EBENEZER ROJT

"Gazeta Wyborcza" przepisuje z "The Washington Post"
albo plagiatorzy trzymają się mocno

10 lutego 2015 Simon Denyer ogłosił w "The Washington Post" artykuł Kobieca agencja detektywistyczna w Chinach wspiera skrzywdzone żony [1], który zaczynał się tak:
Gdy mąż Zhang Yufen w końcu przyznał, że ma romans i zostawił ją dla swojej kochanki, zabierając swoje rzeczy i opróżniając ich wspólny rachunek bankowy, poczuła się jakby niebo spadło jej na głowę.

Ale po tygodniu, w czasie którego ledwo co jadła i spała, jej ból i złość skierowały się na nowy cel: odkryć kim jest jego kochanka, gdzie mieszkają i dlaczego zdecydował się zostawić za sobą 16 lat małżeństwa - i zmusić go, żeby zapewnił odpowiednie finansowe wsparcie jej oraz ich małemu synowi [2].

Dziesięć dni później w "Gazecie Wyborczej" ukazał się artykuł Chiny: kochanka przepustką do elity, który zaczynał się zaskakująco podobnie:
Mąż Chinki Zhang Yufen spakował rzeczy, opróżnił wspólne konto i wyprowadził się, a ona poczuła, że jej świat legł w gruzach. Przez tydzień nie mogła spać ani jeść. Gdy się pozbierała, postanowiła, że dowie się, kim jest kobieta, dla której jej mąż zerwał małżeństwo po 16 latach udanego związku. Chciała też, by podzielił się z nią kosztami wychowania ich jedynego dziecka [3].
Wbrew temu, czego można by oczekiwać, artykuł ten nie został w "Gazecie Wyborczej" zaanonsowany jako przekład czy też opracowanie redakcyjne artykułu Simona Denyera z "The Washington Post", lecz jako autorskie dziełko Marii Kruczkowskiej. Nazwisko Denyera w ogóle się w nim nie pojawia, a jedynym nikłym śladem pochodzenia tekstu jest enigmatyczny dopisek w redakcyjnym leadzie: "Jedną z nich [tj. jedną z chińskich agencji detektywistycznych dla zdradzanych żon] opisuje «Washington Post»".

Tymczasem rzekoma autorka, Maria Kruczkowska, niczego od siebie do artykułu Simona Denyera nie dodała: ani merytorycznego komentarza, ani nawet najmarniejszej osobistej refleksji. Jej inwencja ograniczyła się do skreśleń, stylistycznych przeróbek, poprzestawiania paru akapitów etc. - czyli do roboty czysto redakcyjnej. Owszem, skreślając, przerabiając i przestawiając udało się Kruczkowskiej nieco zmienić wymowę artykułu. W oryginale pani Zhang Yufen z nostalgią wspomina czasy Mao, kiedy nie trzeba było zamykać drzwi, a urzędnicy służyli ludowi, podczas gdy teraz wszędzie pleni się korupcja. W wersji z "Gazety" przewodniczący Mao znikł, a na plan pierwszy wybita została kampania antykorupcyjna przewodniczącego Xi Jinpinga, podobno udana.

Dla obserwatora z boku wygląda to tak, jakby ktoś tu czuł się w prawie, by cudzy artykuł traktować jako anonimowy półfabrykat. Jakby doszło tu do - jeśli użyć modnego dziś terminu - przewłaszczenia stanu posiadania amerykańskiej gazety na korzyść "Gazety Wyborczej" [4]. Ale tym niech już się martwią prawnicy.

Ja odnotowuję tę smutną historię z czterech powodów.

Po pierwsze, Maria Kruczkowska to nie byle pannica na śmieciowym stażu, która nie ma pojęcia o dziennikarstwie, a pomyliła się niechcący, bo jeszcze nikt jej w redakcji nie wyjaśnił, czym różni się przetłumaczenie i zredagowanie cudzego artykułu od napisania własnego. Przeciwnie, Kruczkowska pisuje w "Gazecie Wyborczej" od ćwierć wieku [5], a znajomość dziennikarskiego fachu wyssała z mlekiem matki.

Po drugie, oryginalny artykuł z "The Washington Post" dostępny jest w Internecie za darmo, natomiast jego spolszczoną przeróbkę zamieszczono w serwisie internetowym "Gazety Wyborczej" w części dostępnej zasadniczo dla prenumeratorów. Do opłacenia prenumeraty zachęca się zaś zapewnieniem, że za te pieniądze czytelnik otrzyma "wysokiej jakości dziennikarstwo".

Po trzecie, gdyby podobny numer wycięto "Gazecie Wyborczej", to znaczy gdyby ktoś przeredagował i podpisał własnym nazwiskiem wzięty z niej artykuł, wtrącając po drodze jedynie "jak podaje «Gazeta Wyborcza»", sprawa najprawdopodobniej skończyłaby się w sądzie, a tamtejsi moraliści mieliby przez tydzień używanie.

Wreszcie po czwarte i najważniejsze. W internetowej wersji "Gazety Wyborczej" artykuł ukazał się dzień wcześniej, 19 lutego, i początkowo nie było w nim nawet tej mizernej wzmianki o "Washington Post". Pojawiła się ona dopiero po komentarzu jednego z czytelników, który sarkastycznie zauważył, iż "Pani Maria Kruczkowska zapomniała podać, że cały artykuł został przepisany z innej gazety" i dołączył odnośnik do oryginału [6].

Redakcja "Gazety Wyborczej" dobrze więc wiedziała, że chodzi w tym wypadku o plagiat, a mimo to - zamiast naprawić błąd i przeprosić [7] albo przynajmniej chyłkiem-tyłkiem wycofać artykuł z Internetu i z przygotowywanego papierowego wydania - zdecydowała się poprzestać na wstawionym na odczepnego dopisku.

Jeśli przyszły układacz słownika języka polskiego chciałby wiedzieć, co w roku 2015 znaczyło "zrobić coś na rympał", służę przykładem.

[1] Simon Denyer (przy współpracy Xu Yangjingjing), In China, a women's detective agency battles for wronged wives (strona zarchiwizowana), "The Washington Post", 10 lutego 2015.

[2] Przekład możliwie dosłowny, więc raczej chropawy. A oto oryginał:

"When Zhang Yufen's husband finally admitted to having an affair and left her to live with his mistress, clearing out his possessions and emptying their joint bank account, she felt as though the sky had fallen on her head.

But after a week in which she barely ate or slept, her pain and anger were channeled into a new determination: to find out who his mistress was, where they were living and why he had turned his back on 16 years of marriage - and to force him to provide proper financial support for her and their young son."

[3] Maria Kruczkowska, Chiny: kochanka przepustką do elity, "Gazeta Wyborcza", 20 lutego 2015, s. 16. W wersji internetowej artykuł ten ukazał się dzień wcześniej pod tytułem Chiny: kochanka dobrze widziana (strona zarchiwizowana). Powiadomiła mnie o nim uprzejmie stała Czytelniczka "Kompromitacji", jestem więc w tym wypadku wyłącznie kronikarzem cudzych spostrzeżeń.

[4] O mechanizmie "przewłaszczenia" i "redystrybucji żydowskiego stanu posiadania na korzyść Aryjczyków" pisze obficie Jan Tomasz Gross w Złotych żniwach, ale nie po raz pierwszy myli się, sądząc, że słowo "przewłaszczenie" jest neologizmem, w dodatku wymyślonym przez profesora Jana Grabowskiego. Zob. Jan Tomasz Gross, współpraca Irena Grudzińska-Gross, Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, s. 35, przypis 22 do słowa "przewłaszczenie": "Profesor Jan Grabowski jest autorem tego świetnie trafionego neologizmu".

W rzeczywistości "przewłaszczenie" to termin prawny o bogatej tradycji. W języku polskim używany od dawna, przynajmniej od XIX wieku, ale zasadniczo jako odpowiednik łacińskiej fiducia. Kto by zaś chciał wiedzieć, o co chodzi z przewłaszczeniem w prawie rzymskim, niech zajrzy do podręcznika. Na przykład do: Marek Kuryłowicz, Adam Wiliński, Rzymskie prawo prywatne. Zarys wykładu, wydanie piąte, poprawione, Wolters Kluwer Polska SA, Warszawa 2013, podrozdział "Kontrakt powiernictwa (fiducia)" na s. 244-245.

[5] W bazie Archiwum Gazety Wyborczej znajduje się ponad 1800 artykułów autorstwa Marii Kruczkowskiej, czy też może raczej podpisanych jej imieniem i nazwiskiem.

[6] Komentarz ten jest widoczny na zarchiwizowanej stronie tutaj.

[7] Przynajmniej tak, jak to niedawno zrobiono po blamażu z fałszywą okładką "Charlie Hebdo". Pojawiła się ona w "Gazecie" jako ilustracja artykułu Bartosza T. Wielińskiego Podpadli wszystkim (strona zarchiwizowana), mającego przekonać polskiego czytelnika, że bezkompromisowy "Charlie" nie uznawał żadnych świętości. "Dowalał imamom, rabinom i papieżowi". Na dowód zaprezentowano kilka okładek pisma. Niestety, akurat ta bijąca w Żydów, z rabinem proponującym w zamian za Palestynę milion rabatu z wiadomych sześciu milionów, okazała się fałszywką - parodią o nazwie "Shoah Hebdo". Gdy rzecz wyszła na jaw, fałszywą okładkę - teraz już nie bezkompromisową i reprezentującą najlepsze europejskie wartości, ale zwyczajnie antysemicką - natychmiast usunięto z internetowej wersji "Gazety", a nieco później opublikowano nawet skromne, nie rzucające się w oczy przeprosiny.