EBENEZER ROJT

Joanna Tokarska-Bakir wychowuje Orianę Fallaci
albo o ironii imion

W odpowiedzi na "Wściekłość i dumę" Oriany Fallaci (artykuł, nie późniejszą książkę) Joanna Tokarska-Bakir napisała felieton [1]. Wspomniała w nim o "myśleniu magicznym" i objaśniła, o co chodzi w rytualnych przekleństwach, a także policzyła, ile razy Fallaci użyła słów "kutas" i "dupa". Etnografowie czasem lubią się w ten sposób poznęcać nad dzikimi, których badają, ale artykuł Fallaci w istocie był miejscami tak nieznośnie histeryczny, że trudno mieć o te przytyki pretensję. Ponieważ jednak dzika Oriana przede wszystkim sponiewierała islam, trzeba było na koniec ten islam otrzepać, przemyć mu buzię i pokazać, że on też nie od macochy. To znaczy - też w geniuszy obfity, więc w sumie nie gorszy od kultury europejskiej, a nawet mający na nią znaczny wpływ. I tu już zaczęły się schody.

Najpierw Tokarska-Bakir zgrabnie zacytowała jedną z wielu złotych i szlachetnych myśli Khalila Gibrana, ale opatrzyła ją taką oto bałamutną uwagą: "Kto to powiedział? Niestety, kolejny "syn Allaha", Khalil Gibran" (s. 66). Rzecz w tym, że Khalil Gibran, rówieśnik Jaspersa i Kafki, nie był żadnym "synem Allaha", nie był muzułmaninem! Trudno byłoby go nawet uznać za coś w rodzaju islamskiego heretyka. Miał korzenie maronickie i w tym obrządku został ochrzczony, choć naturalnie w jego późniejszym synkretycznym podejściu można też bez trudu znaleźć na przykład wpływy sufickie [2].

Pointa wyszła jeszcze dziwaczniej. Nie jest ona wprawdzie gęsta od myśli, ale na wszelki wypadek zacytuję ją w całości:

Autorka deklaruje swoją dumę, płynącą z faktu przynależności do kultury, która wydała "Homera, Sokratesa, Platona, Arystotelesa, Fidiasza". Szczególnie ucieszył mnie ten Sokrates. Gdyby Fallaci wzięła do ręki Platońskiego Fajdrosa, może by właśnie Sokrates zdołał ją czym zainspirować? A nuż trafiłaby na fragment 230a: "Badam samego siebie, czy ja przypadkiem nie jestem potworem bardziej rozszalałym niż Tyfon"? A może wolałaby raczej lekcję od Dantego? Jak pamiętamy, na początku Boskiej komedii poeta zabłądził w lesie. Co go uratowało? Nie zaklęcia ani klątwy, nie prośby ni groźby. Uratowało go pojawienie się Wergiliusza, w którym wielu domyśla się głosu rozumu. A także zstąpienie do piekieł, w których przekonał się, że prawdziwym złem wcale nie są inni, ale dopiero utrata nadziei i zaprzepaszczenie "dobra intelektu" (il bene del inteletto).

Rozwścieczonego człowieka trudno skłonić do introspekcji. To już ostatnia próba. Jest taka amerykańska książka dla chłopców, wciąż "kultowa", choć pochodzi sprzed stu lat. Oto, co napisał o niej James Gilligan: "Prawdopodobnie nie ma drugiej amerykańskiej powieści, która ową tragiczną skazę naszego charakteru, jaką jest skłonność do przemocy, przedstawiałaby dobitniej niż arcydzieło Hermana Melville'a Moby Dick. W powieści tej kapitan Ahab, który jest ucieleśnieniem, najczystszym i najjaskrawszym przykładem owej cechy, dochodzi do przekonania, że Moby Dick, ogromny biały wieloryb, jest wcieleniem zła. Ściga go więc po morzach i oceanach, opętany myślą, że jeśli uda mu się go znaleźć i zabić, zniszczone zostanie zło i zatryumfuje sprawiedliwość. Ten tragiczny pościg statkiem "Pequod" kończy się unicestwieniem Ahaba i prawie całej załogi; z życiem uchodzi tylko jeden człowiek, Izmael, który ma dać świadectwo temu, co się stało". Co za ironia: ocalony nosi to samo imię, co brat Izaaka, pierworodny syn Hagar i Abrahama, biblijny przodek wszystkich Arabów (s. 67).
Cztery krótkie komentarze.

Po pierwsze, jeśli już cytuje się Boską komedię w oryginale, nie wypada robić trzech literówek w czterowyrazowym cytacie. 18 wers III pieśni "Piekła" kończy się słowami il ben de l'intelletto.

Po drugie, cytat z Fajdrosa to tylko część wypowiedzi Sokratesa, nie bardzo wiadomo, czemu w połowie urwanej [3]. Może bowiem - powiada on dalej - wcale nie jestem szalejącym Tyfonem, ale stworzeniem o naturze łagodniejszej i mającej w sobie coś boskiego. Brzydko zostawiać Sokratesa bez alternatywy. Sensu tej sokratejsko-tyfonowej aluzji trudno dociec. Kto tu jest szalejącym potworem? Cała ta kultura, która wydała Homera etc. etc. i która Orianę Fallaci napełnia dumą, czy tylko, banalnie, sama Oriana? A jeśli Oriana, to czy żeby powiedzieć: czego głupia babo się wściekasz?, trzeba zaraz zacytować Platona?

Po trzecie, przywoływanie lekcji Dantego w kontekście sporu o islam to ryzykowna gra. Owszem, pewne wyobrażenia z tradycji muzułmańskiej najprawdopodobniej przeniknęły do Boskiej komedii [4]. Nadto Dante nie był dla muzułmanów przesadnie srogi. Trzech z nich, Awerroesa, Awicennę i Saladyna, wielkodusznie umieścił w przedpieklu, limbo (Inf. IV) [5]. Doceniał także skromność muzułmanek, które w odróżnieniu od florenckich niewiast nie odsłaniały bezwstydnie piersi (Purg. XXIII, w. 100-105). Ba, skłonny był nawet przyznać, że aczkolwiek islam to wiara fałszywa, za jego rosnące wpływy odpowiada głównie zepsucie Kościoła (Parad. XV, w. 142-144). Niemniej sam Mahomet i jego zięć Ali to dla Dantego tylko heretycy (islam uważano wtedy czasem za herezję chrześcijańską!) w pełni zasługujący na katusze w piekle, i to w jego sroższych rejonach (dziewiąta czeluść ósmego kręgu). Snują się tam ci "siewcy schizmy i zgorszenie świata" rozpłatani, z potwornymi i nigdy niezabliźniającymi się ranami, ponieważ "waśni wzniecali" (Inf. XXVIII, w. 35-6).

Po czwarte, pomijając już tę drobnostkę, że do stu lat Moby Dickowi wypadałoby dodać jeszcze pół wieku, parabola z "amerykańską książką dla chłopców" to kolejna zagadka. James Gilligan napisał przytoczone przez Tokarską-Bakir zdania na marginesie swych rozważań o przemocy w amerykańskiej rodzinie, także w swojej [6]. W tym ujęciu Izmael to tylko figura świadka ("Zapewne w każdej rodzinie, w której jest przemoc, jest Izmael, świadek, który opowiada"). Jak to się ma do Oriany Fallaci czy do islamu? Przez moment myślałem, że to może wielka metafora wielkiej rodziny człowieczej, w której Ahabowie-Oriany tropiąc z zaciekłością zło prowadzą wszystkich do zguby. Jednak akcent został ostatecznie położony nie na Ahaba, lecz na tego nieszczęsnego Izmaela, który przecież żadnym Izmaelem nie jest, z Arabami zaś i z islamem nie ma literalnie nic wspólnego [7]. Tak więc albo jest to jeszcze jedno niepojęte szaleństwo kompulsywnej erudycji, albo też Joanna Tokarska-Bakir w ogóle Melville'a nie czytała, zastępując lekturę luźną grą skojarzeń pozbawionych jakiegokolwiek sensu.

[1] Joanna Tokarska-Bakir, Porno-grafia, "Res Publica Nowa", marzec 2002, s. 64-67.

[2] Zob. Suheil Bushrui, Joe Jenkins, Kahlil Gibran. Man and Poet, Oneworld Publications 2008, np. strony 29, 77, 169 i n., 201 i n. i 211 i n. Pisownia "Kahlil" (zamiast poprawnego Khalil) zaczęła być używana przez samego Gibrana po emigracji do Ameryki, podobno wskutek nalegań nauczyciela w bostońskiej szkole (przypis 1 na s. 299).

[3] Fajdros nie zachował się we fragmentach. Określenie "fragment 230a" to jedynie niezbyt zręczne przywołanie podziału tekstu z edycji Stephanusa z 1578 roku.

[4] Od czasu klasycznych prac Miguela Asina Palaciosa jest to wątek zawsze brany pod uwagę, ale często też wyolbrzymiany. Zazwyczaj wskazuje się na Kitab al-Miradż, Księgę wniebowstąpienia, opisującą cudowną nocną podróż Mahometa z Mekki do Jerozolimy. Została ona pod koniec trzynastego wieku przełożona na łacinę i Dante mógł ją znać za pośrednictwem swego nauczyciela, Brunetto Latiniego (którego jednak jako sodomitę umieścił w trzecim rejonie siódmego kręgu piekła; Inf. XV, w. 30-33). Zob. Miguel Asín Palacios, Islam and the Divine Comedy, Routledge 1968, s. 252 i n.

[5] Boską komedię cytuję za wydaniem: Dante Alighieri, Boska Komedia, przeł. Edward Porębowicz, Ossolineum, Wrocław 1977. Awerroes i Awicenna pojawiają się w towarzystwie Arystotelesa, Platona etc. po prostu jako uczeni. Natomiast Saladyna uważał Dante za szlachetnego pogańskiego władcę, którego jedynie niesprzyjające okoliczności odstręczyły od prawdziwej wiary. Zob. R. W. Southern, Dante and Islam, [w:] Relations Between East and West in the Middle Ages, Derek Baker (ed.), Edinburgh University Press, 1973, s. 135 i n.

[6] Cytat pochodzi z: James Gilligan, Violence. Reflections on a National Epidemic, Vintage Books 1997, s. 15.

[7] Narrator Moby Dicka w gruncie rzeczy pozostaje anonimowy. Słynne "Call me Ishmael" otwierające pierwszy rozdział (w polskim przekładzie Bronisława Zielińskiego niezbyt zręcznie oddane jako "Imię moje: Izmael"; Herman Melville, Moby Dick czyli Biały Wieloryb, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1961, s. 21) nie wyklucza, że to tylko wybrany przez narratora pseudonim. "Ściśle biorąc, narrator nie mówi, że Izmael jest jego imieniem, ani nawet, że Izmael to przezwisko, jakim go nazywają" (zob. Paul Brodtkorb, Ishmael's White World. A Phenomenological Reading of Moby Dick, Yale University Press 1965, s. 123). Oczywiście, biblijne konotacje takiego pseudonimu są nieuniknione. Z tym, że nie chodzi w tym wypadku o jakiekolwiek "arabskie" skojarzenia, ale o to, że narrator postrzega siebie jako samotnego wędrowca i obserwatora postawionego wobec wydarzeń, na które nie ma wpływu, ale które stają się jego losem (zob. April Gentry, Lisa Paddock, Carl Rollyson, Critical Companion to Herman Melville. A Literary Reference to His Life and Work, Facts On File Pub 2007, s. 158-159). Zbiegiem okoliczności w tym samym numerze "Res Publiki Nowej" zaraz po felietonie Tokarskiej-Bakir wydrukowano ciekawy esej Łukasza Sommera, Gryzipiórek i żywioły. O narratorze Moby Dicka. W ujęciu tego autora narrator-Izmael to niedowiarek o wyobraźni ukształtowanej przez protestantyzm, a także "autoironiczny mądrala, melancholik, egocentryk i mól książkowy - po prostu nieuleczalny inteligent". Pseudonim zaś wybrał sobie nie z uwagi na jakieś arabskie sympatie, lecz najprawdopodobniej uznając w biblijnym Izmaelu "patrona mimowolnych wyrzutków, outsiderów i postaci z bocznego toru" (s. 76).