EBENEZER ROJT

Jan Tomasz Gross czyta Emanuela Ringelbluma
albo marsz po trupach

W rozdziale Złotych żniw zatytułowanym "Uwagi na temat mordowania Żydów przez ludność miejscową" Jan Tomasz Gross napisał:
[...] na terenie Generalnej Guberni tak zwana granatowa policja, składająca się w przeważającej części z przedwojennych policjantów, odpowiedzialna jest w ocenie Emanuela Ringelbluma za wymordowanie dziesiątek tysięcy Żydów [1].
Ocena ta ma podobno pochodzić z eseju Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej [2]. Ringelblum wprawdzie przymierzał się do tej pracy już w roku 1942, ale ostatecznie powstała ona w warunkach najmniej sprzyjających naukowym badaniom. Jak podaje we wstępie Artur Eisenbach, pisał ją
[...] izolowany w schronie na Grójeckiej 84. [...] Nie miał już wówczas dostępu do swych notatek pisanych w getcie, które zostały zakopane, ani do własnych tez na ten temat; nawiązuje tylko do nich [3].
Ponieważ schron na Grójeckiej został w marcu 1944 roku zdekonspirowany, a jego mieszkańcy i gospodarze rozstrzelani [4], Ringelblum nie zdążył przed śmiercią w jakikolwiek sposób zweryfikować swoich informacji oraz hipotez. W związku z tym wskazuje się zazwyczaj, że jego praca nie może być traktowana jako podstawowe i niezawodne źródło [5]. Jest to jednak odrębne zagadnienie. Rzecz w tym, że Emanuel Ringelblum nigdzie w swojej pracy nie twierdził, jakoby granatowa policja wymordowała dziesiątki tysięcy Żydów!

Przede wszystkim na stronie 102, do której odsyła przypis u Grossa, nie ma mowy o "dziesiątkach tysięcy" ofiar granatowej policji. Pojawia się wprawdzie nawet "krew setek tysięcy Żydów", ale w całkiem innym kontekście.

Policja mundurowa odegrała smutną rolę w akcjach wysiedleńczych. Na jej głowę spada krew setek tysięcy Żydów polskich złapanych przy jej współudziale i zapędzanych do "wagonów śmierci". Taktyka Niemców była zazwyczaj następująca. Przy pierwszej akcji przesiedleńczej posługiwano się Żydowską Służbą Porządkową, która pod względem etycznym nie stała wyżej od jej polskich kolegów. Przy następnych akcjach, gdy likwidowano i Żydowską Służbę Porządkową, brano do pomocy policję polską (s. 102).
Wyrażenie "na jej głowę spada krew" jest tutaj jednoznacznie metaforą moralnej odpowiedzialności za współuczestnictwo w akcjach przesiedleńczych. Mniej więcej takiej samej odpowiedzialności, jaką ponosi także Żydowska Służba Porządkowa. Gdyby brać to wyrażenie dosłownie, można by równie (non)sensownie utrzymywać, że w ocenie Emanuela Ringelbluma Żydowska Służba Porządkowa odpowiedzialna jest za wymordowanie setek tysięcy Żydów (a może nawet milionów, gdyż przez ręce Służby Porządkowej przechodzili w zasadzie wszyscy mieszkańcy gett). Zgodnie z rozumowaniem przyjętym przez Grossa, musiałoby to prowadzić do surrealistycznej konkluzji, że Żydzi sami się wymordowali [6].

O "dziesiątkach tysięcy" Ringelblum pisze natomiast na stronie następnej:

Trudno obliczyć liczbę ofiar żydowskich, które padły z rąk granatowej policji, będą to w każdym razie dziesiątki tysięcy, które uszły z rąk oprawców niemieckich (s. 103).
Także w tym wypadku kontekst jednoznacznie wskazuje, że ofiary żydowskie, "które padły z rąk granatowej policji", to nie są Żydzi wymordowani przez granatową policję, ale Żydzi wyłapani w akcjach, w których uczestniczyła granatowa policja. W akapitach poprzedzających przytoczone wyżej zdanie podane są wyłącznie przykłady takich właśnie akcji, w których granatowa policja Żydów wyszukuje, rewiduje, zatrzymuje i na koniec oddaje w ręce Niemców. Ale nie morduje! Dopiero w następnym akapicie Ringelblum dodaje:
Co się tyczy wykonywania przez policję granatową wyroków śmierci na Żydach, to znany nam jest konkretny wypadek zimą 1941/42. Dwadzieścia kilka osób, prawie wyłącznie kobiety i 10-letnie dziecko, oskarżono o nielegalne przekroczenie granicy getta warszawskiego; polska policja rozstrzelała je na podwórzu Centralnego Aresztu przy ulicy Gęsiej. Nie wiemy, czy fakt ten był odosobniony w Warszawie, czy wydarzyło się to też na prowincji (s. 103; kursywa moja).
Tak więc Emanuel Ringelblum znał tylko jeden wypadek, kiedy to granatowa policja wymordowała Żydów. "Dwadzieścia kilka osób" a nie "dziesiątki tysięcy" [7]. Być może takich wypadków w rzeczywistości było więcej. Być może nawet było ich bardzo dużo, ale by to udowodnić, z pewnością nie można powoływać się na Ringelbluma. On po prostu nie dysponował na ten temat żadnymi danymi.

Gross albo o tym wszystkim nie wie, albo wie i zmyśla. Moraliści nie są zgodni, czy w takiej sytuacji bardziej kompromituje człowieka ignorancja, czy też kłamstwo.

[1] Jan Tomasz Gross, Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, współpraca Irena Grudzińska-Gross, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, s. 81.

[2] Zacytowane wyżej zdanie opatrzone jest przypisem: "Emanuel Ringelblum, Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej. Uwagi i spostrzeżenia, oprac. i wstęp Artur Eisenbach, Warszawa: Czytelnik 1988, s. 102". Na to samo wydanie będę się dalej powoływał.

[3] Emanuel Ringelblum, Stosunki polsko-żydowskie..., s. 24.

[4] Eisenbach wymienia jako rozstrzelanych jedynie "ponad trzydzieścioro mężczyzn, kobiet i dzieci żydowskich" (s. 24). Razem z nimi zostali jednak zabici także polscy organizatorzy schronu: Mieczysław Wolski oraz Władysław Marczak z rodziną. Zob. Irene Tomaszewski, Tecia Werbowski, Code Name: Żegota. Rescuing Jews in Occupied Poland, 1942-1945. The Most Dangerous Conspiracy in Wartime Europe, Praeger 2010, s. 48-49. Polaka, który doniósł o schronie Niemcom, zastrzelono z wyroku sądu podziemnego. Nb. w angielskim tłumaczeniu Stosunków polsko-żydowskich... w edycji Yad Vashem, które to tłumaczenie Eisenbach określa jako "starannie przygotowane" (s. 25), rodzina Władysława Marczaka została w przypisie błędnie rozszyfrowana (Ringelblum w rękopisie używał na wszelki wypadek skrótu "rodzina M.") jako rodzina "polskiego komunisty, Ludomira Marczaka, muzyka i kompozytora" (zob. Emanuel Ringelblum, Polish-Jewish Relations During the Second World War, red. Joseph Kermish, Shmuel Krakowski, Northwestern University Press 1992, s. 228). Opis życia w schronie na Grójeckiej, który mieszkańcy nazywali "Krysią" (zdrobnienie od "kryjówka"), zostawiła Orna Jagur, ukrywająca się tam przez ponad pół roku wraz z mężem (Orna Jagur (Irena Grodzińska), Bunkier "Krysia", Oficyna Bibliofilów, Łódź 1997). Emanuela Ringelbluma zapamiętała jako małomównego mężczyznę w średnim wieku, który pisał nieustannie przy świetle lampki karbidowej.

[5] Zob. np. Piotr Gontarczyk, Wszyscy jesteście złodziejami, "Rzeczpospolita", 8-9 stycznia, 2011; o Ringelblumie w części "Jak używać źródeł" na s. 15. Nb. Ringelblum doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji jako badacza. Pisał m.in: "Materiał do tej pracy jest jeszcze bardzo świeży, nie dojrzał jeszcze do obiektywnego sądu historyka. Brak wielu materiałów oficjalnych, prasowych itd., którymi trzeba będzie uzupełnić tę pracę po wojnie" (Stosunki polsko-żydowskie..., s. 28). Do Stosunków polsko-żydowskich odnosi się też w jakiejś mierze to, co Artur Eisenbach pisał we wstępie do Kroniki getta warszawskiego: "nie jest sprawą najważniejszą, czy zanotowany przez Ringelbluma fakt jest prawdziwy. Jest on wiarygodny w tym sensie, że w kręgu warszawskiego aktywu społecznego o konkretnym fakcie [...] wiedziano wówczas to, co Ringelblum zanotował. Stąd też może Kronika w pewnym sensie być świadectwem tego, na ile i w jakim stopniu aktyw społeczny - izolowany od otaczającego świata - orientował się w ówczesnych wydarzeniach" (Emanuel Ringelblum, Kronika getta warszawskiego. Wrzesień 1939 - styczeń 1943, wstęp i redakcja Artur Eisenbach, przełożył z jidisz Adam Rutkowski, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 20). Kronika zatem mówi nie tyle o faktach, ile o "świadomości społecznej getta warszawskiego". Ringelblum bowiem czasem bywał krytyczny wobec plotek (choćby plotek o tym, że wywiezieni z Warszawy Żydzi wciąż żyją (s. 441-443), czasem jednak w plotki wierzył. Oto na przykład relacjonuje jako ustalony fakt naiwną plotkę o tym, jakoby z obozów jenieckich zwolniono żołnierzy Żydów, gdyż "zyskali sobie w Niemczech opinię pracowitego i pożytecznego elementu". "Pewien Niemiec" miał nawet powiedzieć (i Ringelblum z powagą powtarza to najoczywiściej gdzieś w kręgach żydowskich powstałe zmyślenie): "Przybyliście do Niemiec jako przeklęci Żydzi, a powracacie do domu jako błogosławione dzieci Izraela" (s. 486; kursywa moja). Ba, powtarza również jako potwierdzone ("wiadomo mi, że...") przepowiednie wróżki! (s. 366). Podobnych wiadomości można w jego zapiskach znaleźć wiele.

[6] Ringelblum odnotował jednak i takie aberracje. W notatce z 5 grudnia 1942 roku, traktującej o nienawiści do żydowskiej policji, pisze, że ludzie teraz, po wywózkach z Umschlagplatzu, przypominają, "kto ponosi winę za masowy mord i dochodzą do przekonania, że dużo zawiniła w tym policja żydowska. Niektórzy uważają nawet, że jedynymi winowajcami tego wszystkiego są policjanci żydowscy" (zob. Emanuel Ringelblum, Kronika getta warszawskiego, s. 429; kursywa moja). Sam Ringelblum przedstawia policję żydowską wyłącznie w czarnych barwach: "Policja żydowska miała bardzo złą opinię jeszcze przed wysiedleniem. W przeciwieństwie do policji polskiej, która nie brała udziału w łapankach do obozu pracy, policja żydowska parała się tą ohydną robotą. Wyróżniała się również straszliwą korupcją i demoralizacją. Dno podłości osiągnęła ona jednak dopiero w czasie wysiedlenia. Nie padło ani jedno słowo protestu przeciwko odrażającej funkcji, polegającej na prowadzeniu swych braci na rzeź. Policja była duchowo przygotowana do tej brudnej roboty i dlatego gorliwie ją wykonała. Obecnie mózg sili się nad rozwiązaniem zagadki: jak to się stało, że Żydzi - przeważnie inteligenci, byli adwokaci (większość oficerów była przed wojną adwokatami) - sami przykładali rękę do zagłady swych braci. Jak doszło do tego, że Żydzi wlekli na wozach dzieci i kobiety, starców i chorych, wiedząc, że wszyscy idą na rzeź" (s. 426). "Okrucieństwo policji żydowskiej było bardzo często większe niż Niemców, Ukraińców, Łotyszy" (s. 427). "Policja żydowska dała w ogóle dowody niezrozumiałej, dzikiej brutalności. Skąd taka wściekłość u naszych Żydów? Kiedy wyhodowaliśmy tyle setek zbójców, którzy na ulicach łapią dzieci, ciskają je na wozy i ciągną na Umschlag? Do powszechnych po prostu zjawisk należało, że zbójcy ci za ręce i nogi wrzucali kobiety na wozy [...]. Bezlitośnie, z wściekłością obchodzili się z ludźmi, stawiającymi opór. [...] Każdy Żyd warszawski, każda kobieta i każde dziecko mogą przytoczyć tysiące faktów nieludzkiego okrucieństwa i wściekłości policji żydowskiej" (s. 427-428). "W toku akcji policja żydowska bardzo szybko zdemoralizowała się do cna. Wypuszczała ze swych łap tylko tych, którzy dawali okup" (s. 447-448). Policja żydowska nie gardziła również mieniem po wysiedlonych (s. 411), czyli szabrowaniem (zob. też w DODATKACH: "O szabrowaniu").

[7] Ringelbluma częściowo zawiodła pamięć. "Konkretny wypadek zimą 1941/42" to w rzeczywistości dwie egzekucje. Do pierwszej doszło 17 listopada 1941 roku, Ringelblum zaś opisał ją w swoich notatkach pod datą 22 listopada 1941 roku. Rozstrzelano wówczas w więzieniu przy ulicy Gęsiej 24 osiem osób (sześć kobiet i dwóch mężczyzn) skazanych na karę śmierci za opuszczenie getta bez przepustek (Kronika getta warszawskiego, s. 336-338). Druga egzekucja odbyła się prawie miesiąc później - 15 grudnia 1941. Tym razem rozstrzelano 15 osób. Zob. kalendarium getta warszawskiego i bazę danych na stronie http://www.getto.pl. Relację z tych wydarzeń można też znaleźć w pamiętniku nieznanego autora, który zapisał, że "w więzieniu żydowskim dwukrotnie odbyła się egzekucja. Za każdym razem zginęło kilkunastu więźniów płci obojga" (Pamiętniki z getta warszawskiego. Fragmenty i regesty, opracował Michał Grynberg, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1988, s. 66).