EBENEZER ROJT

Sławomir Cenckiewicz ogląda filmy Andrzeja Wajdy
albo przepastne wyżyny publicystyki

"Tym razem Sławomir Cenckiewicz - popularny historyk znany dotąd z opasłych tomów, wspiął się na wyżyny publicystyki" - pisze wydawca na okładce książki Wałęsa. Człowiek z teczki [1]. Wydawca reklamuje ją też jako "ostry i nowatorski publicystyczno-historyczny pamflet". Pamflet zaś, wiadomo, rządzi się swoimi prawami i może zniekształcać rzeczywistość niczym karykatura. Jeśli ofiara pamfletu ma pryszcz na nosie, w pamflecie ten pryszcz może stać się większy od samego nosa. Czy jednak pamfleciście wolno posunąć się aż do doklejania nieistniejących pryszczy? Na to niech już każdy sam sobie odpowie wedle własnego sumienia.

Pamflet przerysowuje, ale jest też bezbronny wobec krytyki, bo z takich przerysowań łatwo złożyć obraz hiperprzerysowany, którego pamflecista nie zamierzył. Dlatego nie będę szukał dziury w całym, nie będę zestawiał cytatów wyszarpanych tu i ówdzie. Zamiast tego przeczytam półtorej strony poświęconej demaskowaniu niecnoty Andrzeja Wajdy (Wałęsa. Człowiek z teczki, s. 394-396).

Film o Wałęsie-nie-Bolku jest dla Wajdy tarczą, za którą chce ukryć własną życiową drogę, za którą od komunistów otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski i Order Sztandaru Pracy. Przy pomocy Wałęsy stara się to wszystko ukryć i pewnie dlatego właśnie w 2008 r., choć cieszył się z upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego, z ubolewaniem dodawał: "Niestety jednak został IPN i nadal próbuje nas zastraszyć teczkami". Zresztą już po 1989 r. Wajda dał się poznać jako cenzor własnych filmów. Jarosław Pietrzak w książce Wajda. Przewodnik Krytyki Politycznej opisuje ingerencje Wajdy w pierwotną wersję Ziemi obiecanej z 1974 r. wydanej na DVD w 2000 r. Okazuje się, że w nowej wersji film jest krótszy o pół godziny:
nie sposób się oprzeć wrażeniu, że jedyną intencją, świadomą czy nie, było wykastrowanie Ziemi obiecanej przynajmniej z części treści krytycznej i elementów niekompatybilnych z oficjalnymi ideologiami III RP - pisze Pietrzak. - Jedna z początkowych scen: polski lichwiarz recytuje zwulgaryzowane pozytywistyczne komunały, że naród musi się zabrać do roboty, a nie organizować powstania, to w kraju zaraz będzie lepiej - w wersji z 2000 roku została pozbawiona swojego oryginalnego kontrapunktu następnego ujęcia, w którym lichwiarz wychodzi przed dom i z nieskrywaną antysemicką pogardą poniewiera Żydówkami zmuszonymi przez ubóstwo zastawiać u niego nieliczne wartościowe przedmioty, jakie przetrwały w ich posiadaniu. W Polsce po 1989 roku nie można w tak bezpośredni sposób pokazać organicznego związku między kapitalizmem a antysemityzmem. Antysemityzm został w publicznym dyskursie zredukowany do kulturowego zacofania "ciemnego ludu". (...)

Jedno w tym dość niespotykanym w historii kina akcie autocenzury udało się Wajdzie na pewno: wersja montażowa z roku 2000 zdołała wyprzeć z obiegu i w znacznej (zapewne rosnącej) mierze ze społecznej świadomości wersję oryginalną. Od tamtej pory to wersja 2000 jest powtarzana w telewizji i wydawana na płytach DVD.

Skoro zatem Wajda sięga po nożyczki, by zmienić własne dzieła, to dlaczego nie miałby tego robić w przypadku naszych ojczystych dziejów i biografii Wałęsy. Oczywistym porównaniem dla filmu o Wałęsie jest jego oficjalny debiut Pokolenie, ale istotową treścią filmu jest powtórzenie etiudy szkolnej Wajdy Kiedy ty śpisz z 1953 r., którą należy odczytać jako apoteozę pracy komunistycznej tajnej służby.

W filmie Wałęsa. Człowiek z nadziei Wajda stara się łączyć obie te tradycje i jakby nieprzypadkowo umieszcza na końcu filmu - już jako podkład do końcowych napisów - piosenkę Paula Henry'ego Dallaire'a A song for Lech Walesa. Jej autor porównuje w niej Wałęsę z... amerykańskim komunistą Joe Hillem, działaczem związku Robotnicy Przemysłowi Świata, którego wymiar sprawiedliwości skazał w 1915 r. na karę śmierci za zabójstwo. Nieprzypadkowo w tekście piosenki Dallaire'a znajdujemy odwołanie do komunistycznej symboliki m.in. w takich oto słowach:

Podnieś szkarłatną flagę nadziei i chwały
Wznosząc okrzyk bojowy.
Tyle Cenckiewicz, podpierający się autorytetem lewicowego krytyka filmowego, Jarosława Pietrzaka [2].

Pierwszy pryszcz, wypominanie Wajdzie, że dostawał od komunistów ordery, to w istocie pryszczyk zbyt powszechny, by robił wrażenie. Wajda rzeczywiście otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski i Order Sztandaru Pracy, ale komuniści rozrzucali te blaszki hojnie, toteż na listach odznaczonych można znaleźć - obok, rzecz jasna, chmary działaczy partyjnych i generałów - również Stefana Wiecheckiego (Wiecha), Stanisława Lema, Bernarda Ładysza czy Witolda Doroszewskiego, a także dziesiątki innych pisarzy, artystów i uczonych.

Natomiast pozostałe zarzuty z powyższego ustępu opierają się na manipulacji i kłamstwie.

To prawda, że Wajda po ćwierćwieczu przemontował Ziemię obiecaną. Czy w ten sposób swoje dzieło ulepszył, czy spaprał, to inna kwestia. Jednak zarzut, że wskutek tego zachował się jak "cenzor własnych filmów", opiera się na nieporozumieniu. Przemontowywanie filmu, tworzenie rozmaitych jego wersji (kinowej, telewizyjnej, producenckiej, reżyserskiej, jubileuszowej, końcowej, ostatecznej etc., etc.) to od dawna powszechnie przyjęta praktyka, a nie żaden "niespotykany w historii kina akt autocenzury" [3]. Cenckiewicz zresztą spóźnił się z wyciągnięciem tej sprawy, gdyż cyfrowo odnowiona pierwotna wersja Ziemi obiecanej jest już łatwo dostępna w formacie Blu-ray. Zaprezentowano ją zaś publicznie jeszcze w 2012 roku, a więc przed napisaniem Wałęsy. Nożyczki Wajdy niczego zatem nie ukryły. Każdy chętny może dziś bez problemu obejrzeć i porównać obie wersje.

Co jednak w całym tym wywodzie o Wajdzie-cenzorze robi najbardziej kuriozalne wrażenie, to właśnie fakt, że Cenckiewicz przy tej okazji cytuje - i to zaraz po uwadze o komunistycznych orderach - artykuł Jarosława Pietrzaka, autora nie kryjącego swych lewicowych sympatii, który w dodatku, jak na ironię, ma pretensje głównie o to, że Wajda po latach tę swoją niegdyś postępową Ziemię obiecaną wykastrował i "zdekomunizował" [4]. Cenckiewicz zaś te pretensje Pierzaka przytacza bez słowa komentarza, a więc je aprobuje i pośrednio bierze za nie odpowiedzialność.

Tymczasem Jarosław Pietrzak niewiele z Ziemi obiecanej zapamiętał i zrozumiał.

"Polski lichwiarz", Wilczek (grany przez Wojciecha Siemiona), nie recytuje żadnych "zwulgaryzowanych pozytywistycznych komunałów", ale podśpiewuje sobie zakończenie "Śpiewu z mogiły" z Pieśni Janusza Wincentego Pola, które wyszły z druku mniej więcej w tym samym czasie, co Pan Tadeusz [5]. A w starej wersji filmu wcześniej śpiewa jeszcze fragmenty dwóch psalmów z Pieśni nabożnych Franciszka Karpińskiego [6].

Pietrzak zmyślił również "nieskrywaną antysemicką pogardę" Wilczka. Rzeczywiście, jego klientkami są głównie żydłaczące Żydówki w perukach, a on traktuje je obcesowo i bezwzględnie. Tajemnicę tej dosyć zaskakującej konfiguracji (żydowskie kobiety w kolejce do polskiego lichwiarza) odsłania w powieści Reymonta i równoważy scena, w której Wilczek tłumaczy Hornowi (w filmie gra go Piotr Fronczewski), że sam jest tylko "żydowskim parobkiem", bo interes nie należy do niego, lecz do Grosglücka [7]. Biedne Żydówki pożyczają więc tak naprawdę żydowskie pieniądze i ostatecznie są wykorzystywane przez innego Żyda.

Jeśli zaś idzie o kwestię rzekomego "organicznego związku między kapitalizmem a antysemityzmem", wystarczy zauważyć, że to właśnie wraz z rozwojem kapitalizmu ruszyła - i to szeroką falą - emancypacja Żydów europejskich. Wstydziłby się Cenckiewicz przepisywać bez mrugnięcia okiem podobne bzdury tylko po to, by dać klapsa Wajdzie!

Kolejna sprawa to piosenka użyta w filmie Wałęsa. Człowiek z nadziei jako podkład do końcowych napisów. Cenckiewicz nie bez satysfakcji donosi, że jej autor porównuje Wałęsę z "amerykańskim komunistą Joe Hillem" i odwołuje się do "komunistycznej symboliki" (szkarłatna flaga). Zapomina jednak dodać, że pojawia się w tej piosence także papież Jan Paweł II (John Paul said together we will stand), a jej refren wzywa do walki z komunizmem (Solidarity is forever to fight Communism in our land) [8]. W najgorszym więc razie można uznać to dziełko za pomieszanie z poplątaniem, ale z pewnością nie za jakieś perwersyjne narzędzie służące do sączenia komunistycznych trucizn [8a].

I na koniec rzecz najważniejsza.

Rugając Wajdę za film o Wałęsie, napisał Cenckiewicz, że "istotową treścią" tego filmu jest "powtórzenie etiudy szkolnej Wajdy Kiedy ty śpisz z 1953 r., którą należy odczytać jako apoteozę pracy komunistycznej tajnej służby" (wyróżnienie moje).

W rzeczywistości ta szkolna etiuda składa się z serii scenek ilustrujących fragmenty wiersza dla dzieci Gdy zapadnie noc Tadeusza Kubiaka [9]. Jej prosty morał można zaś ująć następująco: gdy ty, dziecino, śpisz sobie smacznie w łóżeczku, niektórzy spać nie mogą, bo trudzą się dla innych.

Kto nie śpi? Nie śpią pracownicy kolei, nie śpią włókniarki na nocnej zmianie, czuwają obok swoich wozów strażacy, pani farmaceutka w nocnej aptece miesza lekarstwo, w zajezdni tramwajowej mechanicy szykują tramwaje, a w piekarni krzątają się piekarze, by upiec na rano świeży chleb. Koniec.

Zmyślenie Cenckiewicza jest tym nikczemniejsze, że w etiudzie Wajdy nie tylko nie ma najmniejszego śladu apoteozy "pracy komunistycznej tajnej służby", ale nie ma w niej nawet jednej migawki z pracy służb jawnych: milicjantów patrolujących ulice czy żołnierzy na warcie. We wczesnych latach pięćdziesiątych takie całkowite pominięcie tych mundurowych fundamentów ustroju nie było łatwe i wymagało odrobiny charakteru. Zwłaszcza że u Kubiaka występuje milicjant czuwający "nad snem i ludzi, i domów". A u Wajdy go nie ma!

Książka Wałęsa. Człowiek z teczki obraca się w znacznej mierze wokół kłamstw byłego prezydenta. Wedle Cenckiewicza, Wałęsa "wybrał ścieżkę kłamstwa" (s. 144), "woli powtarzać swe wierutne kłamstwa" (s. 182), "dał się zepchnąć do pozycji niewolnika kłamstwa" (s. 183), a obmawiając innych ludzi, robi to "w charakterystyczny dla siebie, pokrętny, pełen kłamstw lub półprawd sposób" (s. 53). Pamflecista zaś z rozkoszą wszystkie te kłamstwa ujawnia, przygważdża i piętnuje.

Jak się jednak zdaje, nietuzinkowa osobowość Lecha Wałęsy do tego stopnia zafascynowała Sławomira Cenckiewicza, że również i na jego podejściu do prawdy odcisnęła swoje piętno.

[1] Sławomir Cenckiewicz, Wałęsa. Człowiek z teczki, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2013.

[2] Kto chciałby wiedzieć, z jakich pozycji atakuje Wajdę Jarosław Pietrzak, niech przeczyta jego artykuł z "Le Monde diplomatique" Złota rybka zwana Wajdą. Dowie się z niego m.in., że głównym błędem Wajdy w marnym filmie Katyń jest stawianie znaku równości między faszyzmem a komunizmem: "Wajda nie widzi moralnej różnicy w tym, że III Rzesza szła zabijać «podludzi», a żołnierze Armii Czerwonej (niezależnie od tego jak postępował sam Stalin) szli z wiarą, że nikt nie jest podczłowiekiem, i za tę wiarę, za to, żeby już nigdy nikt nie był traktowany jak podczłowiek, złożyli największą w czasie II wojny światowej ofiarę z własnego życia". Takiego to zatem sojusznika znalazł sobie Cenckiewicz. O kompetencjach fachowych Jarosława Pietrzaka jeszcze będzie niżej.

[3] Znane są perypetie Michaela Cimino, który pierwotną wersję Wrót niebios (Heaven's Gate), mającą 325 minut, skrócił do 219 minut, a po kilku miesiącach, gdy film już wszedł na ekrany, raz jeszcze do "wersji reżyserskiej" liczącej 149 minut. Innym słynnym przykładem jest Blade Runner, podobno istniejący już w siedmiu wersjach i to czasem znacząco różniących się wymową.

[4] Zob. Jarosław Pietrzak, Dziwny przypadek Ziemi obiecanej, [w:] Wajda. Przewodnik Krytyki Politycznej, redaktor prowadzący Jakub Majmurek, redakcja Zespół KP, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013. Książka została wydana przy wsparciu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, ale niechlujnie. Na przykład w artykule Agnieszki Wiśniewskiej, Wajdy rozprawy z kobietami (dostępnym także w Internecie) jako reżyser filmu Wycieczka w nieznane występuje Jerzy Zelnik, podczas gdy naprawdę był to Jerzy Ziarnik (s. 140). Agnieszka Wiśniewska potrafi też napisać: "W łóżku Irena, która deklaruje, że uwielbia strukturalistów, z pasją opowiada o zjeździe polonistów, na którym dyskutowano quasi-sondy, mówiono o semantyce, Popperze" (s. 145). Quasi-sondy? Doprawdy, nie trzeba znać Ingardena, by nie robić takich byków ortograficznych!

Nb. Sławomir Cenckiewicz potrafi użyć w roli wiarygodnego źródła znacznie podlejsze wytwory sztuki drukarskiej. Pamflet pamfletem, ale podawanie czegokolwiek za pismem "Skandale" (zob. Wałęsa, s. 43 i n.), bez wyraźnego uprzedzenia czytelnika, z czym będzie miał do czynienia, samo w sobie jest skandalem i rodzajem manipulacji. "Skandale" były bowiem brukowcem tak ostentacyjnym, że dzisiejszy "Fakt" mógłby na ich tle uchodzić za poważną gazetę. Wydawał je w latach 90. Aleksander Minkowski przy współpracy Zbigniewa Safjana. Obaj panowie wielokrotnie dali w swym życiu dowody nad wyraz swobodnego traktowania zagadnienia prawdy i fałszu.

[5] Mniej więcej 17 minuta filmu: "O! Polska kraino! / Gdyby ci rodacy, / Co za ciebie giną, / Wzięli się do pracy, / I po garstce ziemi / Z Ojczyzny zabrali / Już-by dłońmi swemi / Polskę usypali". Zob. [Wincenty Pol], Pieśni Janusza, tom I, wydał Aleksander Jełowicki, Paryż 1833 [naprawdę 1835], s. 180-181. Muzykę do tego wiersza napisał już w 1836 roku Fryderyk Chopin i jest to jego utwór znany jako pieśń "Leci liście z drzewa" (op. 74, nr 17). Wilczek podśpiewuje sobie słowa Pola właśnie na tę melodię.

Warto przypomnieć, że dalej są tam jeszcze cztery wersy, których sens osobliwą w naszych dziejach zachowuje świeżość: "Lecz wybić się siłą / To dla nas już dziwy; / Bo zdrajców przybyło, / A lud zbyt poczciwy". Tak w każdym razie uważał pan Wincenty Pol lat temu już bez mała dwieście.

Nb. tę samą zwrotkę z Pieśni Janusza cytuje na początku trzeciego tomu swych Dziejów Polski Wacław Sobieski, historyk związany z ruchem narodowym. Cytuje ją zaś jako "ową piosnkę", którą Polacy śpiewali po powstaniu styczniowym, gdy "opanował umysłowość naszą pesymizm i rozpacz bez granic" (Wacław Sobieski, Dzieje Polski, t. III: Dzieje ostatnich dwu pokoleń, Wydawnictwo Zorza, Warszawa 1925, s. 6).

[6] [Franciszek Karpiński], Pieśni nabożne, Supraśl 1792. W filmie w okolicach 13 minuty słychać, jak Wilczek śpiewa dwa wersy z Psalmu 112 "Zachęcenie do Chwały Bożey" [dziś w BT jest to psalm numer 113]: "On ubogiego z gnoju wyprowadzi, / J z Xiążętami na ławie posadzi" (s. 44). Potem zaś nieco zmienione cztery wersy z Psalmu 90 "Ufność w Bogu" [w BT psalm 91]: "Aniołom swoim każe cię pilnować, / Gdziekolwiek stąpisz, oni cię piastować / Na ręku będą, abyś idąc drogą / Na ostry kamień nieugodził nogą" (s. 32; w oryginale zecer złożył numer tej strony odwrócony o 180 stopni). W filmie: "Aniołom swoim każe cię pilnować, / Gdziekolwiek będziesz, aby cię piastować / Na ręku będą, abyś idąc drogą / Na ostry kamień nie nastąpił nogą".

Psalm 91 w Pieśniach nabożnych to niemal dokładne powtórzenie przekładu Jana Kochanowskiego z Psałterza Dawidowego. Tam zaś te cztery wersy wyglądają jeszcze troszkę inaczej: "Aniołom swoim każe cię pilnować / Gdziekolwiek stąpisz: którzy cię piastować / Na ręku będą, abyś idąc drogą, / Na ostry krzemień nie ugodził nogą" (Jan Kochanowski, Psałterz Dawidów, w Drukarni Łazarzowej, Kraków 1587, s. 139; pisownię uwspółcześniłem).

[7] "Chcę pana tylko objaśnić. Nie jestem lichwiarzem, o co mnie pan prawdopodobnie posądził, a nie jestem dlatego, że ja pracuję u Grosglücka i operuję na jego korzyść i na jego odpowiedzialność. [...] Juści, że nie robię tego za darmo. [...] [Ale] o sto pięćdziesiąt procent biorę mniej niż mój poprzednik. Znaczy to, że, jak rachunki mówią, daję z własnej kieszeni nędzarzom od stu do dwustu rubli miesięcznie, bo właśnie te sto pięćdziesiąt procent stanowiły moje wynagrodzenie dodatkowe. Zrzekłem się go i nie szukam w tem chluby" (Władysław Reymont, Ziemia obiecana. Powieść, t. II, nakład Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1899, s. 136-137).

[8] Tekst piosenki Paula Henry'ego Dallaire'a A song for Lech Walesa podaję za klipem z YouTube, gdyż zarówno sam autor, jak i jego utwór, to raczej klasa amatorska i trudno w tym wypadku o poważniejsze źródła.

Nb. określenie Joe Hilla mianem komunisty najbardziej spodobałoby się samym komunistom, czasem wykorzystującym jego historię w celach propagandowych (został skazany i stracony wyłącznie na podstawie poszlak, co zawsze daje asumpt do różnorodnych interpretacji). Sam Hill ani formalnie komunistą nie był (Komunistyczna Partia Stanów Zjednoczonych powstała cztery lata po jego śmierci), ani też nie widać w jego piosenkach - bo pisał piosenki o życiu i walce robotników - jakichś specyficznie komunistycznych ciągot. Związek zawodowy Robotnicy Przemysłowi Świata, do którego należał, głosił za jego życia idee zdecydowanie bliższe anarchosyndykalizmowi niż komunizmowi. Polscy członkowie tego związku wydawali pismo "Solidarność", a do najbardziej popularnych związkowych pieśni należy do dziś "Solidarity Forever" ułożona w 1915 roku przez Ralpha Chaplina do powszechnie znanej melodii marsza John Brown's Body (to ten z refrenem "Glory, glory, hallelujah!"). Prawdopodobnie właśnie dlatego Paul Henry Dallaire wsadził do swej piosenki związkowca Joe Hilla obok związkowca Lecha Wałęsy.

[8a] Cenckiewicz nigdy tej piosenki porządnie nie wysłuchał. W rozmowie z Witoldem Rosowskim znowu powtórzył, że na końcu filmu Wajdy "jest piosenka jakaś komunistyczna o sztandarze czerwonym, który trzeba podnieść i wysoko trzymać i walczyć o prawa jakieś ludzkie". Nieco wcześniej w tej samej rozmowie zarzucał Wajdzie, że "na przykład religijność Wałęsy jest usunięta z tego filmu", sam zaś - cóż za ironia losu! - podobnie pominął w utworze Dallaire'a wzmiankę o Janie Pawle II.

Nb. z polskiej edycji na DVD, którą oglądałem, Dallaire zniknął i zamiast niego tłem muzycznym końcowych napisów jest Kocham wolność Chłopców z Placu Broni oraz Nie wolno nie ufać zespołu Daab.

[9] Korzystałem z wydania: Tadeusz Kubiak, Gdy zapadnie noc, Nasza Księgarnia, Warszawa 1979. Kilka nowszych wydań nosi tytuł Gdy miasto śpi.