EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Pinker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steven Pinker. Pokaż wszystkie posty

O Eskimosach, Hitlerze, płonących stanikach
i kilkunastosekundowych demaskacjach

Plagą polskiej publicystyki są publicyści, którzy czytują tylko innych publicystów, co się objawia bezmyślnym powielaniem tych samych błędów. [...]

Ile razy słyszeliśmy, że [...] Eskimosi mają kilkadziesiąt (w niektórych wersjach kilkaset) słów na określenie różnych rodzajów śniegu? Ile razy słyszeliśmy, że Hitler objął władzę w wyniku demokratycznej decyzji niemieckich wyborców, a feministki są przeciwko stanikom? [...]

Internet to - paradoksalnie - z jednej strony wylęgarnia takich legend [...], z drugiej zaś - narzędzie do bardzo sprawnego ich wykrywania i prostowania. Kiedyś, gdy błąd typu "Hitler doszedł do władzy demokratycznie" zauważyłeś w papierowej gazecie, mogłeś tylko sięgnąć po jakąś monografię o historii Niemiec, zaczerpnąć z niej opis upadku Republiki Weimarskiej i zawieszenia procedur demokratycznych w marcu 1930 roku [...].

Teraz możesz w kilkanaście sekund wykryć ewentualny błąd autora i natychmiast go zdemaskować [...] (Wojciech Orliński, Summa blogera, [w:] Biblia dziennikarstwa, pod redakcją Andrzeja Skworza i Andrzeja Niziołka, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 422-423).

Najpierw o Hitlerze. Krótko, bo już kiedyś o tym pisałem, gdy bałamuctwo z Hitlerem zostało sformułowane trochę inaczej: "NSDAP nigdy nie wygrało wyborów" [1]. I było to chyba mniej nonsensowne niż bajka o końcu demokracji na trzy lata przed dojściem Hitlera do władzy.

W rzeczywistości w marcu 1930 do żadnego "zawieszenia procedur demokratycznych" nie doszło (na to trzeba będzie poczekać do lutego-marca 1933). Tyle że odtąd kolejne rządy (Brüninga, Papena, Schleichera), nie mając stabilnej większości parlamentarnej, rządziły głównie w oparciu o artykuł 48 konstytucji weimarskiej, który dawał prezydentowi prawo wydawania dekretów w sytuacjach nadzwyczajnych.

Reichstag dalej mógł taki dekret odrzucić - i to zwykłą większością głosów - ale wtedy istniało ryzyko, że prezydent Reichstag rozwiąże (do czego uprawniał go artykuł 25 konstytucji), co przynajmniej dla części posłów mogłoby się wiązać z utratą przyjemnej posady. Zatem w praktyce władza wyraźnie przesunęła się w stronę prezydenta. Niewątpliwie była to coraz bardziej demokracja "tak jak my ją rozumiemy", samobójczo wykoślawiana - ale jednak demokracja. Wybory wciąż miały znaczenie i żadną miarą nie sprowadzały się do formalnie odbębnianego rytuału.

Nigdy też dość przypominania, że Hitler nie został kanclerzem Rzeszy w wyniku puczu czy zamachu stanu. Przeciwnie, wspiął się do władzy korzystając z tych właśnie resztek demokratycznych procedur. Gdyby NSDAP zbojkotowała wybory albo dostała 5% głosów, nikt w ogóle nie brałby jego kandydatury pod uwagę. A z kolei ci, którzy ostatecznie tę kandydaturę zaaprobowali, wierzyli, że wciąż panują nad sytuacją dzięki tym jakby nieco mniej demokratycznym - ale konstytucyjnym! - uprawnieniom prezydenta. I akurat ten bezpiecznik zawiódł.

Tyle o dojściu Hitlera do władzy. Ponieważ jednak w cytacie, od którego zacząłem tę notkę, przy walczącym z demokracją Hitlerze pojawiły się walczące ze stanikami feministki, jeszcze krótko o stanikach, w dodatku płonących.

Otóż nie jest to tak całkiem wyssana z palca legenda! Kilkunastosekundowe demaskacje jednak mają to do siebie, że są jak wahadło idące w drugą stronę: jedną skrajność zamieniają na inną.

Jest bowiem prawdą, że feministki zorganizowały we wrześniu 1968 protest przeciwko wyborom miss Ameryki. Jest też prawdą, że był tam kubeł z napisem Freedom Trash Can (śmietnik wolności), do którego protestujące miały wrzucać "biustonosze, pasy wyszczuplające, lokówki, sztuczne rzęsy, peruki", a także pisma dla kobiet - czyli wszystkie kobiece śmiecie (woman-garbage) [2]. I wreszcie jest prawdą, że Robin Morgan - jedna z najbardziej znanych przedstawicielek drugiej fali feminizmu - sama z własnej nieprzymuszonej woli raz jeszcze wspomniała o tych stanikach relacjonując dziennikarce "The New York Timesa" swoją rozmowę z burmistrzem:

"Obawiał się, że będziemy coś podpalać" - powiedziała. "Powiedział, że promenada już raz w tym roku została spalona. Zapewniłyśmy go, że nie zrobimy nic niebezpiecznego - tylko symboliczne spalenie staników" [3].
Wprawdzie do spalenia staników ostatecznie nie doszło, ale wyłącznie dlatego, że straż pożarna nie zgodziła się na takie ekscesy na drewnianej promenadzie. Jeśli jednak nie udawać, że zdanie 'feministki są przeciwko stanikom' ma obowiązkowo domyślny duży kwantyfikator (wszystkie feministki...), to jest to zdanie prawdziwe! Jest zaś prawdziwe, gdyż niektóre radykalne feministki naprawdę uważały, że staniki jako woman-garbage powinny wylądować w koszu na śmieci, a ich palenie będzie niezłym symbolem wyzwalania się z opresji patriarchatu. Być może równie medialnym, jak palenie kart poboru przez młodych mężczyzn protestujących wtedy przeciwko wojnie w Wietnamie [4].

A teraz już Eskimosi rozprawiający o śniegu, bo z nimi sprawa jest najciekawsza.

Wszystko zaczęło się na początku ubiegłego stulecia od uwagi antropologa Franza Boasa, że w wypadku różnych języków pojęcia "bynajmniej nie podporządkowują się tym samym zasadom klasyfikacji". I tu dał przykład z języka eskimoskiego (nb. dalej będę pisał o 'języku eskimoskim', choć w rzeczywistości jest to cała językowa rodzina eskimo-aleucka):

Można podać jeszcze jeden przykład tego samego rodzaju - słowa oznaczające śnieg w języku eskimoskim. Mamy tu jedno słowo, aput, oznaczające 'śnieg na ziemi'; drugie, qana, oznaczające 'padający śnieg'; trzecie, piqsirpoq, oznaczające 'śnieg unoszony przez wiatr'; oraz czwarte, qimuqsuq, oznaczające 'zaspę' [5].
Natomiast trzydzieści lat później o Eskimosach i śniegu wspomniał marginalnie Benjamin Lee Whorf.
Indianie Hopi mają tylko jeden rzeczownik na oznaczenie wszystkich rzeczy i istot latających z wyjątkiem ptaków, do których odnosi się inna nazwa. Rzeczownik ów oznacza więc klasę OL - P, tj. obiektów latających minus ptaki. Hopi nazywają tym samym słowem owada, samolot, jak również pilota - i nie czują się tym faktem zakłopotani. Możliwym nieporozumieniom, który z elementów owej rozległej kategorii wchodzi w rachubę, zapobiega oczywiście kontekst. Taka klasa wydaje się nam zbyt obszerna; analogicznie Eskimosi odbierają nasz wyraz "śnieg". Używamy go w odniesieniu do śniegu padającego, śniegu leżącego na ziemi, śniegu ubitego na lód, śniegu topniejącego, śniegu niesionego przez zadymkę i we wszelkich innych okolicznościach. Dla Eskimosa tak wszechobejmujące słowo byłoby niemal nie do pomyślenia; powiedziałby nam, że śnieg padający, śnieg rozmokły i tak dalej różnią się zarówno zmysłowo, jak i w praktyce - są to różne rzeczy, z którymi trzeba sobie radzić; używa więc różnych słów na ich określenie oraz na inne rodzaje śniegu [6].
Wyliczenie rozmaitych rodzajów śniegu - a zwłaszcza to "i tak dalej" (and so on) oraz "inne rodzaje śniegu" (other kinds of snow) w wyobrażonej wypowiedzi Eskimosa - zdawało się sugerować, jakoby u Eskimosów tych słów na "śnieg" było Bóg wie ile. Tymczasem dołączony do artykułu Whorfa rysunek informował, że w angielskim jest to jedno słowo, a w eskimoskim - trzy. Trzy! Przyznacie więc, że zaczęło się skromnie: raptem cztery słowa u Boasa i trzy słowa (nie wiadomo jakie) u Whorfa.

Tak się jednak złożyło, że kilkanaście lat później czytanie Boasa i Whorfa stało się modne, gdyż modny stał się zarówno relatywizm kulturowy, jak i językowy. Wiecie, wszystkie te opowieści, że różne kultury odmiennie postrzegają rzeczywistość, a wobec tego są nieporównywalne i nie można mówić, że któraś jest lepsza, a któraś gorsza. Są po prostu inne. I na pewno wiecie, że Innego (koniecznie wielką literą) trzeba traktować z empatią, szanować jego wrażliwość etc. Głosiło to i głosi całkiem sporo antropologów, co nb. jest nieco samobójcze, bo z mocnej wersji takiego relatywizmu logicznie wynika, że kultura bez antropologów jest równie dobra jak kultura z antropologami. A oni jednak wciąż liczą na granty.

Do tych opowieści Whorf też dołożył swój kamyczek, ale niewielki. W dodatku czytać i komentować zaczęto go na dobre dopiero po śmierci (umarł młodo w roku 1941), gdy już nie mógł niczego prostować. Natomiast przykład ze śniegiem, który inaczej postrzega Anglik, a inaczej Eskimos, okazał się tak bardzo przekonywający i poręczny, że wielka była pokusa by go jeszcze dodatkowo podkoloryzować - i kula śniegowa ruszyła.

Z kilku słów wkrótce zrobiło się (choć głównie w gazetach) kilkanaście, kilkadziesiąt albo co najmniej "bardzo wiele". Doszło do tego, że w 1984 roku nawet szacowny "The New York Times" pisał o eskimoskim plemieniu, które ma sto słów na określenie różnych rodzajów śniegu. I powoływał się przy tym właśnie na Whorfa! [7]. Równolegle rosła jednak w Akademii opozycja wobec hipotezy relatywizmu językowego, co z kolei rodziło pokusę, by zdecydowanie uderzyć właśnie w ten sztandarowy przykład ze śniegiem. I rzeczywiście, pod koniec lat 80. ogłoszono, że wszystkie te opowieści o bogatym śnieżnym słownictwie Eskimosów to jeden wielki przekręt (The great Eskimo vocabulary hoax) [8].

Natomiast w latach 90. mniemane tryumfalne zwycięstwo antyśniegowców utrwaliła szeroko czytana książka Instynkt językowy autorstwa Stevena Pinkera, który pisał z nieukrywaną nonszalancją:

Skoro już mówimy o "kaczkach antropologicznych", żadna dyskusja o języku i myśleniu nie byłaby pełna bez "wielkiego przekrętu ze słownictwem Eskimosów". Wbrew powszechnemu przekonaniu Eskimosi nie mają większej liczby słów na określenie śniegu niż Anglicy. Ich śniegowe słownictwo nie zawiera czterystu słów, jak można przeczytać w niektórych książkach, ani dwustu, ani stu, ani czterdziestu ośmiu, ani nawet dziewięciu. Jeden słownik podaje liczbę dwa. W przypływie wielkoduszności eksperci mogą się doliczyć około tuzina, ale przy równie wyrozumiałych kryteriach angielski nie zostałby daleko w tyle [9].
Pinker, rzecz jasna, zdecydowanie odrzucał hipotezę relatywizmu językowego, a jego książka przenosiła ciężar analizy języka z kultury na ewolucję i genetykę. W tym ujęciu język to nie żadne tam kulturowo wynajdywane figielki, które Anglik może wynaleźć na swój sposób, a Eskimos - radykalnie inaczej. Mówimy tak, jak pająk tka sieć - instynktownie, dzięki ludzkiemu wyposażeniu genetycznemu. Czy to bajka, czy nie bajka, myślcie sobie, jak tam chcecie. Zdania są podzielone. Ponieważ jednak Instynkt językowy został wydany po polsku dopiero po prawie trzydziestu latach, kilkunastosekundowi internetowi demaskatorzy mogą nadal mieć wrażenie, że przynajmniej w sprawie Eskimosów powołują się na ostatnie słowo nauki. Tymczasem nic z tych rzeczy.

Otóż w XXI wieku wahadło, które wcześniej wychyliło się skrajnie w jedną stronę (Eskimosi mają niesamowite mnóstwo słów na określenie śniegu), a potem w drugą (wszystko to bujda), zaczęło wracać i obecnie znajduje się bardzo blisko tego pierwszego stanowiska. Naturalnie nikt nigdy nie doliczył się w bogatym słownictwie języków eskimoskich czterystu słów (nie sposób ustalić, skąd Pinker wziął tę liczbę). Dziś natomiast mówi się o ponad pięćdziesięciu terminach na określenie śniegu, co bynajmniej nie jest światowym rekordem, bo w językach lapońskich odnotowano ich kilka razy więcej.

A wszystko to stąd, że wreszcie wzięli się za tę kwestię ludzie mający o językach eskimoskich jakieś pojęcie, którego to pojęcia nie miał żaden z głośnych demaskatorów "wielkiego przekrętu ze słownictwem Eskimosów", z Pinkerem włącznie.

Języki eskimoskie najwyraźniej mają zaledwie dwa rdzenie określające śnieg (qanik 'śnieg padający', aputi 'śnieg leżący na ziemi'), jednak na podstawie tych dwóch rdzeni buduje się wiele standardowych wyrażeń jednoleksemowych. (Podobnie angielski odróżnia "corn snow" od "powder snow".) Jeśli porównamy powszechnie uznane zasoby leksemów, języki eskimoskie wykazują znacznie bogatsze słownictwo dotyczące śniegu niż język angielski. Zatem przykład eskimoskiego słownictwa śnieżnego nie jest przekrętem (Thus the Eskimo snow vocabulary example is no hoax) [10].
Istnieje jednak niebanalny problem, co uznać za słowo, gdy porównuje się języki polisyntetyczne (a takie są języki eskimoskie) z językiem zasadniczo analitycznym (jakim jest angielski). Ci, którzy mają do czynienia z rodzimymi użytkownikami języka - jak autorzy poniżej cytowanego artykułu - wolą przyjmować ich perspektywę. Natomiast gabinetowi demaskatorzy przekrętu upierają się na ogół przy liczeniu rdzeni. Ale gdyby liczyć rdzenie, trzeba by na przykład uznać, że w języku polskim 'dzień', 'dziennik' i 'dziennikarz', to jedno słowo, bo jest tu tylko jeden rdzeń wzbogacany kolejnymi przyrostkami.
Na przykład istnieje od ośmiu do dwunastu samodzielnych wyrazów na różne rodzaje śniegu leżącego na ziemi [...]. To prawda, że większość eskimoskich/inuickich terminów określających śnieg powstaje przez dodawanie przyrostków do pewnej liczby podstawowych rdzeni. Niemniej każdy z nich reprezentuje dla rodzimych użytkowników języka znaczące i wyraźnie rozróżnialne zjawisko [...]. To znaczenie dla użytkowników języka zostało całkowicie pominięte w debacie na temat "Wielkiego przekrętu ze słownictwem Eskimosów", której uczestnicy mieli niewielkie doświadczenie, jeśli idzie o wiedzę Eskimosów/Inuitów na temat śniegu (lub lodu) [11].
I jeszcze na koniec. Jest zabawnym paradoksem, że akurat w tej partii wywodu, w której pojawili się Eskimosi, Pinkerowi zależało głównie na ocaleniu zdroworozsądkowego poglądu, że języka nie można utożsamiać z myśleniem (na pewno pamiętacie z Mickiewicza: "Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie").
Ludzie, którzy trochę jeszcze pamiętają ze studiów, natychmiast wyrecytują listę rzekomych faktów: różne języki różnie dzielą widmo kolorów, Indianie Hopi mają zupełnie inną od naszej koncepcję czasu, a Eskimosi używają kilkudziesięciu słów na określenie śniegu. Płynie z tego ważki wniosek: podstawowe kategorie rzeczywistości nie istnieją niezależnie w niej samej, ale są nam narzucane przez kulturę (a zatem można je podważyć i być może właśnie dlatego hipoteza ta zawsze przemawiała do wyobraźni studentów).

To wszystko jest jednak całkowicie błędne. Koncepcja utożsamiająca język z myśleniem należy do kategorii, którą można by nazwać rozpowszechnioną bzdurą - stwierdzeniem, które jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, ale w które wszyscy wierzą, ponieważ pamiętają, że gdzieś je słyszeli, i ponieważ płyną z niego bardzo poważne konsekwencje (Pinker, s. 66-67).

A jednocześnie próbował zaprzeczyć jeszcze bardziej zdroworozsądkowemu spostrzeżeniu, z którym zgadzał się już Boas (aczkolwiek nie wierzył, że kulturę można bez reszty wyjaśnić wpływem otoczenia) i z którym zgodzi się każdy, jeśli tylko przez chwilę się nad tym zastanowi.
Jest oczywiste, że Eskimosi z północnej arktycznej Ameryki nie korzystają w szerokim zakresie z drewna, surowca bardzo rzadkiego w tych częściach świata, a Indianie z lasów Brazylii nie znają zastosowań śniegu (Boas, s. 54).
Toteż niezależnie od tego, jak wiele pasjonujących problemów odkryją jeszcze językoznawcy w języku Eskimosów, dalej pozostanie w mocy zdroworozsądkowe - że jednak Eskimosi potrafią więcej i bogatszym językiem powiedzieć o śniegu niż Indianie z Brazylii [12].

Ale też zawsze znajdą się - parafrazując Stanisława Jerzego Leca - Indianie z Brazylii (czy może raczej mądrale z Akademii), którzy wpracują dla Eskimosów wskazówki, jak powinni oni o tym śniegu prawidłowo mówić [13].

[1] Co wtedy podsumowałem tak: Owszem, wygrana NSDAP w 1932 roku nie oznaczała bezwzględnej parlamentarnej większości, ale - jak to zwięźle ujął Eberhard Jäckel - "Hitler zawdzięczał swą nominację [na kanclerza Rzeszy] zwolennikom z NSDAP oraz swoim wyborcom" (Panowanie Hitlera. Spełnienie światopoglądu, tłumaczyła Alicja Karszniewicz-Mazur, Ossolineum, Wrocław 1989, s. 38). A podsumowałem w przypisie 13 do notki "Wojciech Orliński służbowo i prywatnie albo pożegnanie z bawełną w ustach".

[2] O tym, co należy wrzucać do śmietnika, informował manifest No More Miss America! z sierpnia 1968. Biustonosze są tam na pierwszym miejscu.

"There will be [...] a huge Freedom Trash Can (into which we will throw bras, girdles, curlers, false eyelashes, wigs, and representative issues of Cosmopolitan, Ladies' Home Journal, Family Circle, etc. - bring any such woman-garbage you have around the house)" (Sisterhood is Powerful. An Anthology of Writings from the Women's Liberation Movement, redakcja Robin Morgan, Vintage Books, Nowy Jork 1970, s. 521).

[3] Charlotte Curtis, Miss America Pageant Is Picketed by 100 Women, "The New York Times", 8 września 1968, s. 81; za archiwum NYT.

Dla koneserów naturalnie oryginał:

"«He was worried about our burning things,» she said. «He said the boardwalk had already been burned out once this year. We told him we wouldn't do anything dangerous just a symbolic bra-burning»".

[4] Trzy dni przed protestem ukazał się w "The New York Post" życzliwy dla protestujących artykuł Lindsy Van Gelder zatytułowany Bra Burners Plan Protest i już w nim pojawiło się porównanie palenia staników do palenia kart poboru. Z czego jasno wynika, że palenie było jak najbardziej na serio zamierzone i nie wymyśliły tego złośliwe osoby dziennikarskie płci męskiej.

Zamiar zaś rzeczywiście okazał się medialny, fama o płonących stanikach poszła jak ogień po suchym stepie, ale niestety okazał się medialny nie w taki sposób, jak by sobie tego radykalne feministki życzyły. Używanie mieli głównie felietoniści i satyrycy. Nawet słynny Art Buchwald dołożył swoją cegiełkę.

Toteż potem się tych płonących staników wypierano. W cytowanej wyżej antologii Sisterhood..., wydanej zaledwie dwa lata po proteście, znajduje się bałamutny przypis do 'bras' dodany przez redaktorkę (czyli tę samą Robin Morgan, która wcześniej zamierzała symbolicznie palić staniki), że nie - naprawdę żadnego palenia nie było. To wszystko tylko wymysły mediów ("Bras were never burned. Bra-burning was a whole-cloth invention of the media").

[5] "It seems important at this point of our considerations to emphasize the fact that the groups of ideas expressed by specific phonetic groups show very material differences in different languages, and do not conform by any means to the same principles of classification. [...]

Another example of the same kind, the words for snow in Eskimo, may be given. Here we find one word, aput, expressing 'snow on the ground'; another one, qana, 'falling snow'; a third one, piqsirpoq, 'drifting snow'; and a fourth one, qimuqsuq, 'a snowdrift'" (Franz Boas et al., Handbook of American Indian Languages, tom I, Waszyngton 1911, s. 25-26; słowa ujęte w cudzysłów pojedynczy w oryginale są wyróżnione kapitalikami). Dalej cytuję jako Boas.

[6] Benjamin Lee Whorf, Nauka a językoznawstwo, [w:] Idem, Język, myśl i rzeczywistość, przełożyła Teresa Hołówka, wstęp Adam Schaff, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982, s. 288. Ostatnie zdanie nieco zmieniłem i uzupełniłem za oryginałem.

A dla koneserów oryginał za pierwodrukiem:

"Hopi has a noun that covers every thing or being that flies, with the exception of birds, which class is denoted by another noun. The former noun may be said to denote the class (FC - B) - flying class minus bird. The Hopi actually call insect, airplane, and aviator all by the same word, and feel no difficulty about it. The situation, of course, decides any possible confusion among very disparate members of a broad linguistic class, such as this class (FC - B). This class seems to us too large and inclusive, but so would our class "snow" to an Eskimo. We have the same word for falling snow, snow on the ground, snow packed hard like ice, slushy snow, wind-driven flying snow - whatever the situation may be. To an Eskimo, this all-inclusive word would be almost unthinkable; he would say that falling snow, slushy snow, and so on, are sensuously and operationally different, different things to contend with; he uses different words for them and for other kinds of snow (Benjamin Lee Whorf, Science and Linguistics, "The Technology Review" kwiecień 1940, tom 42, nr 6, s. 247).

Nb. dwadzieścia lat później ten sam polski przekład Teresy Hołówki wznowiono (Wydawnictwo KR 2002), ale bez skolacjonowania z oryginałem, więc i tym razem pominięto to, co w tej książce usunęła peerelowska cenzura (np. uwagi Whorfa - w sumie błahe - o "materialistycznej ekonomii" Marksowskiego komunizmu; zob. Benjamin Lee Whorf, Language, Thought, and Reality. Selected Writings, redakcja i wstęp John B. Carroll, przedmowa Stuart Chase, The MIT Press, Cambridge 1956, s. 20-21).

[7] "It's enough to make us envy the Eskimos. Benjamin Lee Whorf, the linguist, once reported on a tribe that distinguishes 100 types of snow - and has 100 synonyms (like tipsiq and tuva) to match" (Topics Well Used, "The New York Times", 9 lutego 1984, s. 30; za archiwum NYT).

Nb. przykład ten pojawia się - wraz z innym anegdotycznym przykładem telewizyjnej prognozy pogody, w której podobno była już mowa o dwustu słowach - w często potem cytowanym artykule Laury Martin, od którego zaczęło się podważanie przekonania o bogactwie śnieżnego słownictwa Eskimosów ("Eskimo Words for Snow". A Case Study in the Genesis and Decay of an Anthropological Example ("American Anthropologist" czerwiec 1986, tom 88, nr 2, s. 420).

Ale Martin pomija, że ten - jak pisze - "New York Times editorial" to w rzeczywistości króciutka notatka utrzymana w tonie bez wątpienia żartobliwym. Ubolewa się w niej nad ubogimi możliwościami językowymi prezenterów pogody i dziennikarzy sportowych (trwają właśnie Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Sarajewie), którzy w celu urozmaicenia swych wypowiedzi muszą wymyślać dziwactwa w rodzaju "the white stuff", ponieważ brak im poręcznych synonimów słowa "snow".

I nie jest to w tym artykule jedyny wypadek naginania cudzych wypowiedzi do założonej tezy:

"[...] the villain of Martin's account, Roger Brown, actually did what Martin would have liked Boas to have done: use the example to illustrate similarity between English and «Eskimo»". [...]

If as readily available a record as well-known publications by Boas, Whorf, and Brown can be so distorted in the American Anthropologist, one must wonder about the validity of reports resting entirely on ethnographers' accounts of what more or less exotic peoples said and mean! (Stephen O. Murray, Snowing Canonical Texts, "American Anthropologist" czerwiec 1987, tom 89, nr 2, s. 443).

[8] Geoffrey K. Pullum właśnie tak zatytułował swój głośny artykuł, a potem przedrukował go w identycznie zatytułowanej książce. Chwytliwy tytuł (dziś powiedzielibyśmy - klikbajtowy) sprawił, że wiele osób tylko ten tytuł zapamiętało, mniejszą już uwagę zwracając na siłę argumentacji Pulluma, którego najmocniejszą stroną była barwna stylistyka. Laurę Martin, według niego walczącą z samoodradzającym się mitem eskimoskiej terminologii śniegowej (self-regenerating myth of Eskimo snow terminology), porównał do Sigourney Weaver walczącej samotnie z ohydnym potworem w filmie Obcy. A z kolei o Benjaminie Lee Whorfie wyraził się pogardliwie, że to "inspektor ochrony przeciwpożarowej [co było prawdą] i niedzielny lingwista" (fire prevention inspector and weekend language-fancier). Zob. Geoffrey K. Pullum, The great Eskimo vocabulary hoax, "Natural Language & Linguistic Theory" Maj 1989, tom 7, nr 2, s. 275 i 276.

Nb. Pullum wziął od Martin niemal wszystkie przykłady, a jego inwencja sprowadzała się głównie do wyostrzenia jej stanowiska; także - jak widać - za pomocą chwytów czysto retorycznych.

[9] Steven Pinker, Instynkt językowy. Jak umysł kreuje język, przekład Tomasz Bieroń, Zysk i S-ka, Poznań 2023, s. 75. Dalej cytuję jako Pinker.

A dla koneserów jeszcze oryginał:

"Speaking of anthropological canards, no discussion of language and thought would be complete without the Great Eskimo Vocabulary Hoax. Contrary to popular belief, the Eskimos do not have more words for snow than do speakers of English. They do not have four hundred words for snow, as it has been claimed in print, or two hundred, or one hundred, or forty-eight, or even nine. One dictionary puts the figure at two. Counting generously, experts can come up with about a dozen, but by such standards English would not be far behind" (Steven Pinker, The Language Instinct. How the Mind Creates Language, HarperPerennial, Nowy Jork 1995, s. 64; pierwsze wydanie w roku 1994).

[10] Eugene S. Hunn, Knowledge Systems, [w:] A Companion to the Anthropology of American Indians, redakcja Thomas Biolsi, Blackwell Publishing 2004, s. 137-138.

I na wszelki wypadek jeszcze oryginał:

"Eskimo languages apparently have just two root terms for snow (qanik 'falling snow', aputi 'snow on the ground'), but many standard monolexemic expressions are built upon these two roots. (English likewise distinguishes 'corn snow' from 'powder snow.') If we compare widely recognized lexemic inventories, Eskimo languages exhibit a substantially richer vocabulary for snow than does English. Thus the Eskimo snow vocabulary example is no hoax".

Nb. na stronie 138 Hunn dodatkowo załączył przykładową tabelę słów określających śnieg w dialekcie inuktitut z Nunaviku (Arctic Quebec Inuktitut). Liczy ona 25 pozycji, a po jej przejrzeniu nawet laik zorientuje się bez trudu, że Pinkera "Jeden słownik podaje liczbę dwa", to zwyczajna chucpa i prawdziwy wielki przekręt.

[11] Igor Krupnik, Ludger Müller-Willes, Franz Boas and Inuktitut Terminology for Ice and Snow. From the Emergence of the Field to the "Great Eskimo Vocabulary Hoax", [w:] SIKU. Knowing Our Ice. Documenting Inuit Sea Ice Knowledge and Use, redakcja Igor Krupnik, Claudio Aporta, Shari Gearheard, Gita J. Laidler, Lene Kielsen Holm, Springer, Dordrecht - Heidelberg - Londyn - Nowy Jork 2010, s. 391.

I oryginał:

"For example, there are eight to 12 independent words for various types of snow on the ground [...]. True, the majority of the Eskimo/Inuit snow terms are built by adding suffixes to a certain number of basic stems. Nonetheless, each represents a meaningful and clearly distinguishable phenomenon to indigenous speakers [...]. This relevance to the language speakers has been completely lost in the «Great Eskimo Vocabulary Hoax» debate, whose participants had little experience with the Eskimo/Inuit knowledge of snow (or ice)".

Nb. demaskatorzy przekrętu często podkreślają (jak np. Pullum), że w językach polisyntetycznych można w zasadzie z jednego rdzenia utworzyć nieograniczoną liczbę słów. Ale jest istotna różnica między takimi teoretycznie "możliwymi słowami", a słowami, które są rzeczywiście w praktyce używane przez Eskimosów. Jednak żeby to stwierdzić, trzeba umieć porozmawiać z Eskimosami, czego demaskatorzy "wielkiego przekrętu" nie potrafią.

[12] Nawet bardzo wyważony i w sumie życzliwy dla Laury Martin i Geoffreya Pulluma artykuł Larry'ego Kaplana Inuit Snow Terms. How Many and What Does It Mean? z 2003 roku kończy się takim właśnie zdroworozsądkowym stwierdzeniem:

"Even if we exclude the sorts of terms that some have suggested should not count in our tally of snow terms, it still appears that Inupiaq at least has an extensive vocabulary for snow and ice. It would surely be a surprise if Inuit people did not pay special attention to snow and ice, which are important features of the landscape throughout most of the year. [...] Linguists and others familiar with these languages have always taken it for granted that there is extensive vocabulary for the areas in question".

[13] "Zawsze znajdą się Eskimosi, którzy wypracują dla mieszkańców Konga Belgijskiego wskazówki zachowywania się w czas olbrzymich upałów" (Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1957, s. 12.