EBENEZER ROJT

Magdalena Środa przepisuje cichcem od Juliana Tuwima
albo wiedźma, która nie wiedziała za dużo

A wie pani, powiem, że... powiem pani, że rzeczywiście na nasze [feministyczne] zjazdy, może nie w Krakowie, ale już w innych miejscach, w Mądralinie, przyjeżdżała... pewna czarownica, prosto z Salem, i uczyła nas... nas różnych rzeczy...
- Jakich?
- Och, różnych rzeczy, wszystkiego nie mogę powiedzieć.
- No to chociaż jedną.
- Bo jesteśmy związane tajemnicą i każda z nas ma dyplom.
- Składałyście przysięgę, że nie powiecie?
- Oczywiście, że tak. Ale w każdym razie w noc yyy... Walpurgii albo w głęboką noc bogini Hekate spotykamy się i... gry i wtajemniczenia trwają do samego rana. Efekty tego widać oczywiście potem w życiu politycznym przez następnych sześć miesięcy (Magdalena Środa w programie Magdaleny Mołek "W roli głównej", TVN Style 2008, sezon 2, odcinek 8; w okolicy 8-9 minuty).
Z tą dyplomowaną wiedźmą to (mam nadzieję) tylko taki żarcik liberalnej ironistki. Ale gdy Magdalena Środa jeszcze nie była profesorką, lecz zwykłą - choć już przeszło czterdziestoletnią - doktorką, pisała o wiedźmach androny z całkowitą powagą.
Niepodobna już dziś określić liczby kobiet zamordowanych w samej tylko Europie; "Skrupulatne szacunki oscylują między setkami tysięcy a jednym milionem" - pisze Kurt Baschwitz. Być może było ich znacznie więcej (niektórzy oceniają, że do siedmiu milionów), być może mniej. Nikt nigdy jednak nie poczuł się odpowiedzialny za te mordy, nikt nigdy nie potępił publicznie tej zorganizowanej nienawiści do kobiet (choć potępiono niektóre z działań inkwizycji). Dzieje polowań na czarownice weszły "między bajki", i tak się je dzisiaj traktuje: z przymrużeniem oka. Trzeba jednak pamiętać: palono na stosach i męczono nie przestępców, lecz "czarownice"; palone na stosach byłyśmy więc my - kobiety... [1].
Artykuł My - wiedźmy, którego ostatni akapit właśnie przeczytaliście, Wikipedia jeszcze przez wiele lat zaliczała do podstawowego dorobku Magdaleny Środy, więc najwyraźniej nie była to jakaś pomniejsza i niechlujna chałtura.

Środa oburzała się na traktowanie polowań na czarownice z przymrużeniem oka, jakby to były bajki. Ale to właśnie jej artykuł przedstawiał je w sposób całkowicie bajkowy!

Owszem, Kurt Baschwitz rzeczywiście napisał, że liczba ofiar tych polowań oscyluje "między setkami tysięcy a jednym milionem". Tyle że książka, w której to napisał, zawiera dane od pół wieku nieaktualne [2]. Gdy doktorka Środa przymierzała się do pisania o wiedźmach, historycy szacowali liczbę ofiar już nie na setki tysięcy, nie na milion, a tym bardziej nie na całkowicie fantastyczne miliony w liczbie mnogiej, lecz na mniej więcej połowę jednej takiej setki.

Większość wcześniejszych szacunków liczby osób straconych za czary była z pewnością zawyżona, a często niegdyś cytowana liczba dziewięciu milionów była zawyżona wręcz absurdalnie. Obecnie panuje zgoda co do tego, że w latach 1450-1750 stracono za czary od 40 000 do 50 000 osób, z czego znaczną część w okresie stosunkowo intensywnych polowań na osoby podejrzane o czarostwo, przypadającego mniej więcej na lata 1580-1660. Jeśli zaś wziąć pod uwagę wszechobecność czynników, które na ogół uznaje się za przyczyny tego szaleństwa, to problemem staje się ustalenie, dlaczego doszło do tak niewielu egzekucji [3].
Dla moralistki liczby nie są najważniejsze. Zbrodnia pozostaje zbrodnią niezależnie od tego, czy dotyka 50 tysięcy niewinnych osób, czy tylko 50. Jednak gdy ma się ambicję - jak doktorka Środa - przedstawiać procesy społeczne w rodzaju wielowiekowej "zorganizowanej nienawiści do kobiet", właśnie liczby stają się decydujące. Ale wtedy też pojawia się to intrygujące pytanie: skoro nienawiść ta była powszechna, a możliwości prześladowania kobiet niemal nieograniczone, to dlaczego ofiar było tak niewiele?

Nie jest też prawdą, że nikt nigdy nie potępił polowań na czarownice. Już przeszło czterysta lat temu jako pierwsza zrobiła to (nie spodziewaliście się, prawda?) hiszpańska inkwizycja. Pisze o tym nawet Baschwitz, czego jednak Magdalena Środa w jego książce nie doczytała.

Stało się tak w wyniku badań, które Alonso de Salazar Frías przeprowadził na zlecenie Supremy, Rady Najwyższej hiszpańskiej inkwizycji (Consejo de la Suprema y General Inquisición), ze wzorową skrupulatnością ("toteż dzieło jego zachowało wartość naukową po dzień dzisiejszy", Baschwitz, s. 193). W swym sprawozdaniu podkreślił, że po przebadaniu prawie dwóch tysięcy osób podejrzewanych o czary, nie znalazł żadnego wiarygodnego wypadku czarostwa. Uznał, że wszystkie, co do jednego, wzięły się z urojeń, mitomanii oraz fałszywych oskarżeń.

Sprawozdanie odniosło skutek. Doprowadziło ono do całkowitego zaniechania procesów czarownic w Hiszpanii (od 1614 r.). Suprema opracowała szczegółową instrukcję w trzydziestu dwóch punktach, która pouczała inkwizytorów, jak mają postępować w przypadkach oskarżeń o występek czarostwa. Jednocześnie umorzono wszystkie będące w toku procesy czarownic. Przyznano też otwarcie, że ofiarom auto-da-fe w Logroño stała się krzywda. Mienie ich zwrócono spadkobiercom. Na przyszłość podstawą do wyroku skazującego miały być nie własne zeznania domniemanych czarownic, do których nie należało przywiązywać żadnej wagi, lecz konkretne dowody rzeczywiście popełnionego przestępstwa (Baschwitz, s. 195; w przekładzie i jego niemieckiej podstawie 'Logrono' bez tyldy; wyróżnienie moje).
Również w protestanckim Salem - tego od czarownicy "prosto z Salem" rozdającej dyplomy polskim wiedźmom i do dziś będącego w Ameryce symbolem polowań na czarownice - po wcześniejszej histerii nastąpiło otrzeźwienie.
Nie puszczono bowiem w niepamięć okresu mrocznego zaślepienia i morderstw sądowych i nie pokrywano go milczeniem, lecz poczuwano się do winy, okazywano skruchę i oddawano się pokucie (Baschwitz, s. 369).
Czyżby zatem doktorka Środa nawet tego przestarzałego Baschwitza przekartkowała bardzo, ale to bardzo wybiórczo?

Chyba tak, bo tu i ówdzie jeszcze poszachrowała z tym, co w jego książce wyczytała. "W fanatyzmie Bodina i innych inkwizytorów dużą z pewnością rolę odgrywały zaburzenia (lub potrzeby) seksualne". Ale Jean Bodin nie był inkwizytorem. "Słynny mnich Paracelsus". Ale Paracelsus nie był mnichem. Baschwitz nie cytował naocznego świadka przesłuchań (a więc może i gwałtów w czasie tortur), który twierdził, że na końcu "brano się za ślicznotki" - jak podaje Środa. Cytował świadka, który jedynie słyszał, że "mówią" (ale nie wiadomo kto), że kiedy skończą ze starymi kobietami, to "zabiorą się wówczas do ślicznotek" (ale nie wiadomo, czy się zabrali) (Baschwitz, s. 125).

We wszystkich tych szachrajstwach chodzi, ma się rozumieć, o takie przedstawienie wydarzeń, by nawet dla prostej czytelniczki "Wysokich Obcasów" stało się jasne, że były to wyłącznie "kościelne polowania na czarownice". Właśnie dlatego pojawiają się tam ci fałszywi inkwizytorzy i mnisi. Również dlatego w całym tym sporym artykule nie pada ani razu słowo "protestantyzm", choć wiadomo, że protestanci co najmniej nie ustępowali katolikom w gorliwości wyszukiwania czarownic. Tym bardziej, że dla nich, jako dla wyznawców zasady sola scriptura, już samo starotestamentowe "Nie pozwolisz żyć czarownicy" (Wj 22,17) było wystarczającym argumentem.

Nic więc dziwnego, że największe nasilenie polowań przypada nie na czasy średniowiecznej katolickiej Christianitatis, ale na lata 1580-1660. Nic też dziwnego, że to nie katolicy, ale właśnie protestanci znacznie chętniej palili kobiety [4]. Środa wiele pisze o torturach, ale znów - torturują u niej wyłącznie inkwizytorzy, choć to akurat przepisy władzy świeckiej zalecały większy użytek z tortur [5]. Jej artykuł nie jest więc z pewnością wzorem uczciwości intelektualnej [6].

Do tego dochodzi jeszcze zwyczajne niechlujstwo.

Słynny Młot na czarownice nie ukazał się w cztery lata po bulli Summis desiderantes affectibus, jak podaje Środa, lecz w dwa lata później. Baschwitz pisze o tym na stronie 81. Nie wynika też z jego książki, że "Obraz sabatu czarownic wszedł do historii sądownictwa już w związku z wielkim procesem, który toczył się przeciwko templariuszom w Tuluzie w 1335 roku", bo to nonsens - w roku 1335 templariusze już od dwudziestu lat nie istnieli. Co naprawdę napisał o procesie w Tuluzie możecie przeczytać w przypisie [7].

A teraz powiem wam rzecz najzabawniejszą. Otóż niemal równie często, jak do przestarzałego Baschwitza, doktorka Środa sięgała w swym artykule do jeszcze bardziej przestarzałych i amatorskich Czarów i czartów polskich Juliana Tuwima (pierwsze wydanie w roku 1924). Tak, tego Tuwima. O ile jednak o Baschwitzu dwukrotnie wspomniała, o tyle o Tuwimie ani mru-mru. I nic dziwnego. Nie była w końcu głupczynią, więc zdawała sobie sprawę, że to wstyd korzystać w poważnej sprawie z tak niepoważnego źródła [8].

Trzy przykłady.

To Julian Tuwim:

Daremnie siliłbym się na wyliczanie nieskończonego mnóstwa objawów wiary zabobonnej i wszystkich rozpowszechnionych w Polsce za dawnych czasów guseł i przesądów. Z każdą niemal czynnością związany był jakiś zabobon, w każdym fakcie dopatrywano się sprężyn i nici tajemnych, roiło się od przestróg, wróżb, prognostyków, zażegnywań i przepowiedni. Wróżono z wosku i ołowiu lanego, z wody milczącej przed wschodem, z pierścienia rzuconego na ziemię, z lotu ptaków, z popiołu [9].
A to już Magdalena Środa. Trochę wprawdzie pozmieniała, ale nie aż tak wiele, by po Tuwimie nie pozostał ślad.
Daremnie byłoby wyliczać wszystkie gusła i objawy zabobonnej wiary. Każda niemal czynność związała się z jakimś tajemnym znaczeniem, wszędzie dopatrywano się przepowiedni, wróżb, prognostyk, zła, przekleństwa lub znaków pomyślnych. [...] Wróżono z wosku i ołowiu, z wody wschodniej i zachodniej, z lotu ptaków, z popiołów, z łajna, z pierścienia, z ręki.
To Tuwim:
Zeznania wydobywano "wodą, octem, laniem wrzącego oleju w gardło, smarowaniem siarką, smołą, gorającą słoniną, głodem, pragnieniem wielkim, przyłożeniem na pępek myszy, sierszeni abo jakich innych jadowitych chrobaków, nakrytych bańką, ażeby tak, gdyby wyniść nie mogli, ciało cierpiącego dręczyli" (Tuwim, s. 59).
A to Środa. Ponieważ Tuwim dał cudzysłów (bo sam kogoś cytował), akurat tym razem powinna była przepisać ten cytat słowo w słowo, ale nie bardzo jej to wyszło.
Zeznania wydobywano "wodą, octem, laniem wrzącego oleju w gardło, smarowaniem siarką, smołą, gorącą słoniną, przyłożeniem na pępek myszy, sierszeni albo jakich innych jadowitych robaków, nakrytych bańką, żeby tak wyniść nie mogły, ciało cierpiącego dręczyli".
To Tuwim:
W r. 1789 ekonom z Zagoyści pod Pińczowem "zdesperowany brakiem deszczu" kazał baby pławić [...]; w roku 1836 we wsi Chałupach (powiat wejherowski) zarzucono pięćdziesięcioletniej Cejnowej, że sczarowała rybaka Kąkola. Przez dziesięć dni bito ją, szarpano, kopano, potem pławiono i utopiono [...]; i jeszcze w r. 1872 we wsi Dżurkowie (powiat stanisławowski) pławiono na skutek posuchy wszystkie ze wsi kobiety (Tuwim, s. 58-59) [10].
A to Środa. Zachowałem dokładnie pisownię, bo tu z kolei poprzekręcała jeszcze więcej i dała cudzysłowy także tam, gdzie u Tuwima ich nie ma. Czyli od ręki halucynowała prawie tak dobrze, jak to dziś robi przeinwestowana AI [11].
Tzw. pławienie czarownic było polską specjalnością: w 1789 roku ekonom z Zagości pod Pińczowem "zdesperowany brakiem deszczu, zaczął baby pławić". W 1836 roku w Chałupach zarzucono piećdziesięcioletniej Cejnowej, że "sczarowała rybaka Kąkola", toteż "przez dziesięć dni bito ją, kopano, potem pławiono i utopiono". W 1872 roku we wsi Dżurkowa "pławiono na skutek posuchy wszystkie kobiety").
Na koniec jeszcze kilka uwag.

Androny Magdaleny Środy nie są żadną miarą oryginalne. Założycielski mit o dziewięciu milionach kobiet spalonych za czary (czy raczej wskutek "zorganizowanej nienawiści do kobiet") pojawił się już w czasie pierwszej fali feminizmu pod koniec XIX wieku. Była to od początku fantazja nie potwierdzona żadnymi badaniami. I jak na ironię, była to męska fantazja - jeden z wielu oświeceniowych fake newsów. Ten akurat pojawił się tuż przed wybuchem rewolucji francuskiej (w czasie której nb. w ciągu kilku lat zabito we Francji więcej kobiet, niż zdołano ich spalić w ciągu trzystu lat polowań na czarownice w całej Europie) [12].

Powtarzały tę męską fantazję również przedstawicielki drugiej fali feminizmu, czyli jeszcze całkiem niedawno. Ale jak tu nie epatować zmyślonymi wielkimi liczbami, gdy zgodnie z tymi prawdziwymi (patrz przypis 3) współczesna Europejka z większym prawdopodobieństwem może dziś zginąć w wypadku samochodowym, niż jej prapra...prababka mogła zginąć na stosie.

Nadto nieubłagany rozwój teorii gender stwarza dodatkowe problemy. O ile bowiem w najmodniejszych rozważaniach płeć bywa już nie tak rzadko niedookreślona, niebinarna, performatywna, płynna etc., o tyle w wypadku ofiar procesów o czary trzeba z konieczności cofnąć się do starych kategorii, gdy o płci decydowała biologia, by móc stwierdzić, że ofiary były płci niewątpliwie żeńskiej. Niezręcznie jest też dziś pisać o niegdysiejszych zabobonach, skoro istnienie kobiet ze "złym okiem" nie wydaje się bardziej fantastyczne niż istnienie kobiet z penisem.

Zresztą w Polsce i tak te wszystkie opowieści o wiedźmach, nawet tych z amerykańskim dyplomem prosto z Salem, zdadzą się psu na budę. Niedobry patriarchat zdążył bowiem już dawno ukraść tutaj kobietom także wiedźmy i dlatego najsłynniejszą polską wiedźmą jest teraz Wiedźmin.

[1] Magdalena Środa, My - wiedźmy - Magdalena Środa o kościelnym polowaniu na czarownice, wysokieobcasy.pl, 2 grudnia 2000. Dalej cytuję tę właśnie zarchiwizowaną i łatwo dostępną wersję internetową.

[2] Kurt Baschwitz, Czarownice. Dzieje procesów o czary, tłumaczył Tadeusz Zabłudowski, Wydawnictwo Cyklady, Warszawa 1999. Oszacowanie liczby ofiar na stronie 45. Dalej cytuję jako Baschwitz. W czasach PRL (wydania w latach 1963 i 1971) Czarownice wydawano ze względów propagandowych, a nie naukowych, o czym pośrednio świadczy nazwisko tłumacza, po wojnie pierwszego szefa cenzury.

Nb. Baschwitz nie był historykiem, lecz dziennikarzem i medioznawcą, zajmował się również psychologią mas, toteż podtytuł jego książki w wydaniu niemieckim - Die Geschichte eines Massenwahns und seiner Bekämpfung - zapowiada spojrzenie z takiej właśnie perspektywy.

[3] James Sharpe, Witchcraft in Early Modern England, second edition, Routledge, Londyn - Nowy Jork 2020, s. 5; wyróżnienie za oryginałem. A dla koneserów jeszcze sam ten oryginał:

"Certainly, most previous estimates of the number of persons executed as witches have apparently been exaggerated, the once much-quoted figure of nine million ludicrously so. The current consensus is that between 40,000 and 50,000 people were executed as witches between about 1450 and 1750, a large proportion of them in the period of relatively intense witch-hunting, which fell roughly between 1580 and 1660. It is almost beginning to seem that the problem, given the pervasiveness of the factors which are normally adduced as having caused the craze, is to work out why there were so few witch-burnings".

Cytuję wydanie drugie. W wydaniu pierwszym (Pearson Education 2001) konsensus został przedstawiony niemal identycznie: "The current consensus is that 40,000 people were executed as witches" (s. 6).

Zwracam uwagę, że w powyższym cytacie sformułowania "persons executed as witches" i "people [...] executed as witches" oznaczają zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Witch to może być również mężczyzna! Wprawdzie mężczyzn w istocie stracono mniej, lecz nie był to margines bez statystycznego znaczenia: szacuje się, że wśród ofiar mężczyźni stanowili 20-25%. Po takiej korekcie liczba kobiet straconych w czasie trzystu lat polowań na czarownice wyniesie od 30 000 do 40 000. Zob. też przypis niżej.

[4] Rolf Schulte podaje dokładne dane dla Świętego Cesarstwa Rzymskiego, z których wynika, że na terenach katolickich co najmniej 20% ofiar stanowili mężczyźni, a były też takie regiony, gdzie stanowili większość ofiar. Natomiast na terenach protestanckich liczba męskich ofiar nigdzie nie przekraczała 18%, a nierzadko była to liczba jednocyfrowa. Zob. Rolf Schulte, Man as Witch. Male Witches in Central Europe, przekład Linda Froome-Döring, Palgrave Macmillan 2009, tabela 3.3 na stronie 67.

[5] Janusz Tazbir tak objaśniał, co kształtowało w kulturze staropolskiej potoczne wyobrażenie mąk piekielnych:

"Kaznodzieje czy autorzy pisemek dewocyjnych odwoływali się tu do realiów życia codziennego. Stąd też technika stosowanych przez diabłów tortur, początkowo dość prymitywna, ulega wzbogaceniu w miarę przenikania z sąsiednich Niemiec coraz bardziej wyrafinowanych narzędzi mąk oraz obowiązującej tam procedury (Constitutio Criminalis Carolina). Przewidywała ona częstsze niż dotąd posługiwanie się torturami, wśród których przypiekanie oskarżonego odgrywało nader istotną rolę" (Janusz Tazbir, Wizje przyszłości w kulturze staropolskiej, "Odrodzenie i Reformacja w Polsce" 1982, tom XXVII, s. 109; wyróżnienie moje).

[6] Już tylko w przypisie dodam (bo najpewniej wzięło się to z niewiedzy, nie zaś z próby nawiązania do tej tradycji), że artykuł Magdaleny Środy nie odbiega swoją wymową od tego, co pisano o Kościele i czarownicach w czasach III Rzeszy. W popularnej broszurce Matyldy Ludendorff (żony generała Ludendorffa) i Waltera Löhdego dręczona w lochach inkwizycji "ślicznotka" z obnażonymi piersiami pojawia się już na okładce. I już w tytule jest mowa o chrześcijańskim okrucieństwie wobec kobiet (niemieckich). Są tam także te niesamowite miliony ofiar.

"Ogólną liczbę ofiar «świętego» szaleństwa, szacowaną na 9-10 milionów, należy uznać raczej za zaniżoną niż zawyżoną"

Tym razem jednak za szaleństwo Kościoła odpowiada nie jakaś mglista "nienawiść do kobiet", lecz ma ono przyczynę bardzo konkretną: zażydzenie kościelnej doktryny:

"Kościół opierał się na swoim Piśmie Świętym, owej «pstrokatej, literackiej spuściźnie półbarbarzyńskiego ludu żydowskiego», i na tej podstawie dowodził realności diabłów, czarownic, czarnoksiężników i tym podobnych istot".

A dla koneserów oczywiście oryginał.

"Die mit 9-10 Millionen berechnete Gesamtzahl der Opfer des «heiligen» Wahnwitzes dürfte eher zu niedrig als zu hoch gegriffen sein".

"Die Kirche stützte sich auf ihre hl. Schrift, die «kunterbunte, literarische Hinterlassenschaft des halbbarbarischen Judenvolkes» und bewies daraus die Tatsächlichkeit der Teufel, Hexen, Zauberer und dergleichen mehr" (Dr. Mathilde Ludendorff, W.v.d. Cammer [Walter Löhde], Christliche Grausamkeit an deutschen Frauen, Ludendorffs Verlag, Monachium 1934, s. 7 i 3).

Nie wspominam już tutaj o H-Sonderauftrag (czasem H-Sonderkommando) Heinricha Himmlera, też bardzo oburzonego na kościelne prześladowania niemieckich kobiet, bo to sprawa bardzo u nas znana. Również dlatego, że rezultat pracy tego zespołu (Hexenkartothek) znajduje się obecnie w Archiwum Państwowym w Poznaniu.

[7] "Urojony obraz sabatu czarownic, płód imaginacji doświadczonych prześladowców kacerzy z południowej Francji, rozpowszechnił się już w tych czasach, jak o tym świadczą oskarżenia przeciw templariuszom. Wszedł do historii sądownictwa w związku z wielkim procesem, który toczył się w 1335 r. w Tuluzie i w którym przed sądem inkwizycyjnym stanęło sześćdziesięcioro troje mężczyzn i kobiet oskarżonych o herezję. Musieli oni przyznać, że wzlatywali na wierzchołki gór w Pirenejach, że modlili się tam do szatana, który ukazywał się im w postaci czarnego kozła, że uprawiali rozpustę, parali się z czartami i pożerali niemowlęta. Zakazane było przy tym na tych ucztach piekielnych używanie soli" (Baschwitz, s. 64).

Pierwsze zdanie mówi o innych wydarzeniach niż drugie. Natomiast osobie czytającej ze zrozumieniem powinna dać do myślenia już choćby obecność kobiet wśród osób oskarżonych w Tuluzie.

[8] Ryszard Gansiniec (tu podpisany jako Ganszyniec) w bardzo uprzejmej recenzji ("autor [...] posiada wszelkie dane do pracy naukowej") musiał jednak ostatecznie stwierdzić, że:

"W obecnej formie książka nie prowadzi badań dalej, raczej jest krokiem wstecz od mety już przed 70 latami osiągniętej [czyli krokiem wstecz od tego, co osiągnięto już w połowie XIX wieku!]. [...] Ogranicza się więc wartość książki do zalet literackich i stanowi okaz literatury kurjozów" ("Lud" 1924, seria II, tom III, s. 167).

[9] Julian Tuwim, Czary i czarty polskie oraz wypisy czarnoksięskie, Czytelnik, Warszawa 1960, s. 108. Dalej cytuję jako Tuwim. Cytuję dużo łatwiej dostępne powojenne wydanie także dlatego, że najprawdopodobniej właśnie z niego przepisywała doktorka Środa.

[10] Zdawać by się mogło, że powtarzanie za Tuwimem samych tylko konkretnych faktów to niewielkie ryzyko. Ale Tuwim często brał te "fakty" z gazet i w żaden sposób ich nie weryfikował. Nadto wierzył w rozmaite fałszerstwa, czy też mistyfikacje literackie - jak proces o czary w Nieszawie albo opowieść o straceniu czarownic w Doruchowie (Tuwim, s. 18, 44, 93 i 95). Za co akurat trudno go winić, bo zdemaskowano je ostatecznie dopiero po jego śmierci (zob. Janusz Tazbir, Z dziejów fałszerstw historycznych w Polsce w pierwszej połowie XIX wieku, "Przegląd Historyczny" 1966, zeszyt 4; autor niejednokrotnie wychodzi poza ramę czasową podaną w tytule).

Szkoda jednak, że tak zdawkowo potraktował historię ekonoma z Zagoyści, który "zdesperowany brakiem deszczu" kazał baby pławić. Tuwim przeczytał o niej we wspomnieniach hrabiego Wodzickiego, ale pominął jej zaskakujące zakończenie.

"Łatwo wystawić sobie oburzenie się moje i wstyd - pisał hrabia - że coś podobnego mogło się trafić przy schyłku tak filozoficznego wieku, jak nasz [tj. wieku XVIII]".

W wyniku jego interwencji ekonoma wprawdzie oddalono, ale cóż z tego, skoro:

"Na nieszczęście rodzaju ludzkiego, deszcz się następnego dnia opuścił i bardziej jeszcze prostaków utwierdził w błędzie; a że ziemi spragnionej rzęsistego jeszcze deszczu potrzeba, obawiać się należy; ażeby częściej nie robiono tej próby, równie kraj, ludzkość i wiek nasz hańbiącej" (Stanisław hr. Wodzicki, Wspomnienia z przeszłości od roku 1768 do roku 1840, Kraków 1873, s. 260, 262).

Nb. Marian Wawrzeniecki, ten który zmyślił proces o czary w Nieszawie, był także malarzem. Mógł więc i w tej dziedzinie wykorzystać wdzięczny motyw męczonych "ślicznotek", jak to zrobiła Magdalena Środa.

"W swoich obrazach Wawrzeniecki ze szczególną lubością przedstawiał sceny tortur, zadawanych przez inkwizycję lub w trakcie przesłuchań domniemanych czarownic. Nadawało to malowidłom wyraźnie antykościelny charakter, co z oczywistych względów musiało denerwować prasę i krytykę katolicką. Zwłaszcza «Kurier Warszawski» zarzucał jego obrazom lubowanie się w okrucieństwie podszytym sadystycznie potraktowaną erotyką. Istotnie, Wawrzeniecki ze szczególnym upodobaniem przedstawiał męki zadawane młodym, urodziwym i całkowicie nagim «wiedźmom». To samo cechowało literacką twórczość malarza, który relacje z tortur zwykł był przeplatać opisami orgii, jakie po nich następowały. W przeddzień egzekucji kaci mieli jakoby gwałcić swoje ofiary" (Janusz Tazbir, Wawrzeniecki i Żagiell jako twórcy falsyfikatów, "Nauka" 2006, nr 3, s. 46).

[11] Być może trochę przesadzam z tą pochwałą doktorki Magdaleny Środy, bo w tamtym czasie potrafił wyhalucynowywać cytaty również magister Michał Bilewicz. Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta notkę "Michał Bilewicz gubi fiszki albo cóż szkodzi trochę oszukać". Natomiast Karolina Opolska nie mieści się w tej klasyfikacji, gdyż jej inwencja ograniczyła się wyłącznie do naiwnego i bezgranicznego zawierzenia AI, która potem halucynowała już całkiem sama.

[12] Autorem fantazji o dziewięciu milionach spalonych czarownic był radca miejski z Quedlinburga, Gottfried Christian Voigt, a dziewięć milionów wyszło mu z prostej ekstrapolacji. Zaczął mianowicie od wiadomości, że w jego rodzinnym (i protestanckim) Quedlinburgu skazano na śmierć w latach 1569-1598 trzydzieści osób oskarżonych o czary, a potem zaczął mnożyć. Najpierw ile osób mogło w takim razie zostać skazanych w jego miasteczku i okolicy w ciągu całego stulecia, a potem ustalił (dość dowolnie), ile razy populacja całej Europy jest większa od ludności jego miasteczka i z tego otrzymał liczbę ofiar dla całej Europy, przemnożył to jeszcze przez jedenaście stuleci rozpanoszenia się w Europie chrześcijaństwa i w ten sposób doszedł do milionów.

Niestety, nie poprzestał na prywatnej zabawie rachunkowej, lecz w 1784 roku ogłosił tę bzdurę w "Berlinischen Monatsschrift" - i tak niemiecka nauka poszła w świat. Podobno za panowania Fryderyka II chętnie drukowano tam cokolwiek, byle było krytyczne wobec Kościoła katolickiego.

A dla koneserów zakończenie tej cudacznej wyliczanki w oryginale. Zwróćcie uwagę, że liczba 9 442 994 została na końcu podana słownie. Może po to, by tego precyzyjnego wyniku naukowych dociekań nie zniekształciła przypadkiem jakaś literówka.

"In Deutschland, Frankreich, Spanien, Italien und England, und überhaupt in dem Theile Europens, welcher seit dem Ausgang des 6ten Jahrhunderts sich zur christlichen Religion bekannt hat, sind wenigstens 71 Millionen Einwohner anzunehmen. Wenn nun in einem so kleinen Bezirk Deutschlandes, welcher kaum 11 bis 12000 Menschen fasset, in einem Jahrhunderte auf 133 Personen als Hexen hingerichtet sind; so beträgt dieses in der ganzen christlichen Kirche auf jedes Jahrhundert 858.454, und auf den von mir bezeichneten Zeitraum von 11 Jahrhunderten neun Millionen vierhundert zwei und vierzig tausend neunhundert vier und neunzig Menschen" (Gottfried Christian Voigt, Etwas über die Hexenprozesse in Deutschland, "Berlinische Monatsschrift", tom 3, styczeń-czerwiec 1784, s. 308).