EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święty Augustyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święty Augustyn. Pokaż wszystkie posty

Ryszard Koziołek cytuje Nietzschego i świętego Augustyna
albo erudycja ornamentacyjna

Profesor Ryszard Koziołek, literaturoznawca i historyk literatury, nie jest uczonym gabinetowym. Udziela się w prasie i ma coś do powiedzenia o wielu sprawach społecznych. Był też w 2015 roku przewodniczącym jury Nagrody Literackiej "Nike", które przyznało nagrodę Oldze Tokarczuk za Księgi Jakubowe.

Jego książkę Wiele tytułów [1] tak na czwartej stronie okładki zachwala Marek Bieńczyk:

Książka profesora Ryszarda Koziołka jest dla mnie wzorem - by nie powiedzieć wzorcem - naukowego pisania o literaturze. Spełniając wszelkie kryteria dyskursu akademickiego, pokazuje zarazem, w jaki sposób wyrwać akademicką rozprawę z kleszczy hermetyczności i uczynić z niej prawdziwie humanistyczną refleksję o literaturze i nad literaturą, o jej roli w życiu nie tylko osobistym, lecz przede wszystkim społecznym i politycznym.
W ambicje społeczne i polityczne profesora Koziołka nie wątpię. Szkoda tylko, że zafascynowany swoimi przemyśleniami czasem zapomina posprawdzać różne rzeczy tak, jak tego wymagają "kryteria dyskursu akademickiego".

Claude Bernard nie był filozofem nauki (Wiele tytułów, s. 141), a rzekoma sentencja ojców Kościoła: "inter urinas et faeces nascimur" (Wiele tytułów, s. 175), przytaczana z upodobaniem przez Zygmunta Freuda (o ile wiem, co najmniej trzykrotnie), to najprawdopodobniej późne nowożytne fałszerstwo. W każdym razie nikomu dotąd nie udało się jej u jakiegokolwiek ojca Kościoła znaleźć [2].

Gdy się pisze, że Bob Dylan "nigdy sobie nie wyobrażał, że kiedykolwiek znajdzie się w gronie podziwianych przez siebie pisarzy laureatów: Kiplinga, Shawa, Camusa, Bucka, Hemingwaya" (Wiele tytułów, s. 98-99), wypadałoby sprawdzić nazwisko, które się słabiej pamięta. "Buck" nie "Bucka", bo Pearl Buck była kobietą. Natomiast Leopold Bloom na pewno kupił sobie na śniadanie nerkę wieprzową [3].

To oczywiście tylko drobiazgi. Ale w Wielu tytułach na końcu każdego eseju umieszczony jest dodatkowo wykaz cytowanej bądź tylko przywoływanej literatury: Agamben, Benjamin, Celan, Derrida, Eco, Freud... Cały pawi ogon barwnej erudycji. Pełni ona jednak rolę wyłącznie ornamentacyjną. Jeśli cytuje się, że Flaubert w liście do George Sand napisał: "Wydaje mi się, że najlepszym wyjściem jest bezstronny opis tego, co doprowadza do wściekłości" (Wiele tytułów, s. 15), to adres bibliograficzny "Flaubert G., Sand G., Korespondencja, wstęp, przekł. i przypisy R. Engelking, Warszawa 2013" (Wiele tytułów, s. 29) podany bez numeru strony jest zarazem oczywisty i bezużyteczny. Kto by chciał pójść śladami autora i coś tam jeszcze sobie doczytać z tego listu Flauberta, będzie skazany na mozolne kartkowanie książki.

Owszem, swobodne cytowanie bez żadnych odesłań to przywilej eseisty i gdyby Ryszard Koziołek tak właśnie postąpił, nie miałbym mu tego za złe. Ale jaki jest sens kłucia w oczy gołymi wykazami literatury? Wygląda to tak, jakby autor chciał upokorzyć czytelnika, że ten nie zna na pamięć Ulissesa, Fausta, czy nawet Przygód Tomka Sawyera i do odnalezienia cytowanego miejsca potrzebuje jeszcze czegoś tak pospolitego jak strona.

Tymczasem i w tym wypadku warto byłoby to i owo sprawdzić, bo autor niejednokrotnie szachruje.

Niezbyt oryginalne spostrzeżenie, że czytając możemy zanurzyć się w obcy świat i przyjąć na chwilę cudzą tożsamość, Koziołek ozdabia Mandelsztamem:

W stanie zaczytania możemy wypaść na chwilę, jak pisał Mandelsztam, "ze swoich biografii jak kule bilardowe ze swoich łuz" (Wiele tytułów, s. 28).
Ale Mandelsztam użył tego zwrotu w całkiem innym kontekście! Gdy pisał w latach 20.: "Współcześni Europejczycy zostali wyrzuceni ze swoich biografii jak kule bilardowe ze swych łuz", nie myślał o nich jako o czytelnikach, lecz jako o ewentualnych bohaterach powieści [4]. Wydłubanie kawałka tego zdania i przylepienie go do banału to tylko próżny popis.

Bywa jeszcze gorzej.

Conrad nigdy nie otrząsnął się z tego, co zobaczył w Kongu, być może dlatego, że "ciemność, którą Marlow odkrywa w puszczy, w Kurtzu i w sobie samym, jest pierwotną i wszechogarniającą rzeczywistością świata" - pisze Said (Wiele tytułów, s. 90).
Ale Edward Said pisze tak tylko według profesora Koziołka, bo naprawdę jest to cytat z książki Iana Watta [5]. Najwyraźniej coś złego stało się z profesorskimi fiszkami. Być może więc pomijanie stron zaszkodziło również autorowi.

I jeszcze trzy szachrajstwa z powoływaniem się na książki, do których się nawet nie zajrzało.

Najpierw szachrajstwo z Herbertem.

O lewej łydce i stopie Chrystusa z obrazu della Francesca nie da się zapomnieć od pierwszego spojrzenia. Zbigniew Herbert tak bardzo uległ fizycznej emanacji boskiej nogi, że pomylił lewą z prawą, pisząc o Zmartwychwstałym, że "prawą nogę wsparł na krawędzi grobowca, tak jak przygniata się szyję pokonanego w pojedynku" (Barbarzyńca w ogrodzie) (Wiele tytułów, s. 213-214).
Adres bibliograficzny do tej wiadomości to: "Herbert Z., Barbarzyńca w ogrodzie, Wrocław 1999" (Wiele tytułów, s. 223). Rzeczywiście, we wczesnych wydaniach Barbarzyńcy w ogrodzie był taki - typowo Herbertowski - błąd z pomyleniem prawej i lewej strony. Koziołek pewnie gdzieś o tym przeczytał, ale nie pamiętał gdzie i wpisał bez sprawdzenia pierwsze lepsze wydanie Barbarzyńcy, które mu się nawinęło. Miał jednak pecha, bo później błąd został już poprawiony i zdanie - rzekomo cytowane za wydaniem z roku 1999 - naprawdę w tym wydaniu wygląda tak:
Lewą nogę wsparł na krawędzi grobowca, tak jak przygniata się szyję pokonanego w pojedynku [6].
Teraz szachrajstwo ze świętym Augustynem.
Model opozycyjnej polityczności, w której mogę być tylko "swoim" lub "wrogiem", przypomina zaświaty bez czyśćca, jak chciał bezwzględny święty Augustyn, twierdzący, że "istnieją tylko dwa miejsca" (Wiele tytułów, s. 23).
Mniejsza już o to, że nie bardzo wiadomo, co mogłoby być czyśćcem (i dla kogo, i za co) w modelu polityczności mniej opozycyjnej, ale w podanych w wykazie literatury Wyznaniach świętego Augustyna nie ma słów "istnieją tylko dwa miejsca". Koziołek te Wyznania beztrosko sobie dofantazjował, bo pewnie znowu nie pamiętał, gdzie o tych dwóch miejscach przeczytał, a ponieważ do wykazu trzeba było coś wpisać, wpisał bezpieczne, jak mu się wydawało, Wyznania (Wiele tytułów, s. 29). Miał jednak znowu pecha, bo to w ogóle nie są słowa bezwzględnego świętego Augustyna! To tylko roztargnieni czytelnicy czasem je temu świętemu przypisują, nie zauważając, że kazanie, z którego te słowa pochodzą, jest już od dawna (39 tom Patrologia Latina) umieszczane w dziale kazań jedynie przypisywanych Augustynowi. Naprawdę są to bowiem słowa świętego Cezarego z Arles z jego kazania przeciwko pijaństwu i nie mają żadnego związku z kwestią istnienia bądź nieistnienia czyśćca [7].

I na koniec szachrajstwo z Nietzschem.

Zdanie Nietzschego: "Nie ma faktów, są tylko interpretacje", było godłem mojej akademickiej edukacji (Wiele tytułów, s. 15).
Źródło godła swojej akademickiej edukacji wypadałoby znać na blachę, ale widocznie Koziołek znów zapomniał, skąd zna to zdanie i do wykazu literatury dopisał sobie coś takiego: "Nietzsche F., O prawdzie i kłamstwie w pozamoralnym sensie [w:] tegoż, Pisma pozostałe 1862-1875, przeł. B. Baran, Kraków 1993" (Wiele tytułów, s. 30).

Ale w rozprawce O prawdzie i kłamstwie w pozamoralnym sensie niczego podobnego nie ma, a słowa te pochodzą z późniejszych o kilkanaście lat notatek Nietzschego:

Przeciwko pozytywizmowi, który poprzestaje na zjawisku "istnieją tylko fakty", ja powiedziałbym: nie, faktów właśnie nie ma, są tylko interpretacje. Nie jesteśmy zdolni ustalić żadnego factum "w sobie": bodaj nonsensem jest chcieć czegoś takiego. Mówicie: "wszystko jest subiektywne"; ale już to jest wykładnią, "podmiot" nie jest czymś danym, a jedynie czymś dodatkowo zmyślonym, czymś wetkniętym od tyłu. - W ostatecznym rachunku czy niezbędną rzeczą jest ustanawiać interpretatora za [samą] interpretacją? Już to jest zmyśleniem, hipotezą [8].
To tyle, jeśli chodzi o fakty [9]. Zinterpretujcie je sobie teraz, jak tam chcecie.
[1] Ryszard Koziołek, Wiele tytułów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019. Dalej cytuję jako Wiele tytułów.

[2] Więcej o tej sentencji w notce "Agata Bielik-Robson rozmawia z Tadeuszem Bartosiem. Część I: A. B.-R. wymyśla biografię Spinozy".

[3] Koziołek pisze: "Bohater [Leopold Bloom] idzie do mięsnego kupić sobie na śniadanie nerkę baranią lub wieprzową" (Wiele tytułów, s. 292). Ale rodzaj nerki nie jest drobiazgiem bez znaczenia (zresztą trudno u Joyce'a o drobiazgi bez znaczenia). Po pierwsze, potwierdza się informacja z rozdziału drugiego (2.93; s. 31), że dzień to czwartek (16 czerwca 1904 roku rzeczywiście przypadał w czwartek), a czwartek to "nie najlepszy dzień na nerki baranie u Buckleya" (4.44-45; s. 62). Po drugie, cały cymes krótkiej scenki kupowania nerki polega na tym, że Bloom kupuje wieprzową nerkę u żydowskiego rzeźnika, Dlugosza, który zawija towar w pocięte gazety syjonistyczne z ogłoszeniami zachęcającymi do wyjazdu lub do zainwestowania w Palestynie. O czym wiadomo, bo Bloom bierze jedną taką stronicę ze stosu i czyta (4.154-162 i 4.191-199; s. 65-67).

W nawiasach okrągłych podaję najpierw miejsce w edycji Gablera a potem stronę z polskiego przekładu (James Joyce, Ulisses, przełożył Maciej Słomczyński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1981). Nb. w polskim przekładzie jest błąd i Bloom czyta, że można zainwestować w dunam sadu (tj. 1/10 hektara) w Palestynie już za osiem marek (s. 67). Powinno być tych marek osiemdziesiąt (4.195).

[4] "Współcześni Europejczycy zostali wyrzuceni ze swoich biografii jak kule bilardowe ze swych łuz. Działalnością ich, podobnie jak ruchem kul na polu bilardowym, rządzi ta sama zasada: kąt padania jest równy kątowi odbicia. Człowiek bez biografii nie może być tematem powieści. Z drugiej strony nie sposób sobie wyobrazić powieści bez zainteresowania indywidualnym losem ludzkim, bez fabuły i wszystkiego tego, co jej towarzyszy" (Osip Mandelsztam, Słowo i kultura. Szkice literackie, przełożył i komentarzem opatrzył Ryszard Przybylski, Czytelnik, Warszawa 1972, s. 154).

[5] Ian Watt, Conrad w wieku dziewiętnastym, tłumaczyła Maria Boduszyńska-Borowikowa, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1984, s. 282: "Słowem, ciemność, którą Marlow odkrywa w puszczy, w Kurtzu i w sobie samym, jest pierwotną i wszechogarniającą rzeczywistością świata".

W oryginale jest to część dłuższego zdania, które tłumaczka podzieliła, przekładając początkowe "They must learn..." jako "Musimy się nauczyć...".

"They must learn that light is not only a lesser force than darkness in power, magnitude, and duration, but is in some way subordinate to it, or included within it; in short, that the darkness which Marlow discovers in the wilderness, in Kurtz and in himself, is the primary and all-encompassing reality of the universe" (Ian Watt, Conrad in the Nineteenth Century, University of California Press, Berkeley - Los Angeles 1981, s. 250).

[6] Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1999, s. 241; wyróżnienie moje.

[7] Podaję odpowiedni ustęp z tego kazania w swobodnym przekładzie:

"Bo gdyby nawet chrześcijanie nie popełniali innych grzechów, już samo pijaństwo wystarczy, jeśli częste oraz bez poprawy i pokuty, by pogrążyć ich w piekle. Zgodnie z tym, co powiedziano: "Ani pijacy nie odziedziczą królestwa Bożego". Ale powie ktoś: nie chcę królestwa Bożego, wystarczy mi wieczne odpoczywanie. Nie łudźcie się, bracia, istnieją tylko dwa miejsca, trzeciego nie ma: kto nie zasłuży, by królować z Chrystusem, ten bez wątpienia przepadnie z diabłem".

Dla koneserów to samo w oryginale:

"[...] quia, etiamsi reliqua peccata christiani non admittant, sola eos, si frequens fuerit, ebrietas, et emendatio ac paenitentia non subvenerit, in inferni profunda praecipitat, secundum illud quod iam dictum est: «Neque ebriosi regnum Dei possidebunt». Sed dicit aliquis: Ergo regnum Dei nolo, aeternam tantum requiem obtinere desidero. Nemo se decipiat, fratres, duo enim loca sunt, tertius non est ullus: Qui cum Christo regnare non meruerit, cum diabolo absque ulla dubitatione peribit" (Caesarius Arelatensis, Sancti Caesarii Arelatensis sermones, tom I, redakcja Germain Morin, Brepols, Turnhout 1953, s. 214; kazanie 47.5).

[8] Friedrich Nietzsche, Notatki z lat 1885-1887, [w:] Idem, Dzieła wszystkie, tom 12, przełożyli Marta Kopij i Grzegorz Sowinski, Wydawnictwo Officyna, Łódź 2012, s. 282; wyróżnienia za oryginałem.

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Gegen den Positivismus, welcher bei dem Phänomen stehen bleibt «es giebt nur Thatsachen», würde ich sagen: nein, gerade Thatsachen giebt es nicht, nur Interpretationen. Wir können kein Factum «an sich» feststellen: vielleicht ist es ein Unsinn, so etwas zu wollen. «Es ist alles subjektiv» sagt ihr: aber schon das ist Auslegung, das «Subjekt» ist nichts Gegebenes, sondern etwas Hinzu-Erdichtetes, Dahinter-Gestecktes. - Ist es zuletzt nöthig, den Interpreten noch hinter die Interpretation zu setzen? Schon das ist Dichtung, Hypothese" (Friedrich Nietzsche, Nachgelassene Fragmente 1885-1887, [w:] Sämtliche Werke. Kritische Studienausgabe in 15 Bänden, Deutscher Taschenbuch Verlag, de Gruyter, Berlin - Nowy Jork 1999, s. 315; wyróżnienie za oryginałem).

[9] Nb. profesor Koziołek dziś już - wbrew Nietzschemu - wierzy w fakty. Na przykład wierzy w pewne fakty podane w sprawie katastrofy smoleńskiej. W związku z tym uważa, że każdy rozsądny człowiek powinien "uznać, przynajmniej na razie, stan faktyczny, czyli to, że ponad dwieście pięćdziesiąt zbadanych próbek nie zawierało śladów trotylu" (Wiele tytułów, s. 12). Niestety, sam zaniedbał sprawdzić fakty nawet najmniej kontrowersyjne i swój esej zakończył zdaniem o "samolocie wiozącym 10 kwietnia 2010 roku do Smoleńska parę prezydencką i dziewięćdziesięcioro dwoje członków polskiej delegacji" (Wiele tytułów, s. 29). Jak by jednak nie liczyć, parze prezydenckiej nie towarzyszyło "dziewięćdziesięcioro dwoje członków polskiej delegacji". Faktycznie zginęło wtedy 96 osób, w tym ośmioro członków załogi samolotu i ośmiu funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu.

Slavoj Žižek o świętym Augustynie, Chestertonie
i znowu o Heglu
albo "powiedzmy, że próbowałem być zabawny"

Święty Augustyn zadaje w swoim dziele "O małżeństwie i dziewictwie" pytanie, czy był seks w raju. Tak, był - odpowiada, ale nie był aktem erotycznym. Adam miał kontrolę nad swoim penisem, potrafił go podnieść jak rękę. Ach, mówię wam, czytajcie świętych, piszą bardzo ciekawe rzeczy!
- mówi Slavoj Žižek Paulinie Reiter (i nam), zachwalając świętego Augustyna [1]. I jeszcze dodaje:
Grzechem pierworodnym była jego [Adama] arogancja i spotkała go za nią kara boska, stracił panowanie nad penisem. Seksualności nie da się kontrolować (s. 35).
Sam jednak św. Augustyna nie doczytał, a zachwala niedoczytane, bo arogancja jest również grzechem pierworodnym Slavoja Žižka i też spotkała go za nią kara boska: nie bardzo panuje nad płynącym mu z ust strumieniem swobodnych skojarzeń. Mniejsza już o taki drobiazg, że św. Augustyn nigdy nie napisał dzieła "O małżeństwie i dziewictwie". Natomiast, istotnie, w dziele "O małżeństwie i pożądliwości" (De nuptiis et concupiscentia) daje na marginesie do zrozumienia, że gdyby w raju miało dojść co do czego, to "genitalia non libidini, sed voluntati sicut cætera membra servirent" [2]. To jest, że członki wstydliwe nie podlegałyby pożądliwości, lecz woli - jak inne członki ciała.

Rzecz jednak w tym, że do takiej sytuacji nigdy nie doszło i w raju żadnego seksu nie było!

Święty Augustyn jedynie zastanawia się, jak mogłoby wyglądać płodzenie potomstwa, gdyby Adam i Ewa nie zgrzeszyli (czyli "co by było, gdyby"). Bodaj najszerzej rozważa tę kwestię w kilku rozdziałach czternastej księgi słynnego dzieła "O państwie Bożym". Najprzód (rozdział 23) rozsądnie zakłada, że niedorzecznie byłoby mniemać, jakoby do pomnożenia liczby świętych konieczny był grzech. Skoro jednak ludzi nie popychałaby wtedy do płodzenia domagająca się zaspokojenia chuć (która jest skutkiem grzechu), to najwyraźniej wystarczyłby im sam akt woli.

Zasiewałby więc potomstwo mężczyzna, a przyjmowałaby posiew niewiasta, posługując się, kiedy by i o ile by zachodziła tego potrzeba, rodnymi członkami, pobudzonymi przez wolę, a nie podnieconymi przez lubieżność. Bo przecież wedle uznania poruszamy nie tylko takimi członkami, które mają sztywne kości i przedzielone są stawami, jak na przykład ręce, nogi i palce, lecz również i takimi, które oddano we władanie gibkich nerwów (rozdział 24) [3].
Co więcej, w trakcie takiego zbożnego aktu niewiasta - jak subtelnie wywodzi święty - nie traciłaby dziewictwa! Kto chciałby o tym przeczytać pobudzony wolą pomnożenia swej biegłości teologicznej (nie zaś podniecony przez niezdrową ciekawość), niech zajrzy do przypisu [4]. Tyle o świętym Augustynie.

Teraz o Chestertonie według Žižka.

Mój ulubiony teolog Gilbert Keith Chesterton w książce "Ortodoksja" dokonuje wspaniałego porównania spojrzenia Buddy i świętego chrześcijańskiego. Spojrzenie pierwszego jest pełne pasywnej radości, to spojrzenie w siebie, medytacja, jest w nim cisza. Wzrok drugiego jest zwykle przerażony, patrzy w dal. Pod tym względem chrześcijaństwo i miłość są do siebie podobne. Miłość to nie wewnętrzny spokój. Miłość to wielka trauma (s. 36).
Wzrok chrześcijańskiego świętego "jest zwykle przerażony"? Cóż, ulubiony teolog Žižka w książce "Ortodoksja" naprawdę napisał coś zupełnie innego:
Nie można sobie wyobrazić bardziej przeciwstawnych ideałów niż chrześcijański święty w gotyckiej katedrze i buddyjski święty w chińskiej świątyni. Przeciwieństwa łatwo dostrzec na każdym kroku, ale chyba najkrócej można tę rzecz wyrazić następująco: buddyjski święty zawsze ma oczy zamknięte, podczas gdy święty chrześcijański zawsze ma oczy bardzo szeroko otwarte. Ciało buddyjskiego świętego jest gładkie i harmonijne, ale jego powieki są ciężkie i sklejone snem. Ciało średniowiecznego świętego jest dziko wyniszczone aż do kości, ale jego oczy są przerażająco żywe (frightfully alive). Nie może istnieć prawdziwe pokrewieństwo duchowe sił, które wydały na świat tak przeciwstawne symbole [5].
Tyle o Chestertonie. A teraz pora na Hegla.
Wie pani, kto moim zdaniem stworzył najlepszą teorię małżeństwa, nie pisząc o tym wprost? Hegel! [...] Hegel mówi, że jeśli jesteś namiętnie zakochany, powinieneś się ożenić. Dlaczego? Bo w małżeństwie szybko się przekonasz, że twój partner jest raczej zwykłą osobą, przyzwyczaisz się do niego, do niej. Małżeństwo więc to dobry sposób, by ostudzić miłość (s. 38).
Otóż Hegel nigdzie nie mówi, że jeśli jesteś namiętnie zakochany, powinieneś się ożenić. Ponieważ dla Hegla w małżeństwie liczy się moment etyczny, który polega (przepraszam za wyrażenie) na świadomości obiektywnej substancjalnej jedni między małżonkami, subiektywny punkt wyjścia nie ma znaczenia: powinieneś się ożenić, jeśli jesteś zakochany i powinieneś się ożenić, jeśli nie jesteś zakochany. W ogóle powinieneś się ożenić!
Obiektywnym przeznaczeniem i tym samym etycznym obowiązkiem jest wstąpienie w stan małżeński. Jaki charakter ma ten zewnętrzny punkt wyjścia, jest z natury rzeczy czymś przypadkowym i zależy szczególnie od refleksyjnej kultury. Krańcowym wypadkiem jest tu z jednej strony taka sytuacja, że życzliwi rodzice dają początek sprawie [...], drugim zaś krańcowym wypadkiem jest sytuacja, kiedy wzajemna skłonność najpierw pojawia się w osobach jako tych oto nieskończenie spartykularyzowanych [jednostkach]. Pierwsza krańcowość [czyli małżeństwo aranżowane] [...] może być uważana za drogę bardziej etyczną. W drugiej z wymienionych krańcowości nieskończona swoistość szczegółowości jest tym, co wysuwa swoje pretensje i co ściśle wiąże się z podmiotową zasadą świata nowoczesnego [6].
Zwróćcie uwagę, że z tych dwóch skrajności Hegel uważa małżeństwo aranżowane za "drogę bardziej etyczną" niż nowoczesne zakochiwanie się (to ta wysuwająca pretensje nieskończona swoistość szczegółowości, czyli - jak pamiętają czytelnicy "Słówek" Boya - sytuacja malarza, który "takiej dostał dziwnej manii, że chciał tylko od Stefanii"). Bo i cóż po zakochaniu, skoro w małżeństwie i tak (konstatuje filozoficznie Hegel) "popęd naturalny zostaje sprowadzony do pewnej modalności momentu naturalnego, którego przeznaczeniem jest wygasnąć w swym zaspokojeniu" (Zasady, s. 172). Czyli dalej będzie znowu jak z tym malarzem ze "Słówek", co to "tymczasem mu wychłódło, bo już była stare pudło". Jak widać, heglizm da się niekiedy wyłożyć przystępnie.

Swoją drogą to niezła prowokacja zachwalać akurat w "Wysokich Obcasach" teorię małżeństwa kogoś, kto uważał, że w małżeństwie jedynie kobieta "znajduje swe substancjalne przeznaczenie", podczas gdy "mężczyzna ma swoje życie substancjalne w państwie, nauce itp. i w ogóle pracy i walce ze światem zewnętrznym i ze sobą samym" (Zasady, s. 176). Natomiast kobieta nie ma co szukać substancjalności w polityce czy nauce, "i w ogóle pracy i walce ze światem zewnętrznym", ponieważ:

Kobiety mogą wprawdzie być wykształcone, ale nie zostały one stworzone do uprawiania nauk wyższych, filozofii oraz pewnych dziedzin artystycznej twórczości - takich, które wymagają tego, co ogólne. Kobiety mogą mieć pomysły, smak, grację - ale pierwiastka idealnego w sobie nie posiadają. Różnica między mężczyzną a kobietą jest taka sama jak między zwierzęciem a rośliną (Zasady, s. 393) [7].
Przepraszam was (a szczególnie moje P.T. Czytelniczki) za ten oburzający cytat, ale chciałem, by było jasne, jaką tu kontrabandę przemyca Žižek, licząc zapewne, że wykształcona, ale nie stworzona do uprawiania filozofii Paulina Reiter w niczym się nie zorientuje. Tyle o Heglu.

No dobrze, ale dlaczego Žižek to wszystko robi? Dlaczego tak bezwstydnie zmyśla rzeczy, które rzekomo wyczytał u różnych mądrych ludzi?

Przecież nie musiał szachrować ze świętym Augustynem, by powiedzieć, że seksualności nie można kontrolować ani z Chestertonem, by dodać, że miłość to wielka trauma. Nie musiał też w ogóle wspominać o Heglu, by zauważyć, że małżeństwo to dobry sposób, by ostudzić miłość. A może jednak musiał, skoro są to przecież co do jednego przeraźliwe banały, kotlety sto razy odgrzewane, które da się przełknąć jedynie po ugarnirowaniu firmową sałatką z Hegla i Chestertona.

A poza tym tak się jakoś utarło, że Žižek to błyskotliwy erudyta, więc stara się, nieszczęsny, nie wypadać z roli. Dlatego bez Hegla ani rusz.

Utarło się też, że Žižek wybornie zna się na filmach, w związku z czym nie mogło w tym wywiadzie zabraknąć również bałamuctwa filmowego.

Oczywiście uwielbiam stare melodramaty. Jednym z moich ulubionych jest "Być albo nie być" Ernsta Lubitscha. Zna pani?
Nie.
Ach, to wspaniały film! Nakręcony został w 1942 roku w Hollywood, dzieje się zresztą w Warszawie w 1939 roku. Opowiada o grupie polskich aktorów zaangażowanych w ruch oporu. Do Warszawy przyjeżdża Adolf Hitler, który chce obejrzeć przedstawienie ich teatru. Głównymi bohaterami filmu jest małżeństwo aktorów - Joseph Tura i Maria Tura - proszę zwrócić uwagę, że imiona są nieprzypadkowe: Maria i Józef. Ona bez przerwy go zdradza, a on jest arogancki i ją zaniedbuje. W tym filmie jest wiele genialnych rzeczy, kilka słynnych dialogów, jak ten, kiedy Joseph Tura przebrany za gestapowca spotyka się z prawdziwym nazistą i pyta go, licząc na pochwały, czy może słyszał o wielkim aktorze Josephie Turze. Tamten odpowiada: "Widziałem go w »Hamlecie«, robi z Szekspirem to, co my z Polską" (s. 38).
Mniejsza znowu o cały szereg drobnych przeinaczeń i nieścisłości [8], ale o co chodzi z tym "proszę zwrócić uwagę, że imiona są nieprzypadkowe: Maria i Józef"? Że Maria i Józef jak w Nazarecie? I ona go zdradza, a on ją zaniedbuje?

W samym filmie zupełnie nic z tych imion nie wynika. Nie ma w nim też żadnych aluzji chrześcijańskich ani antychrześcijańskich, podobnie zresztą jak nie pada w nim ani razu słowo "Żyd". Wszyscy pozytywni bohaterowie to po prostu "Polacy", choć w grupie polskich aktorów znajduje się jeden oczywisty Żyd - Greenberg (czyli Grynberg), który w dodatku kilkakrotnie recytuje fragmenty słynnego monologu Shylocka z Kupca weneckiego (ale też z pominięciem słowa "Jew").

Toteż najprostsze wyjaśnienie byłoby takie, że twórcom chodziło jedynie o koloryt lokalny (aczkolwiek respektowany w kratkę [9]) i słusznie założyli, że w katolickiej Polsce Józefów i Marii nie brakuje. O co więc Žižkowi chodzi? Czy miała to być jakaś kolejna niebywale ezoteryczna prowokacja jak z tą teorią małżeństwa u Hegla? Na przykład dyskretna sugestia, że perfidny Żyd Lubitsch chciał w ten sposób aluzyjnie nawiązać do starych żydowskich paszkwilów (w rodzaju Toledot Jeszu) o Marii zdradzającej Józefa z młodym żołnierzem?

Możliwe jest wszelako jeszcze inne wyjaśnienie. Pod sam koniec wywiadu na pytanie Pauliny Reiter, jak należy rozumieć pewną jego niegdyś rzuconą uwagę w palącej filozoficznie kwestii uwodzenia kobiet, Żiżek tylko jęknął:

O Mój Boże! Cóż mam powiedzieć. Powiedzmy, że próbowałem być zabawny, ale naprawdę mi nie wyszło (s. 39).
Widocznie znowu próbował.
[1] Podarty list miłosny. Ze Slavojem Žižkiem rozmawia Paulina Reiter, "Gazeta Wyborcza", 9-10 lutego 2019, dodatek "Wysokie Obcasy" nr 6, s. 35. Dalej w nawiasach okrągłych numery stron.

[2] Cytuję za łatwo dostępnym wydaniem w: Patrologiæ cursus completus. Series latina, tom 44, Paryż 1865, kol. 468.

[3] Święty Augustyn, O państwie Bożym przeciw poganom ksiąg XXII, tom II, przełożył i opracował Wiktor Kornatowski, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1977, s. 157 (ks. XIV, r. 23, 1).

[4] "Unikajmy więc przypuszczenia, że [w raju] przy tak wielkiej dostępności rzeczy oraz szczęśliwości ludzi płodzenie potomstwa nie mogłoby się dokonywać bez chorobliwej lubieżności: odpowiednie członki byłyby posłuszne, tak jak inne, skinieniu woli. Mąż zapładniałby łono żony bez podniety w postaci zwodniczej namiętności, ale ze spokojem ducha i z zachowaniem doskonałej nieskazitelności ciała. Okoliczność, iż nie mamy na to dowodu z doświadczenia, nie powinna budzić w nas wątpliwości, że owe części ciała nie byłyby podniecane przez niepokojący płomień, lecz stosownie do potrzeby używane przez działającą z własnych pobudek moc; że męskie nasienie mogłoby wówczas przeniknąć w łono małżonki bez naruszenia dziewiczości, tak jak dziś bez naruszenia tejże nieskazitelności może z dziewiczego łona wypływać krew comiesięcznego czyszczenia. Wszak tą samą drogą, którą to może się wydostać, tamto może się dostać" (wydanie cytowane w przypisie 3, s. 160; ks. XIV, r. 26).

Nb. by wiedzieć, że w raju do niczego nie doszło, nie trzeba studiować świętego Augustyna, bo upewnia o tym wystarczająco samo Pismo, które o spłodzeniu pierwszego potomka Adama i Ewy informuje dopiero na początku czwartego rozdziału Księgi Rodzaju, czyli już po grzechu i wygnaniu z raju: "Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: Otrzymałam mężczyznę od Pana" (BT Rdz 4, 1). Gdy tyle rozprawia się o chrześcijaństwie (co Žižek), wypadałoby wreszcie raz porządnie przeczytać Biblię.

[5] G. K. Chesterton, Ortodoksja. Romanca o wierze, przełożyła Magda Sobolewska, Fronda, Warszawa - Ząbki 2004, s. 232-233. Na wszelki wypadek dla koneserów to samo w oryginale:

"No two ideals could be more opposite than a Christian saint in a Gothic cathedral and a Buddhist saint in a Chinese temple. The opposition exists at every point; but perhaps the shortest statement of it is that the Buddhist saint always has his eyes shut, while the Christian saint always has them very wide open. The Buddhist saint has a sleek and harmonious body, but his eyes are heavy and sealed with sleep. The mediaeval saint's body is wasted to its crazy bones, but his eyes are frightfully alive. There cannot be any real community of spirit between forces that produced symbols so different as that" (Gilbert K. Chesterton, Orthodoxy, John Lane, Nowy Jork - Londyn 1909, s. 243).

[6] Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Zasady filozofii prawa, przełożył Adam Landman, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1969, s. 171-172. Dalej cytuję jako Zasady.

[7] Ten ostatni cytat nie pochodzi z głównego tekstu Zasad filozofii prawa, ale z tak zwanych Uzupełnień, powstałych na podstawie notatek słuchaczy Hegla już po jego śmierci. Nie jest on zatem pewny co do litery. Niemniej przyjmuje się na ogół, że notatki te nieźle oddają ducha tego, co Hegel opowiadał podczas wykładów, wyjaśniając trudniejsze czy nazbyt skondensowane partie swojego podręcznika (czyli właśnie Zasad).

Nb. według dzisiejszych miar był Hegel nie tylko skrajnym seksistą. Jego teoria zakłada bowiem, że moment naturalny występuje w małżeństwie jako "rzeczywistość rodzaju i jego proces" (Zasady, s. 171), czyli naturalna ogólność, w której jednostka ma swoje substancjalne istnienie. Z kolei "uszczegółowieniem tej ogólności jest odnoszenie się podmiotu do innego podmiotu tego samego rodzaju, a sądem jest stosunek rodzaju do tych określonych w ten sposób względem siebie nawzajem indywiduów - Różnica płci" (Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Encyklopedia nauk filozoficznych, przełożył, wstępem i komentarzem opatrzył Światosław Florian Nowicki, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1990, s. 244). "Małżeństwo jednopłciowe" miałoby zatem dla Hegla tyle sensu, co "kwadratowe koło".

Žižek z pewnością dobrze o tym wie, bo to sprawa oczywista w kręgach komentatorów Heglowskiej filozofii prawa.

"Yet the fact remains that Hegel saw the nuclear family as one of the three fundamental spheres of modern society and as rightly structured by a rigid, hierarchical, division of sex roles. He saw no legitimate room for «non-traditional» family arrangements: unmarried couples, single-parent families, homosexual families all fail to conform to rational family structure" (Alison Stone, Gender, the Family, and the Organic State in Hegel's Political Thought, [w:] Hegel's Philosophy of Right, redakcja Thom Brooks, Wiley-Blackwell 2012, s. 145).

Ponieważ zaś w tej materii wolność słowa mamy taką, jaką mamy, nic dziwnego, że nawet w ezoterycznych komentarzach na wszelki wypadek raz po raz pojawiają się gorące zapewnienia, że ta "najlepsza teoria małżeństwa" Hegla jest w istocie nie do obrony, że autor komentarza szanuje wszystkie współczesne paramałżeńskie kombinacje, że Hegla jedynie objaśnia, ale nie akceptuje etc., etc., etc.

"Hegel's views on the family are certainly traditional in a straightforward sense, but by no means entirely indefensible as presented here. [...] I nowhere doubt the ability of any variety of human relationships to create a loving unity in actual fact. [...] My purpose here is only to make more explicit what Hegel's position is, no matter the difficulty of accepting it" (Thom Brooks, Hegel's Political Philosophy. A Systematic Reading of the Philosophy of Right, Edinburgh University Press 2007, s. 70, 73; wyróżnienia moje).

[8] W 1939 roku dzieje się tylko pierwsze ćwierć filmu, natomiast właściwa akcja dzieje się w ciągu kilku dni w grudniu 1941 roku, czyli dokładnie wtedy, gdy film był kręcony (listopad-grudzień 1941). W jednym z ujęć widać nawet rozkład dnia szefa Gestapo, pułkownika Ehrhardta, z wielką datą "1941, wtorek, 16 grudnia".

U Lubitscha Hitler nie przyjeżdża do Warszawy po to, żeby zobaczyć przedstawienie grupy polskich aktorów. To tylko w ich dawnym teatrze (teraz niespodziewanie otwartym) Niemcy urządzają galę na jego cześć. Trupa daje występ dla Hitlera i niemieckich żołnierzy w wersji "Być albo nie być" z roku 1983 (w reżyserii Alana Johnsona, z udziałem Mela Brooksa i Anne Bancroft).

Tura nie jest przebrany za gestapowca, ale przychodzi do pułkownika Ehrhardta w cywilnym ubraniu jako nazistowski agent. Również słynna odpowiedź pułkownika brzmi nieco inaczej: "What he did to Shakespeare we are doing now to Poland". "Hamlet" w tej odpowiedzi pojawia się tylko w wersji z roku 1983.

Naturalnie, są to wszystko pomyłki małej wagi, ale Žižek deklaruje, że film Lubitscha to jeden z jego pięciu najulubieńszych filmów wszech czasów. Skoro tyle pamięta z filmów najulubieńszych, te mniej ulubione musi chyba wymyślać od zera.

Nb. słynna odpowiedź o mało co nie wyleciała już po przedpremierowej projekcji, bo widownia przyjęła ją grobową ciszą. Jej usunięcie doradzali Lubitschowi również wszyscy jego przyjaciele, między innymi Alexander Korda i Billy Wilder (Scott Eyman, Ernst Lubitsch. Laughter in Paradise, The Johns Hopkins University Press, Baltimore - Londyn 2000, s. 302). Doradzali poniekąd słusznie, bo właśnie to jedno zdanie było potem (jako niesmaczne) źródłem wielu negatywnych reakcji, ale Lubitsch twardo przy nim obstawał, twierdząc, że jest to tak naprawdę satyra na niemieckie poczucie humoru (William Paul, Ernst Lubitsch's American Comedy, Columbia University Press, Nowy Jork 1983, s. 230-232).

[9] Z jednej strony, już w pierwszych ujęciach pojawiają się bezbłędnie wypisane warszawskie szyldy z egzotycznymi literkami ("Stefan Lubiński, ubrania, palta, mundury wojskowe"; "Jerzy Kubiński"; "Jan Łomiński, jubiler"; "Różański - Poznański, własne wagony, wielkie biuro transportowe, repr. okrętowe"), a za kulisami teatru wiszą napisy "Palenie surowo wzbronione, uprasza się o zachowanie ciszy" i "Rozkład prób". Znać tu więc rękę konsultanta.

Jednak z drugiej strony, Józef Tura to konsekwentnie Joseph Tura (choć jego żona to Maria a nie Mary), młody porucznik to Sobinski (nie Sobiński), a ważny czarny charakter podpisuje się "Alexander Siletsky".