EBENEZER ROJT

Wojciech Kałużyński plagiatuje Ebenezera Rojta
albo notka pro domo sua

Dopiero teraz wpadła mi w ręce biografia Zygmunta Kałużyńskiego napisana przez jego dalekiego krewniaka, Wojciecha Kałużyńskiego [1]. Czytało mi się ją jako tako, póki nie doszedłem do rozdziału, w którym autor omawia wydaną w latach 50. książkę Zygmunta Kałużyńskiego Podróż na Zachód. Ponieważ sam pisałem o niej kiedyś w notce "Leopold Tyrmand o Zygmuncie Kałużyńskim (i odwrotnie)", byłem ciekaw, czy dowiem się czegoś nowego. Ale w miarę lektury natykałem się na zdania i spostrzeżenia dziwnie mi znajome:
Tyrmand poprzestaje na wyliczeniu kilku zaledwie błędów rzeczowych, tymczasem od przekłamań, szachrajstw, przeinaczeń w Podróży na Zachód aż się roi. Jakby autor samokrytycznie chciał od początku potwierdzać stwierdzenia o uprawianiu blagi. O filmach i książkach już wtedy pisał tak, jakby ich nie pamiętał albo zgoła w ogóle nie oglądał i nie czytał. Zmyślał nawet wtedy, gdy pisał o wybitnych arcydziełach kina. Pisząc o Obywatelu Kanie Orsona Wellesa, zmyślił na przykład scenę, w której główny bohater pokazuje się na balkonie z Mussolinim w Rzymie {Zygmunt Kałużyński, Podróż na Zachód, s. 179}. Z kolei w omówieniu Aleksandra Newskiego detaliczny opis scen sprawia wrażenie, jakby autor właśnie wyszedł z kina. Tymczasem znów spora ich część została zmyślona.

Egzotyczny orszak zjawiający się na wzgórzu: chan w kunsztownym stroju jedwabnym i spiczastej czapce obwieszonej klejnotami, w lektyce, eskortowanej przez półnagich niewolników w turbanach i Tatarów na wielbłądach [...] {Tamże, s. 42}.

Tymczasem w filmie tatarski dostojnik nadjeżdża dwukołowym wozem, nie towarzyszą mu półnadzy niewolnicy, a w kadrze nie pojawia się ani jeden wielbłąd! Prawdopodobnie Kałużyński sporządzał opis, korzystając z paru fotosów, a brakujące przejścia między nimi bez ceregieli dofantazjowywał. Tę samą metodę zastosował chyba nawet w streszczeniu Pancernika Potiomkina, który powinien przecież należeć do absolutnego elementarza kogoś, kto w tamtych czasach chciał uchodzić za znawcę kina. Na przykład w sławnej scenie masakry na schodach odeskich rzeczywiście pojawia się matka o ciemnej cerze i kędzierzawych włosach z okrągłymi kolczykami w uszach {Wszystkie wyróżnione kursywą fragmenty opisu Pancernika Patiomkina, tamże s. 36} ale nie jest ubrana we wzorzystą suknię i nie biegnie z dziko otwartymi ustami wprost na bagnety. Wzorzysty jest jedynie szal narzucony na gładką suknię, a kobieta idzie wolno w kierunku maszerujących żołnierzy i coś do nich krzyczy w rozpaczy, trzymając na rękach martwe dziecko. W tej samej scenie rzekomo widzimy rząd butów, widzimy schody, ale nie oglądamy twarzy żołnierzy-automatów. Nieprawda, widać całe sylwetki, łącznie ze zbliżeniami twarzy.

Fantazja autora nie kończy się na kinie. Zmyśla na przykład cytaty z Ferdydurke i przekręca nawet najbardziej znane powiedzonka z powieści Gombrowicza. Zamiast "przyprawiania gęby" mamy zatem "przylepianie mordy", a na miny jego zdaniem pojedynkowali się Filidor z Filibertem {Tamże, s. 90-91}, a nie Filidor z Momsenem (czyli anty-Filidorem). Wymyślił też sobie Kałużyński, że markiz de Sade zaczął pisać dopiero w wieku lat pięćdziesięciu, że nie istnieje żaden jego portret i że nie wiadomo, gdzie leżą jego kości, gdyż kazał swoje ciało przykryć darniną w ten sposób, by nikt nie mógł odnaleźć śladu grobu {Tamże, s. 66} (Wojciech Kałużyński, Pół życia w ciemności, s. 112-113; przypisy, które w oryginale są u dołu strony, dla większej czytelności umieściłem w tekście w nawiasach {}).

Jak podaje wydawca, książka Wojciecha Kałużyńskiego miała swoją premierę 7 listopada 2012 [2]. A teraz porównajcie sami powyższe akapity z odpowiednimi ustępami z mojej notki zarchiwizowanej 13 sierpnia 2012 przez Internet Archive Wayback Machine [3].
Skromne efekty Tyrmandowych łowów na szachrajstwa w Podróży na Zachód muszą dziwić, bo od blagi w tej książce aż gęsto. [...] Już wtedy [Kałużyński] udawał znawcę filmów, których albo dobrze nie pamiętał, albo w ogóle nie oglądał. Zmyślał nawet w wypadkach, gdy chodziło o najgłośniejsze obrazy z dziejów kina. [...] w Obywatelu Kane zmyślił scenę, w której Kane "pokazuje się na balkonie z [...] Mussolinim w Rzymie" (Podróż, s. 179-180). [...]

W omówieniu Aleksandra Newskiego nagromadzenie detali sprawia wrażenie, jakby autor właśnie wyszedł z kina. Ale znów spora ich część została zmyślona. "Egzotyczny orszak zjawiający się na wzgórzu: chan w kunsztownym stroju jedwabnym i spiczastej czapce obwieszonej klejnotami, w lektyce, eskortowanej przez półnagich niewolników w turbanach i Tatarów na wielbłądach [...]" (Podróż, s. 42). Naprawdę tatarski dostojnik nadjeżdża dwukołowym wozem, ma strój średnio kunsztowny, czapkę z pomponami, bez klejnotów, i nie towarzyszą mu półnadzy niewolnicy w turbanach. Nie pojawia się też w tej scenie ani jeden wielbłąd! Prawdopodobnie Kałużyński sporządzał swój opis korzystając z paru fotosów, a brakujące przejścia między nimi bez ceregieli dofantazjowywał. [...]

Tę samą fotosową metodę widać nawet w streszczeniu Pancernika Potiomkina; filmu, który każdy zawodowiec od kina powinien znać na pamięć. Na przykład w sławnej scenie masakry na schodach odeskich rzeczywiście pojawia się "matka o ciemnej cerze i kędzierzawych włosach z okrągłymi kolczykami w uszach" (miał fotos), ale nie jest "ubrana we wzorzystą suknię" i nie "biegnie z dziko otwartymi ustami wprost na bagnety" (nie miał fotosu). Wzorzysty jest jedynie szal narzucony na gładką suknię (miał tylko fotos ze zbliżeniem?), a kobieta idzie wolno w kierunku maszerujących żołnierzy i coś do nich krzyczy w rozpaczy, trzymając na rękach zabite dziecko. Kałużyński zmyśla też (nie miał fotosu), że w tej samej scenie "widzimy rząd butów, widzimy schody, ale nie oglądamy twarzy żołnierzy-automatów" (Podróż, s. 36). [...]

Co do Kałużyńskiego zaś, to jego fantazja bynajmniej na filmach się nie kończy. Zmyśla cytaty z Ferdydurke i przekręca nawet najbardziej znane powiedzonka z tej książki. Pisze o "przyprawianiu twarzy", o "przylepianiu mordy", a gdzie podziała się gęba? Na dobitkę wyszło mu, że na miny pojedynkował się Filidor z Filibertem (Podróż, s. 90-91). [...] Wymyślił też sobie, że markiz de Sade zaczął pisać dopiero w wieku lat pięćdziesięciu, że nie istnieje żaden jego portret i że nie wiadomo, "gdzie leżą jego kości", gdyż kazał swoje ciało przykryć darniną "w ten sposób, by nikt nie mógł odnaleźć śladu grobu" (Podróż, s. 66, 337).

To nie jest wykorzystanie dwóch zdań na krzyż, które potem "zapomniało się" umieścić w cudzysłowie. Wojciech Kałużyński wziął z mojej notki absolutnie wszystkie uwagi o błędach i zmyśleniach w Podróży na Zachód i bez skrupułów je sobie przywłaszczył. Sam nie znalazł nic, nie dodał ani jednego własnego przykładu! Podobnie wszystkie przypisy, sugerujące, że to jego własna mrówcza robota, zerżnął ode mnie. Jego erudycyjny popis demaskujący blagi Zygmunta Kałużyńskiego sam również jest blagą! Czyżby uważał, że pokrewieństwo zobowiązuje?

Owszem, nie kopiował żywcem całych akapitów. Trochę pozmieniał, trochę opuścił, niektóre zdania poprzerabiał, ale równocześnie wskutek tej swojej, pożal się Boże, "inwencji" narobił nowych byków na konto rodu Kałużyńskich.

Mniejsza już o tego Patiomkina zamiast Potiomkina, czy o niezbyt fortunną odmianę "w Obywatelu Kanie" zamiast "w Obywatelu Kane". Ale kradnąc cytat o markizie de Sade nawet nie zauważył, że jest tam moja wstawka i przypisał Zygmuntowi Kałużyńskiemu moje słowa oraz błędnie podał lokalizację tego cytatu. Gdyby naprawdę zajrzał do Podróży na Zachód, wiedziałby, że na stronie 66 nie ma nic o grobie de Sade'a, a zdania, które rzekomo sam z tej strony zacytował, w ogóle nie ma w całej książce!

Chciał też błysnąć przy Gombrowiczu i do mojego "Na dobitkę wyszło mu, że na miny pojedynkował się Filidor z Filibertem" dodał swoje "a nie Filidor z Momsenem (czyli anty-Filidorem)".

To żenujące, że muszę w tym miejscu przypomnieć taką szkolną oczywistość, ale na miny pojedynkował się Miętus z Syfonem. Miętus z Syfonem!!! Natomiast pojedynek Filidora i anty-Filidora toczył się na nieco inną broń. Kto zapomniał na jaką, niech zajrzy do V rozdziału Ferdydurke.

W ogóle Wojciech Kałużyński jest jak na złodziejaszka zbyt gapowaty i radziłbym mu stanowczo zmienić profesję.

W cytacie z listu Zbigniewa Herberta do Jerzego Turowicza, który też przepisał z mojej notki wraz z adresem bibliograficznym (Wojciech Kałużyński, Pół życia w ciemności, s. 120), obciął początek (czego nie zaznaczył), więc teraz z tego okaleczonego cytatu wynika, że zdanie "Kałużyński fałszuje cytaty z recenzowanych przez siebie książek", to opinia samego Herberta, podczas gdy w rzeczywistości Herbert jedynie powtarza to, czego dowiedział się od Tyrmanda.

Wziął też ode mnie trzy cytaty z Dziennika 54 Tyrmanda (na s. 121, 124, 165), ale nie zauważył, że ja cytuję Dziennik za pierwszym wydaniem londyńskim z roku 1980, podczas gdy on dopisał sobie do bibliografii wydanie Prószyńskiego z roku 1999, toteż podane u niego w przypisach numery stron (wzięte ode mnie) stały się nieprawidłowe. Kto teraz sięgnie po wydanie Prószyńskiego i spróbuje te cytaty znaleźć, dojdzie do wniosku, że Wojciech Kałużyński chyba coś tu nałgał (i będzie miał całkowitą rację!).

Twierdzi na stronie 108 i tak samo podaje w bibliografii, że Podróż na Zachód ukazała się w roku 1954. A to nieprawda! To tylko ja cytowałem tę książkę za jej drugim wydaniem, co wyraźnie zaznaczyłem w przypisie. Pierwsze wydanie wyszło bowiem w roku 1953 i dlatego Tyrmand w Dzienniku 54 mógł pisać o Podróży pod datą 12 stycznia 1954 jako o książce, którą już jakiś czas temu przeczytał.

Gdyby Wojciech Kałużyński o tym wszystkim wiedział, wiedziałby również, że nazywanie Podróży na Zachód książką odwilżową ("Jeszcze przed pojawieniem się w księgarniach otaczała ją sława książki «odwilżowej»") to piramidalna bzdura, gdyż pierwsza część głośnej powieść Ilji Erenburga Odwilż (Оттепель), od której tytułu pochodzi to określenie, ukazała się w 5 numerze pisma "Знамя" z roku 1954, a o samej odwilży zaczęto mówić jeszcze później (w polskim przekładzie Odwilż wyszła dopiero w roku 1955). Dlatego na przykład Tyrmand w Dzienniku ani nie wspomina o powieści Erenburga, ani nie używa słów 'odwilż', 'odwilżowy' etc. [3a].

Tak więc Wojciech Kałużyński nie tylko Podróży na Zachód nie widział na oczy, ale nawet nie chciało mu się zajrzeć w tej sprawie do katalogu Biblioteki Narodowej [4].

Na tym jednak nie koniec. Na znajome zdania i spostrzeżenia natknąłem się jeszcze w przedostatnim rozdziale jego książki. Tym razem najpierw podam odpowiedni ustęp z mojej notki, a dopiero potem to, co zrobił z tego Wojciech Kałużyński:

Po latach Kałużyński zemścił się za to obsmarowywanie go w Dzienniku 1954, uderzając w dwa czułe punkty Tyrmanda: jego męskość i jego pisarski talent:
- Był pełen kompleksów wynikających z jego żydostwa - mówi Zygmunt Kałużyński. - Mały, źle zbudowany, musiał nosić bardzo silne okulary. To dlatego prezentował się jako ymkowski superman i jebus, który zerżnął tysiące kobiet.
[...]
- Było w nim połączenie inteligencji i ruchliwości z hochsztaplerstwem i reakcją - uważa Kałużyński. - Był pisarzem drugiej kategorii. Nienawidził Iwaszkiewicza, który zawsze miał go za grafomana. Zły i Filip to ledwie pogranicze literatury, a U brzegów jazzu to zwykły plagiat nieznanej wtedy jeszcze w Polsce książki Rudiego Blesha Shining Trumpets - A History of Jazz {10}.
W bibliografii U brzegów jazzu Tyrmand wymienia Shining Trumpets na pierwszym miejscu. Porównałem wydanie, z którego korzystał, z tekstem jego własnej książki {11}. Blesh cytowany bywa obficie, nie zawsze z odesłaniem do przypisu, ale przecież esej Tyrmanda w żadnym razie nie udaje publikacji naukowej {12}. Niemniej, cytaty - w sumie z kilkunastu książek, choć może nie zawsze z pierwszej ręki - są czytelnie zaznaczone. Można najwyżej zżymać się na ich czasem nieumiarkowane rozmiary {13} oraz na pojawiającą się tu i ówdzie nieporadność w przekładzie czy w detalach komentarza {14}. Kompilacja - zgoda, ale na pewno nie plagiat! (zostawiam numery moich przypisów w nawiasach {}, ale ich zawartości nie wstawiam w tekst, gdyż są zbyt obszerne; chętni mogą je przeczytać tutaj).
A teraz książka Wojciecha Kałużyńskiego:

Kałużyński poświęconych mu fragmentów Dziennika 1954 jednak nie zapomniał i nie wybaczył. Po latach oddawał Tyrmandowi z nawiązką.

Był pełen kompleksów wynikających z jego żydostwa. [...] Mały, źle zbudowany, musiał nosić bardzo silne okulary. To dlatego prezentował się jako ymkowski superman i jebus, który zerżnął tysiące kobiet. [...] Był pisarzem drugiej kategorii. [...] "Zły" i "Filip" to ledwie pogranicze literatury [...] {Mariusz Urbanek, Zły Tyrmand, Iskry, Warszawa 2007, s. 160}.

[...]

Tymczasem Kałużyński uderza w najczulszy punkt.

"U brzegów jazzu" to zwykły plagiat nieznanej wtedy jeszcze w Polsce książki Rudiego Blesha "Shining Trumpets - A History of Jazz" {Tamże, s. 161}.

Sprawdzam. Sięgnąłem po oba tytuły. W bibliografii Tyrmand wymienia Shining Trumpets na pierwszym miejscu. Blesh cytowany bywa rzeczywiście często, nie zawsze z odesłaniem do przypisu, ale oprócz niego cytuje Tyrmand jeszcze częściej kilkanaście innych własnoręcznie przetłumaczonych i wtedy nieznanych u nas książek o jazzie. Nie może być zatem mowy o plagiacie, co najwyżej o kompilacji (Wojciech Kałużyński, Pół życia w ciemności, s. 326-327; przypisy znów umieściłem w tekście w nawiasach {}).

Rozbrajające jest to "Sprawdzam" w ustach kieszonkowego hochsztaplera! Sięgnął po oba tytuły? Przeczytał? Jeśli aż tak bardzo nie chciał podawać, skąd wziął swoje mądrości, mógł przecież od biedy napisać "Czytałem gdzieś, ale już nie pamiętam gdzie, że z tym plagiatem Tyrmanda to też bujda" i byłby choć częściowo kryty.

A tak znów muszę powtórzyć, że Wojciech Kałużyński zerżnął ode mnie zarówno moją dość pracochłonną analizę książek Tyrmanda i Blesha, jak i płynący z niej wniosek oraz przypisy. Ale też znów miał pecha ze swoją "inwencją", bo rozbijając kradziony cytat z książki Mariusza Urbanka (której pewnie nie widział na oczy) pierwszą część tego cytatu na wyczucie przypisał do strony 160, a drugą do strony 161. No i tu się przejechał, bo pierwsza część cytatu z Urbanka w rzeczywistości też ciągnie się aż do strony 161.

To wprawdzie drobiazg, ale ponieważ takich drobiazgów jest w tej książce znacznie więcej, ma ona pod względem faktograficznym wartość pospiesznie skleconej na kolanie chałtury. Jednak jej bałamuctwami zajmować się tu nie będę, bo to byłoby tak, jakbym kieszonkowcowi, który właśnie wyciągnął mi portfel, otrzepywał uprzejmie pyłki z ramienia. Kilka przykładów znajdziecie w przypisie [5].

Tutaj zatem kończy się moja opowieść. Muszę jednak teraz przyznać - a dopisuję tę nową pointę po prawie pół roku - że nie doceniałem Wojciecha Kałużyńskiego. Sądziłem bowiem, że taka gapa z gałązką w zębach może być jedynie drobnym okazjonalnym złodziejaszkiem. Tymczasem to, co ja brałem za gapowatość, było realizowanym z żelazną konsekwencją planem biznesowym zawodowca, który kradnie, co popadnie, raz-dwa dopisuje do tego byle co i sprzedaje, sprzedaje, sprzedaje...

Wiadomo o jeszcze dwóch jego złodziejskich sprawkach [5a]. Gdyby ktoś słyszał o jakiejkolwiek próbie ekspiacji czy zadośćuczynienia ze strony pana W.K., byłbym wdzięczny za wiadomość.

[1] Wojciech Kałużyński, Pół życia w ciemności. Biografia Zygmunta Kałużyńskiego, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2012. Autor tak opowiada o swoim pokrewieństwie z Zygmuntem Kałużyńskim: "Pradziadek Kałużyńskiego, Jan Kałużyński, przyjechał z Warszawy i był radcą lubelskiego rządu gubernialnego. Po latach studiów genealogicznych stwierdziłem, że to właśnie najprawdopodobniej nasz wspólny przodek" (s. 18). Ze względu na identyczne nazwisko za każdym razem - choć to nieco nużące - piszę "Wojciech Kałużyński" oraz "Zygmunt Kałużyński", by uniknąć nieporozumień, który z nich i gdzie narozrabiał.

[2] Informacja ze strony internetowej Wydawnictwa Zwierciadło.

[3] Moja notka została opublikowana w marcu 2012 roku, ale ponieważ notki czasem jeszcze później przeredagowuję i uzupełniam, nie chciałem polegać na mojej zawodnej pamięci i moich prywatnych archiwach. Dlatego odwołuję się do datowanej kopii z publicznego Internet Archive.

[3a] Problem z datowaniem Odwilży ma również, co trochę dziwne, Wiktor Suworow. Tyle że mija się z prawdą w drugą stronę. W Alfabecie Suworowa w notce o Ilji Erenburgu można przeczytać: "Zawsze posłusznie wykonywał rozkazy politbiura. Nawet gdy napisał swoją słynną antystalinowską powieść Odwilż (1956), zrobił to na zlecenie Chruszczowa" (zob. Wiktor Suworow, Alfabet Suworowa, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2014, s. 64-65).

[4] Prócz przypisów 102-106 na stronach 112-113, które Wojciech Kałużyński przepisał ode mnie, Podróż na Zachód jest w jego książce cytowana tylko jeszcze jeden raz na stronie 122, a cytat został opatrzony takim oto przypisem: "Zygmunt Kałużyński, Sergiusz Eisenstein, czyli rehabilitacja historii, w: Podróż na Zachód, Warszawa 1954". Jednak tym razem brak numeru strony. Widocznie odpisał cytat od kogoś, kto cytował mniej starannie niż ja.

Nb. na stronie 109 Wojciech Kałużyński błędnie podaje, że "szkic eseju (sic!) poświęconego Sergiuszowi Eisensteinowi pojawił się w 1946 roku [...]". Naprawdę esej ten został ogłoszony w "Twórczości" w numerze 7-8 z roku 1948. Że esej ten nie mógł zostać opublikowany w roku 1946, jest oczywiste dla każdego, kto go przeczytał, gdyż już pierwsze zdanie "Śmierć Sergiusza Eisensteina przeszła w Polsce bez wrażenia" wskazuje, że napisano go po 11 lutego 1948 roku, dniu śmierci Eisensteina.

[5] Są to przykłady wzięte wyłącznie z trzech pierwszych stron Posłowia (Wojciech Kałużyński, Pół życia w ciemności, s. 338-340). Claudel dostał tam dodatkowe "l' w nazwisku i nazywa się teraz Claudell. Za to Howard Phillips Lovecraft ma w drugim imieniu o jedno "l" mniej oraz dodatkowe "r" w nazwisku i nazywa się Howard Philips Lovercraft. Nie, z tym "Lovercraftem" to nie żadna banalna literówka. Zostało to trzy razy powtórzone!

Nie jest prawdą, że Tyrmand chciał przyłożyć Zygmuntowi Kałużyńskiemu "za pomyłkę w dacie urodzenia Le Corbusiera". Chodziło o datę wydania książki Le Corbusiera. Jest o tym w mojej notce, ale widocznie Wojciech Kałużyński nawet tej mojej notki uważnie nie przeczytał, ponieważ myślał wyłącznie o tym, co by tu z niej ukraść.

Na jego miejscu nie pisałbym też, że Zygmunt Kałużyński udowadniał swoimi tekstami, że czytał Dostojewskiego. Jeśli ktoś tak uważa, to albo sam nie czytał Dostojewskiego, albo nie czytał Zygmunta Kałużyńskiego. Dostojewski jest bowiem u niego omawiany równie bałamutnie jak Ferdydurke w Podróży na Zachód. Trzeba chyba będzie o tym kiedyś jeszcze napisać.

I na koniec: nie jest prawdą stwierdzenie Zygmunta Kałużyńskiego, że Ulisses Joyce'a "rozgrywa się w ciągu 24 godzin". Ale oczywiście nie oczekuję, by Wojciech Kałużyński czytał Joyce'a, ma on bowiem do uzupełnienia wiele lektur znacznie bardziej podstawowych.

[5a] Okradł mianowicie Annę Tatarską oraz (z wielkim rozmachem) Tadeusza Lubelskiego.