EBENEZER ROJT

Bzik Stanisława Lema
albo zaraza z tym Kołakowskim

W księgarni im. Prusa, na Krakowskim Przedmieściu - pisze Józef Hen - kupiłem Okamgnienie Stanisława Lema. Książka o najważniejszych zagrożeniach nadchodzącego stulecia. Cieszyłem się na tę lekturę. Oczywiście, ciekawe, ale czasem drażni język, w którym przejawia się swoiste poczucie wyższości. Książki tego typu, przeznaczone dla ludzi o wykształceniu raczej humanistycznym - bo przecież nie dla fizyków i biogenetyków - należy pisać po polsku, podczas gdy Lem stosuje często żargon scjentyczno-epistemologiczny, aksjologiczno-ontologiczny, i to tam, gdzie od lat używane jest z dobrym skutkiem słownictwo polskie. Przyłapałem go już kiedyś na "kompleksie suicydalnym" (samobójczym), w tej zaś książce przepowiadanie nazywane jest "predykcją", nieśmiertelność "immortalizmem", ewolucja skokowa jest "saltacjonistyczna". Czy dostał bzika? Taki świetny pisarz! Czy też inaczej już nie umie? [1].
Gdyby nie ten akapit Hena, pewnie nigdy bym się nie odważył, ale trzeba wreszcie to powiedzieć: Lem był wielkim pisarzem, jednak rzeczy niebeletrystyczne potrafił pisać językiem wykoślawionym wprost paskudnie! Mętnymi, skomplikowanymi zdaniami, gęsto nafaszerowanymi niestrawną mieszaniną terminologii naukowej i niby-naukowej.

Zamiast na przykład napisać zwyczajnie, że jakieś tam możliwości są dziedziczone, pisał, że są one "przekazywane dziedzicznie przez kanał genowy" [2]. Nawet w wywiadzie dla "Playboya", najpewniej już i tak wygładzonym przez redakcję (boć przecie "Playboya" przeglądają głównie tacy, co lubią, żeby wszystko było gładkie i zaokrąglone), też jest ten kanał, tym razem "genetyczny". A nieco wcześniej w tym samym wywiadzie używa Lem słowa "judeocyd" - koszmarnej kalki angielskiego Judeocide, przy której "holocaust" brzmi swojsko i zwyczajnie [3].

Dałoby się jeszcze od biedy wybaczyć te dziwactwa, gdyby używał ich dla zwięzłości wywodu. Ale gdzie tam! Na ogół bywa akurat odwrotnie i potem płynie sobie wartko taki potok logorei, to jest chciałem powiedzieć - słowolejstwa, którego ani przeskoczyć, ani przejść niepodobna, bo najeżony ostrymi kamieniami na dnie, tymi różnymi kanałami i judeocydami albo ewolucją, raz pozanukleotydową, to znów oprószoną prokariontami i eukariontami, niczym w krótkim kursie biologii.

Jeżeli jakieś nie znane nam dokładnie zbiegi i sploty warunków powstały w środowisku życiodajnych roztworów ciekłych, ponieważ ciekła faza dawała biogenezie niejako najbardziej wielowymiarową eksperymentalną przestrzeń, i jeżeli to, co podówczas powstało, było jedynym ziarnem, z którego wyrosło wielomilionowe drzewo gatunków, to możemy sobie wyobrazić, że gdyby się nam udało skonstruować, a dzięki temu uruchomić ewolucję syntetyczną, pozabiałkową i pozanukleotydową, to rozbieg jej płodów mógłby okazać się niepomiernie większy aniżeli w obrębie Linneuszowego drzewa. Sprawę można też wyrazić zwięźlej, mniej więcej tak oto. Zbiór pochodnych jedynego w dziejach ewenementu, jakim było powstanie prokariontów, które po eonach zdołały się przekształcić w eukarionty, powinien być mniejszej mocy aniżeli zbiór potencjalnych płodów ewolucji syntetycznej, który nie musi już podlegać, jak ów zbiór pierwszy, żadnym ograniczeniom (Okamgnienie, s. 134-135).
Przekład z lemowego na polski:
Jeżeli ewolucja zapoczątkowana jednorazowo w dość szczególnych warunkach doprowadziła do powstania wielkiej różnorodności form życia, to możemy sobie wyobrazić, że gdyby się nam udało wywołać ewolucję w oparciu o syntezę innych związków chemicznych, jej twory mogłyby być znacznie bardziej zróżnicowane.
Można w ten sposób bez żadnej szkody skracać wywody Lema o więcej niż połowę. Albowiem wszystkie te ciekłe fazy, biogenezy, nukleotydy, rozbiegi płodów, Linneuszowe drzewa, prokarionta, eony czy moce zbiorów to jedynie ozdobniki (czy lepiej: oszpetniki), które wypowiadanej myśli żadnej istotnej treści nie dodają. Przypominają raczej popisy studenta, który po powrocie do rodzinnej wsi pragnie onieśmielić wszystkich swoją uczonością.

Te popisy czasem smutno się kończyły - jak przygoda Lema z "parergą i paralipomeną".

Parerga i paralipomena to późne dzieło Artura Schopenhauera, o którym jakoś nie pamięta polska Wikipedia, choć już od kilkunastu lat jest łatwo dostępne w pięknym przekładzie Jana Garewicza. Składa się na nie szereg dodatków i uzupełnień do Schopenhauerowskiego główniaka - Świata jako woli i przedstawienia. I takie właśnie jest znaczenie tego osobliwego tytułu: parerga (πάρεργα) to po grecku tyle, co dziełka poboczne, paralipomena (παραλειπόμενα) zaś - to uzupełnienia. Zwróćcie uwagę - w obu wypadkach liczba mnoga!

Lemowi jednak zwidziało się, nie wiedzieć czemu, że wcale nie ma tam liczby mnogiej i że nie są to te parerga i te paralipomena, ale ta parerga i ta paralipomena, i wyszło mu coś takiego:

Stuknęła mi sześćdziesiątka, siódmy krzyżyk się zbliżał i nadzieje sławy doczesnej nikły. Cóż było robić? Jąłem rozmyślać o wiecznej, o potomkach, o pokoleniach następnych, które odkryją mnie i w proch przede mną na twarz padną. Tu atoli niejakie ulęgły się we mnie wątpliwości, co ja właściwie będę z tego miał, skoro mnie nie będzie? I musiałem, zgodnie z naukami mymi zawartymi w czterdziestu czterech tomach z parergą i paralipomeną tego dojść, że absolutnie nic.
Jest to cytat z Cyberiady, wyznanie Chloryana Teorycego dwojga imion Klapostoła, intelektryka i myślanta mamońskiego [4], a skoro z Cyberiady, to można by ewentualnie uznać to za płochą zabawę albo ezoteryczny żart. Ale w pierwszym wydaniu rozmów ze Stanisławem Beresiem w rozdziale "Pasja filozofowania" Lem mówi, tym razem już jako on sam:
Koncepcja Woli jest oryginalna, a wyższego stopnia precyzji Schopenhauer nadać jej chyba nie mógł. [...] Autora Parergi i Paralipomeny mocno wspierał język niemiecki. W tym języku łatwiej niż w polskim wejść w hipostazę [5].
Na szczęście po dwudziestu latach od tej rozmowy ktoś w Wydawnictwie Literackim odważył się Lema poprawić i w drugim wydaniu przedostatnie zdanie wygląda już (prawidłowo) tak: "Autora Parergów i paralipomenów mocno wspierał język niemiecki" (Tako rzecze, s. 356).

Niestety, Lem zdążył wcześniej jeszcze po raz kolejny popełnić tę samą gafę i w roku 1996 w jednej ze swych sylw drukowanych w "Odrze" napisał (co potem bez zmian przedrukowano w zbiorze Sex wars):

Tutaj wreszcie mogę wyjawić, co od początku tej sylwy zamierzałem, a mianowicie powiedzieć, jakie tytuły noszą te książki, których na pewno nie napiszę. [...] III. "Człowiek to brzmi strasznie". Wyjaśniać tytułu już od dawna nie trzeba. Parerga z paralipomeną prezentowałyby luźnawe szkice takiego rzeczywiście, a nie samozwańczo jedynie rozumnym zwanego gatunku, który by możny Kreator z plazmy pierworódczej mógł wywieść, gdyby chciał, ale nie wywiódł, ponieważ go nie było [6].
Również z mniej wykoślawionymi dziwactwami nie było tak, że Lemowi raz się coś tam wypsnęło i tyle. Przeciwnie, jak już coś mu się pióra uczepiło, to się potem odczepić nie chciało. Jak choćby owo słówko "suicydalny", na którym przyłapał go Hen (szybką kwerendę przesuwam do przypisu, bo nudna [7]).

Nawet gdy w latach 80. pisał pod pseudonimem do paryskiej "Kultury", jego styl wciąż go zdradzał, więc do plewienia co bardziej charakterystycznych kwiatków używał również syna [8]. Ale ani syn, ani redakcja "Kultury" nie mogli pisać wszystkiego od nowa i dlatego na przykład Japonia u Lema nie przoduje w wynalazczości, lecz "okazuje się innowacyjnie wysforowana do przodu" (jakby można się było wysforować do tyłu) [9].

Co do jednego Hen się jednak mylił - nie był to u Lema bzik świeżej daty, coś w rodzaju zdziwaczenia na starość. Działo się tak od bardzo dawna.

Już w dyskusji nad Filozofią przypadku, trzydzieści lat przed Okamgnieniem, Janusz Sławiński zdiagnozował język Lema znacznie surowiej niż Hen, choć zarazem zrobił to dość oględnie i delikatnie:

Świat znaczeń tej książki jest w całości rozpuszczony w jej języku i z niego niewyjmowalny. Istnieje analogicznie do świata utworu poetyckiego, tzn. wyłącznie w mowie, która go powołała do życia. Odarty ze słów wybranych przez autora i opowiedziany słowami cudzymi - traci natychmiast swoją oryginalną doniosłość, staje się miejscami nie całkiem zrozumiały, a miejscami banalny [10].
A potem jeszcze dodał, że:
Lem mówi wieloma językami naraz; dzieło jego można rozumieć jako programową ucieczkę od języka jednorodnego, zapewniającego doktrynalizację treści. Posługuje się on językami nauki dokładnie w taki sam sposób, jaki jest - jego zdaniem - właściwy usiłowaniom współczesnych twórców, którzy porzucają ideał stylu czystego (Dyskusja, s. 358).
To znaczy: zręcznie podrabia wszystkie rodzaje języków nauki będące akurat w obiegu.

Lem nie bardzo się tym przejął i pouczył szacownych dyskutantów-humanistów, że pisze tak, jak pisze, bo teoria gier, bo cybernetyka stosowana, bo "pojęcia stochastyki i ergodyki", bo trzeba uwzględnić "deskrypcyjną aparaturę informacjonistyki fizykalnej" (Dyskusja, s. 372, 371). A nawet z bezwzględnością króla Okrucyusza wspomniał jeszcze o komorze Wilsona.

I rozbrajająco przy tym wyjaśnił:

Operowanie wiodącymi paradygmatami heurezy jest w zasadzie korzystne zawsze, ponieważ te wzorce postępowania poznawczego, które w danym czasie dominują, są ze szczególną, bo wszechstronną dokładnością weryfikowane w toku przeróżnych procedur gnostycznych (Dyskusja, s. 372).
Czyli w przekładzie na polski: dobrze jest używać tych wszystkich modnych języków nauki, ponieważ (podobno) zwiększa to szanse, że nasze pomysły ktoś skontroluje.

W całej tej historii najdziwniejsze jest jednak to, że Lem doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich językowych zdziwaczeń. I sam bolał nad nimi!

Na marginesie pewnej polemiki z Leszkiem Kołakowskim wspomniał o tym wprost:

Widać, jak aprioryczna niechęć do rozmyślania w porządku najzwyklejszej empirii utrudnia regulację myślowego toku także człowiekowi inteligentnemu, za jakiego zawsze poczytywałem Kołakowskiego, to zaś, iż zaraził był mnie (nie tylko mnie) napuszonym, szczudłowatym wysłowieniem, które mi częściowo popsuło to, co sam pisałem (przynajmniej jako teksty dyskursywne), wybaczyłem mu już bardzo dawno [11].
Czemu więc niczego z tym nie zrobił? Redaktorzy z Wydawnictwa Literackiego z pewnością chętnie pomogliby autorowi, dzięki któremu wiele razy mogli zarobić ździebełko na bułeczkę i masełko. W Krakowie umieją rachować.

Trzeba więc chyba będzie poniewczasie przyznać rację Philipowi Dickowi, że Lem to tak naprawdę było kilku pisarzy (choć niekoniecznie trzymanych gdzieś pod kluczem przez KGB) [11a]. A przynajmniej dwóch.

Jeden pisał z namaszczeniem, że "program autoewolucji to śliska pochyłość bez zastawek, wiodąca ku otchłani nonsensów" [12], a drugi mu na to, że Karkulowsiał zwartusiał. Znowu wlazł na szczudła.

[1] Józef Hen, Dziennik na nowy wiek, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009, s. 38.

[Dopisek] Pan Zbigniew Młynarski przypomniał mi, że kilka lat przed Henem podobne rzeczy o języku Lema wypisywał Robert Stiller, co wypadałoby przynajmniej odnotować:

"Nie rozumiesz m.in. zalet stylu prostego, zwięzłego, klarownego [tak Stiller zwraca się do zmarłego Lema, co ma być podobno jakąś niezwykle nowatorską formą], jakie to narzędzie ma olbrzymie zalety i jak się nim posługiwać. Twój artystyczny, pisarski styl jest prawie zawsze z niemiecka barokowy, zawiły i pokrętny, aż po niezrozumiałość nawet tam, gdzie nie jest to do niczego potrzebne. Temu samemu służy inflacja wyrazów obcych i tychże neologizmów: nie w igraszkach, tylko w toku dyskursywnym, czyli w większości (co nie tylko ja zauważam) zbędnych aż po szamaństwo i sztuczność. Po części wiem na pewno, a po części mogę się domyślać, że trudność spraw m.in. naukowych i filozofujących, na których ci szczególnie zależy, polega właśnie na niepotrzebnie komplikującym stylu, który wszystko hermetyzuje i utrudnia, zamiast większość ułatwiać" (Robert Stiller, Lemie! po co umarłeś? Opowieść w reminiscencjach, Wydawnictwo vis-à-vis/Etiuda, Kraków 2006, s. 72).

Usprawiedliwia mnie fakt, że książka Stillera, pretensjonalna i bałamutna, jest w istocie słabo zamaskowanym paszkwilem wysmażonym przez niedopieszczonego zazdrośnika. Tu już nie ma zmiłuj. Źle dzieje się z językiem nie tylko "w toku dyskursywnym", ale także "artystyczny, pisarski styl" Lema okazuje się marny.

Kto chciałby wiedzieć więcej o tej kuriozalnej książce, niech przeczyta w OSOBACH: "Robert Stiller o Stanisławie Lemie albo straszna siła zawiści".

Naturalnie o języku Lema (szczególnie o jego inwencji językowej) pisali także inni, ale bardzo różnie to wychodziło. Na przykład Tadeusz Piotrowski (Lem - nowator językowy?, "QUART. Kwartalnik Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego", 2015, nr 3-4, numer specjalny: Lem) zrobił zestawienie "wynalazków językowych" Lema z Głosu Pana (s. 181-182) i wyszło mu, że atlantozaur, autodeskrypcja, duumvirat, fizjoanatomia, kosmogeneza, mikroeksplozja, psychozoiczny, to neologizmy.

[2] Stanisław Lem, Okamgnienie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 133. Dalej cytuję jako Okamgnienie.

[3] 50 najlepszych wywiadów Playboya, opracowanie Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke, Marquard Media Polska, Warszawa 2007 ("kanał genetyczny" na stronie 35, "fakt tej rangi co judeocyd" na stronie 34).

Nb. Lem przy okazji plecie tam bajędy o neandertalczyku, który w jego fantazji dotarł aż do Ameryki i Australii:

"Zwróćmy jednak uwagę, że ten pierwotny człowiek - neandertalczyk - miał taki napęd, że przez suchy podówczas przesmyk Cieśniny Beringa przepchał się aż do Ameryki. Że przez most wyspowy, a może tratwami, przepłynął do Australii. Co go tak gnało" (s. 34).

Nie jest to przejęzyczenie, bo wcześniej Lem mówi o "homo neandertalensis" (sic!).

[4] Stanisław Lem, Cyberiada, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1972, s. 394 ("Bajka o trzech maszynach opowiadających króla Genialona"). I tak to zostało aż do dzisiaj, a w każdym razie w ostatnim elektronicznym wydaniu Cyberiady (Cyfrant, Kraków 2012).

Jeśli zaś chodzi o Klapostoła, to Stanisławowi Beresiowi Lem wyznał krótko: "Jest to niewątpliwie autoportret z dużą domieszką kwasu" (Tako rzecze... LEM. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 232). Dalej cytuję jako Tako rzecze.

Nb. wcześniej podobna fraza pojawiła się w Pamiętniku znalezionym w wannie jako tytuł dzieła Jonaberiego O. Paupy: O szpiegarzy fortunie, czyli Przybocznik wyśmienitego szpiegorstwa, w Xięgach trzech z parergą i paralipomeną (Stanisław Lem, Pamiętnik znaleziony w wannie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 98; pierwsze wydanie w roku 1961).

[5] Stanisław Bereś, Rozmowy ze Stanisławem Lemem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 347.

Nb. można w tych Rozmowach znaleźć cały repertuar dziwactw Lema. Są tam między innymi "koturnowe uzasadnienia [...] genocydowych wysiłków" (s. 273); jest sycenie się wizją "potwornego zoocydu" (s. 388); jest "predykcja naukowa" (s. 249); jest i "groźba suicydalna" (s. 363). Nawet biedne zwierzęta nie są udomowione, lecz "zdomestykowane" (s. 390). Nie wiem, czy Lem tak cudacznie mówił do Beresia, czy też dziwactwa te pojawiły się dopiero w redakcji.

[6] Stanisław Lem, Sex wars (Dzieła, tom XIX), Agora, Warszawa 2009, s. 221-222. Jakże tu jednak mieć za złe Lemowi tę parergę i paralipomenę, skoro dziś nawet zawodowiec (zajmujący się również przekładami) potrafi napisać:

"Zwróćmy uwagę na hiperboliczną czujność, zapośredniczoną niezależność, subwersywną systemowość i - drobna addenda - różnicę akademicką" (Arkadiusz Żychliński, Słowo wstępne. Vita performativa, czyli o ćwiczącym życiu, [w:] Peter Sloterdijk, Musisz życie swe odmienić. O antropotechnice, przełożył Jarosław Janiszewski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2014, s. VIII). 'Addenda' to liczba mnoga od 'addendum'. I cała hiperboliczna czujność na nic. Tylko subwersja została.

[7] Przykłady w kolejności z grubsza chronologicznej, według dat powstania:

"KONANIA zamieniliśmy w AGONANIE - połączenie AGONIE i «ONANIE». Element bowiem «onaniczny» w tej powtarzalnej śmierci jest niewątpliwie ważny i zagubienie go w przekładzie to nie tylko aliteracyjna zmiana czysto brzmieniowa, lecz uszczerbek semantyczny. Nie wiem, czy AGONIZE i ONANISM nie można by jakoś połączyć? A jeśli nie, to dwuwyrazowo zrobić coś w rodzaju «suicydalnej masturbacji»" (Stanisław Lem, Sława i fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2016; list z 15 września 1975; wydawca nawet dał przypis do "suicydalnej": "Suicydalnej - samobójczej").

"W serii było zawsze na odwrót: nikt się tam nie afiszował manią suicydalną. Typowa była bezwzględna determinacja, widoczna w powtarzaniu zamachu, jeśli się pierwszy nie udał" (Stanisław Lem, Katar, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, s. 82)

"W takim pucharze podają zwykle cykutę, więc skoro sam chciał ją wypić, jest niedokonanym samobójcą, a skąd chęci suicydalne, jeśli nie od taedium vitae, czyli od chandry?" (Stanisław Lem, Maska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, s. 116; "Edukacja Cyfrania", potem włączana do Cyberiady; chandrę oraz "chęci suicydalne" miał, rzecz jasna, Chandroid).

"Stare powiedzenie, że sztaby generalne zawsze są doskonale przygotowane do wygrania poprzedniej, przeszłością już będącej, wojny, skrywa w sobie teraz groźbę suicydalną" (Tako rzecze, s. 371).

"Sprawa, jakiej poświęcił doktor Aspernicus swoje dwutomowe dzieło, dotyczy tego, co nazwał lokatą śmierci w kulturze. O zwiastowanie dalszych perturbacji tej lokaty oraz jej przyszłych skutków jest osobliwie trudno, albowiem proces przebiegł już przez cały swój kołowy cykl, skoro zło po kolei było lokowane wszędzie, gdzie się jego lokalizacja dawała pomyśleć, i otwarcie tej nihilistycznej gry, dokonane przez paranoję hitleryzmu, dotarło do logicznej końcówki jako do zbiorowego obłędu suicydalnego" (Stanisław Lem, Prowokacja, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984, s. 52; opowiadanie "Prowokacja").

"Możesz się nawet dowiedzieć, cierpliwy czytelniku, jaka jest korelacja nakładów tego podręcznika suicydalnej samoobsługi z normalnym rozkładem samobójczej skuteczności: dawniej bowiem, gdy brano się do tego po amatorsku, więcej samobójców można było uratować" (Prowokacja, s. 67; opowiadanie "Jedna minuta").

"Obecnie sądownictwo stanowe zatkane zostało sprawą tak zwanych S/Orgiaków, suicydalnych, czyli samobójczych, bo kopiąc się prądem w ośrodek rozkoszy między limbiczną i hypotalamiczną częścią mózgu, można było podobno skonać z najwyższym zadowoleniem" (Stanisław Lem, Pokój na Ziemi, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 242).

"Komercjalna żarłoczność mediów doprowadziła do tego, że koszmarny ludobójczo atak suicydalny terrorystów w Nowym Jorku poważył się pewien koneser mianować «dziełem sztuki» à la happening" (Stanisław Lem, Dylematy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003, s. 136; nb. tym "koneserem" był znany kompozytor Karlheinz Stockhausen, który potem wykręcał się, że go źle zrozumiano).

[8] "Po wizycie Najdera uznano, że jestem na tyle dorosły, aby podzielić się ze mną innymi tajemnicami. Tak dowiedziałem się, że ojciec pod pseudonimem «P. Znawca» publikuje w paryskiej «Kulturze», a potem nawet dostąpiłem zaszczytu przeczytania jednego z tekstów pod kątem usuwania z niego wyrażeń pozwalających - na podstawie stylu - na jednoznaczne zidentyfikowanie autora. Nie było to zadaniem łatwym, bo ojciec upodobał sobie wyrażenia trącające sienkiewiczowską myszką, takie jak «dlaboga», «boż przecie», «wprzódy» itp. - którymi, nawiasem mówiąc, pozarażał lemologów z profesorem Jarzębskim na czele - i nie na wszystkie poprawki był skłonny przystać" (Tomasz Lem, Awantury na tle powszechnego ciążenia, Cyfrant, Kraków 2012; rozdział 13 "Berlin 1983, Wiedeń 1983-1988")

[9] P. Znawca [Stanisław Lem], Czy mamy życzyć Gorbaczowowi powodzenia?, "Kultura" 1987, nr 4, s. 80.

[10] Janusz Sławiński, Kazimierz Bartoszyński, Henryk Markiewicz, Stanisław Lem, Dyskusja (wraz z Głosem autora) [nad książką Stanisława Lema: Filozofia przypadku. Literatura w świetle empirii], "Pamiętnik Literacki" 1971, z. 1, s. 357-358; wyróżnienie moje. Dalej cytuję jako Dyskusja.

Nb. głos Henryka Markiewicza został w tej dyskusji przedrukowany jedynie we fragmentach. Natomiast w wersji oryginalnej profesor Markiewicz nie mógł powstrzymać się od przytoczenia z Lemowej Filozofii przypadku takiego oto fragmentu:

"«Embriogeneza i konkretyzacja czytelnicza tekstu stanowią - obie - szczególne wypadki z zakresu ogólnej teorii integrującego sterowania złożonego hierarchicznie, które przebiega probabilistycznymi gradientami, ponieważ inne urzeczywistnienie teleologicznej transformacji danych wyjściowych w końcowy "produkt" nie jest możliwe dla powodów natury fundamentalnej, zakorzenionych w samej istocie substratu materialnego, z jakiego zbudowany jest świat, i nie ma ów probabilizm nic w sobie przejściowego albo przypadkowego, przez co można by go uznawać za jeden z wielu możliwych wariantów (także deterministycznego) urzeczywistniania takich samoorganizacyjnych przekształceń (213)».

Nie mogłem odmówić sobie przytoczenia tego fragmentu, tak ze względu na jego istotność merytoryczną, jak i na sposób wykładu: niechże czytelnik, który sam nie sięgnie po Filozofię przypadku, poczuje, jak potrafi torturować jej znakomity autor!" (Henryk Markiewicz, "Summa Litteraturae" Stanisława Lema sposobem niecybernetycznym wyłożona, [w:] Idem, Utarczki i perswazje 1947-2006, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2007, s. 93).

Na następnej stronie Markiewicz zaznacza jeszcze (bo może ktoś nie zauważył), że ten przytoczony fragment to jedno zdanie, "trudne i zakalcowate".

[11] Stanisław Lem, Rozważania sylwiczne, "Odra" 1992, nr 4, s. 46; wyróżnienie moje. O ile wiem, akurat ta część Rozważań sylwicznych nie została nigdy potem przedrukowana w żadnym zbiorze. Ale mogę się mylić.

[11a] Wprawdzie anegdota o Dicku, przekonanym jakoby Lem naprawdę był partyjną komórką złożoną z kilku osób piszących różnymi stylami, jest powszechnie znana, ale poproszono mnie o podanie w przypisie źródła tej informacji. Otóż Dick napisał to otwarcie w liście do FBI z 2 września 1974:

"Lem is probably a composite committee rather than an individual, since he writes in several styles and sometimes reads foreign, to him, languages and sometimes does not" (The Selected Letters of Philip K. Dick. 1974, redakcja Paul Williams, wstęp William Gibson, Underwood-Miller 1991, s. 235).

Nieco wcześniej wydrukował ten list Robert M. Philmus, a to dzięki temu, że do teczki Dicka w FBI uzyskał dostęp (na mocy US Freedom of Information Act) jeden z biografów Dicka, Gregg Rickman (zob. Robert M. Philmus, The Two Faces of Philip K. Dick, "Science Fiction Studies" 1991, nr 1, s. 98-99).

Sam Rickman próbował usprawiedliwiać donosy Dicka do FBI chorobą. Według niego Dick cierpiał na zaburzenie dysocjacyjne tożsamości (MPD, multiple personality disorder; dziś DID, dissociative identity disorder) spowodowane traumatycznym dzieciństwem i kiedy pisał, że Lem to zbiór różnych osób, projektował na wyimaginowanego wroga (tj. Lema) swe własne doświadczenie.

"Dick was a victim of Multiple Personality Disorder (MPD), brought on by traumatic childhood experiences (involving abuse which was physical, emotional, and almost certain sexual). [...] When Dick wrote the FBI that «Lem is probably a composite committee rather than an individual...,» he was projecting his own experience onto his imagined enemy" (Gregg Rickman, Dick, Deception, and Dissociation: A Comment on "The Two Faces of Philip K. Dick", "Science Fiction Studies" 1991, nr 2, s. 291-292).

Nb. wielu psychiatrów wciąż uważa, że zaburzenie dysocjacyjne tożsamości w ogóle nie istnieje i że jest to raczej twór kultury popularnej niż efekt badań naukowych.

[12] Stanisław Lem, Planeta Lema. Felietony ponadczasowe, wybór Wojciech Zemek, posłowie Jerzy Jarzębski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016, s. 327. "Śliska pochyłość bez zastawek" to prawdopodobnie na chybcika przełożone (z finezją godną translatora Google) angielskie "slippery slope with no bottom" albo coś podobnego. Chodzi o równię pochyłą, która nie ma końca.