EBENEZER ROJT

Ryszard Przybylski czyta lorda Byrona
albo strzał w gałkę

W swojej książeczce poświęconej opowieściom romantyków o asyryjskim tyranie Sardanapalu Ryszard Przybylski umieścił taki oto obrazek z życia Byrona:
21 stycznia 1821 roku Byron, który przebywał już od kilku lat we Włoszech, wybrał się na konną przejażdżkę. Po tym spacerze zachciało mu się postrzelać z pistoletów. Kazał więc ustawić cztery butelki w odległości dwustu kroków i władował w pistolet tylko cztery kule. Chociaż wszystkie strzały były trafne, nie był zadowolony ze swych strzeleckich umiejętności. Z tego samego dystansu dawniej pojedynczą kulą trafiał do gałki w lasce. Chociaż wiedział, że "oko i kalkulacja" zmieniają się wraz z pogodą, zwalił wszystko na niespokojną rękę [1].

Wiedza o tym, co Byron porabiał 21 stycznia 1821 roku, pochodzi z jego dziennika, którego odpowiedni fragment w polskim przekładzie (odnotowanym w bibliografii książki Przybylskiego na stronie 162) przedstawia się następująco:

Jeździłem konno jak zwykle i strzelałem z pistoletów. Strzelałem dobrze - w czterech strzałach z dwunastu kroków ze zwyczajnej pary pistoletów przy nie najlepszym prochu rozbiłem cztery zwyczajne i raczej niewielkie butelki. Strzelałem prawie równie dobrze ze strzelby jak i pistoletu - biorąc pod uwagę różnicę prochu jak i pistoletów - jak w 1809, 1810, 1811, 1812, 1813, 1814, kiedy to trafiałem w laski, naklejki, monety, a nawet z dwunastu kroków do gałki laski pojedynczą kulą - i to wszystko oko i kalkulacja, nie mam bowiem spokojnej ręki i zmienia się przy każdej pogodzie [2].
Jak widać, wszystko tu zgadza się tylko mniej więcej. Byron rzeczywiście jeździł konno i strzelał, ale nic nie wiadomo o tym, by komuś kazał stawiać butelki i to "w odległości dwustu (sic!) kroków", ani o tym, by "władował w pistolet tylko cztery kule". Również wymowa całej sceny została przeinaczona. Wedle samego Byrona strzelało mu się dobrze (good shooting), prawie tak dobrze jak przed laty, kiedy z podobnego dystansu trafiał do mniejszych celów. Niczego więc na niespokojną rękę nie zwalił, lecz jedynie podkreślił, że dobry wynik zawdzięcza oku i kalkulacji (all by eye and calculation).

Niektóre z tych fantazji są tak absurdalne, że coś powinno było tknąć Przybylskiego nawet w wypadku, gdyby odpowiednia fiszka z cytatem mu zaginęła i swą opowieść snuł z pamięci. Autor obznajomiony z epoką nie może przecież nie pamiętać, że pistolety są wtedy jednostrzałowe, ładowane odprzodowo. Trzeba było nasypać odpowiednią porcję prochu do lufy, włożyć przybitkę i kulę, potem jeszcze podsypać prochu na panewkę (stąd te uwagi o jakości prochu) - i już można było zacząć mierzyć. Sporo mozołu. A tu Byron zachowuje się niczym kowboj z westernu, który serią czterech strzałów strąca cztery butelki z płotu. Owszem, czysto teoretycznie mógł był władować w 1821 roku do swej broni cztery kule, gdyż istniały już rewolwery wiązkowe oraz rewolwer Colliera, ale nie stosowano ich do strzelania do celu [3]. Poza tym z pewnością pochwaliłby się posiadaniem takiej osobliwości.

Natomiast historia o tym, jak to lord Byron jednym strzałem trafiał z dwustu kroków do gałki w lasce, to już po prostu klasyczna münchhauseniada! Człowiek potrafiący nawet tylko raz dokazać takiej sztuki za pomocą ówczesnego pistoletu byłby geniuszem strzeleckim wszech czasów. Ale Byron naprawdę napisał, że odległość wynosiła dwanaście kroków (at twelve paces), to znaczy najprawdopodobniej około 18 metrów [4]. Swoją drogą, trafienie gałki z tej odległości to dalej nadzwyczaj piękny wynik. W pojedynkach strzelano wówczas do siebie z podobnego dystansu, a mimo to nie wszystkie z nich kończyły się śmiercią, chociaż ludzka głowa ma się do gałki jak arbuz do śliwki [5].

Nie bardzo wiadomo, do czego Przybylskiemu potrzebny był ten melancholijny Byron-rewolwerowiec. Jeśli chciał odmalować duszący Byrona spleen, który przeszkodził mu w pisaniu tragedii o Sardanapalu, mógł bez trudu znaleźć w dziennikach dość materiału. Również wykreślenie tych zdań nie zmienia niczego w logice i sile wywodu.

Tak więc rzecz należy najwidoczniej do kategorii zmyśleń bezinteresownych.

[1] Ryszard Przybylski, Sardanapal. Opowieść o tyranii. Na pożegnanie ohydnego stulecia, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001, s. 59.

[2] Byron, Listy i pamiętniki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960, s. 521. Pamiętniki przełożył Henryk Krzeczkowski. Przekład sprawia wrażenie dość swobodnego. W oryginale, gdy chodzi o strzelanie do butelek, mowa jest o czterech strzałach z czternastu kroków (in four shots, at fourteen paces), nie zaś z dwunastu. Z dwunastu kroków Byron strzelał do gałki w lasce. W zdaniu "Strzelałem prawie równie dobrze ze strzelby jak i pistoletu..." tłumacz zmyślił strzelbę. Byron posłużył się tam wyrażeniem "wafering or shooting". Czasownik "wafering" (można by go ewentualnie przełożyć jako "przypieczętowanie") w słowniku Byrona oznaczał strzelanie szczególnie celne. Ma to związek z "naklejkami" wymienionymi wśród strzeleckich celów (w oryg. wafers), których używano do pieczętowania listów. Byron nie twierdził jednak, że pewność jego ręki zmienia się "przy każdej pogodzie", ale że zmienia się przy właśnie takiej pogodzie (the very weather), jaka była owego dnia, tj. mroźnej (frosty day). Tekst angielski podaję za pierwodrukiem (zastępującym w tym wypadku zatracony rękopis): Thomas Moore, Letters and Journals of Lord Byron, tom II, London 1830, s. 413. Na wszelki wypadek porównałem go z najnowszym wydaniem: Byron's Letters and Journals, tom VIII, "Born for opposition", 1821, red. Leslie A. Marchand, Belknap Press of Harvard University Press 1978, s. 31.

Jeśli idzie o słowo "wafer", to słownik Knowlesa z 1835 roku prócz "naklejki" ("Paste made to close letters"), daje na pierwszym miejscu: "The bread given in the eucharist by the Romanists". Niemniej przypuszczenie, że diaboliczny lord Byron strzelał sobie także do opłatków, należy (chyba) stanowczo odrzucić (zob. James Knowles, A Pronouncing and Explanatory Dictionary of the English Language [...], London 1835, s. 717).

[3] Rewolwer wiązkowy, zwany w Anglii "pieprzniczką" (pepperbox), skonstruowano na początku XIX wieku. Wielostrzałowość zapewniała wiązka luf, co jednak sprawiało, że był on stosunkowo ciężki i w żadnym wypadku nie nadawał się do precyzyjnego strzelania. Z kolei rewolwer Colliera miał już tylko jedną lufę i wiele komór nabojowych. Produkowano go od 1819 roku, a przyjął się głównie w Indiach i prawdopodobnie właśnie w Kalkucie w 1831 roku zobaczył go młody Samuel Colt. Zob. Roger Pauly, Firearms. The Life Story of a Technology, The Johns Hopkins University Press 2008, s. 87-88.

[4] Krok (pace) to niejednoznaczna miara długości. Według Webster's New World College Dictionary może liczyć od 30 cali do 58 i jednej dziesiątej cala (zob. Webster's New World College Dictionary. Fourth Edition, red. Michael Agnes, Webster's New World 1999, s. 1032: "a unit of linear measure, equal to the lenght of a step or stride, variously estimated at from 30 inches to 40 inches.: the regulation military pace is 30 inches, or 36 inches for double time: the Roman pace, measured from the heel of one foot to the heel of the same foot in the next stride, was 5 Roman ft., or 58.1 inches, now known as a geometric pace, about 5 ft."). Zatem "dwanaście kroków" może odpowiadać dystansowi od nieco powyżej 9 metrów do prawie 18 metrów. Możemy jednak z dużą dozą pewności przyjąć, że zgodnie ze zwyczajami epoki Byron przez pace rozumiał właśnie tę najdłuższą miarę, czyli rzymski passus - podwójny krok o długości prawie 148 centymetrów. Jak podaje Penny Cyclopaedia z 1843 roku, "dwa kroki (steps) lub pięć stóp, to pace (passus)" (zob. The Penny Cyclopaedia of the Society for the Diffusion of Useful Knowledge, tom XXVII, London 1843, z hasła "Weights and Measures", s. 197; por. też identyczne przeliczenie na stronach 198 oraz 201: "A pace is 2 steps, or 5 feet").

Zapewne nieprzypadkowo dystans strzeleckich ćwiczeń Byrona odpowiada przeciętnemu dystansowi przy ówczesnych pojedynkach, a ten liczono z reguły krokami podwójnymi. Zob. Barbara Holland, Gentlemen's Blood. A History of Dueling from Swords at Dawn to Pistols at Dusk, Bloomsbury 2004, s. 85: "The more usual distance was twelve paces, a pace being generally considered as sixty inches, adding up to twenty yards". Podobny dystans dla typowego pojedynku podaje Stephen Banks: A Polite Exchange of Bullets. The Duel and the English Gentleman, 1750-1850, The Boydell Press 2010, s. 130 ("It became established that ten or twelve paces were the normal distances for an encounter"), ale z niezrozumiałych dla mnie powodów w przypisie 43 na tej samej stronie zrównuje pace z jardem.

[5] W marcu 1827 roku dwóch podoficerów czwartego pułku piechoty liniowej strzelało do siebie na skraju lasku bielańskiego z odległości 15 kroków. Żaden z nich nie zginął, ba, "nie było ni krwi przelewu, ni zadraśnięcia nawet munduru", choć strzelali przecie zawodowcy i to z podobnej odległości, co Byron do butelek (zob. Tadeusz Józef Chamski, Opis krótki lat upłynionych, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989, s. 131). W przeszło pół wieku później Prus kazał w tym samym lasku bielańskim strzelać się Wokulskiemu z baronem Krzeszowskim. Była to już inna epoka w rozwoju broni, pistolety "gwintowane z muszami", a mimo to baron chybił "o kilka cali" z odległości 25 kroków (zob. Bolesław Prus, Lalka, tom I, Gebethner i Wolff, Warszawa 1890, s. 380, 386). Nie jest jasne, czy 15 kroków ze wspomnień Chamskiego to kroki pojedyncze, czy podwójne, natomiast 25 kroków Prusa to najpewniej 25 zwyczajnych kroków.

Nb. czytelnicy Ojca Goriot dobrze wiedzą, że strzelanie do butelek, gałek czy kart to nie to samo, co strzelanie w pojedynku. Vautrin tak o tym opowiada Rastignacowi:

"Pojedynek? Cetno czy licho, ot, co. Pakuję pięć kul z rzędu w pikowego asa, jedna za drugą, i to o trzydzieści pięć kroków. Kto posiada ten talencik, może się spodziewać, że sprzątnie człowieka. I ot, strzelałem się z kimś na dwadzieścia kroków i chybiłem. Hultaj w życiu nie miał pistoletu. Ot patrz! [...] – dodał, kładąc palec Rastignaca na dziurze, którą miał w piersi" (Balzac, Dzieła wybrane, przekład Tadeusza Żeleńskiego-Boya, Książka i Wiedza, Warszawa 1954, s. 110).