EBENEZER ROJT

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slavoj Žižek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slavoj Žižek. Pokaż wszystkie posty

"W kolejce do burdelu".
Slavoj Žižek fantazjuje o Jarosławie Kaczyńskim

A co, jeśli to właśnie dwoistość osobowości Trumpa - pisał w 2017 roku w "Independent" Slavoj Žižek - zajmowanie wysoce moralnego stanowiska w połączeniu z osobistą obleśnością i wulgarnością - sprawia, że jest on atrakcyjny dla chrześcijańskich konserwatystów? Co jeśli skrycie identyfikują się oni właśnie z tą dwoistością?

Dokładnie to samo dotyczy obecnego faktycznego władcy Polski, Jarosława Kaczyńskiego, który w 1997 roku w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" nieelegancko wykrzyknął: "Teraz kurwa my". Frazę tę (która stała się odtąd toposem w polskiej polityce) można przetłumaczyć mniej więcej jako: "To jest nasz pierd**ony czas, teraz jesteśmy u władzy, to nasza kolej", ale jej dosłowne znaczenie jest bardziej wulgarne, coś w rodzaju: "Teraz jest nasz czas, aby pie**olić kurwy" (po odczekaniu w kolejce do burdelu).

Istotne jest, że to zdanie zostało publicznie wygłoszone przez pobożnego katolickiego konserwatystę, obrońcę chrześcijańskiej moralności: jest to ukryta druga strona medalu, która skutecznie wspiera katolicką "moralną" politykę [1].

Historię o wulgarnym Kaczyńskim, moralnym jedynie w cudzysłowie, Žižek przedrukował rok później w piśmie "tripleC" [2] i w książce Like A Thief In Broad Daylight [3]. A w dwa lata później rozfantazjował się już na całego w wywiadzie dostępnym na YouTube:
Opowiedział mi to mój polski przyjaciel, a potem sam sprawdziłem, to wszystko prawda, w sieci można znaleźć klip i tak dalej. Kaczyński, dzisiaj prawdziwy władca Polski, katolicki konserwatysta. Zapytano go po jednych z poprzednich wyborów, gdy jego partia wygrała, jaki ma plan, jak ma zamiar rządzić. A jego odpowiedź w bardzo wulgarnej polszczyźnie brzmiała - dla publicznej telewizji! - "Teraz kurwa my". Czyli przekładając to opisowo: "Teraz nasza kolej na pierdolenie kurwy". To wulgarne wojskowe wyrażenie, wiesz, ta archetypowa scena - aż mnie ciarki przechodzą - prostytutka, żołnierze czekający w kolejce, a potem, och, teraz moja kolej na pier*******. Wszyscy byli zszokowani. Myśleli, że to pomyłka, a on upierał się: "Nie, to właśnie miałem na myśli", i tak dalej, i tak dalej [4].
Wybryk Žižka nie przeszedł w Polsce całkiem bez echa. Ale pisano o tej burdelowej fantazji chyba tylko raz, w dodatku z dobrotliwą wyrozumiałością, wydłubując z dzikich zmyśleń okruszki prawdy ("Jest jednak prawdą...") [5].

Tymczasem jest to mniej więcej taka prawda, jak prawda z bardzo starego dowcipu z serii pytań do Radia Erewań: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody? Tak, to prawda. Ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko koło mostu Patriarszego, i nie rozdają, tylko kradną [6].

Otóż tak, to prawda, że Jarosław Kaczyński użył zwrotu "Teraz k... my!". Ale nie po wygranych wyborach, tylko na pół roku przed wyborami, nie w telewizji, tylko w rozmowie z dziennikarzem "Gazety Wyborczej", i - najważniejsze! - mówił tak nie o swoich planach, tylko ironicznie o sytuacji w Akcji Wyborczej "Solidarność", z której zresztą tuż przed wyborami wystąpił. A poza tym wszystko się zgadza.

Zresztą zobaczcie sami. To właśnie z tych kilku zdań z artykułu Witolda Gadomskiego wyroiła się cała ta fantazja:

Nie wiadomo więc - pisał Gadomski - jak ostatecznie będzie wyglądać powszechna prywatyzacja w wydaniu AWS. Tymczasem jest to w programie zagadnienie kluczowe. - Bez szerokiej prywatyzacji, na której skorzystałaby większość Polaków, kapitalizm nie uzyska legitymacji - mówi Kaczyński.

Jak jednak pogodzić tak skrajne nurty: konserwatywnych liberałów z działaczami KPN? - pytam.

- Wie pan, najsilniejszym w AWS ugrupowaniem jest TKM - odpowiada szef PC [tj. Kaczyński]. - Pełna nazwa: "Teraz k... my!". Żeby nie było wątpliwości, to nie ja tę nazwę wymyśliłem. To popularne powiedzenie funkcjonujące wśród działaczy. Dla polityków należących do TKM różnice programowe nie mają większego znaczenia [7].

Samo to, że Žižek zmyśla, nie jest niczym nadzwyczajnym. W końcu zmyślanie a vista na dowolny temat to jego specjalność [8]. Potem zresztą i tak napiszą w "Gazecie Wyborczej", że za zmyśleniami Žižka "kryje się przemyślana konstrukcja intelektualna bez żadnych luk w rozumowaniu, dodatkowo wsparta imponującą erudycją" [9].

Ale Žižek nie zna polskiego i pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo tym razem odleciał ze swoją językoznawczą analizą frazy, która przecież - dla Polaka to oczywistość! - nie ma nic wspólnego z burdelem, wojskiem ani w ogóle z rozkoszami płatnej miłości. "Kurwa" pojawia się w niej wyłącznie w funkcji ekspresywnej - jako wyraz emocji mówiącego.

Któryś z tubylców musiał zatem Žižkowi nieźle namącić w głowie, skoro skończyło się na niedorzecznościach przypominających pure nonsense fałszywych rozmówek węgiersko-angielskich ze znanego skeczu Monty Pythona [10].

Artykuł w "Independent" był pozbawiony przypisów, ale już w wersji z "tripleC" i Like A Thief In Broad Daylight po słowach "w kolejce do burdelu" pojawiło się odesłanie do artykułu Sławomira Sierakowskiego [11]. Tak więc zapewne to właśnie on był tym "polskim przyjacielem", dzięki któremu Slavoj Žižek został na starość nowym Wielkim Językoznawcą. O ile wiem, Sierakowski nigdy nie sprostował, że został przez swojego słoweńskiego przyjaciela źle zrozumiany, czyli solidarnie stoi w kolejce razem z nim.

Zanim ich w tej kolejce już zostawię, jeszcze dwie uwagi.

Na wypadek gdyby Slavoj Žižek miał kiedyś przypadkiem usłyszeć skierowaną do siebie frazę "Co ty, kurwa, pierdolisz?", niechże mu Sławomir Sierakowski zawczasu wyjaśni, że wypowiadającemu te słowa w żadnym razie nie chodzi o informację, z którą niewiastą nierządną Žižek zwykł był odbywać stosunki płciowe. Chodzi raczej o zagadnienie weryfikacji zdania w duchu późnego Wittgensteina [12].

Bardzo niewielu cudzoziemców piszących o polskich sprawach zna język polski, toteż warto pamiętać, że za każdą taką dziką erupcją fantazji, czasem doprawdy niczym z Króla Ubu, niemal zawsze stoi jakiś cyniczny miejscowy kłamczuszek [13].

[1] Slavoj Žižek, Christian conservatives don't support Donald Trump despite his vulgarity - they support him because of it, independent.co.uk, 14 lipca 2017.

Przełożylem swobodnie, więc dla koneserów jeszcze raz to samo w oryginale:

"What if the very duality of Trump's personality - his high moral stance accompanied by personal lewdness and vulgarities - is what makes him attractive to Christian conservatives? What if they secretly identify with this very duality?

Exactly the same goes for Poland's current de facto ruler Jaroslaw Kaczynski who, in a 1997 interview for Gazeta Wyborcza, inelegantly exclaimed: «It's our f***ing turn» («Teraz kurwa my»). This phrase (which then became a classic locus in Polish politics) can be vaguely translated as: «It's our f***ing time, now we are in power, it's our term», but its literal meaning is more vulgar, something like: «Now it's our time to f**k the whore» (after waiting in line in a brothel).

It's important that this phrase was publicly uttered by a devout Catholic conservative, a protector of Christian morality: it's the hidden obverse which effectively sustains Catholic «moral» politics".

Nb. na ten właśnie artykuł Žižka powoluje się Wikipedia w haśle "TKM", ale pozostawia go bez komentarza - jakby wszystko tam było w najlepszym porządku. Krytyczne podejście do źródeł najwyraźniej nie jest mocną stroną polskich wikipedystów.

[2] Slavoj Žižek, The Prospects of Radical Change Today, "tripleC" 2018, tom 16, nr 2, s. 486. Numer wydany z okazji dwusetnej rocznicy urodzin Karola Marksa.

[3] Slavoj Žižek, Like A Thief In Broad Daylight. Power in the Era of Post-Human Capitalism, Allen Lane 2018; korzystałem z wydania elektronicznego. Historia o wulgarnym Kaczyńskim znajduje się w podrozdziale "Welcome to the Boredom of Interesting Times!" rozdziału drugiego "Vagaries of Power".

[4] Slavoj Žižek interview: Why I like Greta Thunberg, YouTube, kanał JOE UK's, 26 września 2019; od dwunastej minuty. Wyróżnienie moje. Na wywiad ten zwrócił mi uprzejmie uwagę pan Mateusz Mirosławski.

A dla koneserów transkrypcja oryginalnej wypowiedzi Žižka:

I was told by my Polish friend and then I checked it, it's all true, on the web you can hit the clip and so on. Kaczyński, the real master of Poland today, Catholic conservative. Was asked in one of the previous elections, when his party won, he was asked "What's your plan, how will you government?". And his answer was in very vulgar Polish, for the public TV!: "Teraz kurwa my". Which means to translate it descriptively "Now it's our turn to fuck the whore". It's the vulgar military expression, you know, this archetypal scene - it gives me creeps - a prostitute, soldiers waiting in line and then, oh, it's now my turn to f***. And everybody was shocked. They thought it was a mistake and he insisted "No, that's what I meant", and so on, and so on.

[5] Krzysztof Jabłonowski, Słoweński filozof, Jarosław Kaczyński i "zasada TKM", Konkret24, 30 października 2019. Zaczyna się ten artykuł od słów: "Słoweński socjolog i filozof Slavoj Žižek zasugerował..." Zasugerował? Ależ on stanowczo oświadczył: "sam sprawdziłem, to wszystko prawda, w sieci można znaleźć klip".

[6] Ironia losu sprawiła, że w książce Like A Thief In Broad Daylight trzy akapity dalej po tej fantazji o Kaczyńskim, która w sam raz nadaje się na pytanie do Radia Erewań, Žižek sam cytuje "a delicious old Soviet joke about Radio Erevan", tym razem w wersji z Rabinowiczem w roli głównej.

"Słuchacz pyta: «Czy to prawda, że Rabinowicz wygrał nowy samochód na loterii». Radio odpowiada: «W zasadzie tak, to prawda. Ale to nie był nowy samochód, tylko stary rower, i nie wygrał, tylko mu ukradli»".

[7] Witold Gadomski, Akcja na kredyt. Rozmowa z politykami AWS, wyborcza.pl, 15 marca 1997; wyróżnienia moje.

Nb. nie było to najszczęśliwsze wtrącenie i Jarosław Kaczyński potem parokrotnie musiał wyjaśniać, o co mu chodziło. Ale naturalnie nigdy nie upierał się, że chodziło mu o kolejkę do burdelu z samym sobą jako kolejkowiczem.

"Stosunki [z Marianem Krzaklewskim] zaczęty się psuć. W międzyczasie w wywiadzie dla «Gazety Wyborczej» zdążyłem opowiedzieć o układzie «Teraz kurwa my», który zaczyna rządzić AWS. Razem z Ujazdowskim, z Czesławem Bieleckim, nawet ZChN próbowaliśmy przestrzegać przed ludźmi, którzy dostają na wybory pieniądze w foliowych torbach od podejrzanego biznesu. To dotyczyło tak naprawdę grupy [Janusza] Tomaszewskiego. Pisaliśmy memoriały, organizowaliśmy bankiety dla zbuntowanych AWS-owców - na próżno. Ostatecznie Kowalczyk zginął w samochodowym wypadku, ale ja zostałem wycięty w wyborach na wiceprzewodniczącego AWS - chyba wbrew Krzaklewskiemu, a za sprawą tak zwanej «spółdzielni», której przewodził Adam Słomka.

- To była Pana klęska.

- A ja podczas decydującego zebrania czytałem obojętnie gazetę. Krzakiewski groził dymisją, bo bał się, że wyjdę ze swoją partią...

- I pryśnie efekt jedności.

- Tylko, że ja już nie wytrzymywałem. Nie jestem wybredny, ale miałem dość spotkań prezydium, gdzie wszyscy są głodni, a je tylko szef - Krzaklewski, który zagarniał kanapki. Albo rozmów z politykami AWS, którzy hierarchizowali ludzi według kryteriów z lupanaru" (O dwóch takich... Alfabet braci Kaczyńskich, rozmawiali Michał Karnowski i Piotr Zaręba, Wydawnictwo M, Kraków 2006, s. 259; poprawiłem oczywistą literówkę: "z lunaparu" na "z lupanaru"; ach, czyli jest jednak i burdel...).

"Dla mnie kabaretem coraz bardziej był AWS ze swoimi Spółdzielniami, teorią, że «Solidarność» wie wszystko najlepiej, a wybitni przedstawiciele narodu przychodzą na świat tylko w małych miastach (Krzaklewski). Tak zrodziło się TKM. Było tak. Przyszedł do mnie porozmawiać, jak to często dziennikarze w tym czasie, redaktor Witold Gadomski, kiedyś poseł KLD, kojarzony przeze mnie z «Gazetą Bankową», a nie z «Wyborczą». Nie był to wywiad. Krytyczne wobec AWS media straszyły wtedy jakimś radykalnym antyrynkowym programem gospodarczym AWS. W tym kierunku poszedł w rozmowie ze mną absolutny liberał Gadomski. Tłumaczyłem mu, że to wszystko nieprawda i bzdury. W końcu powiedziałem krótko, że program to TKM. Nie ja wymyśliłem ten skrót. Usłyszałem go po raz pierwszy od Marka Kuchcińskiego jeszcze w 1990 roku. W sierpniu wybrałem się wraz z Przemysławem Hniedziewiczem do Rzeszowa i Przemyśla. W Przemyślu rozmawiałem ze znanym mi już wcześniej szefem tamtejszego PC, czyli właśnie Markiem. Zapytałem go, jaka partia jest u niego najsilniejsza. Zastanowił się przez chwilę, roześmiał i powiedział - najsilniejsza jest TKM. Nie znałem tego skrótu. Marek go rozszyfrował, mówiąc o grupie ludzi bez żadnych określonych poglądów i przeszłości politycznej, którzy się pchają. Nigdy nie używałem tego powiedzenia. Przyszło mi ono do głowy dopiero po nieudanej konferencji na UW. No i wypaliłem. Wkrótce ukazał się duży artykuł Gadomskiego, gdzie zostałem zacytowany. Sprawa stała się powszechnie znana, powiedzenie było powtarzane i oczywiście wykorzystano to przeciwko mnie, także podczas wyborów na wiceprzewodniczącego" (Jarosław Kaczyński, Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC, Zysk i S-ka, Poznań 2016, s. 328-329).

Nb. skrótu TKM "Gazeta Wyborcza" użyła w druku już pięć lat wcześniej i nie miało to nic wspólnego z Jarosławem Kaczyńskim. Tak w każdym razie podaje Anna Dąbrowska (Eufemizmy współczesnego języka polskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1993, s. 180), aczkolwiek skrót ten rozwijano wtedy z użyciem stosownego eufemizmu jako "Teraz, kurde, my". Ale wtedy eufemizmów używali jeszcze nawet bezkompromisowi punkowcy. Zespół Nauka o Gównie tak właśnie zatytułował swój trzeci album. Wszelako od tamtych czasów obyczaje zmieniły się nieco.

[8] Kto chciałby poznać drobną część tych zmyśleń, niech przeczyta w OSOBACH: "Slavoj Žižek o Puszkinie, Hašku i Heglu albo potęga fantazji" oraz "Slavoj Žižek o świętym Augustynie, Chestertonie i znowu o Heglu albo «powiedzmy, że próbowałem być zabawny»"

[9] Žižek: Nadchodzi nowe średniowiecze. Ze Slavojem Žižkiem rozmawia Sławomir Sierakowski, wyborcza.pl, 7 lutego 2015.

[10] "The Hungarian Phrasebook sketch" z 25 odcinka Latającego cyrku Monty Pythona zaczynający się zdaniem: "I will not buy this record, it is scratched". Zdanie o porysowanej płycie czyta starannie z rozmówek węgierski turysta (John Cleese), który chce kupić papierosy. Potem jest już tylko gorzej i rzecz kończy się rękoczynami. W kolejnym skeczu wydawca tych nonsensownych rozmówek (Michael Palin), oskarżony o publikację mogącą wywołać niepokoje społeczne, mówi w trakcie rozprawy sądowej: "I wish to plead incompetence." Niewielu wydawców i autorów zdobywa się dziś na takie wyznanie.

[11] Sławomir Sierakowski, Europe's New Appeasers, project-syndicate.org, 9 czerwca 2017. Pierwsze zdanie tego artykułu brzmi: "Back in the 1990s, in the early days of Central Europe's post-communist transition, Poland's current de facto ruler Jarosław Kaczyński inelegantly exclaimed, "It's our fucking turn" (Teraz kurwa my)". W tej formie jest to rzecz jasna bezwstydna manipulacja: przypisanie mówiącemu tego, co on jedynie komentuje.

[Dopisek] Jest oczywiście możliwe, że Sławomir Sierakowski jedynie zapamiętał cudze kłamstwo i tak mu się ono spodobało, że natychmiast w nie uwierzył i je powtórzył. Toteż w erudycyjne popisy Sławomira Sierakowskiego wierzyć nie należy, gdyż jest to typowa erudycja internetowa, żywiąca się memami i wpisami w mediach społecznościowych. A niestety od takich popisów nie potrafi się on powstrzymać nawet w obszernym wywiadzie na poważny temat:

"Michaił Sałtykow-Szczedrin, rosyjski satyryk, pisał, że jak opowiadają o honorze, o ojczyźnie i o Bogu, to znaczy, że już kradną" (Po prostu musimy się bronić. Ze Sławomirem Sierakowskim rozmawia Dorota Wodecka, :Gazeta Wyborcza", 28 czerwca - 3 lipca 2025, s. 6).

Otóż nie, nie pisał. Jest to tylko dość znany mem krążący w bardzo wielu wariantach po internecie, także rosyjskim (tam najczęściej w wersji: "Когда в России начинают говорить о патриотизме, знай: где-то что-то украли"). Sama fałszywka powstała najprawdopodobniej w połowie lat 90. Wersja, którą powtórzył Sierakowski, to już niemal na pewno miejscowa przeróbka, odwołująca się do tutejszych haseł. Aczkolwiek wymierzanie prztyczka Jarosławowi Kaczyńskiemu za pomocą Sałtykowa-Szczedrina ma w sobie coś z rosyjskiej perwersji.

[12] "Pytanie o sposób i możliwość weryfikacji zdania jest tylko specjalną postacią pytania: «Jak to rozumiesz?»" (Ludwig Wittgenstein, Dociekania filozoficzne, przełożył, wstępem poprzedził i przypisami opatrzył Bogusław Wolniewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, s. 161, paragraf 353).

[13] Niewykluczone, że podobna przygoda spotkała również swego czasu Swietłanę Aleksijewicz, której mącił w głowie "jeden z moich znajomych dziennikarzy w Polsce". Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "Swietłana Aleksijewicz powołuje się na Jana Tomasza Grossa albo prawda naukowa i artystyczna".

Slavoj Žižek o świętym Augustynie, Chestertonie
i znowu o Heglu
albo "powiedzmy, że próbowałem być zabawny"

Święty Augustyn zadaje w swoim dziele "O małżeństwie i dziewictwie" pytanie, czy był seks w raju. Tak, był - odpowiada, ale nie był aktem erotycznym. Adam miał kontrolę nad swoim penisem, potrafił go podnieść jak rękę. Ach, mówię wam, czytajcie świętych, piszą bardzo ciekawe rzeczy!
- mówi Slavoj Žižek Paulinie Reiter (i nam), zachwalając świętego Augustyna [1]. I jeszcze dodaje:
Grzechem pierworodnym była jego [Adama] arogancja i spotkała go za nią kara boska, stracił panowanie nad penisem. Seksualności nie da się kontrolować (s. 35).
Sam jednak św. Augustyna nie doczytał, a zachwala niedoczytane, bo arogancja jest również grzechem pierworodnym Slavoja Žižka i też spotkała go za nią kara boska: nie bardzo panuje nad płynącym mu z ust strumieniem swobodnych skojarzeń. Mniejsza już o taki drobiazg, że św. Augustyn nigdy nie napisał dzieła "O małżeństwie i dziewictwie". Natomiast, istotnie, w dziele "O małżeństwie i pożądliwości" (De nuptiis et concupiscentia) daje na marginesie do zrozumienia, że gdyby w raju miało dojść co do czego, to "genitalia non libidini, sed voluntati sicut cætera membra servirent" [2]. To jest, że członki wstydliwe nie podlegałyby pożądliwości, lecz woli - jak inne członki ciała.

Rzecz jednak w tym, że do takiej sytuacji nigdy nie doszło i w raju żadnego seksu nie było!

Święty Augustyn jedynie zastanawia się, jak mogłoby wyglądać płodzenie potomstwa, gdyby Adam i Ewa nie zgrzeszyli (czyli "co by było, gdyby"). Bodaj najszerzej rozważa tę kwestię w kilku rozdziałach czternastej księgi słynnego dzieła "O państwie Bożym". Najprzód (rozdział 23) rozsądnie zakłada, że niedorzecznie byłoby mniemać, jakoby do pomnożenia liczby świętych konieczny był grzech. Skoro jednak ludzi nie popychałaby wtedy do płodzenia domagająca się zaspokojenia chuć (która jest skutkiem grzechu), to najwyraźniej wystarczyłby im sam akt woli.

Zasiewałby więc potomstwo mężczyzna, a przyjmowałaby posiew niewiasta, posługując się, kiedy by i o ile by zachodziła tego potrzeba, rodnymi członkami, pobudzonymi przez wolę, a nie podnieconymi przez lubieżność. Bo przecież wedle uznania poruszamy nie tylko takimi członkami, które mają sztywne kości i przedzielone są stawami, jak na przykład ręce, nogi i palce, lecz również i takimi, które oddano we władanie gibkich nerwów (rozdział 24) [3].
Co więcej, w trakcie takiego zbożnego aktu niewiasta - jak subtelnie wywodzi święty - nie traciłaby dziewictwa! Kto chciałby o tym przeczytać pobudzony wolą pomnożenia swej biegłości teologicznej (nie zaś podniecony przez niezdrową ciekawość), niech zajrzy do przypisu [4]. Tyle o świętym Augustynie.

Teraz o Chestertonie według Žižka.

Mój ulubiony teolog Gilbert Keith Chesterton w książce "Ortodoksja" dokonuje wspaniałego porównania spojrzenia Buddy i świętego chrześcijańskiego. Spojrzenie pierwszego jest pełne pasywnej radości, to spojrzenie w siebie, medytacja, jest w nim cisza. Wzrok drugiego jest zwykle przerażony, patrzy w dal. Pod tym względem chrześcijaństwo i miłość są do siebie podobne. Miłość to nie wewnętrzny spokój. Miłość to wielka trauma (s. 36).
Wzrok chrześcijańskiego świętego "jest zwykle przerażony"? Cóż, ulubiony teolog Žižka w książce "Ortodoksja" naprawdę napisał coś zupełnie innego:
Nie można sobie wyobrazić bardziej przeciwstawnych ideałów niż chrześcijański święty w gotyckiej katedrze i buddyjski święty w chińskiej świątyni. Przeciwieństwa łatwo dostrzec na każdym kroku, ale chyba najkrócej można tę rzecz wyrazić następująco: buddyjski święty zawsze ma oczy zamknięte, podczas gdy święty chrześcijański zawsze ma oczy bardzo szeroko otwarte. Ciało buddyjskiego świętego jest gładkie i harmonijne, ale jego powieki są ciężkie i sklejone snem. Ciało średniowiecznego świętego jest dziko wyniszczone aż do kości, ale jego oczy są przerażająco żywe (frightfully alive). Nie może istnieć prawdziwe pokrewieństwo duchowe sił, które wydały na świat tak przeciwstawne symbole [5].
Tyle o Chestertonie. A teraz pora na Hegla.
Wie pani, kto moim zdaniem stworzył najlepszą teorię małżeństwa, nie pisząc o tym wprost? Hegel! [...] Hegel mówi, że jeśli jesteś namiętnie zakochany, powinieneś się ożenić. Dlaczego? Bo w małżeństwie szybko się przekonasz, że twój partner jest raczej zwykłą osobą, przyzwyczaisz się do niego, do niej. Małżeństwo więc to dobry sposób, by ostudzić miłość (s. 38).
Otóż Hegel nigdzie nie mówi, że jeśli jesteś namiętnie zakochany, powinieneś się ożenić. Ponieważ dla Hegla w małżeństwie liczy się moment etyczny, który polega (przepraszam za wyrażenie) na świadomości obiektywnej substancjalnej jedni między małżonkami, subiektywny punkt wyjścia nie ma znaczenia: powinieneś się ożenić, jeśli jesteś zakochany i powinieneś się ożenić, jeśli nie jesteś zakochany. W ogóle powinieneś się ożenić!
Obiektywnym przeznaczeniem i tym samym etycznym obowiązkiem jest wstąpienie w stan małżeński. Jaki charakter ma ten zewnętrzny punkt wyjścia, jest z natury rzeczy czymś przypadkowym i zależy szczególnie od refleksyjnej kultury. Krańcowym wypadkiem jest tu z jednej strony taka sytuacja, że życzliwi rodzice dają początek sprawie [...], drugim zaś krańcowym wypadkiem jest sytuacja, kiedy wzajemna skłonność najpierw pojawia się w osobach jako tych oto nieskończenie spartykularyzowanych [jednostkach]. Pierwsza krańcowość [czyli małżeństwo aranżowane] [...] może być uważana za drogę bardziej etyczną. W drugiej z wymienionych krańcowości nieskończona swoistość szczegółowości jest tym, co wysuwa swoje pretensje i co ściśle wiąże się z podmiotową zasadą świata nowoczesnego [6].
Zwróćcie uwagę, że z tych dwóch skrajności Hegel uważa małżeństwo aranżowane za "drogę bardziej etyczną" niż nowoczesne zakochiwanie się (to ta wysuwająca pretensje nieskończona swoistość szczegółowości, czyli - jak pamiętają czytelnicy Słówek Boya - sytuacja malarza, który "takiej dostał dziwnej manii, że chciał tylko od Stefanii"). Bo i cóż po zakochaniu, skoro w małżeństwie i tak (konstatuje filozoficznie Hegel) "popęd naturalny zostaje sprowadzony do pewnej modalności momentu naturalnego, którego przeznaczeniem jest wygasnąć w swym zaspokojeniu" (Zasady, s. 172). Czyli dalej będzie znowu jak z tym malarzem ze Słówek, co to "tymczasem mu wychłódło, bo już była stare pudło". Jak widzicie, heglizm da się niekiedy wyłożyć przystępnie.

Swoją drogą to niezła prowokacja zachwalać akurat w "Wysokich Obcasach" teorię małżeństwa kogoś, kto uważał, że w małżeństwie jedynie kobieta "znajduje swe substancjalne przeznaczenie", podczas gdy "mężczyzna ma swoje życie substancjalne w państwie, nauce itp. i w ogóle pracy i walce ze światem zewnętrznym i ze sobą samym" (Zasady, s. 176). Natomiast kobieta nie ma co szukać substancjalności w polityce czy nauce, "i w ogóle pracy i walce ze światem zewnętrznym", ponieważ:

Kobiety mogą wprawdzie być wykształcone, ale nie zostały one stworzone do uprawiania nauk wyższych, filozofii oraz pewnych dziedzin artystycznej twórczości - takich, które wymagają tego, co ogólne. Kobiety mogą mieć pomysły, smak, grację - ale pierwiastka idealnego w sobie nie posiadają. Różnica między mężczyzną a kobietą jest taka sama jak między zwierzęciem a rośliną (Zasady, s. 393) [7].
Przepraszam was (a szczególnie moje P.T. Czytelniczki) za ten oburzający cytat, ale chciałem, by było jasne, jaką tu kontrabandę przemyca Žižek, licząc zapewne, że wykształcona, ale nie stworzona do uprawiania filozofii Paulina Reiter w niczym się nie zorientuje. Tyle o Heglu.

No dobrze, ale dlaczego Žižek to wszystko robi? Dlaczego tak bezwstydnie zmyśla rzeczy, które rzekomo wyczytał u różnych mądrych ludzi?

Przecież nie musiał szachrować ze świętym Augustynem, by powiedzieć, że seksualności nie można kontrolować ani z Chestertonem, by dodać, że miłość to wielka trauma. Nie musiał też w ogóle wspominać o Heglu, by zauważyć, że małżeństwo to dobry sposób, by ostudzić miłość. A może jednak musiał, skoro są to przecież co do jednego przeraźliwe banały, kotlety sto razy odgrzewane, które da się przełknąć jedynie po ugarnirowaniu firmową sałatką z Hegla i Chestertona.

A poza tym tak się jakoś utarło, że Žižek to błyskotliwy erudyta, więc stara się, nieszczęsny, nie wypadać z roli. Dlatego bez Hegla ani rusz.

Utarło się też, że Žižek wybornie zna się na filmach, w związku z czym nie mogło w tym wywiadzie zabraknąć również bałamuctwa filmowego.

Oczywiście uwielbiam stare melodramaty. Jednym z moich ulubionych jest "Być albo nie być" Ernsta Lubitscha. Zna pani?
Nie.
Ach, to wspaniały film! Nakręcony został w 1942 roku w Hollywood, dzieje się zresztą w Warszawie w 1939 roku. Opowiada o grupie polskich aktorów zaangażowanych w ruch oporu. Do Warszawy przyjeżdża Adolf Hitler, który chce obejrzeć przedstawienie ich teatru. Głównymi bohaterami filmu jest małżeństwo aktorów - Joseph Tura i Maria Tura - proszę zwrócić uwagę, że imiona są nieprzypadkowe: Maria i Józef. Ona bez przerwy go zdradza, a on jest arogancki i ją zaniedbuje. W tym filmie jest wiele genialnych rzeczy, kilka słynnych dialogów, jak ten, kiedy Joseph Tura przebrany za gestapowca spotyka się z prawdziwym nazistą i pyta go, licząc na pochwały, czy może słyszał o wielkim aktorze Josephie Turze. Tamten odpowiada: "Widziałem go w »Hamlecie«, robi z Szekspirem to, co my z Polską" (s. 38).
Mniejsza znowu o cały szereg drobnych przeinaczeń i nieścisłości [8], ale o co chodzi z tym "proszę zwrócić uwagę, że imiona są nieprzypadkowe: Maria i Józef"? Że Maria i Józef jak w Nazarecie? I ona go zdradza, a on ją zaniedbuje?

W samym filmie zupełnie nic z tych imion nie wynika. Nie ma w nim też żadnych aluzji chrześcijańskich ani antychrześcijańskich, podobnie zresztą jak nie pada w nim ani razu słowo "Żyd". Wszyscy pozytywni bohaterowie to po prostu "Polacy", choć w grupie polskich aktorów znajduje się jeden oczywisty Żyd - Greenberg (czyli Grynberg), który w dodatku kilkakrotnie recytuje fragmenty słynnego monologu Shylocka z Kupca weneckiego (ale też z pominięciem słowa "Jew").

Toteż najprostsze wyjaśnienie byłoby takie, że twórcom chodziło jedynie o koloryt lokalny (aczkolwiek respektowany w kratkę [9]) i słusznie założyli, że w katolickiej Polsce Józefów i Marii nie brakuje. O co więc Žižkowi chodzi? Czy miała to być jakaś kolejna niebywale ezoteryczna prowokacja jak z tą teorią małżeństwa u Hegla? Na przykład dyskretna sugestia, że perfidny Żyd Lubitsch chciał w ten sposób aluzyjnie nawiązać do starych żydowskich paszkwilów (w rodzaju Toledot Jeszu) o Marii zdradzającej Józefa z młodym żołnierzem?

Możliwe jest wszelako jeszcze inne wyjaśnienie. Pod sam koniec wywiadu na pytanie Pauliny Reiter, jak należy rozumieć pewną jego niegdyś rzuconą uwagę w palącej filozoficznie kwestii uwodzenia kobiet, Żiżek tylko jęknął:

O mój Boże! Cóż mam powiedzieć. Powiedzmy, że próbowałem być zabawny, ale naprawdę mi nie wyszło (s. 39).
Widocznie znowu próbował.
[1] Podarty list miłosny. Ze Slavojem Žižkiem rozmawia Paulina Reiter, "Gazeta Wyborcza", 9-10 lutego 2019, dodatek "Wysokie Obcasy" nr 6, s. 35. Dalej w nawiasach okrągłych numery stron.

[2] Cytuję za łatwo dostępnym wydaniem w: Patrologiæ cursus completus. Series latina, tom 44, Paryż 1865, kol. 468.

[3] Święty Augustyn, O państwie Bożym przeciw poganom ksiąg XXII, tom II, przełożył i opracował Wiktor Kornatowski, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1977, s. 157 (ks. XIV, r. 23, 1).

O co chodzi z tymi pozbawionymi kości członkami, "które oddano we władanie gibkich nerwów", wyjaśnia się w drugiej części tego rozdziału.

"Są na przykład tacy [ludzie], którzy poruszają uszami, bądź każdym z osobna, bądź obu naraz. Są tacy, którzy nie ruszając głową zsuwają ku czołu całe owłosienie głowy i znowuż je podnoszą, gdy chcą. [...] Inni niższą częścią ciała stosownie do uznania wydają, nie wydzielając żadnego przykrego zapachu, tak melodyjne dźwięki, iż ma się wrażenie, że śpiewają także tą częścią. Sam widziałem, jak człowiek pocił się, gdy zechciał. Wiadomo, że niektórzy na zawołanie płaczą, obficie lejąc łzy. [...] Skoro więc teraz pewnym ludziom, choć wiodącym marne życie doczesne w zepsutym ciele, ciało to okazuje dziwny posłuch co do wielu stanów i ruchów odbiegających od zwykłego zachowania się natury, to z jakiej przyczyny nie wierzylibyśmy, że przed grzechem nieposłuszeństwa i przed karą skażenia członki ludzkie mogły dla krzewienia potomstwa służyć woli ludzkiej bez żadnej lubieżności?" (s. 158-159).

[4] "Unikajmy więc przypuszczenia, że [w raju] przy tak wielkiej dostępności rzeczy oraz szczęśliwości ludzi płodzenie potomstwa nie mogłoby się dokonywać bez chorobliwej lubieżności: odpowiednie członki byłyby posłuszne, tak jak inne, skinieniu woli. Mąż zapładniałby łono żony bez podniety w postaci zwodniczej namiętności, ale ze spokojem ducha i z zachowaniem doskonałej nieskazitelności ciała. Okoliczność, iż nie mamy na to dowodu z doświadczenia, nie powinna budzić w nas wątpliwości, że owe części ciała nie byłyby podniecane przez niepokojący płomień, lecz stosownie do potrzeby używane przez działającą z własnych pobudek moc; że męskie nasienie mogłoby wówczas przeniknąć w łono małżonki bez naruszenia dziewiczości, tak jak dziś bez naruszenia tejże nieskazitelności może z dziewiczego łona wypływać krew comiesięcznego czyszczenia. Wszak tą samą drogą, którą to może się wydostać, tamto może się dostać" (wydanie cytowane w przypisie 3, s. 160; ks. XIV, r. 26).

Nb. by wiedzieć, że w raju do niczego nie doszło, nie trzeba studiować świętego Augustyna, bo upewnia o tym wystarczająco samo Pismo, które o spłodzeniu pierwszego potomka Adama i Ewy informuje dopiero na początku czwartego rozdziału Księgi Rodzaju, czyli już po grzechu i wygnaniu z raju: "Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: Otrzymałam mężczyznę od Pana" (BT Rdz 4, 1). Gdy tyle rozprawia się o chrześcijaństwie (co Žižek), wypadałoby wreszcie raz porządnie przeczytać Biblię.

[5] G. K. Chesterton, Ortodoksja. Romanca o wierze, przełożyła Magda Sobolewska, Fronda, Warszawa - Ząbki 2004, s. 232-233. Na wszelki wypadek dla koneserów to samo w oryginale:

"No two ideals could be more opposite than a Christian saint in a Gothic cathedral and a Buddhist saint in a Chinese temple. The opposition exists at every point; but perhaps the shortest statement of it is that the Buddhist saint always has his eyes shut, while the Christian saint always has them very wide open. The Buddhist saint has a sleek and harmonious body, but his eyes are heavy and sealed with sleep. The mediaeval saint's body is wasted to its crazy bones, but his eyes are frightfully alive. There cannot be any real community of spirit between forces that produced symbols so different as that" (Gilbert K. Chesterton, Orthodoxy, John Lane, Nowy Jork - Londyn 1909, s. 243).

[6] Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Zasady filozofii prawa, przełożył Adam Landman, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1969, s. 171-172. Dalej cytuję jako Zasady.

[7] Ten ostatni cytat nie pochodzi z głównego tekstu Zasad filozofii prawa, ale z tak zwanych Uzupełnień, powstałych na podstawie notatek słuchaczy Hegla już po jego śmierci. Nie jest on zatem pewny co do litery. Niemniej przyjmuje się na ogół, że notatki te nieźle oddają ducha tego, co Hegel opowiadał podczas wykładów, wyjaśniając trudniejsze czy nazbyt skondensowane partie swojego podręcznika (czyli właśnie Zasad).

Nb. według dzisiejszych miar był Hegel nie tylko skrajnym seksistą. Jego teoria zakłada bowiem, że moment naturalny występuje w małżeństwie jako "rzeczywistość rodzaju i jego proces" (Zasady, s. 171), czyli naturalna ogólność, w której jednostka ma swoje substancjalne istnienie. Z kolei "uszczegółowieniem tej ogólności jest odnoszenie się podmiotu do innego podmiotu tego samego rodzaju, a sądem jest stosunek rodzaju do tych określonych w ten sposób względem siebie nawzajem indywiduów - Różnica płci" (Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Encyklopedia nauk filozoficznych, przełożył, wstępem i komentarzem opatrzył Światosław Florian Nowicki, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1990, s. 244). "Małżeństwo jednopłciowe" miałoby zatem dla Hegla tyle sensu, co "kwadratowe koło".

Žižek z pewnością dobrze o tym wie, bo to sprawa oczywista w kręgach komentatorów Heglowskiej filozofii prawa.

"Yet the fact remains that Hegel saw the nuclear family as one of the three fundamental spheres of modern society and as rightly structured by a rigid, hierarchical, division of sex roles. He saw no legitimate room for «non-traditional» family arrangements: unmarried couples, single-parent families, homosexual families all fail to conform to rational family structure" (Alison Stone, Gender, the Family, and the Organic State in Hegel's Political Thought, [w:] Hegel's Philosophy of Right, redakcja Thom Brooks, Wiley-Blackwell 2012, s. 145).

Ponieważ zaś w tej materii wolność słowa mamy taką, jaką mamy, nic dziwnego, że nawet w ezoterycznych komentarzach na wszelki wypadek raz po raz pojawiają się gorące zapewnienia, że ta "najlepsza teoria małżeństwa" Hegla jest w istocie nie do obrony, że autor komentarza szanuje wszystkie współczesne paramałżeńskie kombinacje, że Hegla jedynie objaśnia, ale nie akceptuje etc., etc., etc.

"Hegel's views on the family are certainly traditional in a straightforward sense, but by no means entirely indefensible as presented here. [...] I nowhere doubt the ability of any variety of human relationships to create a loving unity in actual fact. [...] My purpose here is only to make more explicit what Hegel's position is, no matter the difficulty of accepting it" (Thom Brooks, Hegel's Political Philosophy. A Systematic Reading of the Philosophy of Right, Edinburgh University Press 2007, s. 70, 73; wyróżnienia moje).

[8] W 1939 roku dzieje się tylko pierwsze ćwierć filmu, natomiast właściwa akcja dzieje się w ciągu kilku dni w grudniu 1941 roku, czyli dokładnie wtedy, gdy film był kręcony (listopad-grudzień 1941). W jednym z ujęć widać nawet rozkład dnia szefa Gestapo, pułkownika Ehrhardta, z wielką datą "1941, wtorek, 16 grudnia".

U Lubitscha Hitler nie przyjeżdża do Warszawy po to, żeby zobaczyć przedstawienie grupy polskich aktorów. To tylko w ich dawnym teatrze (teraz niespodziewanie otwartym) Niemcy urządzają galę na jego cześć. Trupa daje występ dla Hitlera i niemieckich żołnierzy w wersji "Być albo nie być" z roku 1983 (w reżyserii Alana Johnsona, z udziałem Mela Brooksa i Anne Bancroft).

Tura nie jest przebrany za gestapowca, ale przychodzi do pułkownika Ehrhardta w cywilnym ubraniu jako nazistowski agent. Również słynna odpowiedź pułkownika brzmi nieco inaczej: "What he did to Shakespeare we are doing now to Poland". "Hamlet" w tej odpowiedzi pojawia się tylko w wersji z roku 1983.

Naturalnie, są to wszystko bałamuctwa małej wagi, ale Žižek deklaruje, że film Lubitscha to jeden z jego pięciu najulubieńszych filmów wszech czasów. Skoro tyle pamięta z filmów najulubieńszych, te mniej ulubione musi chyba wymyślać od zera.

Nb. słynna odpowiedź o mało co nie wyleciała już po przedpremierowej projekcji, bo widownia przyjęła ją grobową ciszą. Jej usunięcie doradzali Lubitschowi również wszyscy jego przyjaciele, między innymi Alexander Korda i Billy Wilder (Scott Eyman, Ernst Lubitsch. Laughter in Paradise, The Johns Hopkins University Press, Baltimore - Londyn 2000, s. 302). Doradzali poniekąd słusznie, bo właśnie to jedno zdanie było potem (jako niesmaczne) źródłem wielu negatywnych reakcji, ale Lubitsch twardo przy nim obstawał, twierdząc, że jest to tak naprawdę satyra na niemieckie poczucie humoru (William Paul, Ernst Lubitsch's American Comedy, Columbia University Press, Nowy Jork 1983, s. 230-232).

[9] Z jednej strony, już w pierwszych ujęciach pojawiają się bezbłędnie wypisane warszawskie szyldy z egzotycznymi literkami ("Stefan Lubiński, ubrania, palta, mundury wojskowe"; "Jerzy Kubiński"; "Jan Łomiński, jubiler"; "Różański - Poznański, własne wagony, wielkie biuro transportowe, repr. okrętowe"), a za kulisami teatru wiszą napisy "Palenie surowo wzbronione, uprasza się o zachowanie ciszy" i "Rozkład prób". Znać tu więc rękę konsultanta.

Jednak z drugiej strony, Józef Tura to konsekwentnie Joseph Tura (choć jego żona to Maria a nie Mary), młody porucznik to Sobinski (nie Sobiński), a ważny czarny charakter podpisuje się "Alexander Siletsky".

Jeśli Boga nie ma. Žižek, Sartre, Dostojewski
wraz z dodaniem pouczających wypisów z Braci Karamazow

W filmie Perwersyjny przewodnik po ideologiach [1], najruchliwszy filozof naszych czasów, Slavoj Žižek, zahaczył również o Dostojewskiego i Sartre'a:
Jednym z największych banałów, jakie się dziś powtarza, gdy stajemy wobec aktów przemocy, jest przywoływanie słynnego stwierdzenia z Braci Karamazow Dostojewskiego: "Jeśli nie ma Boga, wtedy wszystko jest dozwolone".

Cóż, po pierwsze, Dostojewski oczywiście nigdy czegoś takiego nie powiedział. Pierwszym, który posłużył się tą frazą jako rzekomo napisaną przez Dostojewskiego, był Jean-Paul Sartre w roku 1943. Ale co ważniejsze, stwierdzenie to jest po prostu fałszywe. Nawet rzut oka na nasze dzisiejsze problemy wystarczy, by się o tym przekonać. Na odwrót: Jeśli jest Bóg, to wszystko jest dozwolone dla tych, którzy nie tylko wierzą w Boga, lecz postrzegają siebie samych jako narzędzia, bezpośrednie narzędzia woli bożej [2].

Žižek, jak zwykle, coś tam słyszał piąte przez dziesiąte, ale jak miałby to spokojnie posprawdzać, skoro wiecznie w rozjazdach. Niemniej, znów nie wytrzymał i musiał się pochwalić kilkoma niepotrzebnymi wiadomościami [3]. I w sprawie Dostojewskiego, i w sprawie Sartre'a, który podobno pierwszy coś tam temu Dostojewskiemu dopisał, i nawet znajomością daty, kiedy to się stało.

Ale co ważniejsze, wszystkie te wiadomości są po prostu fałszywe!

Zacznę od końca. W roku 1943 Sartre wydał swoją najgłośniejszą pracę filozoficzną Byt i nicość i to pewnie ją miał na myśli Žižek, gdy podawał akurat tę właśnie datę [4]. Tyle że w Bycie i nicości Dostojewski wymieniony został zaledwie raz i to przelotnie, bez żadnego cytatu.

Mamy nadzieję, że uda nam się w innym miejscu przytoczyć jej dwa przykłady [tj. przykłady nowej psychoanalizy, która "nie wydała jeszcze swojego Freuda"], przy okazji Flauberta i Dostojewskiego [5].
I to już wszystko. W rzeczywistości Sartre cytował Dostojewskiego w swoim wystąpieniu wygłoszonym na konferencji klubu Maintenant w roku 1945 roku, a wydanym w roku następnym pod tytułem Egzystencjalizm jest humanizmem:
Dostojewski napisał : "Gdyby Bóg nie istniał, wszystko byłoby dozwolone" [w oryginale: "Si Dieu n'existait pas, tout serait permis"]. To właśnie jest punktem wyjścia dla egzystencjalistów. W rzeczy samej, wszystko jest dozwolone, jeżeli Bóg nie istnieje, i w konsekwencji człowiek jest osamotniony, gdyż nie znajduje ani w sobie, ani poza sobą punktu oparcia [6].
Czy jednak Žižek ma rację, że Sartre tę myśl Dostojewskiemu zmyślił, bo Dostojewski of course nigdy czegoś takiego nie powiedział? [7].

Istotnie, nie sposób znaleźć u Dostojewskiego zdania, które byłoby absolutnie identyczne ze zdaniem zacytowanym przez Sartre'a. Ale przecież także zdanie wypowiedziane przez Žižka nie jest absolutnie identyczne z tym, co napisał Sartre. Jeśli jednak zgodzimy się - a ja się zgadzam - że zdanie Žižka wystarczająco trafnie oddaje intencje Sartre'a, to wtedy również wypadałoby się zgodzić, że zdanie Sartre'a wystarczająco trafnie oddaje intencje Dostojewskiego.

Žižek szukał wprawdzie w Braciach Karamazow, ale już w Biesach można znaleźć wczesny kiełek tej myśli. Młody Wierchowieński prowadzi tam ze Stawroginem takie oto pogaduszki:

Rozmawialiśmy o ateizmie i oczywiście unicestwiliśmy Pana Boga. Cieszą się chłopcy, piszczą z zachwytu. Szatow nie darmo mówi, że w Rosji, wzniecając bunt, trzeba zacząć od ateizmu. Jest w tym sporo prawdy. Jeden siwy kapitan siedział wciąż w milczeniu, nie rzekł ani słowa, aż wreszcie stanął na środku pokoju i odezwał się głośno do siebie: "Jeżeli Boga nie ma, to cóż ze mnie za kapitan". Rozłożył ręce, wziął czapkę i wyszedł.

- Wypowiedział myśl dość konsekwentną - rzekł Stawrogin i ziewnął po raz trzeci.

- Tak? A ja nie zrozumiałem [8].

Najwidoczniej Žižek też nie zrozumiał, a Braci Karamazow przeczytał bardzo nieuważnie. Twierdzenie, w powieści krążące jako idea Iwana Karamazowa, w najlapidarniejszej postaci brzmi tam: "Jeżeli nie ma nieśmiertelności duszy, to i cnoty nie ma, a zatem wszystko jest dozwolone" ("Нет бессмертия души, так нет и добродетели, значит, всё позволено") [9]. Ponieważ zaś u Dostojewskiego wszyscy uznają za aksjomat, że "w Bogu właśnie nieśmiertelność" (Bracia Karamazow I, s. 167; "В боге и бессмертие"), cały łańcuch wnioskowań przedstawia się tak: Jeśli nie ma Boga, to nie ma nieśmiertelności duszy [10]. Jeśli nie ma nieśmiertelności duszy, to i cnoty nie ma. A jeśli cnoty nie ma, to wszystko jest dozwolone. Zatem: Jeśli nie ma Boga, to wszystko jest dozwolone.

Ale nie trzeba nawet uciekać się do takich logicznych rekonstrukcji. Oto Dymitr (Mitia) Karamazow w innym miejscu streszcza ideę Iwana następująco:

Tak, bez Boga i bez życia przyszłego? Więc wypadałoby, że teraz wszystko wolno, że wszystko można robić? (Bracia Karamazow II, s. 304; "Без бога-то и без будущей жизни? Ведь это, стало быть, теперь всё позволено, всё можно делать?"; wyróżnienia moje).
W tym wariancie główną winą Sartre'a byłoby pominięcie znaku opuszczeń (a przypominam, że Sartre pierwotnie swą wypowiedź wygłaszał, opublikowano ją zaś według stenogramu). Przede wszystkim jednak w samej powieści wystarczająco obficie się na ten temat rozprawia (co dokumentuję w Wypisach), by można było mieć pewność, że formuła "Jeśli Boga nie ma, to wszystko jest dozwolone", odpowiada dokładnie intencjom Dostojewskiego. Podważać tę pewność może jedynie zapamiętały paradoksalista cierpiący akurat na brak świeżych paradoksów [11].

Również tylko zapamiętały paradoksalista może mówić, że formuła ta jest simply fałszywa. Owszem, nie ma takiego uczynku, na jaki nie mógłby się poważyć człowiek opętany jakąś ideą, także ideą religijną. Nie znaczy to jednak nigdy, że "wszystko jest dozwolone". Nawet jeśli wyobrazimy sobie, że wszystko jest dozwolone, by osiągnąć pewien zbożny cel, to przecież już samego tego celu za żadne skarby podważać nie wolno [12]. Nadto natury makiaweliczne akurat religię traktują na ogół z udawaną powagą, gdyż są to duchy nowoczesne i wyzbyte przesądów. Gdzieżby je tam Bóg męczył albo inne "przeklęte problemy"!

Do większości łajdactw nie potrzeba zresztą żadnej wielkiej idei - Boga, Historii, Narodu etc. - wystarczą w zupełności idejki małe, w rodzaju kolejnego wyzwolenia-kogoś-tam albo czegoś-tam-zmodernizowania, i właśnie takie idejki w działaniu będą zapewne pojawiać się coraz częściej. Niestety, istnienie dokuczliwych pcheł nie wyklucza dalszego istnienia lwa, który krąży szukając kogo by pożreć. Ale rozdokazywany paradoksalista to zawsze o jednego smutnego rewolucjonistę mniej. Z tego też względu postawa Žižka zasługuje w sumie na pewną dozę sympatii.

Zwłaszcza gdy jego paradoksy to dobry pretekst, by przypomnieć sobie Dostojewskiego.


___________________


WYPISY Z BRACI KARAMAZOW

Na początek "anegdotka", którą opowiada o Iwanie Karamazowie (w jego obecności) Piotr Aleksandrowicz Miusow, człowiek "wykształcony, gładki, w całym tego słowa znaczeniu Europejczyk":

Dopiero jakie pięć dni temu w pewnym tutejszym towarzystwie, składającym się przeważnie z pań, Iwan Fiodorowicz [Karamazow] w toku dyskusji oznajmił uroczyście, że nie ma stanowczo na całym świecie nic takiego, co by zniewalało ludzi do kochania bliźnich, że w ogóle nie ma takiego prawa natury, żeby człowiek kochał ludzkość, i że jeżeli jest i była dotychczas jaka miłość na ziemi, to nie wskutek prawa natury, lecz jedynie dzięki temu, że ludzie wierzyli w nieśmiertelność duszy. Iwan Fiodorowicz dodał przy tym, że na tym właśnie polega całe prawo natury, dość więc pozbawić ludzkość wiary w nieśmiertelność duszy, aby natychmiast wygasła miłość, a nawet więcej - wszelka siła żywotna, przedłużająca życie na świecie. To nie wszystko: wówczas nic już nie będzie niemoralne, wszystko będzie dozwolone, nawet ludożerstwo. I nie poprzestając na tym, Iwan Fiodorowicz orzekł na zakończenie, że dla wszystkich poszczególnych ludzi, takich jak my na przykład, którzy nie wierzą ani w Boga, ani w nieśmiertelność duszy, prawo moralne przyrody powinno się natychmiast stać przeciwieństwem poprzedniego prawa religijnego, że zatem egoizm posunięty do zbrodni powinien być nie tylko dozwolony człowiekowi, ale i uznany za niezbędne, najrozsądniejsze i omal nie najszlachetniejsze wyjście w jego sytuacji. Z takiego paradoksu możecie panowie wnosić o wszystkim, co raczył i co zamierza jeszcze głosić nasz sympatyczny ekscentryk i paradoksalista, Iwan Fiodorowicz (Bracia Karamazow I, s. 89; księga II, rozdział VI - tę przybliżoną lokalizację podaję dla tych, którzy chcieliby sięgnąć po inne wydanie).
Nieco później Rakitin, cyniczny przyjaciel Aloszy Karamazowa, tak streszcza myśl Iwana:
A to wam dopiero Iwan zagadkę dał! - zawołał z jawną złośliwością Rakitin. [...] Słyszałeś jego idiotyczną teorię: "Jeżeli nie ma nieśmiertelności duszy, to i cnoty nie ma, a zatem wszystko jest dozwolone". [...] Cała ta jego teoria to podłość! Ludzkość znajduje sama w sobie dość mocy, aby żyć w cnocie, nawet bez wiary w nieśmiertelność duszy! W ukochaniu wolności, równości i powszechnego braterstwa znajdzie... (Bracia Karamazow I, s. 104; księga II, rozdział VII).
W rozmowie z Aloszą, tuż po przeczytaniu opowieści o wielkim inkwizytorze, Iwan podtrzymuje swoją teorię:
- Niby, że "wszystko dozwolone"? Wszystko dozwolone, czy tak, tak?

Iwan zasępił się i nagle zbladł jakoś dziwnie.

- A, łapiesz mnie za wczorajsze słówko, które tak uraziło Miusowa i z którym Dymitr tak naiwnie wyskoczył powtarzając je? - uśmiechnął się z grymasem. - Tak, owszem, "wszystko dozwolone", skoro słowo się rzekło. Nie wypieram się (Bracia Karamazow I, s. 318-319; księga V, rozdział V).

Natomiast już po zamordowaniu starego Karamazowa Dymitr Karamazow relacjonuje Aloszy swoją rozmowę z Rakitinem:
- Dlaczego miałbyś przepaść? Coś ty teraz mówił? - przerwał mu Alosza.

- Dlaczego przepadłem! W gruncie rzeczy... jeśli się zastanowić - Boga mi szkoda, ot dlaczego!

- Jak to Boga szkoda?

- Wyobraź sobie tylko: to jest w nerwach, w głowie, są tam w mózgu te nerwy... (niech to diabli wezmą!) są tam takie ogonki, te nerwy mają ogonki, no i jak tylko one zadrgają na przykład, widzisz, spojrzę na coś, ot tak, i te ogonki drgają, a jak drgają, to ukazuje się obraz, ale nie zaraz, a po jakimś ułamku sekundy, ten moment mija i następuje taka chwila, lecz obraz, to znaczy przedmiot albo zdarzenie, no, tam, do diabła! - otóż dlaczego przedtem oglądam, a potem myślę... dlatego że ogonek, a wcale nie dlatego, że mam duszę, ani dlatego że jestem stworzony na czyjś obraz i podobieństwo, wszystko to głupstwa. To wszystko, bracie, Michał mi wczoraj wytłumaczył, jakby mnie zimną wodą oblał. Wspaniała to nauka, Alosza. Nowy człowiek powstanie, tak to rozumiem... A jednak szkoda mi Boga!

- I to dobrze - powiedział Alosza.

- Że Boga szkoda? Chemia, bracie, chemia! Trudna rada, wasza wielebność, trzeba się trochę posunąć, bo chemia idzie. A Rakitin nie lubi Boga, ach, jak nie lubi! To największa bolączka ich wszystkich! Ale ukrywają. Kłamią. Udają. "Cóż, będziesz to propagował w twoim dziale krytyki?" - pytam. "No, tak otwarcie nie pozwolą" - mówi. Śmieje się. "A co w takim razie, pytam się, z człowiekiem? Tak, bez Boga i bez życia przyszłego? Więc wypadałoby, że teraz wszystko wolno, że wszystko można robić?" "A tyś o tym nie wiedział?" - mówi. Śmieje się. "Mądremu człowiekowi wszystko wolno, mądry człowiek wie, gdzie raki zimują, a ty zabiłeś, wsypałeś się i gnijesz w więzieniu!" Tak do mnie mówi. Istna świnia. Dawniej to takich za drzwi wyrzucałem, a teraz słucham. Dużo przecie też i mądrych rzeczy mówi. I mądrze pisze. Tydzień temu zaczął mi czytać artykuł, nawet trzy zdania z niego przepisałem, poczekaj, to tutaj.

Mitia pospiesznie wyciągnął z kieszeni kamizelki papierek i przeczytał:

- "Żeby rozstrzygnąć to pytanie, trzeba przede wszystkim swoją osobowość przeciwstawić własnej rzeczywistości". Rozumiesz czy nie?

- Nie, nie rozumiem - powiedział Alosza.

Słuchał z zaciekawieniem i przyglądał się Miti.

- Ja także nie rozumiem. Niewyraźnie jakoś, niezrozumiale, ale mądrze. "Wszyscy, mówi, teraz tak piszą, bo to już takie środowisko..." Środowiska się boją (Bracia Karamazow II, s. 303-304; księga XI, rozdział IV).

A tak w chwilę później w tej samej rozmowie Dymitr ujmuje problem Iwana:
Iwan to nie Rakitin, on piastuje w sobie swoją ideę. Iwan to sfinks i milczy, wciąż milczy. A mnie męczy Bóg. Tylko to mnie męczy. A co, jeżeli Go nie ma? Co, jeżeli Rakitin ma rację, że to wymyślona idea ludzkości? Jeżeli Go nie ma, to w takim razie człowiek jest panem ziemi, wszechstworzenia. Wspaniale! Tylko jak on będzie cnotliwy bez Boga? To pytanie! Wciąż tylko o tym myślę. Bo kogóż będzie kochał właśnie człowiek? Komu będzie wdzięczny, komu zaśpiewa hymn? Rakitin śmieje się. Rakitin powiada, że można kochać ludzkość i bez Boga. No, tylko ten smarkacz może tak twierdzić, ja nie mogę tego zrozumieć. Łatwo jest żyć Rakitinowi: "Ty lepiej, powiada dzisiaj do mnie, staraj się o rozszerzenie obywatelskich praw człowieka albo choćby o to, aby cena wołowiny nie wzrosła; na tej drodze prościej i lepiej okażesz miłość człowieczeństwa niż filozofowaniem". Ja mu na to: "A ty, powiadam, bez Boga, sam podbijesz cenę wołowiny, jeśli nadarzy się okazja, i będziesz za każdą kopiejkę rubla zarabiać". Rozgniewał się. Bo i czym jest moralność? Odpowiedz mi, Aleksy. Ja mam taką moralność, a Chińczyk taką - czyli że to rzecz względna. Może nie? Może nie względna?

Zdradliwe pytanie! Nie będziesz się śmiał, jeśli ci powiem, że dwie noce przez to nie spałem? Dziwię się tylko, jak to ludziska tam żyją i wcale o tym nie myślą. Marność! Nie wierzą w Boga! Iwan ma ideę. Nie w moich wymiarach. Iwan milczy. Myślę, że jest masonem. Pytałem go - milczy. Chciałem u jego źródła wody się napić - milczy. Raz tylko powiedział słówko.

- Co powiedział? - podjął skwapliwie Alosza.

- Powiadam mu: "A zatem wszystko jest dozwolone, jeżeli tak?" A on się zasępił: "Fiodor Pawłowicz, powiada, nasz papa, był prosięciem, ale myślał prawidłowo". Tak mi odpowiedział. To wszystko. To przyzwoiciej niż Rakitin (Bracia Karamazow II, s. 308; księga XI, rozdział IV).

A tu myśl Iwana w wykładni służącego Smierdiakowa, który wcześniej opowiedział Iwanowi, jak zabił jego ojca.
- Była taka dawniej myśl, że z tymi pieniędzmi rozpocznę nowe życie w Moskwie albo lepiej za granicą, takie marzenie było, a najbardziej dlatego, że "wszystko jest dozwolone". To pan mnie tak nauczył, bo i wiele mi pan wtedy tego naopowiadał: bo i jak Boga Wszechmocnego nie ma, to nie ma i żadnej cnoty, i w takim razie całkiem jest niepotrzebna. Prawdę pan mówił. Tak sobie to wyłożyłem.

- Swoim rozumem doszedłeś? - uśmiechnął się Iwan z grymasem.

- Pod pańskim kierownictwem (Bracia Karamazow II, s. 352; księga XX, rozdział VIII).

Tu zaś tak mówi o tym diabeł, który zwiduje się Iwanowi Karamazowowi (czy też może on sam mówi do siebie):
"Skoro tylko [cudzysłów, bo diabeł przypomina Iwanowi jego własne słowa] ludzkość wyrzeknie się Boga (a ja wierzę, że ten okres nastąpi, podobnie jak następują po sobie okresy geologiczne), to sam przez się, bez ludożerstwa, runie cały dawny światopogląd, a przede wszystkim cała dawna moralność, i przyjdzie wszystko nowe. Ludzie zespolą się, aby czerpać z życia wszystko, co ono dać może, ale zespolą się jedynie gwoli szczęścia i radości, i to tylko w tym życiu. Człowiek uniesie się poczuciem boskiej tytanicznej dumy i zjawi się człowiek-bóg. Nieustannie, każdej godziny zwyciężając bezgranicznie przyrodę swoją wolą i nauką, człowiek ów każdej chwili będzie odczuwał rozkosz tak wzniosłą, że zastąpi mu ona wszystkie dawne obietnice rozkoszy niebieskich. Każdy się dowie, że jest śmiertelny bez zmartwychwstania, i przyjmie śmierć dumnie i spokojnie, jak Bóg. Z dumy zrozumie, że nie ma co sarkać na to, że życie jest jednym mgnieniem, i pokocha bliźniego swego nie myśląc o nagrodzie. Miłość zaspokoi tylko mgnienie życia, ale już sama świadomość jej ulotności wzmocni jej płomień o tyle, o ile poprzednio rozpływał się on w obietnicach miłości pozagrobowej i nieskończonej..." no i tam dalej, i tam dalej w tym guście. Uroczo!

Iwan siedział, zasłaniając uszy rękoma i patrząc w ziemię, ale zaczął drżeć na całym ciele. Gość mówił dalej:

- Pytanie teraz polega na tym, myślał mój młody filozof [tj. Iwan Karamazow, diabeł opowiada Iwanowi o nim samym w trzeciej osobie], czy możliwe, aby taki okres kiedyś nastąpił czy nie? Jeśli nastąpi, to wszystko jest rozstrzygnięte, i ludzkość urządzi się ostatecznie. Ale ponieważ ze względu na zatwardziałą głupotę ludzką nie nastąpi to jeszcze chyba i za tysiąc lat, to każdy, kto uświadamia sobie już teraz prawdę, ma prawo urządzić się, jak mu się tylko podoba, na nowych podstawach. W tym sensie "wszystko jest dozwolone". Mało tego: jeśli ten okres nawet nigdy nie nastąpi, to ponieważ Boga i nieśmiertelności i tak nie ma, więc nowy człowiek ma prawo stać się człowiekiem-bogiem, choćby nawet był sam na całym świecie, i oczywiście jako taki z lekkim sercem przeskoczyć wszystkie moralne przeszkody dawnego niewolnika, jeśli to tylko okaże się potrzebne. Dla Boga nie ma praw! Gdzie Bóg stanie, tam już miejsce boże! Gdzie ja stanę, tam już od razu będzie pierwsze miejsce... "wszystko jest dozwolone", i basta! (Bracia Karamazow II, s. 373-374; księga XI, rozdział IX).

I jeszcze na koniec już nie żaden bohater literacki, ale sam Dostojewski w liście do Mikołaja Ozmidowa z lutego 1878 (czyli tuż przed rozpoczęciem pisania Braci Karamazow):
Powiem Panu to tylko, że każdy organizm istnieje na ziemi po to, aby żyć, a nie po to, aby niszczyć siebie. Nauka określiła i opisała dość dokładnie prawa potwierdzające ten aksjomat. Ludzkość jako całość jest oczywiście tylko organizmem. Nie ulega wątpliwości, że organizm ten rządzi się własnymi prawami bytu, które odkrywa rozum człowieka. A teraz niech Pan sobie wyobrazi, że nie ma ani Boga, ani nieśmiertelnej duszy. (Nieśmiertelność duszy i Bóg to w gruncie rzeczy ta sama idea.) No, niech Pan powie, po co mam wówczas żyć dobrze, skoro umrę i zniknę z ziemi całkowicie. Przecież bez idei nieśmiertelności cała sprawa polega tylko na tym, aby wyzyskać swój czas, a potem niech wszystko zgorzeje. A skoro tak, to dlaczego (jeśli tylko spryt i rozum uchroni mnie przed odpowiedzialnością prawną) nie miałbym komuś poderżnąć gardła, ograbić go lub okraść. Albo też, skoro już nie chce się podrzynać gardeł, dlaczego by nie pożyć po prostu na świecie na koszt innych, napychając tylko swój własny kałdun do syta? Przecież i tak umrę! Wszyscy umrą! I nic nie będzie! Z tego wynika, że tylko ludzkość jako organizm nie podlega temu ogólnemu aksjomatowi i istnieje właśnie po to, aby zniszczyć siebie, a nie po to aby zachować i wykarmić. Albowiem cóż to za społeczeństwo, w którym każdy jest wrogiem każdego? To jakaś straszna bzdura [13].
[1] Perwersyjny przewodnik po ideologiach (The Pervert's Guide to Ideology), 2012, reżyseria Sophie Fiennes, scenariusz Slavoj Žižek.

[2] Scena w okolicach 89-90 minuty. Kursywa moja, ale wyróżnia to, co zaakcentował sam mówca. Ponieważ przekładam swobodnie, podaję również spisany z ust Žižka oryginał:

"One of the great platitudes which are popular today when we are confronted with acts of violence is to refer to Fyodor Dostoyevsky's famous statement from The Brothers Karamazov: «If there is no God, then everything is permitted».

Well, the first problem with this statement is that Dostoyevsky, of course, never made it. The first one who used this phrase as allegedly made by Dostoyevsky was Jean-Paul Sartre in '43. But the main point is that this statement is simply wrong. Even a brief look at our predicament today clearly tells us this. It is precisely: if there is God, that everything is permitted to those who not only believe in God but who perceive themselves as instruments, direct instruments of the divine will".

[3] Więcej o tej Žižkowej manierze w OSOBACH: "Slavoj Žižek o Puszkinie, Hašku i Heglu albo potęga fantazji" i "Slavoj Žižek o świętym Augustynie, Chestertonie i znowu o Heglu albo «powiedzmy, że próbowałem być zabawny»".

Nb. o takich jak on już pół wieku temu pisał Stanisław Lem:

"Jak wiadomo, uczeni dzielą się dziś na stacjonarnych i jeżdżących. Stacjonarni po staremu prowadzą różne badania, jeżdżący zaś uczestniczą we wszechmożliwych konferencjach i kongresach międzynarodowych. [...] Uczony taki fachową literaturę studiuje w autobusach linii lotniczych, w poczekalniach, w samolotach i w hotelowych barach" (Stanisław Lem, Ze wspomnień Ijona Tichego. Kongres futurologiczny, [w:] Idem, Bezsenność, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1971, s. 6-7).

Ale czytanie w barze Sartre'a na przeplotkę z Dostojewskim to jednak nie jest dobry pomysł.

[4] Žižek pisze o tym explicite w artykule "If there is a God, then anything is permitted" (ABC Religion and Ethics, 17 kwietnia 2012): "Although the statement «If there is no God, everything is permitted» is widely attributed to Dostoyevsky's The Brothers Karamazov (Sartre was the first to do so in his Being and Nothingness), he simply never said it". Skąd Žižek wziął tę rewelację, trudno ustalić. W każdym razie w roku 2006, gdy wydawał książkę How to Read Lacan, jeszcze o tym nie wiedział, bo bez komentarza cytuje tam Lacana cytującego tę właśnie frazę jako słowa starego Karamazowa, co akurat jest strzałem najgorszym z możliwych, ale u Lacana Žižek tego nie kwestionuje:

"Jak wiecie, syn starego Karamazowa Iwan prowadzi swego ojca tymi zuchwałymi drogami, którymi kroczy myśl wykształconego człowieka. Mówi on przede wszystkim, że «jeśli Boga nie ma...». «Jeśli Boga nie ma - powiada ojciec - wówczas wszystko jest dozwolone». To oczywiście dość naiwne ujęcie, my analitycy wiemy doskonale, że jeśli Boga nie ma, wtedy nic już nie jest dozwolone. Neurotycy dowodzą nam tego każdego dnia" (Slavoj Žižek, Lacan. Przewodnik Krytyki Politycznej, przełożył Julian Kutyła, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010, s. 122-123). Dalej cytuję jako Lacan.

Ponieważ tłumacz przełożył Lacana z francuskiego, a Žižek w swej książce wykorzystał przekład angielski, podaję to samo z oryginału, by było jasne, co zacytował Žižek:

"As you know, the father Karamazov's son Ivan leads the latter into those audacious avenues taken by the thought of the cultivated man, and in particular, he says, if God doesn't exist... - If God doesn't exist, the father says, then everything is permitted. Quite evidently, a naive notion, for we analysts know full well that if God doesn't exist, then nothing at all is permitted any longer. Neurotics prove that to us every day" (Slavoj Žižek, How to Read Lacan, W. W. Norton & Company, Nowy Jork - Londyn 2007, s. 91; kursywa za oryginałem).

W sprawie fałszywości zdania "Jeśli Boga nie ma, wówczas wszystko jest dozwolone" oraz doskonale znanej wszystkim analitykom prawdziwości zdania "Jeśli Boga nie ma, wtedy nic już nie jest dozwolone" zob. niżej przypis 12.

[5] Jean-Paul Sartre, Byt i nicość. Zarys ontologii fenomenologicznej, przełożyli Jan Kiełbasa, Piotr Mróz, Rafał Abramciów, Remigiusz Ryziński i Paulina Małochleb, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2007, s. 705. Zob. też Jean-Paul Sartre, L'être et le néant. Essai d'ontologie phénoménologique, Gallimard, Paryż 1943, s. 663: "Nous espérons pouvoir tenter d'en donner ailleurs deux exemples, à propos de Flaubert et de Dostoïevsky". Jest to najsłynniejsza książka filozoficzna Sartre'a; miał ją na swoim nocnym stoliku w sypialni nawet Koleś (The Dude) z filmu Big Lebowski. Nb. według Leszka Kołakowskiego, Byt i nicość to "prawdopodobnie najbardziej pojemny tytuł, jaki kiedykolwiek wymyślono" (Jeśli Boga nie ma... O Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach tak zwanej filozofii religii, przekład autoryzowany Tadeusza Baszniaka i Macieja Panufnika, Wydawnictwo Znak, Kraków 1988, s. 5). Aczkolwiek filozofowi tytuł taki powinien się chyba nasuwać nieuchronnie, skoro już Adam Mickiewicz wiedział, że żyjemy wśród otchłani "nazwanych bytem i nicestwem" (Adam Mickiewicz, Poezye. Tom ósmy, wydanie A. Jełowickiego i spółki, Paryż 1836, s. 5).

[6] Jean Paul Sartre, Egzystencjalizm jest humanizmem, przełożył Janusz Krajewski, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 1998, s. 38.

[7] Pomijam osobną i - jak zawsze - dyskusyjną kwestię, w jakiej mierze idea włożona w usta powieściowej postaci odpowiada poglądom samego autora. Žižkowi też przecież nie o to chodzi. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, że Dostojewski uważał rozumowanie Iwana Karamazowa za poprawne i jak najbardziej możliwe do przyjęcia przez realnych ludzi.

[8] Fiodor Dostojewski, Biesy. Powieść w trzech częściach, przełożyli Tadeusz Zagórski i Zbigniew Podgórzec, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977, s. 222.

[9] Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow. Powieść w czterech częściach z epilogiem, tom I-II, przełożył Aleksander Wat, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978, s. 104. Dalej cytuję jako Bracia Karamazow z dodaniem numeru tomu. Oryginał rosyjski za wydaniem internetowym znajdującym się tutaj.

[10] Pod koniec XIX wieku za sprawą naukowych nowinek niektórzy Rosjanie zaczęli nieco inaczej myśleć o śmierci i nieśmiertelności. Toteż nieśmiertelność "naukowa" - niejako bez Boga, choć zrazu wciąż jeszcze na chwałę Bożą - stała się rosyjską obsesją na długo wcześniej zanim na Zachodzie modny stał się transhumanizm:

"Śmierć jest zjawiskiem zewnętrznym względem nas, a zatem może być poznawana wyłącznie na drodze indukcyjnej, podczas gdy wskrzeszenie jest właściwą całej naszej naturze odpowiedzią na to obce nam zjawisko. W stosunku do naszych zmarłych śmierć jest faktem, faktem w opisanych powyżej granicach, tzn. w granicach rozkładu, rozproszenia prochu, lecz nie jest to kres natomiast w stosunku do nas, do żyjących synów, śmiertelność to tylko wniosek indukcyjny [...] Zarówno nauki przyrodnicze w ogóle, jak i ich zastosowanie, medycyna, powinny przejść od gabinetowych, apteczno-terapeutycznych doświadczeń [...] do bezpośredniego, badawczego oddziaływania na trupy, a nawet, być może, do ich ożywienia, i czyż nie będzie to pierwszy krok na drodze do wskrzeszenia?" (Nikołaj Fiodorow, Filozofia wspólnego czynu, przełożyli Cezary Wodziński, i Michał Milczarek, wstępem poprzedził i przypisami opatrzył Michał Milczarek, wybrał Ryszard Łużny, wybór uzupełnił Michał Milczarek, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2012, s. 413-414; wyróżnienia za oryginałem).

Fiodorow jeszcze do cerkwi chodził, ale inny prototranshumanista, Aleksander Bogdanow, już nie zaprzątał sobie głowy przesądami religijnymi.

[11] Nikt nigdy nie czynił Sartre'owi zarzutu, że sfałszował myśl Dostojewskiego przytaczając ją w tej formie (co innego wnioski, jakie z niej wyciągał). Podobnie nikt nie czynił zarzutu na przykład Kołakowskiemu, że pisał w tej sprawie tak:

"Będę starał się argumentować za następującą, quasi-kartezjańską tezą: sławne powiedzenie Dostojewskiego: «Jeżeli nie ma Boga, to wszystko wolno» zachowuje ważność nie tylko jako reguła moralna (tę kwestię rozważę nieco dalej), ale także jako zasada epistemologiczna. Znaczy to, że tylko przy założeniu absolutnego Umysłu prawomocne jest używanie pojęcia "prawda" i przekonanie, że "prawda" może być zasadnie orzekana o naszej wiedzy" (książka cytowana w przypisie 5, s. 84).

[12] Uzasadnienie tego paradoksu to naiwna sofistyka. Na filmie słowa Žižka zostały zilustrowane - banalnie - demonicznym Osamą bin Ladenem oraz walącymi się wieżami WTC. Ale akurat Osama z pewnością nie był człowiekiem, który kierował się zasadą, że "wszystko jest dozwolone" i swoim ludziom mówił "róbta, co chceta". W jego odezwach, ze słynnymi fatwami włącznie, nietrudno znaleźć surowe i bezwarunkowe nakazy. Na przykład nakaz głoszący, że zabijanie Amerykanów oraz ich sojuszników, gdzie to tylko możliwe - zarówno cywilów, jak i żołnierzy - jest indywidualnym obowiązkiem każdego muzułmanina. Zatem według Osamy nie jest dozwolone, by muzułmanin uchylał się od tego obowiązku. Zob. Bernard Lewis, Faith and Power. Religion and Politics in the Middle East, Oxford University Press, Nowy Jork 2010, rozdział "License to Kill. Osama bin Ladin's Declaration of Jihad", drukowany wcześniej w listopadowo-grudniowym numerze "Foreign Affairs" z 1998 roku (a więc wtedy, gdy wieże WTC jeszcze stały), i poświęcony analizie obu fatw bin Ladena.

Natomiast jeszcze bardziej paradoksalna odwrotność frazy Dostojewskiego, ta rzekomo znana wszystkim analitykom prawda, iż "jeśli Boga nie ma, wtedy nic już nie jest dozwolone" (zob. wyżej przypis 4), jest według Žižka obecnie potwierdzana... "rozszerzającym się zakazem palenia" (Lacan, s. 136).

[13] Fiodor Dostojewski, Listy, przełożyli i komentarz opracowali Zbigniew Podgórzec i Ryszard Przybylski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1979, s. 452-453; wyróżnienie za oryginałem.

Zazwyczaj cytuje się z tego listu tylko mniejszy fragment (od "A teraz niech Pan sobie wyobrazi..." do "I nic nie będzie!") i wtedy nie widać, że Dostojewski próbuje tu jeszcze jakoś pogodzić ideę nieśmiertelności duszy (czyli istnienia Boga) z teorią ewolucji. Skoro bowiem jej zasadą jest przetrwanie, a ludzkość jako organizm musiałaby bez idei nieśmiertelności duszy dążyć do samozniszczenia, to znaczy, że idea ta jest niejako ewolucyjnie konieczna.

Nie jest to rozumowanie poprawne. Wzajemne pożeranie, czasem nawet własnego potomstwa, to także jeden z mechanizmów ewolucyjnych. Jeśli zatem w jakichś warunkach przetrwanie (przekazanie genów) wymaga właśnie poderżnięcia gardła lub ograbienia, to czemu nie?

Slavoj Žižek o Puszkinie, Hašku i Heglu
albo potęga fantazji

Cel radykalnej polityki lewicowej - pisze Slavoj Žižek w Rewolucji u bram - powinien zatem leżeć na antypodach nieograniczonego tolerancyjnego pluralizmu. Jej celem powinno być stworzenie przestrzeni publicznej, w której niektóre (rasistowskie na przykład) zdania i praktyki byłyby niedopuszczalne, a zatem po prostu niemożliwe - wykluczające ze wspólnej przestrzeni [1].
Wykluczenie ze wspólnej przestrzeni brzmi groźnie. Coś jak propozycja Iwana Bezdomnego, by Kanta posłać na trzy lata na Sołowki. Ale nie lękajcie się! Žižek ani rewolucji, ani nawet żadnej krzywdy wam nie zrobi, bo to rewolucjonista-gawędziarz. Tak samo niegroźny, jak niegroźni są dla niewiast tokujący erotomani-gawędziarze, którzy mogą je najwyżej zanudzić.

Owszem, żyje z tego gawędziarstwa, bo i z czego innego miałby żyć jako filozof. Toteż lubi czasem oszołomić erudycją i ekscentrycznymi skojarzeniami. Braci Marx, tych od Kaczej zupy, nie zestawi z Karolem Marxem, bo to byłoby zbyt banalne. Zamiast tego dopatrzy się w nich personifikacji trzech klasycznych freudowskich pojęć: superego, ego oraz id. Nie przejmując się tym, że jeszcze w Kaczej zupie braci występowało czterech [2].

W Rewolucji u bram ekscentrycznych pomysłów pour épater le bourgeois również nie brakuje. Przykładem może być Žižka "dowód na człowieczeństwo" Lenina. Otóż w przeciwieństwie do nazistów Lenin uważał, że gdy morduje się ludzi, należy powstrzymać się od słuchania Beethovena, gdyż "wciąż był niesłychanie wyczulony na nieredukowalny antagonizm pomiędzy sztuką a walką o władzę" (s. 376; ang. s. 198; wyróżnienie za oryginałem). Odwrotnego rozwiązania tego antagonizmu (słuchać Beethovena i powstrzymywać się od mordowania ludzi) Žižek nie rozpatruje.

Z oszałamiającą erudycją wychodzi mu trochę gorzej. Prawdę powiedziawszy, jest to często erudycja typu "wiem, że gdzieś dzwonią, ale nie pytajcie mnie o adres kościoła". Coś tam mu się kiedyś obiło o uszy, a ponieważ nie ma czasu sprawdzić - zmyśla. W dodatku robi to bez specjalnej potrzeby, na marginesie rozważań, niczym rozkapryszone dziecko, które pragnie za wszelką cenę przedłużyć swój popis, więc do opowiadanej bajki wciąż dorzuca nieistotne szczegóły. "Na samym początku Eugeniusza Oniegina Puszkin przedstawia scenę z kobietami śpiewającymi podczas zbierania truskawek na polu" (s. 426; ang. s. 221). Nie, nie na samym początku, ale bliżej środka (3, XXXIX) - i nie ma tam mowy o żadnych truskawkach! [3].

Czasem fantazje Žižka bywają bardziej rozbudowane:

Przywołajmy legendarną powieść Jaroslava Haška Przygody dobrego wojaka Szwejka, opowiadającą o perypetiach zwykłego czeskiego żołnierza, który rozbraja dowódców, wykonując ich rozkazy zbyt dosłownie. W pewnym momencie Szwejk znajduje się w okopach na linii frontu w Galicji, gdzie armia austriacka walczy z Rosjanami. Kiedy austriaccy żołnierze zaczynają strzelać, zdesperowany Szwejk wybiega na ziemię niczyją przed okopami i zaczyna machać i krzyczeć: "Nie strzelajcie! Tam po drugiej stronie są przecież ludzie!". Oto właśnie chodziło Leninowi, kiedy w lecie 1917 roku wzywał zmęczonych chłopów i inne masy pracujące do zaprzestania walki... etc. etc. (s. 381; ang. s. 200).
Wzruszającą scenę ze Szwejkiem wybiegającym przed okopy Žižek od początku do końca bezwstydnie zmyślił. W książce Haška nie ma niczego, co by ją chociaż trochę przypominało. Już choćby dlatego, że w całej tej "legendarnej powieści" (nb. w oryginale jest to "legendary comic novel"!) Szwejk ani razu nie znajduje się w jakichkolwiek okopach na linii jakiegokolwiek frontu. Jego oddział w ogóle nie walczy!

Wprawdzie w drugiej części czeskiej ekranizacji Przygód Szwejk wypowiada - aczkolwiek wyłącznie dzięki inwencji scenarzysty - dość podobną kwestię: "Zwariowaliście! Tu są ludzie!". Ale nawet tam nie ma żadnych okopów, austriaccy żołnierze nie strzelają do Rosjan, tylko sami są ostrzeliwani, Szwejk zaś, daleki od desperacji, ani nigdzie nie wybiega, ani nie macha i nie krzyczy, a chce jedynie spokojnie coś zjeść. Zero patosu. Zero protoleninowskich wezwań "do zaprzestania walki" [4].

Potrafi też Žižek roztaczać pozory erudycji nawet za pomocą bardzo starych anegdot, a przy tym jeszcze wszystko w nich poplątać:

Co jeśli fakt, że doświadczamy Lenina jako kogoś "z innej beczki", kogoś oderwanego od naszych ponowoczesnych czasów, oznacza dużo bardziej niepokojącą wiadomość, że to nasz czas jest "z innej beczki", że znika z niego pewien wymiar historyczny? Jeśli dla niektórych tego rodzaju twierdzenie wydaje się niebezpiecznie bliskie niesławnej uwadze Hegla, który gdy jego dedukcja, że wokół Słońca powinno krążyć tylko osiem planet, została obalona przez odkrycie dziewiątej planety (Plutona), rzekł: "A zatem tym gorzej dla faktów!", wtedy powinniśmy przygotować się na pełne uznanie tego paradoksu (s. 626-627; ang. s. 311).
"Niesławna uwaga" Hegla "tym gorzej dla faktów" to bajka. Hegel nigdy czegoś takiego nie powiedział. Również bajką jest opowieść, jakoby wydedukował, ile planet "powinno krążyć" wokół Słońca. Žižek powinien o tym wiedzieć, ponieważ wielokrotnie udawał znawcę heglizmu. A jeśli nawet ma nieprzepartą ochotę, by takie bajki powtarzać, niechże będą przynajmniej prawdopodobne! Przecież Pluton został odkryty niemal dokładnie sto lat po śmierci Hegla! [5].

Z drugiej strony wszystkie te Žižkowe zmyślenia i poplątania gładko się czyta. Rosjanie mówią o takich jak on: "Ради красного словца, не пожалеет и отца", czyli "Dla popisu nie pożałuje i ojca" [6]. Czemu więc miałby się przejmować Heglem?

[1] Slavoj Žižek, Rewolucja u bram. Pisma Lenina z roku 1917, przekład Julian Kutyła, Korporacja Ha!art, Kraków 2006, s. 534; wyróżnienie za oryginałem. Dalej w nawiasach okrągłych numery stron z tego wydania. Z dopiskiem "ang." będę podawał także strony wydania angielskiego: Revolution at the Gates. Žižek on Lenin, the 1917 Writings, Verso, Londyn - Nowy Jork 2002. W tym wydaniu jest to strona 270.

[2] Žižek przedstawia tę fantazję w filmie The Pervert's Guide to Cinema (2006). W polskiej edycji DVD (Z-Boczona historia kina) to mniej więcej 12-13 minuta I części. Tak w ogóle braci Marx było pięciu, ale Gummo zakończył karierę w ich epoce przedfilmowej. Natomiast Zeppo pojawił się w siedmiu filmach, choć po prawdzie zawsze jako tło dla pozostałej trójki.

Wg Žižka to jasne ("it's clear"), że Groucho, nerwowo nadaktywny, to superego, Chico, racjonalny i egoistyczny, to ego, a niemy Harpo, połączenie niewinności i zepsucia, to id. Ten sam niepoważny schemat powtarza Žižek w eseju o Tarkowskim - w każdym razie w jego polskim wydaniu, bo odpowiedniego akapitu brak w wersjach z "ARTMargins" i "Angelaki" - ale tym razem już z dystansem ("kiedyś zwrócono uwagę") i niebezkrytycznie ("trzeba było pozbyć się czwartego z braci"). Prawdopodobnie dlatego, że cytuje Lacana (Harpo jako przykład Rzeczy), który w cytowanym tekście mówi wcześniej o czterech braciach. Sam Freud prawdopodobnie nie oglądał żadnego filmu braci Marx, bo kina nie lubił.

Esej o Tarkowskim cytuję za: Slavoj Žižek, Lacrimae rerum. Kieślowski, Hitchcock, Tarkowski, Lynch, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011. Harpo i reszta braci pojawia się na stronach 200-201. Jeśli idzie o Lacana, zajrzałem do tego samego wydania, którym posłużył się Žižek: Jacques Lacan, The Ethics of Psychoanalysis 1959-1960, W. W. Norton & Company, Nowy Jork - Londyn 1992 (przekład Dennisa Portera). Harpo jako jeden z czterech braci Marx ("four Marx brothers") pojawia się na stronie 55.

Nb. polski tłumacz eseju o Tarkowskim, Julian Kutyła, przekładając Žižkowy cytat z Lacana w przypisie 5 na stronach 200-201, popełnia błąd, gdy określa Harpo mianem głupka ("Sam ten głupek wystarczy..."). Wprawdzie i angielskie dumb i francuskie muet są dwuznaczne, a Harpo czasem zachowuje się "jak głupek", ale Lacanowi bez wątpienia chodziło o jego niemotę. Pewnie dlatego Simon Critchley komentując tę wypowiedź Lacana poprawia przekład Portera i zamiast "This dumb man alone" daje "This mute on his own" (zob. Simon Critchley, Ethics, Politics, Subjectivity. Essays on Derrida, Levinas and contemporary French Thought, Verso 1999, s. 212).

Jedna z najsłynniejszych kwestii Groucho Marxa z Kaczej zupy, zazwyczaj powtarzana jako uniwersalny bon mot ("On mówi jak idiota i zachowuje się jak idiota, ale nie dajcie się nabrać - on naprawdę jest idiotą"), oryginalnie nie odnosiła się bynajmniej do Harpo, lecz właśnie do "racjonalnego" Chico ("Gentlemen, Chicolini here may talk like an idiot, and look like an idiot, but don't let that fool you: he really is an idiot").

O psychotycznej niemocie samego Lacana pod koniec życia pisze obszernie jego biografka.

"Sądząc, iż oto zdobył dostęp do zasadniczego rdzenia myśli, Lacan z namiętnością oddał się geometrii węzłów, splotów i końców nitki, aż w końcu sam się pogrążył w niemym stuporze nietzscheańskiej afazji" (Elisabeth Roudinesco, Jacques Lacan. Jego życie i myśl, przełożył Robert Reszke, Wydawnictwo KR, Warszawa 2005, s. 511; także smutny ostatni rozdział ósmej części zatytułowany "Nagrobek faraona", s. 567 i n.).

[3] Scenę tę nietrudno znaleźć, gdyż następuje tuż przed pieśnią dziewcząt, jedynym kawałkiem Eugeniusza Oniegina, który nie został napisany jambem. W żadnym wypadku nie jest to "początek", ani tym bardziej "sam początek" Oniegina, skoro Tatiana zdążyła już posłać Eugeniuszowi swój list.

Jeśli idzie o to, co zbierają kobiety, w rosyjskim oryginale odpowiedni wers brzmi: "Сбирали ягоды въ кустахъ". W pierwodruku (Евгенiй Онѣгинъ, романъ въ стихахъ, Санктпетербургъ 1833) znajduje się on na stronie 96. Adam Ważyk przekłada ягоды jako jagody ("Dziewczyny, z chruścin zbierające / Jagody [...]"; Aleksander Puszkin, Eugeniusz Oniegin, Ossolineum, Wrocław 1993, s. 89). Tak samo zrobił Vladimir Nabokov ("berries"). Ale w komentarzu do swojego przekładu Nabokov podaje, że w różnych zaniechanych szkicach i wariantach pojawia się agrest, maliny, a nawet jagody berberysu (kwaśnicy), jeśli dobrze rozumiem angielskie "scarlet barberries". Wprowadzenia truskawek Puszkin nie rozważał. Zob. Aleksandr Sergeevich Pushkin, Eugene Onegin. A Novel in Verse, translated by Vladimir Nabokov, vol. II: Commentary and Index, Princeton University Press, 1991, s. 407.

Nb. Nabokov w drugim rozdziale pierwszej części Ady parodiuje również i tę scenę z Eugeniusza Oniegina. W jego antyterrańskiej wersji odziane w szarawary (!) dziewczyny służebne tym razem zrywają "z gałęzi drzew owocowych prawoślaz i fistaszki". Zob. Vladimir Nabokov, Ada albo Żar. Kronika rodzinna, przełożył Leszek Engelking, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2009, s. 24. W oryginale: "[...] servant girls in sharovars [...] were busy plucking marshmallows and peanuts from the branches of fruit trees" (Vladimir Nabokov, Ada or Ardor. A Family Chronicle, Vintage 1990, s. 11). 'Marshmallow' to rzeczywiście ziemski prawoślaz lekarski, ale również bardzo popularna w USA pianka cukrowa. Nie jest więc wykluczone, że na Antyterze rośnie ona na drzewach jak fistaszki. W każdym razie amerykański czytelnik Ady nie mógłby o niej przy tej okazji nie pomyśleć, a kto oglądał Pogromców duchów (Ghostbusters, 1984), ten wie, jak straszliwe mogą być tego skutki.

A jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił, to na koniec przypomnę, że po słoweńsku (Žižek jest bowiem Słoweńcem) 'jagoda' to właśnie 'truskawka'. Jeszcze zabawniejsze rzeczy powstają, gdy Žižek próbuje wyjaśniać cudzoziemcom niuanse języka polskiego (którego nie zna). Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech przeczyta w OSOBACH: "«W kolejce do burdelu». Slavoj Žižek fantazjuje o Jarosławie Kaczyńskim".

[4] Reżyserem i scenarzystą tego filmu zatytułowanego Melduję posłusznie (Poslušně hlásím) był Karel Steklý. Kwestia "Zwariowaliście! Tu są ludzie!" (Co blázníte, vždyt' tady jsou lidi!) pojawia się pod sam koniec, mniej więcej w 94 minucie. Nb. charakterystyka Szwejka jako "żołnierza, który rozbraja dowódców", to na szczęście tylko wkład tłumacza, tak właśnie spolszczającego zwrot "soldier who undermines those in command".

Przerabianie Szwejka na deklamatora ckliwych frazesów humanizmu socjalistycznego to doprawdy niezła chucpa. Wystarczy przypomnieć sobie choćby jego perorę z pierwszego rozdziału, w której dowodzi, że "wojna z Turkami musi być" i kończy ją cynicznym: "Ej, będzie rzeź, aż miło!" (Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, tom I, przełożył z czeskiego Paweł Hulka-Laskowski, przedmową opatrzył Witold Nawrocki, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1970, s. 45).

[Dopisek] Žižek, zręczny handlarz używanym towarem, znów powtarza to swoje szwejkowe zmyślenie już na pierwszej stronie grubaśnego dzieła o Heglu. Zob. Slavoj Žižek, Less than Nothing. Hegel and the Shadow of Dialectical Materialism, Verso, Londyn - Nowy Jork 2012: "There are two opposed types of stupidity. [...] In literature, one cannot avoid recalling Jaroslav Hašek's good soldier Švejk, who, when he saw soldiers shooting from their trenches at the enemy soldiers, ran into no-man's land and started to shout: «Stop shooting, there are people on the other side!»".

Podobnych filmowych zmyśleń można zresztą znaleźć u Žižka znacznie więcej.

"W scenie z filmu Sztuka zrywania zdenerwowany Vince Vaughn z wrzaskiem wyrzuca Jennifer Aniston: «Chciałaś, żebym pozmywał naczynia, i zmywam naczynia - na czym polega problem?». A ona odpowiada: «Nie chcę, żebyś zmywał naczynia - chcę, żebyś chciał zmywać naczynia!». Na tym polega minimalna refleksyjność pragnienia, jego «terrorystyczne» żądanie: chcę nie tylko, żebyś zrobił to, czego ja chcę, ale żebyś zrobił to tak, jakbyś naprawdę tego chciał - chcę mieć wpływ nie tylko na to, co robisz, ale też na to, czego pragniesz. Najgorszą rzeczą, jaką można wtedy zrobić, nawet gorszą niż nierobienie tego, co chcę, żebyś robił, jest robienie tego, ale niechętnie...".

W rzeczywistości w tej scenie Vince Vaughn nie pozmywał nawet jednego talerza, a Jennifer nie chciała mieć wpływu na jego pragnienia. Chciała tylko, by zauważył, że jest zmęczona i pomógł jej niezależnie od swoich aktualnych pragnień (akurat rozwalony na kanapie gra sobie w grę komputerową). By chciał to zrobić dla niej. Podobnie jak mógłby czasem pójść z nią na balet, chociaż baletu nie cierpi. Chodzi jej o czyny, a nie o to, by pokochał zmywanie i balet.

Tyle że to już zupełnie nie nadaje się na ilustrację filozoficznych wywodów o terrorystycznych żądaniach pragnienia. Nb. Jennifer jest raczej kantystką i w jej ustach "chciał zmywać naczynia" nie znaczy "chciał pragnąć zmywać naczynia". Przeciwnie, gdyby Vince zabrał się za zmywanie naczyń wbrew swoim aktualnym pragnieniom, jego czyn miałby dla niej jeszcze większą wartość.

Cytuję za: Slavoj Žižek, W obronie przegranych spraw, przełożył Julian Kutyła, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008. Korzystałem z wydania elektronicznego przygotowanego przez eLib.pl. Cytat znajduje się w podrozdziale "Zasłona dobrego wychowania" pierwszego rozdziału pierwszej części; wyróżnienie a oryginałem. W nazwisku Jennifer Aniston poprawiłem literówkę obecną także w angielskim pierwodruku.

[Kolejny dopisek] Czarnej Pantery, ekranizacji jednego z komiksów Marvela, Žižek chyba w ogóle nie widział, ale żadną miarą nie przeszkodziło mu to w napisaniu demaskatorskiej recenzji (Quasi Duo Fantasias: A Straussian Reading of "Black Panther", lareviewofbooks.org, 3 marca 2018). Zdemaskował tam między innymi "mistrzowskie posunięcie w ideologicznej manipulacji" (masterful stroke of ideological manipulation), polegające na tym, że film (a wcześniej komiks) ukradł nazwę istniejącego niegdyś ruchu, Partii Czarnych Panter (The Black Panther Party). Rzekomo po to, by odtąd Czarna Pantera nie kojarzyła się z realnymi murzyńskimi radykałami, ale z bajkowym afrykańskim królem. W rzeczywistości było akurat odwrotnie. Komiks Marvela z królem Czarną Panterą ukazał się w lipcu 1966 roku, natomiast ruch Czarnych Panter powstał w październiku 1966 - tak więc to raczej oni kradli. Są to wszystko wiadomości elementarne i powszechnie znane.

[5] Dla koneserów i dla tych, którzy mogliby podejrzewać, że może poplątał tu coś tłumacz albo polska redakcja, raz jeszcze ten cytat w oryginale:

"What if the fact that we experience Lenin as irrelevant, «out of sync» with our postmodern times, imparts the much more unsettling message that our time itself is «out of sync», that a certain historical dimension is disappearing from it? If, to some people, such an assertion appears dangerously close to Hegel’s infamous quip when his deduction that there should be only eight planets circulating around the Sun was proved wrong by the discovery of the ninth planet (Pluto): «So much the worse for the facts!», then we should be ready fully to assume this paradox".

Nb. podawanie konkretnej liczby planet "wydedukowanej" przez Hegla jest ryzykowne, bo ówczesna definicja planety nie pokrywa się z definicjami dwudziestowiecznymi, jak również z definicją aktualną (zgodnie z którą Pluton niedawno przestał być planetą). A z kolei zgodnie z tą ówczesną definicją za życia Hegla planet było więcej niż dzisiaj.

Kto zaś chciałby dokładnie wiedzieć, czego Hegel nie powiedział, niech przeczyta w DODATKACH: "Hegel, planety i powiedzenie «Tym gorzej dla faktów»".

[6] Oscar Wilde zaś wkłada w usta Doriana Graya słowa: "Ty, Harry, poświęciłbyś cały świat dla epigramu". Harry to Lord Henry Wotton, a Dorian odpowiada w ten sposób na jego epigram, poniekąd dla samego Wilde'a proroczy, że "podstawą każdej plotki jest niemoralna pewność" (zob. Oskar Wilde, Portret Doriana Graya, tłumaczyła Maria Feldmanowa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1957, s. 255).

Tej wymiany zdań między Lordem Henrym a Dorianem nie ma w pierwszej wersji Portretu, którą Wilde dał do "Lippincott's Monthly Magazine". Ukazała się tam w numerze lipcowym z roku 1890, ale trochę poprzystrzygana przez wydawcę z homoseksualnych aluzyj (jednak pełna oryginalna wersja jest już od kilku lat dostępna: Oscar Wilde, The Picture of Dorian Gray. An Annotated, Uncensored Edition, redakcja Nicholas Frankel, The Belknap Press of Harvard University Press 2011). Bon mot Doriana pojawia się dopiero w zmienionym i rozszerzonym wydaniu książkowym z roku 1891. Zob. Oscar Wilde, The Picture of Dorian Gray, Ward Lock and Co., Londyn - Nowy Jork - Melbourne 1891, s. 304: "The basis of every scandal is an immoral certainty," said Lord Henry, lighting a cigarette. "You would sacrifice anybody, Harry, for the sake of an epigram".