rocznie! - i to w czasach, które właściwie nie znały inflacji. "Po ukróceniu wyzysku lichwiarskiego przez ustawę, radzą sobie dziś żydzi, aby nie wejść w kolizyę z prawem, w ten sposób, że, wypożyczając komu np. 5 reńskich, każą mu sobie oddać po roku tytułem kapitału 7 reńskich, a procentu 50 centów" (s. 233). Z kolei, powiada Świętek, szynkarze-Żydzi często trudnią się paserstwem i robią "na tem dobre interesy" (s. 302). I już na sam koniec chłopska krotochwila o - jak by się to dziś powiedziało - "starszych braciach w wierze":

"Zbywáł sie chłop ze zydem, chtóra wiara lepsá. Zyd mówiuł, ze jego, bo jes przecie starsá. Chłop na to odpowiedziáł: «Ano to dobrze, kiej starsá: widziáł já nieráz, jak stara krowá lize młodemu cieleciu d..e, to liżciez i wy nám»".

Wszystkich urażonych tą zuchwałością polskiego chłopstwa najgoręcej przepraszam. Przepraszam zwłaszcza p. Joannę Tokarską-Bakir, która wprawdzie wyrosła w antysemickiej rodzinie i nawet w dzieciństwie bywała strofowana, by "nie zapinać się po żydowsku" (zob. Rzeczy mgliste, s. 33), ale szczęśliwie z biegiem lat doszła do rozumu i dziś z pewnością - szczególnie jako beneficjentka "wielgich majetności" Rothschild Foundation - ma inny pogląd na obowiązujący porządek lizania.

Nb. ostatni odsyłacz prowadził wcześniej do jednej z podstron strony archiwumetnograficzne.edu.pl, ale grant się widać skończył, tort został podzielony i spożyty, więc we wrześniu 2015 strona archiwumetnograficzne.edu.pl wyglądała tak. Nie chodzi zaś w tym wypadku o jakąś tam efemeryczną stronę prywatną, lecz o adres w polskiej domenie edukacyjnej, z założenia gromadzącej strony poważne.

A po kolejnych dziesięciu latach jest u tych porzuconych etnografów jeszcze zabawniej. Na przykład porady: "Jakie gry i zabawy erotyczne sprawdzą się parom z długim stażem?". A nuż ktoś się na to nabierze i pomyśli z (płonną) nadzieją, że polska nauka nareszcie znalazła sposób, by pójść w lud.

Joanna Tokarska-Bakir wychowuje Orianę Fallaci
albo o ironii imion

W odpowiedzi na "Wściekłość i dumę" Oriany Fallaci (artykuł, nie późniejszą książkę) Joanna Tokarska-Bakir napisała felieton Porno-grafia [1]. Wspomniała w nim o "myśleniu magicznym" i objaśniła, o co chodzi w rytualnych przekleństwach, a także policzyła, ile razy Fallaci użyła słów "kutas" i "dupa". Etnografowie czasem lubią się w ten sposób poznęcać nad dzikimi, których badają, ale artykuł Fallaci w istocie był miejscami tak nieznośnie histeryczny, że trudno mieć o te przytyki pretensję. Ponieważ jednak dzika Oriana przede wszystkim sponiewierała islam, trzeba było na koniec ten islam otrzepać, przemyć mu buzię i pokazać, że on też nie od macochy. To znaczy - też w geniuszy obfity, więc w sumie nie gorszy od kultury europejskiej, a nawet mający na nią znaczny wpływ. I tu już zaczęły się schody.

Najpierw Tokarska-Bakir zgrabnie zacytowała jedną z wielu złotych i szlachetnych myśli Khalila Gibrana, ale opatrzyła ją taką oto bałamutną uwagą: "Kto to powiedział? Niestety, kolejny "syn Allaha", Khalil Gibran" (Porno-grafia, s. 66). Tyle że Khalil Gibran, rówieśnik Jaspersa i Kafki, nie był żadnym "synem Allaha", nie był muzułmaninem! Trudno byłoby go nawet uznać za kogoś w rodzaju islamskiego heretyka. Miał korzenie maronickie i w tym obrządku został ochrzczony, choć w jego późniejszym synkretycznym podejściu można również znaleźć (na tym właśnie polega synkretyzm) na przykład wpływy sufickie [2].

Pointa wyszła jeszcze dziwaczniej. Nie jest ona wprawdzie gęsta od myśli, ale na wszelki wypadek zacytuję ją w całości:

Autorka deklaruje swoją dumę, płynącą z faktu przynależności do kultury, która wydała "Homera, Sokratesa, Platona, Arystotelesa, Fidiasza". Szczególnie ucieszył mnie ten Sokrates. Gdyby Fallaci wzięła do ręki Platońskiego Fajdrosa, może by właśnie Sokrates zdołał ją czym zainspirować? A nuż trafiłaby na fragment 230a: "Badam samego siebie, czy ja przypadkiem nie jestem potworem bardziej rozszalałym niż Tyfon"? A może wolałaby raczej lekcję od Dantego? Jak pamiętamy, na początku Boskiej komedii poeta zabłądził w lesie. Co go uratowało? Nie zaklęcia ani klątwy, nie prośby ni groźby. Uratowało go pojawienie się Wergiliusza, w którym wielu domyśla się głosu rozumu. A także zstąpienie do piekieł, w których przekonał się, że prawdziwym złem wcale nie są inni, ale dopiero utrata nadziei i zaprzepaszczenie "dobra intelektu" (il bene del inteletto).

Rozwścieczonego człowieka trudno skłonić do introspekcji. To już ostatnia próba. Jest taka amerykańska książka dla chłopców, wciąż "kultowa", choć pochodzi sprzed stu lat. Oto, co napisał o niej James Gilligan: "Prawdopodobnie nie ma drugiej amerykańskiej powieści, która ową tragiczną skazę naszego charakteru, jaką jest skłonność do przemocy, przedstawiałaby dobitniej niż arcydzieło Hermana Melville'a Moby Dick. W powieści tej kapitan Ahab, który jest ucieleśnieniem, najczystszym i najjaskrawszym przykładem owej cechy, dochodzi do przekonania, że Moby Dick, ogromny biały wieloryb, jest wcieleniem zła. Ściga go więc po morzach i oceanach, opętany myślą, że jeśli uda mu się go znaleźć i zabić, zniszczone zostanie zło i zatryumfuje sprawiedliwość. Ten tragiczny pościg statkiem «Pequod» kończy się unicestwieniem Ahaba i prawie całej załogi; z życiem uchodzi tylko jeden człowiek, Izmael, który ma dać świadectwo temu, co się stało". Co za ironia: ocalony nosi to samo imię, co brat Izaaka, pierworodny syn Hagar i Abrahama, biblijny przodek wszystkich Arabów (Porno-grafia, s. 67).
Cztery krótkie komentarze.

Po pierwsze, jeśli już dla popisu cytuje się Boską komedię w oryginale, nie wypada robić czterech literówek w czterowyrazowym cytacie. 18 wers III pieśni "Piekła" kończy się słowami il ben de l’intelletto [3].

Po drugie, cytat z Fajdrosa to tylko część wypowiedzi Sokratesa, nie bardzo wiadomo, czemu w połowie urwanej [4]. Może bowiem - powiada on dalej - wcale nie jestem szalejącym Tyfonem, ale stworzeniem o naturze łagodniejszej i mającej w sobie coś boskiego. Brzydko zostawiać Sokratesa bez alternatywy. Sensu tej sokratejsko-tyfonowej aluzji trudno dociec. Kto tu jest szalejącym potworem? Cała ta kultura, która wydała Homera etc. etc. i która Orianę Fallaci napełnia dumą, czy tylko, banalnie, sama Oriana? A jeśli Oriana, to czy żeby powiedzieć: czego się głupia babo wściekasz?, trzeba zaraz zacytować Platona?

Po trzecie, przywoływanie lekcji Dantego w kontekście sporu o islam to ryzykowna gra. Owszem, pewne wyobrażenia z tradycji muzułmańskiej najprawdopodobniej przeniknęły do Boskiej komedii [5]. Nadto Dante nie był dla muzułmanów przesadnie srogi. Trzech z nich, Awerroesa, Awicennę i Saladyna, wielkodusznie umieścił w przedpieklu, limbo (Inf. IV) [6]. Doceniał także skromność muzułmanek, które w odróżnieniu od florenckich niewiast nie odsłaniały bezwstydnie piersi (Purg. XXIII, w. 100-105). Ba, skłonny był nawet przyznać, że aczkolwiek islam to wiara fałszywa, za jego rosnące wpływy odpowiada głównie zepsucie Kościoła (Parad. XV, w. 142-144). Niemniej sam Mahomet i jego zięć Ali to dla Dantego tylko heretycy (islam uważano wtedy czasem za herezję chrześcijańską!) w pełni zasługujący na katusze w piekle, i to w jego sroższych rejonach (dziewiąta czeluść ósmego kręgu). Snują się tam ci "siewcy schizmy i zgorszenie świata" rozpłatani, z potwornymi i nigdy niezabliźniającymi się ranami, ponieważ "waśni wzniecali" (Inf. XXVIII, w. 35-6).

Po czwarte, pomijając już tę drobnostkę, że do stu lat Moby Dickowi wypadałoby dodać jeszcze pół wieku, parabola z "amerykańską książką dla chłopców" to kolejna zagadka. James Gilligan napisał przytoczone przez Tokarską-Bakir zdania na marginesie rozważań o przemocy w amerykańskiej rodzinie (także w swojej). W tym ujęciu Izmael to tylko uniwersalna figura świadka [7]. Jak to się ma do Oriany Fallaci czy do islamu? Przez chwilę myślałem, że to może metafora wielkiej rodziny człowieczej, w której Ahabowie-Oriany tropiąc z zaciekłością zło prowadzą wszystkich do zguby. Jednak akcent został ostatecznie położony nie na Ahaba, lecz na tego nieszczęsnego Izmaela, który przecież żadnym Izmaelem nie jest, z Arabami zaś i z islamem nie ma literalnie nic wspólnego [8].

Zatem albo jest to jeszcze jedno niepojęte szaleństwo kompulsywnej erudycji, albo też Joanna Tokarska-Bakir w ogóle Melville'a nie czytała [9], więc skończyło się na grze luźnych skojarzeń - powierzchownych i pozbawionych sensu.

[1] Joanna Tokarska-Bakir, Porno-grafia, "Res Publica Nowa", marzec 2002, s. 64-67. Dalej cytuję jako Porno-grafia.

[2] Zob. Suheil Bushrui, Joe Jenkins, Kahlil Gibran. Man and Poet, Oneworld Publications 2008, np. strony 29, 77, 169 i n., 201 i n. i 211 i n. Pisownia "Kahlil" (zamiast poprawnego Khalil) zaczęła być używana przez samego Gibrana po emigracji do Ameryki, podobno wskutek nalegań nauczyciela w bostońskiej szkole (przypis 1 na s. 299).

[Dopisek] Pan Adam Leszkiewicz zwrócił mi uprzejmie uwagę, że zwrot "syn Allaha" brzmi bardzo niemuzułmańsko, ponieważ Allah nie ma synów. "On jest nazbyt wyniosły, by mieć syna!" (Koran, sura 4, werset 171; w przekładzie Józefa Bielawskiego). Wprawdzie nie jest to jeszcze szirk, grzech bałwochwalstwa (w Koranie ten werset skierowany jest do chrześcijan czczących Jezusa), ale peryfraza co najmniej niezręczna. Joanna Tokarska-Bakir powtórzyła ją za Orianą Fallaci, natomiast skomentowała osobliwie: "zwróćmy uwagę na to określenie, zbudowane przez analogię do dobrze znanego przekleństwa". Przyszłoby wam coś takiego do głowy?

[3] Dante Alighieri, La Divina Commedia. Inferno, redakcja Natalino Sapegno, La Nuova Italia, Florencja 1989, s. 31. Tu i dalej polski przekład Boskiej komedii cytuję za łatwo dostępnym wydaniem: Dante Alighieri, Boska Komedia, przełożył Edward Porębowicz, Ossolineum, Wrocław 1977.

Nb. Wergiliusz wypowiada te słowa, gdy przerażony Dante czyta na bramie piekła słynny napis: "Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate" ("Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją..."). Teraz zaś zamiast czterech słów dam wam z jego przemowy całe dwie tercyny:

"«Mistrzu - szepnąłem - z tych słów groza świta!»"

A on mi na to, jak człowiek świadomy:

«Tu oczyść serce podłością zatrute,

Tu zabij w sobie wszelki strach znikomy.

Do miejsc my przyszli, gdzie czynią pokutę

Owi, com mówił, boleści dziedzice,

Duchy ze skarbu poznania wyzute»".
A dla koneserów jeszcze oryginał:

"per ch’io: «Maestro, il senso lor m’è duro.»

Ed elli a me, come persona accorta:

«Qui si convien lasciare ogni sospetto;

ogni viltà convien che qui sia morta.

Noi siam venuti al loco ov’i’ t’ho detto

che tu vedrai le genti dolorose

c’hanno perduto il ben de l’intelletto.»" (Inf. III, w. 12-18).

[4] Fajdros nie zachował się we fragmentach, toteż użycie przez Joanną Tokarską-Bakir zwrotu "fragment 230a" jest przykrym świadectwem ignorancji. Te umieszczone z reguły na marginesie oznaczenia to paginacja Stephanusa, wskazująca położenie przywoływanego miejsca w trzytomowej szesnastowiecznej edycji dzieł Platona drukowanej w oficynie Henryka Estienne'a (młodszego), znanego także jako Henricus Stephanus.

[5] Od czasu klasycznych prac Miguela Asina Palaciosa jest to wątek zawsze brany pod uwagę, ale też często wyolbrzymiany. Zazwyczaj wskazuje się na Kitab al-Miradż, Księgę wniebowstąpienia, opisującą cudowną nocną podróż Mahometa z Mekki do Jerozolimy. Została ona pod koniec trzynastego wieku przełożona na łacinę i Dante mógł ją znać za pośrednictwem swego nauczyciela, Brunetto Latiniego (którego jednak jako sodomitę umieścił w trzecim rejonie siódmego kręgu piekła; Inf. XV, w. 30-33). Zob. Miguel Asín Palacios, Islam and the Divine Comedy, przekład i skrót Harold Sutherland, Routledge 1968, s. 252 i n.

[6] Awerroes i Awicenna pojawiają się w towarzystwie Arystotelesa, Platona etc. po prostu jako uczeni. Natomiast Saladyna uważał Dante za szlachetnego pogańskiego władcę, którego jedynie niesprzyjające okoliczności odstręczyły od prawdziwej wiary. Zob. R. W. Southern, Dante and Islam, [w:] Relations Between East and West in the Middle Ages, redakcja Derek Baker, Edinburgh University Press, 1973, s. 135 i n.

[7] "Chyba w każdej rodzinie, w której panuje przemoc, jest jakiś Izmael, który przechowuje pamięć o niej i przekazuje tę historię innym" (James Gilligan, Wstyd i przemoc. Refleksje nad śmiertelną epidemią, przełożył Andrzej Jankowski, Media Rodzina, Poznań 2001, s. 30). Akapit, który zacytowała Tokarska-Bakir, znajduje się bezpośrednio przez tym zdaniem na tej samej stronie.

A dla koneserów jeszcze oryginał:

"Probably no American novel speaks more powerfully to the tragic flaw of violence in the American character than does Herman Melville’s masterpiece, Moby-Dick. In the novel, Captain Ahab, who embodies the purest, most extreme example of one strain in our national character, becomes convinced that Moby-Dick, the great white whale, is the embodiment of evil. Ahab pursues Moby-Dick in the mad conviction that if only he can find him and kill him, he will have attained justice and destroyed evil. The voyage of Ahab and his men, aboard the Pequod, is the story of that tragic quest which ends in the destruction of Ahab and his entire crew, except for Ishmael, it is he alone who returns to bear witness.

Perhaps in every family where there is violence, there is an Ishmael, the bearer of the tale, the one who tells the story" (James Gilligan, Violence. Reflections on a National Epidemic, Vintage Books, Nowy Jork 1997, s. 15).

[8] Narrator Moby Dicka w gruncie rzeczy pozostaje anonimowy. Słynne "Call me Ishmael" otwierające pierwszy rozdział (w polskim przekładzie Bronisława Zielińskiego niezbyt zręcznie oddane jako "Imię moje: Izmael"; Herman Melville, Moby Dick czyli Biały Wieloryb, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1961, s. 21) nie wyklucza, że to tylko wybrany przez narratora pseudonim. "Ściśle biorąc, narrator nie mówi, że Izmael jest jego imieniem, ani nawet, że Izmael to przezwisko, jakim go nazywają" (zob. Paul Brodtkorb, Ishmael's White World. A Phenomenological Reading of Moby Dick, Yale University Press 1965, s. 123). Oczywiście, biblijne konotacje takiego pseudonimu są nieuniknione. Z tym, że nie chodzi w tym wypadku o jakiekolwiek "arabskie" skojarzenia, ale o to, że narrator postrzega siebie jako samotnego wędrowca i obserwatora postawionego wobec wydarzeń, na które nie ma wpływu, ale które stają się jego losem (zob. April Gentry, Lisa Paddock, Carl Rollyson, Critical Companion to Herman Melville. A Literary Reference to His Life and Work, Facts On File Pub 2007, s. 158-159).

Zbiegiem okoliczności w tym samym numerze "Res Publiki Nowej" zaraz po felietonie Tokarskiej-Bakir wydrukowano ciekawy esej Łukasza Sommera, Gryzipiórek i żywioły. O narratorze Moby Dicka. W ujęciu tego autora narrator-Izmael to niedowiarek o wyobraźni ukształtowanej przez protestantyzm, a także "autoironiczny mądrala, melancholik, egocentryk i mól książkowy - po prostu nieuleczalny inteligent". Pseudonim zaś wybrał sobie nie z uwagi na jakiekolwiek arabskie sympatie, lecz najprawdopodobniej uznając w biblijnym Izmaelu "patrona mimowolnych wyrzutków, outsiderów i postaci z bocznego toru" (s. 76).

[9] [Dopisek po latach] Dziś już udawanie, że czytało się Melville'a, to żaden wstyd. Nawet laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, Bob Dylan, wziął do swojego wykładu noblowskiego kilka frazesów o Moby Dicku z internetowego serwisu z brykami dla studentów. Przyjemnie więc pomyśleć, że u nas takie rzeczy robiło się wcześniej niż w Ameryce.