EBENEZER ROJT

Z tajemnych powinowactw
Leszek Kołakowski i Janusz Korwin-Mikke

Tegoroczny, już 6684. z kolei, zjazd Akademii Nauk stał się terenem burzliwej kontrowersji. Główny referat przedstawiony w trakcie obrad dotyczył mało znanej legendy o cesarzu imieniem Kennedy, który, jak się uważa, władał dwoma rozległymi krajami w zamierzchłej przeszłości PWK (Przed Wielką Katastrofą).
Tak zaczyna się żartobliwa Legenda o cesarzu Kennedym Leszka Kołakowskiego - znana i wielokrotnie przedrukowywana. Ostatnio bodaj w książce Wejście i wyjście oraz inne utwory ku przestrodze i dla zabawy (Znak, Kraków 2017), ale wcześniej można ją było przeczytać nawet w "Gazecie Wyborczej' z okazji osiemdziesiątych urodzin autora.

Najważniejszy w tej historyjce jest sam pomysł. Oto rzecz dzieje się w odległej przyszłości (stąd ten 6684 zjazd Akademii Nauk), w której na podstawie szczątkowych źródeł sprzed Wielkiej Katastrofy (trochę książek i gazet, m.in. "Trybuna Ludu" i "Crosswords for Children") próbuje się zrekonstruować i zrozumieć przeszłość. A konkretnie mityczną historię prezydenta ("tytuł niejasnego pochodzenia, oczywisty równoznacznik «Cesarza»") Kennedy'ego.

Rekonstrukcja obfituje naturalnie w rozmaite zabawne nieporozumienia. "Kennedy panował jednocześnie w dwóch dużych państwach zwanych odpowiednio «Ameryka» i «USA»". "Walczył z władcami trzech innych królestw zwanych: Rosja, Związek Radziecki i Kuba". "Wdowa po nim, Jacqueline, poślubiła następnie «Milionera»".

Dr Rama skorygował także mylną interpretację słowa "Milioner", które do niedawna bezkrytycznie tłumaczono jako "bogacz". Odnalazł on mianowicie niedostrzeżone dotychczas wyjaśnienie zachowane we fragmencie "Miami Star", które brzmi: "Cóż to jest milion w dzisiejszych czasach? Małe piwo". Ponieważ piwo, a zwłaszcza małe piwo, było tanim i popularnym napojem, "Milioner" nie mógł mieć nic wspólnego z bogactwem. Wręcz przeciwnie, był to człowiek biedny, którego stan posiadania był bardzo skromny, który mógł sobie pozwolić co najwyżej na małe piwo.
Wszystko to jednak nie przeszkadza uczonym z przyszłości w snuciu najfantastyczniejszych teorii: że Kennedy "był postacią androginiczną", że "był prawie na pewno kastratem", że był "bojownikiem sprawy biednych" etc., etc., etc.

Tyle Kołakowski.

Tych, którzy lubią drobiazgi bez znaczenia, zainteresuje może wiadomość, że bardzo podobną historyjkę, opartą na identycznym pomyśle i zatytułowaną Protokół z posiedzenia..., napisał również Janusz Korwin-Mikke.

Szanowni koledzy! Otwieram dziewiąte w 23765 roku posiedzenie sekcji archeologii starożytnej. Przypominam, że wyróżnienie w okresie "starożytność" osobnej epoki zwanej "wczesną starożytnością" jest oryginalnym wkładem naszej sekcji w dzieło poznania dziejów ludzkości. Obecnie doc. dr 254/ADG/5796 przedstawi nam swe doniesienie o wykryciu w tej epoce zjawiska zwanego przez współczesnych "religią" czy "teligią".
Rzecz znowu dzieje się w odległej przyszłości (stąd ten rok 23765), znowu źródła są szczątkowe (m.in. "Przegląd Sportowy" z 1970 r.) i znowu na ich podstawie próbuje się zrekonstruować i zrozumieć przeszłość, co prowadzi do wielu zabawnych nieporozumień.
Właśnie na ekranie widzicie koledzy szczątki świątyni głównej sekty działającej w XX wieku a zwanej "furiolistami" czy "furbolistami" [...]. Jak można wnioskować z zachowanych przekazów, arena pośrodku służyła do starcia dwóch sił: dobra i zła, przy czym każdą reprezentowało po 11 przyodzianych w rytualne szaty [kapłanów]. [...] Główny Kapłan wyposażony był w rodzaj świstawki, używanej wówczas, gdy kapłani pomocniczy nie przestrzegali rytuału. [...] U "furiolistów" kapłani pomocniczy służyli do skierowania "balla" ("baala"?) w stronę ołtarza jednej ze stron. "Baal" był taką świętością, iż nikomu nie wolno było dotknąć go ręką - używano w tym celu nogi przyodzianej w specjalny but chroniący "baala" przed zetknięciem się ze stopą. Umieszczenie "baala" na ołtarzu wywoływało ekstazę teligijną u wszystkich uczestników ceremonii.
Tyle Korwin-Mikke.

Zdawać by się mogło - sprawa oczywista. Autor ten bowiem należy do gatunku pisarzy niefrasobliwych, zatem nie zawsze pamięta, co i gdzie przeczytał, co zaś sam wymyślił, a o sprawdzaniu to już w ogóle mowy nie ma. Widać to zresztą nawet w wypadku form bardzo krótkich. Na przykład artykulik Demokracja z książki Dekadencja liczy sobie raptem dwie i pół strony (od 19 do 21), ale Januszowi Korwin-Mikkemu tyle miejsca w zupełności wystarczy, by popełnić trzy wstydliwe gafy.

Na stronie 19 tłumaczy, że nie cytuje Demostenesa, bo "Demostenes nie pozostawił po sobie pism...", na stronie 20 twierdzi, że Winston Churchill był księciem Marlborough, a na stronie 21 - że autorem słów "Odi profanum vulgus" był Owidiusz i na dobitkę koślawo te słowa przekłada. I żeby było śmieszniej, robi to w zdaniu zakończonym deklaracją: "[...] a ja uważam, że w porządnym gimnazjum ta maksyma powinna być uczniom mocno wbijana do głów..." [1].

Zdawać by się więc mogło - powtarzam - że sprawa jest oczywista. Jednak Legenda o cesarzu Kennedym Leszka Kołakowskiego została po raz pierwszy ogłoszona w roku 1986 [2], natomiast Protokół z posiedzenia... Janusza Korwin-Mikkego "Fantastyka" wydrukowała w roku 1983 [3]. Jak by nie było - całe trzy lata wcześniej.

Podobno Duch wieje, kędy chce, ale żeby aż tak? [3a] [3b] [3c] [3d] [3e].

[1] Janusz Korwin-Mikke, Demokracja, [w:] Idem, Dekadencja, Wydawnictwo "Dextra", Wydawnictwo AS, Rzeszów - Rybnik 2002, s. 19-21.

Demostenes wprawdzie znany jest najbardziej ze swoich słynnych filipik, mów przeciwko Filipowi II (ojcu Aleksandra Macedońskiego), ale mowy te były przecież spisywane i jak najbardziej można je cytować.

Winston Churchill nie był księciem Marlborough. Owszem, jego dziadek był siódmym księciem Marlborough, ale ponieważ ojciec Winstona, Randolph Henry Spencer-Churchill, był dopiero trzecim synem (i piątym dzieckiem), ósmym księciem Marlborough został George Charles Spencer-Churchill, stryj Winstona Churchilla, dziewiątym zaś jedyny syn tego stryja - Charles Richard John Spencer-Churchill.

"Odi profanum vulgus" to początek pierwszej ody z trzeciej księgi Pieśni Horacego. Przekładano to rozmaicie: "Nie cierpię gminu" (Lucjan Siemieński) czy "Pogardzam tłumem" (Tadeusz Feliks Hahn). Natomiast Korwin-Mikke proponuje tryb rozkazujący: "Znienawidź bezmyślny motłoch".

Do gaf nie wliczam proroctwa, jakoby obecne demokracje miały rozlecieć się "za kilka czy kilkanaście lat" (s. 20), bo fanfaronada to nie gafa, lecz charakter.

[2] Leszek Kolakowski [bez "ł" w nazwisku], Emperor Kennedy Legend: A New Anthropological Debate, "Salmagundi" 1986, nr 72, s. 211-217. W roku następnym w 19 numerze "Zeszytów Literackich" Legenda została wydrukowana w autoryzowanym tłumaczeniu Anny Barańczak i to tłumaczenie cytuję.

Nb. w angielskim pierwodruku milion w dzisiejszych czasach to nie jest, rzecz jasna, małe piwo, ale peanuts, orzeszki ziemne. "As the peanut was a very small kind of nut, a «Millionnaire», far from being a rich man, is a «poor man», a man who owns very little, just a few peanuts" (s. 213).

[3] Janusz Korwin-Mikke, Protokół z posiedzenia..., "Fantastyka" 1983, nr 5, s. 47.

Nb. karma niechlujstwa (czasem) wraca i w bibliografii zawartości "Fantastyki" ("Filologia Polska. Roczniki Naukowe Uniwersytetu Zielonogórskiego", 2017, z. 3), którą sporządziła Wioletta Radzijewska, opowiastka ta została zarejestrowana pod numerem 247 (s. 102) w taki oto sposób: "Korwinn [sic!] Mikke Janusy [sic!]: Protokół posiedzenia [sic!]. 1983, nr 5, s. 46-47 [sic!]". Nieco ponad pół linijki - i cztery błędy!

[3a] Stały Czytelnik "Kompromitacji" zwrócił mi uwagę, że pominąłem prawdopodobne źródło obu tych historyjek, a mianowicie Pamiętnik znaleziony w wannie Stanisława Lema. I dodał jeszcze:

"W omawianym przypadku jest tak, że obaj autorzy bez wątpienia dzieła Lema czytali i świadomej stylizacji dokonali. Sam Lem może też coś czytał, co było stylizowane na wywody historyka z przyszłości".

Co podaję tutaj na jego odpowiedzialność, sam bowiem nie mam na tę "świadomą stylizację" żadnego dowodu ani też nie śledziłem porządnie dziejów motywu "wywodów historyka z przyszłości". Owszem, Leszek Kołakowski wielokrotnie ze Stanisławem Lemem toczył spory, natomiast Janusz Korwin-Mikke wielokrotnie pisał o swoim podziwie dla Lema, również w artykuliku, który cytowałem w mojej notce: "Stanisław Lem, jedyny polski pisarz godzien nagrody Nobla [...]" (s. 19). To wszystko jednak może być jedynie poszlaką, aczkolwiek dość przekonującą.

"Wywody historyka z przyszłości" znajdują się u Lema wyłącznie we Wstępie do Pamiętnika. Były one jednak pomyślane nie tyle jako satyra mająca zasiać niepewność co do podstaw naszej wiedzy historycznej, ile - niejako przeciwnie - jako łatwy do przejrzenia szyfr, który miał upewnić PRL-owskiego cenzora, że akcja Pamiętnika, pełna paranoicznej podejrzliwości, dzieje się w kapitalistycznej Ameryce. Stąd w tym Wstępie pojawia się państwo Ammer-Ku, "kult bóstwa Kap-Eh-Thaalu" zwanego inaczej Thoo-Llar etc., etc. (zob. Stanisław Lem, Pamiętnik znaleziony w wannie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 11; pierwsze wydanie w roku 1961). Jak mówił sam Lem w rozmowie ze Stanisławem Beresiem:

"Napisałem tam [w domu pracy twórczej w Zakopanem] też Pamiętnik znaleziony w wannie, który czytali Jan Kott i Maciej Słomczyński. Powiedzieli mi, że książka jest niezła, ale nigdy nie ukaże się w naszym kraju. Ukazała się w niecały rok później.

- Bez żadnych kłopotów?

- Nie, musiałem tylko napisać wstęp, który wyjaśniał, że wszystko się dzieje w Pentagonie" (Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002); cytat z rozdziału "Czas nieutracony").

Nb. badacze literatury używają czasem na określenie motywu "wywodów historyka z przyszłości" terminu "późna narracja archeologiczna", wprowadzonego zresztą przez Lema:

"Osobny motyw w SF stanowią «późne narracje archeologiczne», często jako takie prace wykopaliskowe, które na Ziemi prowadzą w tysiące lat po śmierci ludzkości - przedstawiciele innej rasy rozumnych istot" (Stanisław Lem, Fantastyka i futurologia, tom II, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1970, s. 16).

"Utwory oparte na tym motywie są próbą spojrzenia innymi oczami na naszą cywilizację, której zachowane szczątki są podstawą do interpretacji i rozważań historiozoficznych oraz metodologicznych nad wiarygodnością twierdzeń współczesnej nauki" (Adam Mazurkiewicz, Spojrzenie w przeszłość. O nurcie tzw. "późnej narracji archeologicznej" w dwudziestowiecznej polskiej literaturze fantastycznej, "Acta Universitatis Lodziensis. Folia Litteraria Polonica", tom 7, 2005, nr 1, s. 482-483; autor obficie pisze o Lemie (oraz o wielu innych polskich pisarzach, m.in. o Januszu A. Zajdlu i jego Cylindrze van Troffa), ale drobiazgów Kołakowskiego i Korwin-Mikkego nie odnotowuje).

[3b] Z kolei inny Czytelnik uprzejmie podzielił się ze mną znaleziskiem dotyczącym kontaktów Leszka Kołakowskiego z Januszem Korwin-Mikkem. Otóż jak wynika z korespondencji Kołakowskiego z Jerzym Giedroyciem, Janusz Korwin-Mikke pod koniec roku 1977 odwiedził Leszka Kołakowskiego w Oksfordzie. Kołakowski tak to opisał w liście do Giedroycia z 17 grudnia 1977:

"Odwiedził mnie niejaki pan Mikke, którego mgliście pamiętam jako naszego studenta z Warszawy, ale nic o nim poza tym nie wiem. Mówił, że widział się z Panem i że chce wydać jakiś swój tekst, lecz że Pan powiedział mu, iż nie mógłby Pan wydać niczego wcześniej niż za rok, jemu zaś zależy na pośpiechu. Będzie się zwracał do wydawnictw londyńskich. Ja tego nie czytałem, ale wrażenie moje z rozmowy było niedobre, gdyż ten pan wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że jest geniuszem i że jego dzieło (to oraz jakieś inne, które przygotowuje) są utworami o historycznej doniosłości. Być może jest po prostu wariatem".

Jerzy Giedroyc skomentował tę nowinę w liście z 30 grudnia 1977:

"Mikkego sobie zupełnie nie przypominam. Jeśli nawet był u mnie, to na pewno blaguje, że mu coś obiecywałem w dalszych terminach. Na mnie również nie zrobił najlepszego wrażenia" (Jerzy Giedroyc, Leszek Kołakowski, Listy 1957-2000, wstęp Paweł Kłoczowski, opracował i przypisami opatrzył Henryk Citko, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire "Kultura", Towarzystwo "Więź", Warszawa 2016, s. 269, 271).

[3c] Pan Tomasz Lewandowski zwrócił mi uwagę na oparte na podobnym motywie opowiadanie Romana Bratnego Odjazd w niezbadane, mało znane i również nieodnotowane w artykule Adama Mazurkiewicza (przypis 3a). Jego narratorem jest odmrożony technik dentystyczny z XX wieku i znowu okazuje się, że w odległej przyszłości uczeni mają o naszych czasach raczej bajkowe wyobrażenie:

"I oto odzyskałem po stuleciach wolność w roli Eksponatu. Nie mam nazwiska ani imienia. Mam numer katalogowy i imię «Eksponat». Pierwsza nazwała mnie tak Milicja, a jej głos znaczy w Muzeum XX Wieku bardzo dużo.

I znów muszę wszystko tłumaczyć. To jej imię własne. Milicja to imię własne. Tak kustosz Muzeum nazwał swoją córkę. Urodziła się w dniu, gdy grzebiąc w polskich ocalałych dwudziestowiecznych szpargałach trafił na opis uroczystości jakiegoś jubileuszu i znalazł tam słowa pełne tak tkliwego ciepła, że uznał, iż chodzić musiało o istotę dobroci i delikatności nadludzkiej, i tak postanowił nazwać swoje dziecko" (Roman Bratny, Odjazd w niezbadane, [w:] Idem, Sześć osób pierwszych, Iskry, Warszawa 1972, s. 75-76).

[3d] I jeszcze jeden dopisek. Pan Roman Żuchowicz przypomniał mi o słynnym (niegdyś) pamflecie Jana Baptysty Pérèsa z 1827 roku Comme quoi Napoléon n'a jamais existé ou Grand erratum, source d'un nombre infini d'errata à noter dans l'histoire du XIXe siècle. Była to w zamierzeniu satyra na teorię Charlesa Dupuisa, według której Jezus Chrystus nigdy nie istniał, a opowieść o nim to jedynie konglomerat starożytnych mitów astralnych. Pérès w podobny sposób dowodził nieistnienia Napoleona twierdząc, że jego rzekoma biografia to tak naprawdę przetworzony mit solarny.

"Wiadomo najprzód każdemu, że poeci słońce nazywają Apollo; różnica pomiędzy Apollo a Napoleon już sama przez się niejest znaczną i tém mniejszą będzie, skoro znaczenie i pochodzenie tego wyrazu rozbierzemy" ([Jean-Baptiste Pérès], Dowód że Napoleon nigdy nieistniał. Wielkie erratum, J. J. Heine, Poznań, 1837, s. 6).

Nie jest to z pewnością to samo, co motyw "późnej narracji archeologicznej", w którym efekt komiczny powstaje w wyniku rekonstruowania przeszłości z kilku szczątkowych i źle zrozumianych (jak z tym "milionerem") informacji. Tym razem informacje są prawdziwe, a komiczna jest jedynie ich całościowa "mitologiczna" interpretacja. Jak napisał anonimowy polski tłumacz broszurki Pérèsa: autor postanowił "fakta, których tysiące świadków jeszcze żyją, przybrać w postać bajeczną" (s. 29). Niemniej i ta fantazja - już prawie dwustuletnia - chyba zasługuje na przypis.

[3e] Pan Alexander Gütsche powiadomił mnie natomiast, że motyw mitu piłki nożnej jako reliktu poprzedniej cywilizacji pojawia się w powieści Marka Oramusa Dzień drogi do Meorii (pierwsze wydanie w roku 1990). I dodał:

"W środowisku pisarzy gatunkowej fantastyki ogrywanie tych samych motywów jest ogólnie przyjęte [...]. Sądzę, że Oramus przeczytawszy Mikkego zainspirował się i wplótł ten pomysł, który nawet wtedy nie wydawał się szczególnie odkrywczy, w swoją książkę i z dużo lepszym efektem. Ale raczej nie miało to na celu polemiki".