EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tadeusz Boy-Żeleński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tadeusz Boy-Żeleński. Pokaż wszystkie posty

Wesoły oberek i fiołki w Neapolu
Dwie niegdysiejsze złośliwości

Nicość Prokescha - pisał Tadeusz Boy-Żeleński - miała coś apokaliptycznego; to był na swój sposób fenomen. Przez trzydzieści lat z górą był sprawozdawcą literackim, teatralnym, malarskim i muzycznym. [...] Pomagała mu w tej pracy absolutna ignorancja. Bąki, które strzelał, były stałą radością artystów. [...] [zapamiętano mu] między innemi ową sławną recenzję z Wesela, gdzie krytyk wykładał myśl utworu jako zachętę dla inteligencji aby się zbliżała do ludu, a "choć niebrak przy tem małych dysonansów, całość kończy się wesołym oberkiem" [1].
Powtarzano później za Boyem ten "wesoły oberek" do znudzenia; ktoś tam nawet uczynił z niego swój ulubiony ironiczny idiom. A nieszczęsny recenzent, Władysław Prokesch, został zapamiętany jako wzór patentowanego idioty, który nie poznał się na geniuszu.

Rzecz jednak w tym, że w jego "sławnej recenzji" żadnego "wesołego oberka" nie ma!

Jest natomiast i takie zdanie, wydrukowane - jak cała recenzja - trzy dni po premierze (co podkreślam, bo później już łatwo było być mądrym):

Dla miłośników podniosłej myśli, wytwornej formy słowa, oryginalnego lotu twórczej fantazyi, "Wesele" pozostanie w każdym razie klejnotem literackim, jakiemu równego nie wydała najnowsza doba piśmiennictwa [2].
No to poznał się na Wyspiańskim ten absolutny ignorant Prokesch, czy nie?

Boya można czytać dla rozrywki, ale wierzyć mu nie należy, bo złośliwy dowcip cenił wyżej od nudnego faktu. Jego cytat z recenzji Prokescha - wyzywająco oznaczony cudzysłowami - to bezwstydne zmyślenie! [3].

Prawda, znalazło się też w tej recenzji kilka ryzykownych zdań o finale sztuki:

Wszyscy jakby skamienieli i jakby w ziemię wrośli, oczekują hasła. Na to jawi się w izbie odstraszająca postać chochoła, staje na podwyższeniu i ponurym głosem rozkazuje parobczakowi odebrać chłopom z rąk kosy, ustawić mężczyzn i dziewczęta parami naprzeciw siebie, a sobie podać do rąk skrzypce. Jasiek, drużba, rozkaz ten spełnia. Rozlegają się dźwięki weselnego oberka i w jednej chwili pełen grozy nastrojowy obraz poprzedni zmienia się w wesołą, barwną sceneryę weselną. Ponura wizya poety rozpryskuje się jak bańka mydlana, i jakby na ironię zmienia się w rzeczywisty, realny obraz życia.
Na pozór nieporozumienie, bo dziś - zwłaszcza po szkolnej tresurze - spodziewamy się tam raczej frazesu o sennym chocholim tańcu. Ale przy głębszym wejrzeniu wcale to niegłupie. Czar chochoła, wskutek którego "ponura wizya poety rozpryskuje się jak bańka mydlana", przecież wcale tragizmu nie znosi. Owszem, jeszcze go uwydatnia. Ta zmiana, dokonująca się "jakby na ironię", nie sprawia, że finał staje się radosny. Gładkie przejście od grozy do chwilowo odsuniętego na bok wesołego życia to przecież prefiguracja dzisiejszego "Polacy, nic się nie stało!", też na ogół kończonego korowodem - wokół grilla. A tępy uśmiech czasem zwiastuje większą tragedię niż ponura zaduma. I nie mówcie mi tu o żadnej nadinterpretacji, skoro samo Wesele to również "historya wesoła a ogromnie przez to smutna" [4].

W dodatku Prokesch podobno miał pełne prawo tak właśnie odczytać intencje Wyspiańskiego, bo całkowicie zgadzało się to z tym, co słyszał ze sceny. Na premierze grała bowiem prawdziwa chłopska kapela, która dziarsko rżnęła od ucha do ucha - jak to na weselach. Bodaj i sam finał wcale nie był taki senny, jak się potem przyjęło uważać [5].

Jak tam było, tak tam było. W gruncie rzeczy to i tak już nie ma znaczenia, bo "wesoły oberek" zbyt mocno przylgnął do Prokescha, by udało się jedną notką to Boyowe łgarstwo odkręcić [6]. "Łże się w dwóch słowach, na sprostowanie trzeba stu wierszy: któryż czytelnikby to wytrzymał!" - to też Boy, ale tym razem, oburzony, we własnej sprawie [7]. A jeśli idzie o tę "sławną recenzję" z Wesela, to pół wieku po Boyu pojawiła się o niej jeszcze jedna, całkiem inna plotka. I co powiecie - nieszczęsnemu Prokeschowi znowu się oberwało! [8].

Teraz o fiołkach. I też zacznę od Boya.

Byłem raz w towarzystwie ludzi bardzo wykształconych; w czasie dyskusji, nie pomnę à propos czego, ktoś rzucił w formie przysłowia: "Wolę polskie g...o w polu, niż fijołki w Neapolu". Okazało się, że prawie wszyscy znali ten aforyzm, ale nikt nie umiał powiedzieć skąd on pochodzi; otóż jest on pióra... Kazimierza Tetmajera, a przeszedł do ust ogółu z polemicznego wiersza p. t. "Patrjota" (z cudzysłowem), zamieszczonego w r. 1898 w krakowskiem Życiu i zakonspirowanego pseudonimem Szyldkret. Tetmajer użył tego zwrotu w znaczeniu ironicznem, pod adresem szowinizmu Stanisława Szczepanowskiego. Obecnie używa się go raczej w sensie patrjotycznym, ku wzgardzie fiołków w Neapolu... [9].
W oryginale wiersz Szyldkreta-Tetmajera szedł tak (przepisuję tylko kilka najczęściej cytowanych wyimków, bo w całości jest jednak trochę nudny):
Rozum, wiedza, talent, praca
U nas, bratku, nie popłaca!
Postęp i cywilizacya
W kąt gdzie wchodzi do gry nacya!
I »guanem« wnet dostanie
Kto nie z nami, mocium panie
[...]
Huha! Hopsa! Każdą nową
Myśl witamy krzyżem pańskim -
Precz z geniuszem Europy
Farmazońskim i szatańskim!
My o jedno tylko szlemy
Modły k' niebu z naszej chaty:
By nam buty mogły śmierdzieć,
Jak śmierdziały przed stu laty...
[...]
Hoc ha! Hopsa! Byle zdrowo,
Zdrowa dusza - zdrowe ciało!
Niechaj śmierdzi, jak śmierdziało,
Byle tylko narodowo!
Wolę polskie ..... w polu,
Niż fiołki w Neapolu! [10].
Tym razem więc wyzłośliwiał się Tetmajer, ale wyzłośliwiał aluzyjnie. Kto nie wiedział, do kogo to skierowane, i skąd tam to "guano", czemu tyle smrodu i nawet (wykropkowane) gówno, ten się z samego wierszyka tego nie dowiedział. Boy też wyjaśniał to oszczędnie: "pod adresem szowinizmu Stanisława Szczepanowskiego". Ale kto dziś wie, kto to był ten Szczepanowski i na czym miał polegać jego mniemamy szowinizm.

Bardzo nieliczni pamiętają go może jako autora słynnej (niegdyś) książki Nędza Galicyi w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego. I może jeszcze, że chociaż robił w Anglii piękną karierę, wrócił do Polski, by rozwijać tutaj ówczesny high-tech, czyli przemysł naftowy. Czasem nawet pisze się o nim, że mógł być europejskim Rockefellerem - ale to już jednak dziennikarska przesada. Zresztą, skoro czytacie tę notkę, to pewnie właśnie jesteście w Internecie, więc nie będę wam przepisywał hasła z Wikipedii. A najrzetelniejszy biogram Szczepanowskiego możecie przeczytać tutaj.

Jak można kogoś takiego oskarżać o to, że jest śmierdzącym szowinistą, którego nie obchodzi "postęp i cywilizacya"? Jak widać, można. Fake newsy to nie jest nowy wynalazek. Poszło zresztą o bzdurę - młodzi artyści poczuli się urażeni artykułem Szczepanowskiego Dezinfekcya prądów europejskich, wywodzącym, że to właśnie europejski modernizm (z którym się utożsamiali) sprzedaje guano "pod złudną etykietą prawdy i piękna - prawdy ludzkiej «document humain», piękna artystycznego «l'art pou[r] l'art»".

Szczepanowski trochę przesadził z retoryką i jest w jego artykule parę sformułowań aż prowokujących do ostrej riposty. Rzecz jednak nie w samej ripoście, lecz w jej karykaturalnym rozminięciu się z celem. Nie było to bowiem - jak sugerował Tetmajer - starcie polskiego zaścianka "z geniuszem Europy", lecz zderzenie dwóch jak najbardziej europejskich prądów umysłowych.

[...] uczyłem się zanadto długo u pozytywistów francuskich - podkreślał Szczepanowski - ażeby się dać wziąć na plewę pseudo naukową francuskich spekulantów literackich. Wolę jej [prawdy] szukać u rzeczywistych adeptów i schylić głowę przed Claude Bernardem, profesorem Charcot lub Pasteur'em [11].
Czyli nie żadne, mocium panie, modły z naszej chaty, tylko Pasteur. Szczepanowski zaś chyba tym się głównie podłożył, że podpisał swój artykuł jako Piast [12]. Nie jest więc wykluczone, że poeta Tetmajer przeczytał jedynie tytuł, podpis oraz kilka przypadkowych zdań i z miejsca zaczęło miotać nim natchnienie.

Na koniec jeszcze trzy krótkie uwagi do tej jego fiołkowej złośliwości.

Krakowskie Życie dość cienko wtedy przędło, bo modernizm sprzedawał się tak sobie, i Szczepanowski dał na nie z dobrego serca 2000 złotych reńskich, czyli 4000 koron, a na dzisiejsze jakieś (w grubym przybliżeniu) 150 000 złotych. Można więc powiedzieć, że ostatecznie Tetmajer obsmarował Szczepanowskiego za jego własne pieniądze.

Przy Szczepanowskim, który studiował w Wiedniu, Paryżu i Londynie, a doceniony za swą pracę w India Office otrzymał brytyjskie obywatelstwo, to właśnie Tetmajer wypada jak zakompleksiony prowincjusz. A tacy lubią sobie upuścić żółci.

Obyczaje w Polszcze trwalsze są, niż się na ogół sądzi. Na przykład obyczaj, by przeciwnika przedstawiać per fas et nefas jako brzydko woniejącego wroga Europy i europejskości. I jeszcze dla większego efektu doprawić to wykropkowanym grubym słowem.

Tyle tylko się zmieniło, że słowa coraz grubsze, a zamiast kropek dają teraz gwiazdki.

[1] [Tadeusz] Boy-Żeleński, Znasz-li ten kraj... (Cyganerja Krakowska), Bibljoteka Boya, Warszawa 1932, s. 102-105. Prokesch zmarł w roku 1923, więc wtedy już od dziewięciu lat leżał w grobie. Toteż Boy mógł się nad nim znęcać bezkarnie, trafnie przypuszczając, że nikt się za Prokeschem nie ujmie.

[2] W[ładysław Pr[okesch], Teatr. "Wesele". Dramat w 3 aktach Stanisława Wyspiańskiego, "Nowa Reforma", 19 marca 1901, s. 3; wyróżnienie moje.

Tego zdania jednak się Prokeschowi nie pamięta, a choć zaczyna się ono aż nazbyt okrągłymi frazesami, to przecież końcowy sąd wypada bez zarzutu. Natomiast niemal zawsze podkreśla się, że ogłoszona równolegle w "Czasie" ogromna pięcioczęściowa recenzja Rudolfa Starzewskiego (pierwowzoru postaci Dziennikarza) była "entuzjastyczna". Też za Boyem:

"Po trzech dniach ukazał się pierwszy entuzjastyczny feljeton Starzewskiego o Weselu, potem następne: całe studjum. Czas przyczynił się wiele do tak rychłego zwycięstwa Wyspiańskiego, do jego konsekracji" (Znasz-li ten kraj..., s. 51).

Cóż, ze Starzewskim Boy się przyjaźnił i wiele mu - jak i "Czasowi" - zawdzięczał, szczególnie w epoce Zielonego Balonika. Czyli chwała nam i naszym kolegom, Prokesch precz!

Nb. Starzewski w przeciwieństwie do Prokescha miał dostęp do teatralnego egzemplarza Wesela, z czego korzystał bez umiarkowania, cytując in extenso czasem nawet po kilkadziesiąt wierszy. Drobnych cytatów są tam zaś tuziny. Nic więc dziwnego, że mu recenzję rozdęło. Zresztą tak po prawdzie to "całe studjum" jest w większej części szkolarskim streszczeniem, brykiem. A gdy wreszcie przychodzi Starzewskiemu dopisać do cytatu coś własnego, bywa, że mocno to zalatuje nie dającą się okiełznać grafomanią:

"Tak we wsi polskiej, po krótkiej miłosnej nocy godowej, gdy zaświecił blask i złudy rozwiał - do ostatniego oberka przygrywał słomiany grajek i starosta weselny; tak różnobarwny, różnolity korowód taneczny poprowadził chochoł - chochoł, który przez długie polskie zimy odziewa spętane krzewy i szczepy, zna szept soków, krążących po gałązkach w uwięzi, wie o zawiązkach pąków, utajonych pod korą, czuje głuche pędy rozrostu, tęskniące do słońca i swobody. Zczerniał w wietrze i słocie - a pod jego ciężką, rubaszną powłoką czeka liść i kwiat i owoc, czeka życie, aby odkwitnąć... Jak w chochoł owiązana i polska dola - więc może on i wie, co w polskiej «duszy gra...» I dlatego na tem weselu, które złączyło «pany, chłopy, chłopy, pany» pod koniec godów gra tak, jakby ze świstem pękały struny, jakby w monotonnej, prostej nucie łkał rozpaczny, z serca wydarty jęk chopinowskiego mazurka" (R[udolf] Starzewski, Z teatru. Wesele, dramat w 3 aktach St. Wyspiańskiego, "Czas", 21 marca 1901, s. 2; była to trzecia część recenzji).

Boy mógłby bez trudu wykpić i te pąki pod korą, i tę polską dolę w chochoł owiązaną, i nawet ten "jęk chopinowskiego mazurka", który Starzewski dosłyszał w melodii chocholego tańca. Ale nie wykpił.

[3] "Trudno o coś brzydszego, niż ta pośmiertna zniewaga [...]. Jest coś, co się buntuje przeciw temu, aby to zostawić niesprostowane, niewyjaśnione, aby dać kostnieć fałszywej legendzie. Obrażałoby to zarówno poczucie prawdy jak ludzkości". Tak sam Boy uzasadniał potrzebę prostowania podobnych zmyśleń ([Tadeusz] Boy-Żeleński, Ludzie żywi, Wydawnictwo J. Mortkowicza, Warszawa - Kraków 1929, s. 37). Ale wtedy zmyślenie uderzało w kogoś dla niego ważnego - w Dagny Przybyszewską. Toteż swój felieton zatytułował ostro i jednoznacznie: Kłamstwo Przybyszewskiego. Szkoda tylko, że nie zdecydował się go ogłosić nieco wcześniej, a dopiero wówczas, gdy Przybyszewski już od prawie roku leżał w grobie...

Natomiast zmyśleń Boya związanych z Weselem nie prostowano bynajmniej nie dlatego, że komuś brakowało "poczucia prawdy jak ludzkości". Stanisław Estreicher, do którego rodzina Lucjana Rydla zwróciła się z prośbą o interwencję w sprawie innego zmyślenia, podobno oświadczył, że:

"w tej sprawie oficjalnie nikt głosu nie zabierze, gdyż wszyscy są pod terrorem bezwzględnej złośliwości Boya i nikt nie zechce z nim zadzierać z obawy przed ośmieszeniem swej osoby przez niego" (Helena Rydlowa, Bronowickie sprostowania, "Życie Literackie" 1957, nr 18, s. 8).

Natomiast Stanisław Pigoń dodawał:

"Nie trzeba wielkiej bystrości krytycznej, by rozeznać, że w owym pamiętnym komentarzu [o Weselu] chodziło Boyowi nie tyle o prawdę, ile właśnie o efektowną plotkę. Plotka zaś, wiadomo, tym bywa celniejsza, im przy swej nonszalancji wobec prawdy bardziej jest dowcipna i im złośliwsza. Ustęp o Rydlu jest właśnie wzorcowym przykładem zastąpienia sumienności sprawozdawczej facecją i dowcipkiem. [...] bywa, że te złośliwe igraszki wciąż jeszcze bierze się na serio" (Stanisław Pigoń, Drzewiej i wczoraj. Wśród zagadnień kultury i literatury, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1966, s. 331).

Nb. również w poważnych sprawach lepiej sądów Boya nie przyjmować na wiarę. Mniejsza już o sprawy światopoglądowe, ale nawet gdy chodzi o teatr, czasem trafia się u niego jakieś kuriozum. Na przykład taka uwaga o Wiśniowym sadzie Czechowa:

"[...] formułujemy nasze sądy i wrażenia po omacku, bo [...] nie bardzo chce się nam łamać głowę nad tak nieaktualnym zadaniem. [...] Pozostał ten Wiśniowy sad jako dość martwy dokument odległej epoki" (Tadeusz Żeleński (Boy), Murzyn zrobił..., Towarzystwo Wydawnicze "Rój", Warszawa 1939, s. 101-102).

"Dość martwy" Wiśniowy sad (i to martwy już bez mała sto lat temu!) nie wydaje się mniejszym bąkiem niż "wesoły oberek" (którego nie było).

[Dopisek] A skoro w tym przypisie znalazła się już wzmianka o Lucjanie Rydlu, to nie zaszkodzi dodać, że właśnie w związku z Rydlem popisał się niedawno kolejnym bąkiem Norman Davies. Otóż beztrosko pomieszał poetę Rydla z jego ojcem, też Lucjanem i wyszło mu, że Wyspiańskiego zainspirowała do napisania Wesela "ceremonia weselna młodego wykładowcy uniwersyteckiego i chłopki w podkrakowskich Bronowicach". Owszem, Rydel wygłaszał modne w tamtej epoce odczyty i wspierał działalność prywatnych Wyższych Kursów dla Kobiet im. A. Baranieckiego, ale gdy się żenił, nikomu nie przyszłoby do głowy nazywać go wykładowcą uniwersyteckim. Wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, a w roku akademickim 1884/1885 również rektorem, był jego ojciec.

Davies zmyślił to w książce: Galicja. Historia nie narodowa, przekład Bartłomiej Pietrzyk, Znak Horyzont, Kraków 2023. Kto chciałby się zadziwić jeszcze innymi beztroskimi zmyśleniami Normana Daviesa, niech przeczyta w OSOBACH: "Norman Davies siedzi od trzydziestu lat za ścianą albo chwyt psychologiczny".

[4] Stanisław Wyspiański, Wesele. Dramat w 3 aktach, nakładem autora, Kraków 1901, s. 48. "Historya wesoła" snuje się co prawda Poecie, jednemu z bohaterów Wesela, ale ponieważ Gospodarz natychmiast dopowiada: "To tak w każdym z nas coś woła: / jakaś historya wesoła / a ogromnie przez to smutna", owo "w każdym z nas" wypada rozumieć szeroko.

[5] W każdym razie zaraz po premierze jeden z widzów nawet napisał w tej sprawie do gazety:

"Szanowna Redakcjo! Czytając sprawozdania z wspaniałej sztuki Wyspiańskiego «Wesele» nie znalazłem w nich wzmianki o jednym niewielkim zresztą błędzie w inscenizacji, który psuje nieco wrażenie przepysznej sceny końcowej. Ze względu, iż usunięcie jego nie napotka prawdopodobnie na żadne trudności, pozwalam sobie zwrócić na niego uwagę reżyserji. Idzie mianowicie o to, że w chwili gdy «chochoł» ma przygrywać «całej szopce» do leniwego tańca, z za sceny odzywa się muzyka wielogłosowa, w której można odróżnić dźwięki paru instrumentów a nadto tak wesoła i żywa, że stoi w żywym kontraście z sennymi ruchami par tańczących, skutkiem czego wrażenie znacznie się osłabia. Sądzę, że zredukowanie zakulisowej muzyki do jednej skrzypki (wszak gra tylko sam «Chochoł») i nadanie jej stosownie wolnego tempa, mogłoby znacznie podnieść przejmujący do głębi nastrój genjalnego pomysłu. Z poważaniem S. K." (W sprawie «Wesela», "Głos Narodu", 19 marca 1901, s. 4; wyróżnienie moje).

Nb. relacje o prapremierze Wesela 16 marca 1901 roku są niepewne i sprzeczne jeszcze w wielu innych punktach. Zachował się raport kasowy z liczbą sprzedanych biletów (sprzedano ich 720 na 906 miejsc), ale nie jest pewne, czy sala była tylko przyzwoicie pełna, czy aż przepełniona - jeśli hojnie doliczyć jeszcze miejsca abonamentowe i darmowe wejściówki. Jedni twierdzili potem, że Wyspiański już na tym przedstawieniu był wywoływany na scenę i obdarowywany wieńcami, a inni - że wcale się nie pokazał, lecz wymknął się z teatru chyłkiem (Rafał Węgrzyniak, Encyklopedia Wesela Stanisława Wyspiańskiego, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Kraków 2001, s. 33, hasło "Frekwencja" oraz s. 104, hasło "Premiera").

[6] Jak mocno, znać choćby po tym, że w "wesołego oberka" w recenzji Prokescha uwierzył nawet Henryk Markiewicz, erudyta zgoła niedzisiejszy, i jeszcze napisał o tym w dziale poświęconym poprawianiu cudzych zmyśleń i niedorzeczności:

"Maciej Wojtyszko («Nowe Książki» nr 9, s. 49) powiada, że Stanisław Tarnowski w swojej recenzji Wesela napisał: «Całość kończy się wesołym oberkiem». Tarnowski Wesela nie recenzował, a cytowane zdanie pochodzi z recenzji Władysława Prokescha" (hm [Henryk Markiewicz], Camera obscura, "Dekada Literacka" 2008, nr 4, s. 157).

Znać to również po mimowolnych omyłkach. Monika Śliwińska nie zawierzyła Boyowi i przeczytała to, co Prokesch rzeczywiście napisał, a potem jeszcze zacytowała. Ale zamiast "Rozlegają się dźwięki weselnego oberka..." napisało się jej "Rozlegają się dźwięki wesołego oberka..." (Monika Śliwińska, Wyspiański. Dopóki starczy życia, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017, s. 266). Są też te "dźwięki wesołego oberka" nawet w encyklopedycznych Skrzydlatych słowach Henryka Markiewicza i Andrzeja Romanowskiego (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990, s. 539).

Co godne uznania, Śliwińska nie zawierza również mitologii, jaka potem rozkwitła wokół Wesela: jakoby niemal wszyscy z miejsca się nim zachwycili i w lot tam wszystko pojęli (jeśli tylko nie byli tak absolutnymi ignorantami jak Prokesch). Przeciwnie, przypomina, że nawet aktorzy nudzili się na pierwszej próbie czytanej (czytał sam Wyspiański), a potem w trakcie prób scenicznych dalej niewiele rozumieli i grali w przekonaniu, że również publiczność niczego nie zrozumie.

"Sobiesław Bystrzyński [używał pseudonimu Włodzimierz Sobiesław], grający Gospodarza, wsławi się powiedzeniem: «w tej sztuce może nawet tygrys przejść przez scenę i nikogo to nie powinno zdziwić»" (s. 258).

A dyrekcja jak najpoważniej obawiała się klapy.

Zresztą z raportów kasowych zdaje się wynikać, że nie był to ostatecznie tak oszałamiający sukces, jak już na gorąco zapewniali niektórzy dziennikarze. Do końca sezonu udawało się wyprzedawać średnio tylko połowę sali, więc kto wie, czy aby nie podreperowywano frekwencji znaczną liczbą darmowych wejściówek (Encyklopedia Wesela, s. 33, hasło "Frekwencja").

Nb. pewne podejrzenia co do oberka miał Stanisław Cat-Mackiewicz, ale niestety nie mógł ich sprawdzić:

"Zawsze słyszałem, że po premierze Wesela nie bardzo rozumiano tę sztukę i że recenzent «Nowej Reformy» zakończył swe sprawozdanie zdaniem: «Udaną całość uwieńczył ochoczy oberek», czy ochoczy «kujawiak» - nie pamiętam. Chciałem to sprawdzić, ale w bibliotekach warszawskich nie ma «Nowej Reformy» z 1901 roku" (Stanisław Mackiewicz Cat, Europa in flagranti, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1975, s. 61).

Za to Michał Rusinek - niczym wzorowy uczeń - raz przeczytał u Boya, uwierzył i (prawie) zapamiętał:

"Aczkolwiek zawsze mam w pamięci, co napisał jeden z pierwszych recenzentów «Wesela» Wyspiańskiego, który wyszedł przed końcem: «Wszystko się kończy wesołym obertasem»..." (Justyna Sobolewska, Ranking książek najbardziej nieprzeczytanych, polityka.pl, 15 sierpnia 2011).

[7] ([Tadeusz] Boy-Żeleński, Brzydka książka, "Wiadomości Literackie" 1933, nr 29, s. 1). Boya oburzył do żywego Beniaminek Karola Irzykowskiego; pamflet, lecz miejscami celny. Na tyle celny, że Boy poświęcił mu znacznie więcej niż "sto wierszy", a pod koniec najwyraźniej puściły mu nerwy i spointował swój artykuł obelgami - że to "książka duchowego kaleki [...], któremu wątroba służy do myślenia, a mózg do wydzielania nieczystości", że Irzykowski sączy "ślinę potwarzy i nienawiści", a zazdrość sublimuje "w plugastwo". Trudno dobitniej przyznać, że nie ma się dobrych argumentów.

Nb. Irzykowski w Beniaminku nie tylko ośmielił się wymienić Boya w jednym szeregu z Prokeschem ("tak wyśmiewane przez Boyów, Feldmanów i Prokeschów «izmy»"), ale też trafnie zauważył, że Boy:

"sam siebie zrecenzował, sformułował, zjubileuszował, zawczasu wcisnął przyszłym Prokeschom frazesy, które trzeba znać, gdy się mówi o Zielonym Baloniku i jego dalszych pomiotach. To natręctwo gotowych opinij jest, dla mnie przynajmniej, bardzo przykre" (Karol Irzykowski, Benjaminek. Rzecz o Boyu-Żeleńskim, nakładem księgarni F. Hoesicka, Warszawa 1933, s. 114; wyróżnienie moje; poprzedni cytat ze strony 45).

I jeszcze jedna uwaga Irzykowskiego. Wprawdzie bezlitosna, ale - jak już się sami mogliście przekonać - z pewnością nie bezzasadna:

"Boy opowiada plotki jak prawdę, a prawdę jak plotki. Dla niego prawda jest specjalną odmianą ciekawostki, prawdą na użytek gawiedzi" (s. 66; wyróżnienie za oryginałem).

Tymczasem sam Boy zaledwie rok wcześniej oświadczał stanowczo:

"Tym, którym [opowiadana historia] wydałaby się zmyśleniem, powiem odrazu, że nie umiem zmyślać, zawsze mówię wszystko tak jak było. Gdybym umiał zmyślać, pisałbym powieści i brałbym nagrody literackie" ([Tadeusz] Boy-Żeleński, Nasi okupanci, Bibljoteka Boya, Warszawa [1932], s. 63).

Poważnie potraktował to oświadczenie Andrzej Stawar i potem pisał:

"W czasie gdy dla wielu autorów fakt jako taki staje się rzeczą niemal dokuczliwą, elementem, bez którego nie można się obejść, ale który wypada jak najstaranniej ukryć, Boy wykazuje dla faktu zrozumienie, baczność, pieczołowitość. Dlatego [...] zbliżał się do materialistyczno-pozytywistycznej linii literatury" (Andrzej Stawar, Tadeusz Żeleński (Boy), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1958, s. 151; wyróżnienie moje).

Swoją drogą, ta materialistyczna pieczołowitość brzmi zabawniej niż niektóre figle ze Słówek.

[8] Zgodnie z tą plotką Prokescha wcale na prapremierze Wesela nie było, a swoją recenzję napisał opierając się na cudzej relacji. Postępek chyba jeszcze bardziej kompromitujący niż jakiś tam recenzyjny kiks. Relację tę, a może nawet gotowy szkic recenzji, podobno dostarczył Prokeschowi kilkunastoletni Michał Szczepkowski, ojciec Andrzeja Szczepkowskiego, znanego aktora. Tyle że wyznał ten sekret synowi dopiero na rok przed śmiercią, już dziewięćdziesięcioletni, i nawet sam syn - swoją drogą koneser barwnych anegdot - nie daje głowy za prawdziwość ojcowskiego wyznania (Andrzej Szczepkowski, Jeszcze raz o Weselu..., [w:] O teatrze i dramacie. Studia, przyczynki, materiały, redakcja naukowa Edward Krasiński, Ossolineum, Wrocław 1989).

A mimo to i ta wątła plotka została potraktowana przez znawców całkiem poważnie.

Rafał Węgrzyniak zrazu dość ryzykownie uznał ją za całkiem prawdopodobną: "Wiele więc przemawia za tym, że Michał Szczepkowski opowiedział synowi prawdę" (Rafał Węgrzyniak, Prokesch czy Szczepkowski?, "Teatr" 1990, nr 2, s. 24). Z czasem jednak nabrał do niej nieco dystansu: "Andrzej Szczepkowski przywołał rodzinną opowieść...". Ale jednocześnie myli Michała Szczepkowskiego z Janem Szczepkowskim, rzeźbiarzem (Encyklopedia Wesela..., s. 104, hasło "Prokesch Władysław").

Natomiast Lesław Eustachiewicz plotkę tę przedstawia bez mała jako fakt, i to w książeczce o profilu edukacyjnym: "Zastępował go dorywczo Michał Szczepkowski i on zredagował potem tekst recenzji dla «Nowej Reformy», pod którym Prokesch się podpisał" (Lesław Eustachiewicz, "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1991, s. 31).

Podobnie postąpił Rościsław Skręt, autor biogramu Prokescha w Polskim Słowniku Biograficznym. Pierwotnie o "sławnej recenzji" znalazło się tam tylko jedno zdanie:

"Szczególnie mu zapamiętano recenzję z prapremiery «Wesela» Wyspiańskiego (entuzjastyczną skądinąd), w której okazał całkowite niezrozumienie finału sztuki («wesoła, barwna sceneria weselna» przy dźwiękach oberka)" (PSB 28, s. 482).

Ale w zaktualizowanej i poprawionej wersji internetowej doszło jeszcze zdanie drugie:

"Autorem tej recenzji, podpisanej przez P-cha («Nowa Reforma» 1901 nr 65) był prawdopodobnie szesnastoletni Michał Szczepkowski".

Niezbyt to roztropna poprawka, bo ranga Polskiego Słownika Biograficznego wymaga jednak znacznie większej odpowiedzialności za słowo niż swobodne plotkowanie w stylu wesołego Boya.

Nb. akurat Boya naprawdę na prapremierze nie było, gdyż bawił w Paryżu (Encyklopedia Wesela..., s. 176, hasło "Żeleński Tadeusz, Boy"). Jeśli więc wtedy w finale rzeczywiście rozbrzmiała muzyka "wesoła i żywa" (przypis 5), to on tego nie słyszał.

[9] Tadeusz Żeleński (Boy), Nieco mitologji, Towarzystwo Wydawnicze "Rój", Warszawa 1935, s. 139-140. A Henryk Markiewicz ma do Boya jakiegoś pecha. W redagowanych przez niego Pismach (tom 18: Felietony III, PIW, Warszawa 1959) są w przedruku tego akapitu aż dwie przykre literówki: rok 1890 zamiast prawidłowego 1898 i Szylkret zamiast prawidłowego Szyldkret (s. 178). I mała to pociecha, że tom ten opracowywał również inny erudyta - Władysław Kopaliński, a objaśnienia pisał Janusz Szpotański.

[10] Szyldkret [Kazimierz Przerwa-Tetmajer], "Patryota", "Życie" 1898, nr 12, s. 139 (numeracja ciągła dla całego rocznika); wyróżnienie za oryginałem. Przytoczone wyimki to mniej więcej jedna trzecia całości. Przytaczam je zaś w oryginalnym kształcie także dlatego, że dziś czasem nawet uniwersyteccy znawcy nie bardzo wiedzą, co właściwie Tetmajer napisał:

"Przypomnę tu wierszyk, który był osobliwą odpowiedzią Tetmajera, nim A. Górski napisał felietony Młoda Polska, na znane wystąpienia S. Szczepanowskiego i M. Zdziechowskiego z roku 1898; wierszyk opublikowany w "krakowskim" "Życiu" pod kryptonimem Szyldkret miał tytuł Patriota i brzmiał tak:

Wolę polskie gówno w polu.

Niż fijołki w Neapolu" (Jan Jakóbczyk, Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Zbliżenia, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2001, przypis 13, s. 106-107).

Wygląda na to, że według Jakubczaka ten dwuwiersz był całym "wierszykiem" Tetmajera. Do tego bez wykropkowania 'gówna' i bez cudzysłowu w tytule.

Nb. Cztery wersy o śmierdzących butach przywołał nie tak dawno profesor Włodzimierz Lengauer, bo jest to jego zdaniem najlepsza ilustracja "idei konserwatywnych" (Sokrates, pierwszy lewak. Z prof. Włodzimierzem Lengauerem rozmawia Sebastian Słowiński, "Gazeta Wyborcza", 2-3 listopada 2024, s. 26: "I dedykuję ten wierszyk wszystkim wyznawcom idei konserwatywnych").

Tak nawiasem, bardzo dziwna to była rozmowa. Profesor Lengauer zajął się w niej między innymi przypomnieniem oczywistości, że cywilizacja grecka jest starsza (w domyśle: szacowniejsza) niż cywilizacja średniowiecza (w domyśle: chrześcijańska), ale ani razu nie wspomniał, że w chrześcijaństwie obecna jest także - dzięki Staremu Testamentowi - jeszcze starsza cywilizacja żydowska. I to właśnie ona jest źródłem europejskiego nacjonalizmu spod znaku krwi i ziemi oraz wielu niemodnych dziś "idei konserwatywnych" w rodzaju: "Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!" (Kpł 18, 22). Co więcej, słowa "żyd", "żydowski" ani razu w tych cywilizacyjnych rozważaniach nie padły. Zaskakująca idiosynkrazja.

[11] Piast [Stanisław Szczepanowski], Dezinfekcya prądów europejskich, "Słowo Polskie", 16 lutego 1898, s. 1. Pierwszy cytat również z tej strony. Według Kazimierza Wyki, to rozminięcie się riposty z celem było świadomym unikiem, gdyż strategia Tetmajera polegała "na doprowadzeniu stanowiska Szczepanowskiego do przesady, by skarykaturowawszy przeciwnika, uniknąć dyskusji właściwej" (Kazimierz Wyka, Modernizm polski, wydanie drugie zmienione i powiększone, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1968, s. 117).

Nb. Wyka wyrządził Szczepanowskiemu niedźwiedzią przysługę sprowadzając tendencję jego artykułu do walki z kosmopolityzmem ("Wystąpienie Szczepanowskiego [...] trafnie uderzało w kosmopolityzm modernistyczny"). A wiadomo kto i z kim walczył w 1968 roku, gdy walczył z kosmopolityzmem.

Dlatego przypomnę tu krótko, co o kosmopolityzmie pisał sam Szczepanowski:

"W ciągu ostatnich wyborów nieraz zabrzmiało hasło: precz z kosmopolityzmem! Hasło to jednostronne jest nadzwyczaj wygodne, ale niebezpieczne, Wygodne, bo prostą negacyę otacza aureolą patryotyzmu i upatruje kwintesencyę polityki narodowej w tem, ażeby nie dzielić i nie rozumieć prądów światowych. Hasło to jest bezskuteczne, bo historya nie daje przykładu, ażeby jakikolwiek naród obronił się od wrogich mu prądów światowych w inny sposób, jak przez unarodowienie tych prądów i wcielenie ich treści zbawiennej do własnej polityki narodowej. [...]

Niemcy zwyciężali, dopóki byli w wyłącznem posiadaniu tej broni duchowej, której im dostarczyło chrześcijaństwo. Zwycięstwo się odwróciło w chwili, gdy Polska i Litwa zamiast beznadziejnego hasła: «precz z kosmopolityzmem», sprzymierzyła się z chrześcijaństwem [...]. To jest jedyny wzór, godzien naśladowania wobec każdego prądu światowego czy on się pojawia na polu religijnem, naukowem, artystycznem, ekonomicznem lub społecznem. Jedynem zadaniem zawsze będzie przyswoić sobie siły nowego prądu, bez zatracenia indywidualności narodowej - zapanować nad nim, a nie stać się ślepem narzędziem polityki innych narodów lub organizacyj" (Stanisław Szczepanowski, Myśli o odrodzeniu narodowem, Lwów 1903, s. 233-234).

[12] I może tym jeszcze, że nazywał swoje poglądy "ideą polską", a niektórzy już wtedy mieli uczulenie na przymiotnik 'polski'. W każdym razie w jego artykule obok polskich wieszczów i - jak już widzieliście - Bernarda czy Pasteura, przywołuje się też Platona, Szekspira, Goethego, Byrona... Prawdziwie europejska plejada. Toteż sugerowanie, jakoby Szczepanowski nawoływał "Precz z geniuszem Europy", to wyjątkowo paskudny fake news. Natomiast niewątpliwie gdzie indziej widział ten europejski geniusz niż moderniści.

Nb. Szczepanowski nie dożył premiery Wesela, ale niemal na pewno przywitałby je z radością: jako poważny głos w narodowej debacie, nie zaś kolejną błyskotkę spod hasła l'art pour l'art.

Z przemyślań lubieżnych
Doktor Stanisław Kurkiewicz, wewnętrznik i płciownik

Porą najzwyklejszą odbywania się przemyślań lubieżnych - twierdzi doktor Kurkiewicz - jest: wieczorne ułożenie się do spania - wogóle noc, ta czarna pora, która kryje wstyd wszelaki, a w ciszy i samotności daje ostrogę do puszczenia wodzy myślom nad tem, co: za dnia się widziało i co się odczuło, co w głowie utkwiło i zaniepokoiło, i t. d. Te wodze myślom puszcza nawet ta najlepiej wychowana osoba - ta tylko "w doborowem towarzystwie" się obracająca, i właśnie przez to: z jednej strony podbudzana setne razy na setne sposoby, a z drugiej strony obowiązana setnymi powodami i przepisami kryć w sobie wszelkie objawy posiadania czulców płciowych [1].
Miałem się już ułożyć do spania, ale ponieważ opuścił mnie wstyd wszelaki, więc puściwszy wodze myślom pomyślałem o doktorze Stanisławie Kurkiewiczu. Kto o nim nic nie wie, niech przeczyta choćby w Wikipedii. To też żaden wstyd, bo jeśli dziś się o Kurkiewiczu pamięta, to głównie dlatego, że pisał o nim felietony Tadeusz Boy-Żeleński.
[...] doktór medycyny Stanisław Kurkiewicz, "płciownik", jak sam się mienił, [...] całe swoje życie poświęcił zgłębianiu i opisywaniu tajemnic płci. Działalność jego przypada na tę samą epokę, co działalność Freuda, którego zresztą prac i teorji jak się zdaje Kurkiewicz nie znał. [...] Ten zapamiętały "płciownik" był zarazem niemniej zaciekłym purystą językowym, kowalem nowego słownictwa. Nietylko rugował wszystkie obce nazwy, których w medycynie jest tyle i zastępował je polskiemi, ale, co ważniejsze, rozciągając swoją obserwację na dziewicze, nieopisane wprzód w polskim języku tereny życia płciowego, zmuszony był co chwilę stwarzać nową terminologję. [...] Pewne czynności płciowe nazwał Kurkiewicz od swego nazwiska Kurkiewy, rozróżniając w nich kurkiewy wielkie i małe. To tylko maleńka cząstka tego oryginalnego słownictwa. [...]

Z samym Kurkiewiczem zetknąłem się przed laty, kolegowaliśmy przez kilka miesięcy w szpitalu w Krakowie na oddziele chorób wewnętrznych, gdzie Kurkiewicz był zresztą jedynie tolerowany jako t. zw. hospitant. Była to osobliwa, nader charakterystyczna postać. Mógłby służyć na potwierdzenie teorji, że większość psychiatrów ma "fijoła", badanie zaś życia płciowego jest utajoną "zadośćczynką" (mówiąc terminem Kurkiewicza) erotyzmu czy erotomanji [2].

Doktor Kurkiewicz niewątpliwie miał bzika, ale był to bzik nie byle jaki, bzik wyrazisty, rozległy i potężniejący. Boy zrobił z Kurkiewicza satyra zamaskowanego lekarskim fartuchem, gdy on tymczasem wychodził w swych dociekach z poważnego stanowiska:
Wychodząc z poważnego stanowiska czci dla Stwórcy i Jego dziełem będącej przyrody - czci dla wszystkich członków, które człowiek na świat ze sobą przynosi - rozważam ja urok, jaki ma zwisak dla kobiety (Docieki II, s. 640).
Dzięki zajęciu poważnego stanowiska mógł też Kurkiewicz ustalić, że na przykład "oddawanie się liczeństwu (matematyce)" prowadzi prostą drogą do impotencji (Docieki II, s. 628; tu uwaga jakoby "Newton miał być porażennym bezwzwodkiem (paralitycznym «impotensem»)" [3]).

Natomiast dzięki bystrości oka doświadczonego płciownika widział Kurkiewicz jasno, co kryje się za uciechą tańców damsko-męskich:

Pląsy (tany, saltatio). - "Za pozwoleniem" wszystkich fikalskich i dryndalskich, i "uczciwszy uszy" wszystkich nauczycieli tańców i ich adjutantów: wodziszów (aranżerów), - są pląsy w zasadzie i z zasady: uciechą płciową; a przynajmniej z zasady bywają wyzyskiwanemi do: cielesnego zbliżenia się osób płci przeciwnej w sposób przyzwoity, względnie uchodzący za przyzwoity.
[...]
Owóż ja, mając zeznania i przygląd (obserwacyę) co do działania pląsów, powiadam, że one są stanowczo uciechą płciową i sposobem płciowym - sposobem niewinnym, niepokaźnym, ale swoją drogą bardzo skutecznym (co do odgrywania się biegu błogości). A już co najmniej, są: nieznacznym, więc dozwolonym, sposobem cielesnego zbliżania się do siebie osób płci odmiennej; dla jednych to jako właściwa kurkiewa wystarcza - drudzy pomagają sobie do skutecznego biegu błogości: napięciem wyobraźni i woli. - O ile są podstępną płciowiną, obłudną zastępczyną - zasługują na to, by taką ich rolę wyjawić, w imię prawdy (Docieki II, s. 631, 634).
Nic dziwnego, że po balu, po takim damsko-męskim rozfikaniu, nawet "mężatki przymilają się mężowi (zwykle napitemu), i wśród płcenia marzą o kimś, siedzącym im w głowie" (Docieki II, s. 632). Niby Kurkiewicz wariat, ale czy ktoś odważyłby się tej przytomnej obserwacyi zaprzeczyć?

Wszelako dość już o płceniu, bo co za dużo, to niezdrowo, więc o tym, jakie "warunki do podrażnienia płciwa" stwarza kolarstwo (roverismus), będziecie już musieli poczytać sobie sami. Naturalnie wychodząc wcześniej z poważnego stanowiska czci etc. [4].

Czy bzik Kurkiewicza dał polskiej literaturze tylko kilka felietonów Boya, czy może trochę więcej, tego nikt jeszcze porządnie nie zbadał [5]. A szkoda! Wydaje się bowiem, że coś jest na rzeczy. Porównajcie zresztą sami.

Najpierw Kurkiewicz.

Moją własnością naukową jest to w Cz.[ęści] ogólnej tylokrotnie wyrażane przedstawianie rzeczy, że: osoba prawidłowa w napięciu płciowem powodując się żądzą błogoszczenia, nie przebiera w tem, jaką drogą to błogoszczenie u niej nastać ma - i im jest obyczajniejszą i na wymogi obyczajności wrażliwszą, tem chętniej i skrzętniej popełnia takie coś płciowego, co nie jest przeciw niczemu i co przez przeciętnych ludzi za nic płciowego branem nie bywa. Dobrze rzecz zważywszy, powiedzmy, że człowiek prawidłowy, a obyczajny (moralny), właściwie nie ma innego wyjścia.
[...]
Świadomości, że jakieś zajęcie, ruch lub t. p., może być sposobem płciowym i spowodować odegranie się biegu błogości płciowej - tej świadomości nabywa zwykle każda dana osoba czysto przypadkowo, : odbywając takie zajęcie, ruch lub t. p. zrazu bez żadnych zamiarów płciowych, a tylko dla innej okoliczności. A więc wówczas to zajęcie, ruch lub t. p. są: płciowiną mimowolną (sexuactio involuntaria). Potem, już ze świadomością płciowego skutkowania popełniane - są płciowiną podstępną czyli rafinowaną (sex sollers, sex. callida).
[...]
...To posługiwanie się czynnościami, i sposobami, niepokaźnemi, na nic płciowego nie wyglądającemi, można stwierdzić dziś u mnóstwa osób [...]. I nawet u osób prawidłowych spotkamy sposoby płciowe takie, że powiemy: ani oko nie widziało ani ucho nie słyszało, co zdoli (potrafi) nie być okolicznością lub czynnikiem, płciową uciechę dającemi względnie płciowo-zadowalającemi (Docieki II, s. 585, 627, 166-167) [6].
A to już bembergujący Leon Wojtys z Kosmosu Gombrowicza.
- Bo to, trzeba panu wiedzieć, ja młodość taką sobie miałem. [...] nigdy zbyt wielką śmiałością się nie odznaczałem, ha, cóż, nieśmiały, cichy... bo ja wiem... coś tam naturalnie sobie uszczknąłem, jak się okazja nadarzyła, człowiek sobie radził, jak mógł, ale nie powiem. Mało co. Wciąż na widoku. A potem, wie pan, cóż, jak tylko do banku wstąpiłem, ożeniłem się i, bo ja wiem, trochę tam, owszem, ale znów nie za bardzo, tak sobie [...] musiałem coraz bardziej do drobnych przyjemności się uciekać, takich na boczku, prawie niewidocznych, kiedyś, panie, myśmy w Drohobyczu mieszkali, przyjechała jedna aktorka na gościnne występy, nadzwyczaj luksusowa, wprost lwica, i ja przypadkowo jej rączki dotknąłem w omnibusie, to, panie, szał, obłęd, ekscytacja dzika, żeby jeszcze raz, ale cóż mowy nie ma, nie da się, aż w końcu, w tej goryczy mojej, ja po rozum do głowy, myślę sobie, co ty będziesz cudzej ręki szukał, przecie sam masz dwie i, czy pan uwierzy, przy pewnym treningu można tak się wyspecjalizować, że jedna ręka drugą rękę maca, pod stołem, na przykład, nikt nie widzi, a choćby i zobaczył, to co, można się dotykać i nie tylko rękami, także udami na przykład, albo palcem ucha, bo, jak się okazuje, wie pan, rozkosz to kwestia intencji, jak pan się uprze to i na własnym ciele może pan używać, nie powiem dużo, ale zawsze lepszy rydz, niż nic, naturalnie chętniej bym odaliskę-huryskę jaką... ale jak nie ma... [7].
Osobny rozdział to liczne neologizmy doktora Kurkiewicza (tu też można by poszukać powinowactw: od Stanisława Ignacego Witkiewicza aż po Stanisława Lema). Większość z nich brzmi wprawdzie dziko i fantastycznie, ale sam twórca uważał je za "swojskie".
Swojskich wyrazów, zastępczych za utarte cudzoziemskie, używam w swych pismach dla zasady: strzeżenia czystości naszego języka - w którym powinny się znajdywać dla wszystkich pojęć swojskie wyrazy. W żmudnej tej pracy biorę udział już od roku 1890-go i jestem twórcą mnóstwa wyrazów i wyrażeń [...] [8].
Był jednak słowotwórcą uprzejmym: na ogół po "swojskim wyrazie" dawał w nawiasie ten utarty cudzoziemski - weźka (recepta), wewnętrznik (internista), nieumiec (laik), światłota (inteligencya), leczarstwo (medycyna) etc. - więc da się go czytać bez siódmych potów. Z pewnością zgodziłby się też z innym niestrudzonym "kowalem nowego słownictwa" (o sto lat wcześniejszym i mniej uprzejmym), Jackiem Idzim Przybylskim, że niepotrzebna nam cudzoziemczyzna, skoro w naszej ojczystej mowie
mamy wszystko, co w sobie ma bąkającego, beczącego, sykającego, szumiącego, żetającego i fiutającego Francuzczyzna, co aychającego, chuchającego, szeleszczącego i werczącego Nemeczczyzna, co ciokającego, dziadzidziącego i gwaiczącego Włoszczyzna, co lallajego, zezzującego i szeptawego Hiszpańszczyzna w takiy obfitości, iż przez zręczną umieszkę to miękich złog, to ostrych, to gromotnych, to pieskliwych, równie przy grzeczności naysłodzy podchlebić, jak przy urazie naygroźni połajać zdołamy [9].
Ostatecznie podzielił Kurkiewicz los Przybylskiego - jak on wyszydzany i wzgardzony. Boy-Żeleński wprawdzie zaznaczył, że terminologia Kurkiewicza "bywa czasem szczęśliwa" (Brewerje, s. 67), jednak nie podał ani jednego przykładu. Łatwiej było o te "nieprzeparcie humorystyczne". Tak to już bowiem jest przeznaczone entuzjastom mowy ojczystej, że chociaż nowe słowa sieją gęsto, to wschodzi z tego ziarna najwyżej jedno na sto. Niewdzięczna robota!

Nie przyjęła się bogata terminologia gramatyczna Przybylskiego, pieszczocenie zamiast zdrobnienia etc., ale został w polszczyźnie "pomnik" i "uczelnia". Bronisławowi Trentowskiemu nie udała się "chowanna" i dziesiątki terminów polskiego języka filozoficznego, ale została "jaźń" i "przesłanka" [10].

Również Stanisławowi Kurkiewiczowi przynajmniej jedno słówko się udało - mianowicie "poradnia" (którą zastępował cudzoziemski "pokój ordynacyjny"). Dziś to słowo dla nas oczywiste jak "pomnik", ale w Słowniku języka polskiego Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwiedzkiego go nie znajdziecie (odpowiedni tom wyszedł w roku 1904). Jest "porada", jest "poradnik", ale "poradni" nie ma!

Gdy Boy-Żeleński w latach 30. otwierał Poradnię Świadomego Macierzyństwa, prawdopodobnie nie wiedział, że nazwę tę zawdzięcza po części manii swojego dawnego kolegi z krakowskiego szpitala. To on przysporzył ten klawisz gwary ojczystej, więc i do niego mógłby Boy odnieść tak często powtarzaną strofę własnego wiersza:

A jeślim gwary ojczystej
Choć jeden przysporzył klawisz,
Ty mnie od hańby wieczystej,
O mowo polska, wybawisz! [11].
Nie drwijcie tedy (zanadto) z doktora Stanisława Kurkiewicza, bo i on został zbawiony.
[1] D-r Stanisław Kurkiewicz, Z docieków (studyów) nad życiem płciowem luźne osnowy (tematy). II. Szczegółowe odróżnienie czynności płciowych, nakładem autora, Kraków 1906, s. 671. Dalej cytuję jako Docieki II. Tu i dalej zachowuję pisownię, interpunkcję i wszystkie wyróżnienia za oryginałem, natomiast opuszczam bez zaznaczenia umieszczone wewnątrz tekstu odesłania autora do innych stron jego książki poruszających pokrewne kwestie. Upraszczam także typografię, gdyż Kurkiewicz najwyraźniej życzył sobie, by zecer używał wielu czcionek, wytłuszczeń etc.

[2] Tadeusz Boy-Żeleński, Brewerje, nakładem księgarni F. Hoesicka, Warszawa 1926, s. 66-68. Dalej cytuję jako Brewerje.

Kurkiewicza nie zajmowało bynajmniej wyłącznie zgłębianie tajemnic płci. Na przykład wbrew modom epoki ("chłop potęgą jest i basta") stwierdzał na podstawie własnych badań niemal epidemię nerwowości u ludu wiejskiego:

"Według moich danych, jest niesłychanie mniej «nerwowych» i «histerycznych» pań inteligentnych i wychuchanych - niż wieśniaczek i kobiet, «prosto» chowanych" (D-r Stanisław Kurkiewicz, Nerwowość u ludu wiejskiego, "Lekarz" wrzesień 1909, nr 1, s. 5).

Pisemko "Lekarz" to kolejna publikacja samego Kurkiewicza wydana nakładem autora. Ukazał się tylko ten jeden numer.

[3] Nb. w wiele lat po dociekach doktora Kurkiewicza również bezkompromisowa krytyka feministyczna zauważyła, że coś było nie tak z tym Newtonem i kto wie, czy jego pracą naukową nie kierowało aby skryte pragnienie (ani chybi kompensacyjne) zgwałcenia całej natury.

"Jednym ze zjawisk, które przyciągnęły uwagę feministycznych historyczek, są metafory gwałtu i tortur w pismach Sir Francisa Bacona oraz innych entuzjastów nowej metody naukowej (na przykład Machiavellego). [...] Konsekwentna analiza prowadziłaby do wniosku, że pojmowanie natury jako kobiety obojętnej na gwałt, czy nawet go wyczekującej, było równie fundamentalne dla nowych koncepcji natury i sposobów jej badania. Prawdopodobnie metafory te miały również doniosłe praktyczne, metodologiczne i metafizyczne konsekwencje dla nauki. W takim razie dlaczego nie jest tak samo pouczające i uczciwe określenie praw Newtona jako «Newtonowskiego podręcznika gwałtu», jak nazwanie ich "mechaniką Newtonowską?".

Dla koneserów jeszcze raz to samo w oryginale:

"One phenomenon feminist historians have focused on is the rape and torture metaphors in the writings of Sir Francis Bacon and others (e.g., Machiavelli) enthusiastic about the new scientific method. [...] A consistent analysis would lead to the conclusion that understanding nature as a woman indifferent to or even welcoming rape was equally fundamental to the interpretations of these new conceptions of nature and inquiry. Presumably these metaphors, too, had fruitful pragmatic, methodological, and metaphysical consequences for science. In that case, why is it not as illuminating and honest to refer to Newton's laws as «Newton's rape manual» as it is to call them «Newton's mechanics»?" (Sandra Harding, The Science Question in Feminism, Cornell University Press, Ithaca i Londyn 1986, s. 113).

[4] Już tylko w przypisie dodam, że doktor Kurkiewicz potrafił pisać bez pruderii nie tylko o nieskromnych obyczajach cyklistów, lecz również o płceniu homoseksualnym - na wiele lat przed Boyem i znacznie od niego śmielej. Oto próbka:

"Rówieśnopłcenie («coitus homosexualis», homocoitus).

Rówieśnopłcenie u mężczyzn zasadza się na wpuście zwisaka jednego mężczyzny do odbytnicy (kiszki stolcowej) drugiego, zwłaszcza będącego w wieku chłopięcym (paede-rastia). Jest-to więc rzyciowanie rówieśne (homocoitus analis). Dla tego, już w starożytności znanego, płciowego sposobu mamy poszczególne nazwy dla osób czynnych i osób biernych. I tak: mężczyzna, swój zwisak drugiemu wkładający do rzyci, zwie się «pederasta czynny», «kineda» («cinaedus», moim wyrazem: rzyciownik) - zaś mężczyzna, ów zwisak do swej rzyci przyjmujący, zwie się «pederasta bierny» («pathicus», m[oim] w[yrazem]: rzyciowanek).

U kobiet zasadza się rówieśnopłcenie na: pocieraniu szpary sromowej kobiety wierzchniej o szparę kob. spodniej - wzgl. zetknięciu się kobiet okolicą swoich łechtek (łechtaczek) choćby przez suknie. Rzadszym jest sposób tego rodzaju, że pomiędzy obu płciwami jest pośrednik w postaci samidła długiego, jak n. p. świecy giętkiej, którego każdy z 2 końców tkwi w jednej z obu pochew. [...] Inny rodzaj kobiecego rówieśnopłcenia, to raczej - według mojego określenia na s. 586 - rówieśne rzkomopłcenie: lizanie sromu kobiety biernej przez kobietę czynną, co się nazywa polizalstwo («sapphismus»). - Pocierstwo i polizalstwo bywają nazywane «miłością lesbicką» («amor lesbicus») - ja zaś je zwę czynnościami lesbickiemi albo saffinami" (Docieki II, s. 594-595).

I to wszystko można było sobie poczytać w roku 1906 gdzieś na ławeczce na krakowskich Plantach!

Natomiast Boy w ćwierć wieku później postawił na przesłodzony sentymentalizm niczym z panieńskiej czytanki:

"[...] znawcy twierdzą, że częściej może w homoseksualizmie spotyka się miłość sublimowaną platonicznie (nigdy imię Platona nie znalazło się bardziej na miejscu!) niż w normalnem życiu kobiet i mężczyzn. Większa tu jest ilość odcieni między miłością a przyjaźnią, większa rola powinowactwa duchowego, większa możliwość dzielenia zajęć, upodobań, lektury, zainteresowań" (Tadeusz Boy-Żeleński, Zmysły... zmysły..., Bibljoteka Boya, Warszawa 1932, s. 54-55).

W tytule zmysły, a o zwisaku albo o rzyciowaniu nie ma tam ani słowa.

Nb. nie należy mieć za złe Boyowi tych naiwnych wyobrażeń, gdyż dzielił je z tamtą epoką:

"Być może dlatego [z powodu destrukcyjnego wpływu homoseksualności na rozwój «ja»] homoseksualiści wykazują znacznie większą skłonność do miłości «platonicznej» i wszelkich odmian romantycznego entuzjazmu, zwłaszcza jeśli są zorientowani masochistycznie" (Lou Andreas-Salomé, Erotyka. Pisma psychoanalityczne, przełożył Andrzej Serafin, wstęp Ewa Wojciechowska, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2020, s. 267).

Tym bardziej wypada jednak doceniać trzeźwe podejście płciownicze doktora Kurkiewicza.

[5] Pomijam Rozdartą zasłonę Maryli Szymiczkowej [Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego], w której doktor Kurkiewicz wraz ze swoimi "osobliwymi terminami" występuje wyłącznie jako pastiszowa dekoracja, "Papkin medycyny", jeszcze większy maniak niż ten z felietonów Boya. Nb. w posłowiu "Od autorki" autorzy bałamucą, jakoby Kurkiewicz wydał w 1913 roku "osobne zestawienie osobliwych terminów (zwanych przez Boya-Żeleńskiego «kurkiewami»)". Otóż, po pierwsze, nie Boy zwał "kurkiewami", lecz sam Kurkiewicz. Po drugie zaś, nie wszystkie "osobliwe terminy" zwał "kurkiewami", a jedynie niektóre (co zresztą jest już wyłożone u Boya). Na przykład rówieśnopłcenie, czyli wpust zwisaka do rzyci, żadną miarą nie zalicza się do kurkiewów.

[Dopisek] Matka Jacka Dehnela najprawdopodobniej nie czytała doktora Kurkiewicza, niemniej w edukacji seksualnej swego dziecka również postawiła na bezpruderyjną rzeczowość, czego syn jednak nie docenił:

"Był program «Luz», w którym opowiadano o AIDS. Jadłem obiad i spytałem matkę, o co chodzi z tymi homoseksualistami, a ona powiedziała, dość rzeczowo, że są to panowie, którzy wsadzają siusiaki w pupę innym panom, zawsze się przy tym obcierają, powstają drobne ranki i przez to wchodzi wirus. Oczywiście trudno z perspektywy tylu lat dokładnie zrekonstruować, o co dokładnie pytał tamten ośmio- czy dziewięciolatek, ale jestem dość przekonany, że nie chodziło mu o mikrourazy odbytu i szczegółowy opis seksu analnego. Był to pierwszy raz, kiedy rozmawiałem z rodzicami o homoseksualności, i jak mi się zdaje, ostatni, aż do mojego coming outu" (Jacek Dehnel, Wynalazek miłości, czyli homoseksualność jako przygoda, dwutygodnik.com, wydanie 329, marzec 2022).

[6] To właśnie te czynności i sposoby niepokaźne, na nic płciowego nie wyglądające, nazywał doktor Kurkiewicz kurkiewami:

"...Te wszystkie sposoby i czynności [...] nazywam: płciowinami: zaczątkowemi co do sposobu drażnienia, a płc. zastępczemi (zastępczynami) co do ich istoty i zadania [sexuactiones rudimentariae quoad modum, vicariae quoad tendentionem. (Nim je w właściwem świetle zobaczyłem, i wyśledziłem ich właściwą istotę a następnie je tak przedstawiłem - poniosłem pewne, i to znaczne, wydatki; czy mi nie wolno żądać za to nagrody? Otóż próżny - jak każdy człowiek, podpisuję się na swoim wynalazku «początkowemi» głoskami czyli «literami»)]; inaczej nazywam te płciowiny: kurkiewy (sexuactiones Kurkiewicz)" (Docieki II, s. 166-167).

[7] Witold Gombrowicz, Kosmos, [w:] Dzieła, t. V, pod redakcją Jana Błońskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1986, s. 111.

[8] D-r Stanisław Kurkiewicz, Ludzkie życie płciowe jako gałąź wiedzy lekarskiej wzgl. wiedzy ogólnej, jako gałąź lekarskiej praktyki, - i jako ruch społeczny: oświatowy, zapobiegawczy i t. p., nakładem autora, Kraków 1916, przypis na stronie 3.

[9] Jacek Idzi Przybylski, Pamiątka dziejów bochatyrskich z wieku grayskotroskiego w śpiewach Homera i Kwinta według pierwotworów greckich Słowianom dochowana, tom VII: Klucz staroświatniczy do sześciudziesiąt dwu śpiewów Homera i Kwinta w rubrykach całego abecadła. Druga część klucza J-Z, w Drukarni Akademickiy, nakładem Przełożyciela - Wydawcy, Kraków 1816, s. 93.

[10] Władysław Horodyski, Bronisław Trentowski (1808-1869), nakładem Akademii Umiejętności, Kraków 1913, s. 474.

[11] Tadeusz Żeleński (Boy), Spowiedź poety, [w:] Idem, Pisma, tom I: Słówka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 193.

Jan Gondowicz brzydko zmyśla
albo bryzganie zatrutą pianą
(wraz z aneksem o zwidach)

Te moje historie pączkują à la kaktus - opowiada Jan Gondowicz - niespodzianie i z boku. Trzeba na to pozwalać, licząc, że zakwitną [1].
Wszelako są tam również inne niespodzianki i kwiatuszki. Całkiem drobne i trochę większe, a czasem pachnące à la dziwidło olbrzymie (Amorphophallus titanum).

Najprzód jednak - by zacząć czymś pozytywnym - dopiszę się do dzieła otwartego.

Otóż w liście Stanisława Ignacego Witkiewicza do Heleny Czerwijowskiej jest wiersz zakończony linijką: "Samotny kapłon pieje".

To pianie, jak mi się zdaje, wzbudza ten efekt, że dzwoni. Gdzie dzwoni? Ma się rozumieć - w uchu (Gondowicz, s. 33).
Istotnie, dzwoni, bo w Koncercie w Częstochowie z Zielonej Gęsi Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego niejaki Ireneusz Indyjski deklamuje wiersz, w którym pojawia się linijka jakby bliźniacza: "Samotny baran beczy".
Skąd wziął Gałczyński - pyta Gondowicz - majestatyczny wers "Samotny baran beczy"? Nie od Witkacego przecież. Wniosek: obaj poeci skradli go komuś innemu. Innemu poecie (Gondowicz, s. 35).
Rychło okazuje się, że inny poeta to Kazimierz Przerwa-Tetmajer, którego Limbę otwiera wers "Samotna limba szumi". Gondowicz zaś kończy swoją pączkującą à la kaktus historię wyzwaniem:
Ten komentarzyk to dzieło otwarte. Kto wskaże kolejne wcielenia? (Gondowicz, s. 36).
A co z wcieleniami wcześniejszymi? Nie jest bowiem wykluczone, że i Tetmajerowi, gdy pisał Limbę, jakiś cudzy wiersz dzwonił w uchu. W 1886 roku Stanisław Budziński wydał swoje przekłady dwudziestu poetów w zbiorze Z obcego Parnasu. Nie są to może translatorskie arcydzieła, ale Tetmajer ma wtedy dwadzieścia jeden lat, dopiero terminuje jako poeta, więc dlaczego nie miałby zajrzeć do Budzińskiego? Jest tam między innymi przekład znanego wiersza Żagiel Michaiła Lermontowa:
Na morzu sinem biały,
Samotny żagiel błyska,
I czegóż w dali śmiały
On szuka, kraj swój ciska? [2].
"Samotny żagiel błyska". Ten sam rytm, tyle samo sylab...

A teraz kwiatuszki.

Młody Stanisław Lem nie musiał czytać po niemiecku Fioletowej śmierci Gustava Meyrinka (Gondowicz, s. 156), ponieważ ukazała się ona po polsku w roku 1926 w "Magazynie Bibljoteki Groszowej" wydawanym przez Ludwika Fiszera. Wprawdzie nie odnotowuje jej katalog Biblioteki Narodowej, ale czasem jeszcze gdzieś wypłynie zaczytany egzemplarz [3].

Jeśli ktoś dziś pisze, że terminu "transmogryfikacja" w Polsce użył "chyba tylko jeden Gałczyński" (Gondowicz, s. 175), a on (ten piszący) jest drugi, to znaczy to wyłącznie, że ów piszący nie gra w gry komputerowe, a do tego nie chciało mu się nawet wpisać terminu "transmogryfikacja" w Google.

Zmyśla też Gondowicz, że

Corneliu Codreanu, charyzmatyczny mściciel krzywd rasy rumuńskiej, dziką energię czerpał zapewne z faktu, że był właściwie Polakiem nazwiskiem Kornel Zieliński (w porę zmienionym), więc musiał być Rumunem bardziej rumuńskim niż jakikolwiek Rumun (Gondowicz, s. 359).
Owszem, Corneliu Zelea Codreanu urodził się jako Corneliu Zelinski. Tyle że "Zelinski" zmienił na "Zelea Codreanu" jego ojciec, gdy charyzmatyczny mściciel miał trzy lata. Jest też bardzo prawdopodobne, że nie była to wcale zmiana nazwiska, lecz powrót do pierwotnego "Zelea", które jakiś gorliwy polski urzędnik w Bukowinie spolonizował na "Zelinski" pradziadkowi mściciela [4]. Nadto rodzina z polskością nie utrzymywała żadnej więzi. Po polsku nie mówili, dziecko ochrzcili w obrządku prawosławnym etc. etc.

Gondowicz zmyśla nawet wtedy, gdy czyta Przygody Tomka Sawyera. Cytat będzie spory, bo tę książeczkę chyba wszyscy znacie, więc może zaciekawi was, jak czyta ją Gondowicz. Gdybyście mu nieopatrznie uwierzyli, mógłby wam nieźle namieszać w głowach!

Marivaudage [nie mam pojęcia, dlaczego Gondowicz użył w tym miejscu tego słowa [5]] tworzący znaczną część akcji Przygód Tomka Sawyera, summę wiedzy autora o psychologii miłości, pamięta się bodaj najsłabiej. Tymczasem romans Tomka z wyżej urodzoną córką sędziego pokoju, Becky Thatcher, przy całej niewinności obojga przechodzi wszystkie fazy, jakie mieć romans powinien. Punkt kulminacyjny przynosi dzień, w którym Becky odkrywa sekret nauczyciela, pana Dobbinsa. Ponury ów typ, niedoszły lekarz, ma zwyczaj, gdy uczniowie odrabiają zadania, wyciągać z szuflady tajemniczą księgę. O jej treści krążą rozbieżne opinie, lecz szuflada jest zawsze zamknięta. I dopiero Becky przez chwilę sama w klasie, widzi klucz zapomniany w zamku. "Karta tytułowa: Anatomia, autor: profesor taki a taki, nie wyjaśniło [!] jej nic - zaczęła więc przewracać kartki. Naraz natrafiła na piękną kolorową rycinę postaci ludzkiej" [6]. Lecz trwa to tylko moment. Podkradłszy się, przez jej ramię w ułamku sekundy zerka na rycinę Tomek. Przerażona Becky, zatrzaskując książkę, rozdziera ilustrację, a co wynikło z tej katastrofy, mam nadzieję. wiadomo.

W przeciwieństwie do tłumaczy polskich Twain nie skrywa. co ujrzała Becky. She came at once upon a handsomely engraved and colored frontispiece - a human figure, stark naked. Zdążyła więc przewrócić w istocie tylko jedną kartkę, po czym odkryła kompletnie nagą [wyróżnienie Gondowicza] podobiznę człowieka. W roku 1846, w purytańskiej głuszy stanu Missouri to było nie byle co. Nic dziwnego, że Becky zdębiała, nic wokół nie widząc i nie słysząc, i nie wertując już Anatomii dalej. Takie to więc obrazki kontemplował pan Dobbins między jednym a drugim spuszczeniem lania na goły tyłek któremuś z uczniów bądź uczennic! Pytanie, które należy sobie zadać, brzmi jednak: jaka to human figure widniała na rycinie - damska czy męska? Skupienie niewyżytego pana Dobbinsa wskazać by mogło, że damska, lecz medycyna ówczesna egzemplaryczną istotę ludzką widziała zawsze w mężczyźnie. Nadto obrazek nie wywarł żadnego wrażenia na Tomku, który nagość męską z pewnością znał z widzenia. Dla Becky było to zaś istne wtajemniczenie. A zatem Twain, przemilczając na pozór podłoże inklinacji nauczyciela, zdołał, jak się zdaje, przekazać nie wprost to i owo, a nawet sporo. I nie tylko: jak zdaje się jeszcze bardziej, rzucił też - jakże subtelny! - promyk św promyk światła na moment, gdy w duszach zakochanych dzieciaków zachodzi przemiana pojęć i, zgodnie z leksykonem XIX stulecia, "seks pierwszy raz unosi swój plugawy łeb" (Gondowicz, s. 15-16).

Po pierwsze, nie wszyscy polscy tłumacze zachowują się gorzej niż dziewiętnastowieczni purytanie z Missouri, skrywając, "co ujrzała Becky". W mającym blisko dwadzieścia wydań przekładzie Kazimierza Piotrowskiego scenka ta wygląda tak:
Becky rozejrzała się i zobaczyła, że jest sama - i już miała książkę w ręce. Karta tytułowa: Prof. Iksiński - Anatomia, nic jej nie powiedziała, zaczęła więc przewracać kartki. Od razu trafiła na piękną kolorową ilustrację, wyobrażającą człowieka gołego jak święty turecki. W tej chwili jakiś cień padł na kartkę. W drzwiach stanął Tomek Sawyer i już zdążył rzucić okiem na obrazek [7].
Po drugie (i ważniejsze), to, jak Gondowicz potraktował nieszczęsnego pana Dobbinsa, woła o pomstę do nieba! Ponury, niewyżyty, z dziwnymi inklinacjami... Niemal obrazek homo- biseksualnego pedofila spuszczającego dzieciom lanie "na goły tyłek" z perwersyjnym okrucieństwem.

Z laniem to niestety prawda [8], aczkolwiek na tle ówczesnych zwyczajów pedagogicznych pan Dobbins mieścił się raczej w normie. Gdyby to Becky dostała lanie za rozdarcie książki, nawet sędzia pokoju nie przyszedłby do szkoły na skargę. Ale ten "goły tyłek" to już Gondowicz sobie dofantazjował. Twain nic o gołych tyłkach nie pisze [9]. Wiadomo też, że pan Dobbins ma żonę, więc chyba aż tak bardzo niewyżyty nie jest. No ale w książce kontemplował "nagość męską", więc to może (w fantazji Gondowicza) homoseksualista pod przykryciem.

Tymczasem frustracja pana Dobbinsa, jego napady złości, skłonność do kieliszka [10] i sentyment do podręcznika anatomii zostały jasno i bez żadnego seksualnego podtekstu wyjaśnione już na samym początku rozdziału o rozdartej książce (i rozdartym sercu Tomka).

Nauczyciel, pan Dobbins, dożył lat męskich, a nie osiągnął celu swego życia. Marzył o tym, aby zostać lekarzem, ale ubóstwo sprawiło, że musiał się zadowolić posadą wiejskiego nauczyciela. Co dzień, gdy nie pytał dzieci, wyciągał z szuflady jakąś tajemniczą książkę i pogrążał się w lekturze (Przygody Tomka Sawyera, s. 144) [11].
Marzył o tym, aby zostać lekarzem. To stąd ta Anatomia! Tak więc w tym wypadku niewyżyty był, jak się zdaje, jedynie komentator (nb. sto stron dalej Gondowicz urządził coming out również bohaterowi noweli Il Conde Josepha Conrada) [12].

Na koniec zmyślenie najgrubsze. To właśnie ten kwiatuszek pachnący mniej przyjemnie - niczym rozkwitające dziwidło. I to jego zapach skłonił mnie, by napisać tę notkę. O ile bowiem pan Dobbins to ostatecznie tylko postać literacka, o tyle tym razem chodzi o rzeczywistego człowieka - ojca Józefa Marię Bocheńskiego.

W szkicu Boyem a prawdą [13] napisał Gondowicz o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim:

Belferska polonistyka już się po jego ciosach nie podniosła, klerykalizm tradycyjnie obryzguje zatrutą pianą jego imię (Gondowicz, s. 343).
I dodał do tego zdania następujący przypis:
Uchodzący za autorytet o. Józef Maria Bocheński miał czelność w książeczce O patriotyźmie (1942) oskarżyć Boya-Żeleńskiego o klęskę wrześniową.
Jest to łgarstwo. W książeczce O patriotyźmie nazwisko Boya w ogóle się nie pojawia. Zresztą nikogo się tam nie oskarża o klęskę wrześniową. Jeśli coś komuś mogło się potem z tej książeczki z Boyem skojarzyć, to najwyżej malutki podrozdziałek "Odbronzownictwo" [14]. Ale wyciąganie z tego podrozdziałku wniosku, że Bocheński w 1942 roku właśnie w ten sposób aluzyjnie pisał polskim żołnierzom w Szkocji o Boyu i że jest to zarazem oskarżenie Boya "o klęskę wrześniową", to aberracja umysłowa, której klerykalizm może tylko pozazdrościć pryncypialnego zacietrzewienia.

Nie posądzam o tę aberrację Gondowicza. Prawda, jak myślę, wygląda banalnie. Uchodzący za erudytę Jan Gondowicz nawet nie zajrzał do książeczki Bocheńskiego. Skłamał - ale też natychmiast sam sobie za karę zepsuł styl ("obryzguje zatrutą pianą", "miał czelność").

Jakby nie wiedział, że coś takiego zdradza kłamczuszka znacznie bardziej niż spocone dłonie i rozbiegane oczy.

[Aneks o zwidach]

Jakiś czas później Jan Gondowicz wyznał, że miewa od dawna zwidy (Zwidy, "Nowe Książki" 2020, nr 5). Mianowicie zwidują mu się różne sceny z przeczytanych książek, których potem nie sposób w tych książkach znaleźć. Nie jest jednak, Boże uchowaj, jakimś tam pospolitym łgarzem, czy też nawet mniej pospolitym baronem Münchhausenem królestwa literatury, a jedynie tak zajadłym jej czytelnikiem, że odbywa się w jego głowie "jej samoistny rozrost". Rozrost! Samoistny! Czegóż to ludzie nie wymyślą, by przykre wyznanie, mogące stać się zaczynem porządnej spowiedzi, zamienić ostatecznie w towarzyski popis.

A do zwidów, które sam wymienił, dorzucam jeszcze kilka.

Zwidziała się na przykład Gondowiczowi scena z opowiadania Gilberta Keitha Chestertona Najstraszniejsza zbrodnia (The Worst Crime in the World), należącego do cyklu opowieści o przygodach księdza Browna. W dodatku scena w opowiadaniu kryminalnym najważniejsza - scena zbrodni. Kogo i gdzie zamordowano, rzecz jasna nie powiem, ale zaręczam, że nie była to pewna dama z grzywą żółtych włosów, "przyszła ofiara, która niebawem znaleziona zostanie w ustronnej sali u stóp irytującego malowidła" (Niemożliwe i nieprawdopodobne, "Konteksty" 2014, nr 3-4).

Zwidziało mu się również, że w filmie Quiz Show widział Roberta Redforda, i to "w roli głównej", czyli w roli "studenta Van Dorena, który zdemaskować ma quizowego oszusta". Naprawdę Redford w tym filmie w ogóle nie gra (był jego reżyserem), a student Van Doren nikogo nie demaskuje, bo to właśnie on jest tym demaskowanym oszustem.

Podobnie zwidziało mu się, że akcja komedii George'a Cukora Pat i Mike z Katharine Hepburn i Spencerem Tracy jest umiejscowiona "głównie na korcie tenisowym". Owszem, jest tam może jakiś kwadrans ujęć z kortów, ale akcja toczy się głównie poza nimi.

Nawet niewielkiej książeczki dla dzieci o przygodach małej Eloizy (Kay Thompson, Eloise) nie dał rady przeczytać bez zwidów i potem zwidziało mu się, że w Wielkiej Sali Balowej hotelu Plaza (w którym mieszka Eloiza) bohaterka demaskuje sowieckiego szpiega. Nie, w całej tej książeczce nie ma ani słowa o jakimkolwiek szpiegu.

Natomiast wbrew temu, co twierdzi Gondowicz, nie jest prawdą, że z kolei w Biblii nie ma ani słowa o kotach. Otóż w szóstym rozdziale księgi Barucha uspokaja się czytelnika, by nie bał się posągów babilońskich bogów, gdyż siadają na nich bez obaw nawet nietoperze i jaskółki; podobnie też koty (hōsautōs de kai hoi aīlouroi).

Trzy ostatnie zwidy i biblistyczny kiks Gondowicza pochodzą z jego pomniejszej chałtury sprzedanej wydawcy jako "Dopowiedzenia" do przyjemnej książki Anne Fadiman Ex libris. Wyznania czytelnika (Świat Literacki, Izabelin 2004, s. 28, 38 i 79). Potem niektórzy się dziwią, że AI, trenowana przecież głównie na takich właśnie ludzkich, arcyludzkich chałturach, halucynuje i gada od rzeczy.

Nb. Gondowicz cierpi chyba na jakąś fobię na punkcie osób duchownych i może dlatego z miejsca obryzgał pianą swej śliny (żadną tam zatrutą, najwyżej lepką) o. Bocheńskiego. W późniejszym Flircie z Paralipomeną (Iskry 2024) napisał w związku z łatwym mnożeniem się fake newsów:

Narastanie tego procesu każe tu wspomnieć crescendo La calunnia, arii z pierwszego aktu Cyrulika sewilskiego Rossiniego. Przewrotny ksiądz Don Basilio wykłada tam, jak dobrze puszczona plotka najprzód powiewa niewinnie, snuje się nad ziemią, zmienia się w szmerek, penetruje uszy, wciska się do głów, które od niej puchną, staje się wszechobecna, aż wybucha armatnim gromem, unicestwiając ofiarę. Fake news jak się patrzy!
Przewrotny ksiądz Don Basilio? Ależ Don Basilio nie jest księdzem! Jest i zawsze był zwykłym nauczycielem muzyki. Ale widocznie Gondowiczowi "przewrotny ksiądz" z jakiegoś powodu brzmiał lepiej niż "przewrotny nauczyciel".

Nie przepuścił nawet pastorowi Charlesowi Dodgsonowi (znacznie bardziej znanemu jako Lewis Carroll, ten od Alicji w krainie czarów). "Pasje pastora Dodgsona" - tak właśnie zatytułował szkic sugerujący grzeszną skłonność pastora do małych dziewczynek (Pan tu nie stał, Wydawnictwo Nisza 2011).

Nie jest to oryginalne pomówienie. Podobną diagnozę już dawno temu postawili rozmaici domorośli freudyści. Gondowicz wzbogacił ją jedynie o kuriozalną analizę pewnej autokarykatury autora Alicji, która przypomniała mu ("ścięta zgrozą twarz [...], wybałuszone oko") potępieńców namalowanych w Kaplicy Sykstyńskiej.

Fantazjować oczywiście wolno - o ile nie towarzyszy temu pogarda dla faktów. Tymczasem Gondowiczowi nie chciało się nawet sprawdzić, jaką techniką fotograficzną posługiwał się Dodgson. Nie była to bowiem - jak napisał - technika Talbota, lecz znacznie od niej poręczniejsza technika Le Graya.

Po drugie, karykatura podpisana "What I look like when I'm lecturing", nie przedstawia - jak się zdaje Gondowiczowi - pastora w trakcie głoszenia kazania, które (być może) w nim samym obudziło lęk przed wiecznym potępieniem. "Lecturing" odnosi się niemal na pewno do wykładania matematyki. Dodgson nie cierpiał tego zajęcia, bo wykładowcą był marnym i na dodatek jąkał się, toteż w końcu z ulgą i radością z wykładania zrezygnował. "I have just taken an important step in life, by sending to the Dean a proposal to resign the Mathematical Lectureship at the end of this year" - zapisał w dzienniku w październiku 1881 roku. Miał wtedy 49 lat.

Wreszcie po trzecie i najważniejsze, Charles Dodgson nigdy nie był pastorem! Został wyświęcony jedynie na diakona, a ze święceń kapłańskich zrezygnował. Być może właśnie dlatego, że byłby wtedy zobligowany do regularnego wygłaszania kazań. Tak więc już sam tytuł szkicu Gondowicza to blaga.

[1] Jan Gondowicz, Czekając na Golema. Szkice i nieszkice, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2019, s. 285. Dalej cytuję jako Gondowicz. Nb. Wydawnictwo Nisza chyba plajtuje, bo inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć wydania akurat tej książki bez indeksu nazwisk.

[2] Stanisław Budziński, Z obcego Parnasu, Warszawa 1886, s. 171. W oryginale samotny żagiel jest już w pierwszym wersie:

"Белеет парус одинокой

в тумане моря голубом!..

Что ищет он в стране далекой?

Что кинул он в краю родном?.." (М[ихаил] Ю[рьевич] Лермонтов, Собрание сочинений в четырех томах, tom I: Стихотворения 1828-1841, Издательство Пушкинского Дома, Petersburg 2014, s. 254).

W sto lat później ten pierwszy wers zarekwirował Lermontowowi radziecki pisarz, Walentin Katajew, który tak właśnie (Белеет парус одинокий) zatytułował swą znaną i często wznawianą książkę dla młodzieży. I nie jest to wcale zła książka. Polski przekład ukazał się pod tytułem Samotny biały żagiel.

[3] "NHP [nowele - humorystyka - podróże]. Magazyn Bibljoteki Groszowej" 1926, nr 4, stron 28 (prócz Fioletowej śmierci są tam jeszcze trzy opowiadania innych autorów). Do tego niesamowita okładka: dwie postaci w dziwnych skafandrach i z pistoletami w dłoniach. Kto czytał Fioletową śmierć, ten wie, o co chodzi.

Nb. Piotr Obrączka w książce Literatura niemiecka w czasopismach polskich początku XX w. 1901-1914 (Wyższa Szkoła Pedagogiczna im. Powstańców Śląskich w Opolu, Opole 1990) odnotowuje na stronie 139 pod numerem 480 następującą pozycję: "Fioletowa śmierć (Der violette tod), «Ognisko» 1906, nr 4, s. 68-75".

[Dopisek] Anonimowy Czytelnik powiadomił mnie uprzejmie, że Fioletową śmierć zamieścił przed wojną także bezpłatny dodatek dla prenumeratorów "Świata" noszący tytuł "Powieść i Nowela". Można ją znaleźć w numerze 29 z 17 sierpnia 1935 roku (który był dodatkiem do 33 numeru "Świata") na stronach 3-5 w przekładzie Michała Głuskiego.

[4] Tak w każdym razie podaje rumuńska Wikipedia w haśle "Corneliu Zelea Codreanu" powołując się na wywód Lisette Gheorghiu "Originea lui Corneliu Zelea Codreanu".

[5] "Marivaudage (fr.) - wprowadzone przez D. Diderota określenie swoistego stylu komedii francuskiego dramaturga P. de Marivaux (1688-1763). Utwory jego odznaczały się skomplikowaną akcją opartą na intrydze i zaskoczeniu, subtelną charakterystyką postaci i analizą uczuć. a przede wszystkim zręcznością dialogu łączącego elementy emocjonalne z bystrym dowcipem i ironią. tk [Teresa Kostkiewiczowa]" (Michał Głowiński, Teresa Kostkiewiczowa, Aleksandra Okopień-Sławińska, Janusz Sławiński, Słownik terminów literackich, pod redakcją Janusza Sławińskiego, wydanie drugie poszerzone i poprawione, Ossolineum, Wrocław 1988, s. 268).

[6] Gondowicz cytuje przekład Agnieszki Kuligowskiej (1998), podobno - jak zaznacza w przypisie - "nadspodziewanie zbieżny z bezimiennym tłumaczeniem wydanym w roku 1949 w Krakowie przez Gebethnera i Wolffa. Jest to książka tak rzadka, że brak jej w Bibliotece Narodowej, posiada ją tylko Jagiellonka. Lecz i ja także" (Gondowicz, s. 15).

[7] Mark Twain, Przygody Tomka Sawyera, przełożył Kazimierz Piotrowski, Iskry, Warszawa 1975, s. 145; wyróżnienie moje. Dalej cytuję jako Przygody Tomka Sawyera. Podobnie jest we wznawianym dziś szczególnie chętnie w postaci elektronicznej (ze względu na wygaśnięcie praw do tłumaczenia) przekładzie Jana Bilińskiego:

"Becky rozejrzała się szybko, zobaczyła, że jest sama i błyskawicznie wyciągnęła książkę. Tytuł Anatomia autorstwa profesora jakiegoś tam nic jej nie powiedział, zaczęła więc przewracać kartki. Naraz natrafiła na piękną kolorową ilustrację, przedstawiającą gołą postać ludzką. W tej chwili na kartkę padł cień. W drzwiach stanął Tomek Sawyer i zdążył już rzucić okiem na obrazek" (Mark Twain, Przygody Tomka Sawyera, tłumaczenie Jan Biliński, Agora SA, Warszawa 2012; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez Publio).

[8] Twain pisze: "[...] he seemed to take a vindictive pleasure in punishing the least shortcomings" (Mark Twain, The Adventures of Tom Sawyer, redakcja Lucy Rollins, Broadview Press 2006, s. 166; dalej cytuję jako The Adventures of Tom Sawyer). W przekładzie Kazimierza Piotrowskiego: "[...] znajdował jakąś okrutną rozkosz w karaniu za najdrobniejsze wykroczenia" (Przygody Tomka Sawyera, s. 149).

[9] Jak zostało to przedstawione w rozdziale szóstym, lanie (rózgi) otrzymuje się publicznie, po ściągnięciu bluzy (Take off your jacket - mówi pan Dobbins do Tomka). Klasa zaś jest koedukacyjna. Nie do pomyślenia, by chłopcy (a tym bardziej dziewczynki) "w purytańskiej głuszy stanu Missouri" ściągali przy takiej okazji jeszcze dolną część odzieży.

[10] "Nauczyciel przysposabiał się zawsze do wielkich uroczystości w ten sposób, że pił przedtem jak szewc" (Przygody Tomka Sawyera, s. 150). W oryginale: "[...] the master always prepared himself for great occasions by getting pretty well fuddled [...]" (The Adventures of Tom Sawyer, s. 166).

[11] "Dobbins is also a frustrated would-be doctor; he keeps an anatomy textbook locked in his desk that he studies when his pupils are busy" (R. Kent Rasmussen, Critical Companion to Mark Twain. A Literary Reference to His Life and Works, tom I, Facts On File 2007, s. 494; hasło "Dobbins, Mister").

[12] "Sekretny sens, który scala tę historię, podszeptuje, że hrabia spod wulkanu krążył nie całkiem bez celu. Także siedząc samotnie w parku, sprawiał wrażenie, iż czeka, by dotrzymał mu towarzystwa ten czy ów życzliwy młodzian. Zapewne ów jego zwyczaj dawno już podpatrzono" (Gondowicz, s. 128).

Nb. żadna to sensacja dla kogoś, kto przeczytał list Zygmunta Mycielskiego podany do druku przez Andrzeja Biernackiego prawie trzydzieści lat temu: "[to] typowa historia homoseksualistyczna, co Conrad w wielu miejscach podkreśla aluzyjnie, jak przystało na dobrze wychowanego autora [...]" (Andrzej Biernacki, List wnuka (Zygmunt Mycielski o "Il Conde" Conrada), "Teksty Drugie" 1990, nr 3, s. 156). "List wnuka", bo Zygmunt Mycielski (także homoseksualista, więc kompetentny, jeśli idzie o "historie homoseksualistyczne") był wnukiem hrabiego Zygmunta Szembeka, który z kolei był pierwowzorem bohatera noweli Conrada.

[13] Wydrukowanym także jako przedmowa do: Tadeusz Boy-Żeleński, Mity i zgrzyty. Polemiki, recenzje, wspomnienia, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016.

Nb. jest ten szkic kolejnym przykładem tego, czym kończy się poprzestawanie na "swoistym brązownictwie uprawianym i dawniej, i dziś jeszcze przez jego [Boya-Żeleńskiego] zelantów". W dodatku zelantów przejętych - jak to trafnie określił Paweł Hertz - "dulszczyzną à rebours" i mających skłonność do posługiwania się akurat tymi metodami Boya, które chwały mu nie przynoszą: zmyśleniem i pomówieniem (Paweł Hertz, Myśli o Boyu-Żeleńskim, [w:] Idem, Miary i wagi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978, s. 75-76).

Kto chciałby o zmyśleniach Boya wiedzieć więcej, niech przeczyta w NOTATKACH: "Wesoły oberek i fiołki w Neapolu. Dwie niegdysiejsze złośliwości".

[14] Przepisuję tutaj ten podrozdziałek w całości za wydaniem z 1942 roku, na które powołuje się Gondowicz:

"«Odbronzownictwo»

W ostatnich latach przed wojną obecną rozpowszechnił się zwyczaj t. zw. odbronzowywania, t. j. grzebania w życiu ludzi uchodzących za wielkich Polaków, celem wykazania, że byli oni mali i marni. Praktyka ta przyniosła ogromną szkodę patriotyzmowi i musi być ze stanowiska etyki napiętnowana jako czynność przestępcza.

Nie jest wprawdzie złem, jeśli uczeni starają się wydać obiektywny sąd o wszystkich stronach, zarówno dobrych, jak i złych własnej ojczyzny - ale złem jest zasadnicza tendencja do obdzierania jej z blasku cnoty i chwały, gwoli zaspokojenia głodu sensacji u tłuszczy. Pisarze, którzy postępują w ten sposób, podobni są do synów, rozgłaszających publicznie hańbę własnej matki - i jak oni winni być sądzeni przez uświadomioną etycznie opinię.

Człowiek zdający sobie sprawę z elementarnych zasad pedagogiki patriotyzmu będzie takiej literatury systematycznie unikał, jako groźnej dla jego własnego poziomu etycznego" (o. I[nnocenty] M[aria] Bocheński OP, O patriotyźmie, 19 zeszyt z serii "Nauka Chrystusowa", Allen Litho, Kirkcaldy 1942 (jako adres redakcji podano "P/75, Polish Forces"), s. 21-22; zachowałem oryginalną pisownię, poprawiając oczywistą literówkę).