EBENEZER ROJT

Jerzy Prokopiuk o kulcie maryjnym
albo każdemu taki spadek, na jaki zasłużył

W wieczności nadbytuje, tzn. bytuje-i-nie bytuje - w swej istocie nie dający się wyobrazić i opisać - Absolut - Nad-Bóstwo - Sigé gnostyków, Jedno Plotyna, Gottheit Mistrza Eckharta, Ungrund Boehmego - apofatyczne "Oko Cyklonu": Cisza, Milczenie, Spokój.
- tak Jerzy Prokopiuk, znany popularyzator ezoteryki dla każdego i tłumacz, zaczyna prezentację swego aktualnego (z 6 maja 2016) światopoglądu [1]. Sam jednak nigdy nie próbował naśladować tego Najwyższego Wzoru i trwać w ciszy, milczeniu i spokoju. Dołączona do światopoglądu lista publikacji jest chyba z dziesięć razy od niego dłuższa, a wśród pism, z którymi Prokopiuk współpracował, znajdują się nie tylko "Studia Filozoficzne", ale również "Politechnik", "Polityka", "Trzecie Oko", "Czwarty Wymiar", a nawet "Nie" i "Fakty i Mity". To dopiero apostolstwo prawdziwie powszechne i niewybredne!

Niestety, Prokopiuk pisze, przepisuje i kompiluje nie tylko dużo i szybko, lecz także niestarannie, choć zdawałoby się, że właśnie sumienność i rzetelność nie z tej ziemi powinna być pierwszą cechą prawdziwego ezoteryka. Albowiem powiedziano przecież: "kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie".

Ponieważ "Kompromitacjom" wstrętne są ogólniki, wziąłem z tego zatrzęsienia spraw dziwnych i tajemnych tylko jedną publikację: niewielką rozprawkę pod tytułem Powrót Bogini, którą Prokopiuk wydrukował najpierw jako wstęp do Białej Bogini Roberta Gravesa [2], potem przedrukował we własnej książce Jestem heretykiem [3], aż wreszcie zamieścił w internecie, gdzie każdy może ją za darmo przeczytać [4]. Musi więc chyba być z niej bardzo zadowolony.

Bogini w tytule to Bogini Wielka Matka, którą podobno "znają - lub znały, a jedynie o niej zapomniały - wszystkie ludy Ziemi" i która "może była jeszcze Bóstwem Atlantydy lub przynajmniej ocalałych z niej rozbitków" (czego rzecz jasna sucha i ciasna nauka - oficjalna, jak lubią mawiać ezoterycy - nie potwierdza nawet porozumiewawczym mrugnięciem). Jest tam jednak też trochę wywodów na temat chrześcijańskiej Matki Boskiej, to znaczy Maryi, matki Jezusa z Nazaretu. I tu właśnie zaczynają się schody. Podkreślam przy tym z naciskiem, że będzie teraz mowa nie o jakichś dzikich ezoteryzmach albo o subtelnych interpretacjach wymagających piętrowego wtajemniczenia, ale o rzeczach naprawdę elementarnych, z których można przepytać studenta na pierwszym roku religioznawstwa i odesłać go do poprawki, gdy nie umie.

Pięć przykładów.

Pisze Prokopiuk:

Ewangelie podkreślają znaczenie jej [Maryi] dziewictwa i posłuszeństwa woli Bożej, św. Paweł w Listach przypisuje jej wyjątkowość więzi łączącej ją z Jezusem jako Synem Bożym.
Z tymi Ewangeliami to od biedy prawda, choć o dziewictwie Maryi wspominają tylko dwie, Zwiastowanie zaś, podczas którego padają znamienne słowa Idou he doule kyriou (Oto [ja] niewolnica Pana), opisane zostało jedynie w Ewangelii św. Łukasza. Natomiast św. Paweł nie pisze o Maryi literalnie nic! W jednym tylko miejscu, w czwartym rozdziale Listu do Galatów, znaleźć można drobny ślad: "Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty (genomenon ek gynaikos)". Ta niewiasta bez imienia to właśnie Maryja, a przypisywanie jej przez św. Pawła wyjątkowej więzi etc., Prokopiuk najzwyczajniej zmyślił.

Po czym tak się rozpędził, że w jednym zdaniu, wprawdzie bardzo długim i dopełnionym nawiasem, udało mu się pomieścić aż cztery kolejne zmyślenia:

Zrazu, jeszcze w judeochrześcijaństwie, pozostającym pod silnym wpływem żydowskiego jahwizmu, żyje ona [Maryja] jeszcze "w ukryciu", w pierwszych wiekach naszej ery bywa wręcz deprecjonowana: dla św. Ambrożego (339-397) Maria była zwykłym człowiekiem, wybranym przez Boga "naczyniem" i "świątynią", i nie było wolno się do niej modlić; znany nam już św. Epifaniusz - przypomnijmy - mówił: "Niech czczeni będą: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty, ale niech nikt nie czci Marii"; papież Anastazy I (zm. 402 r.) poszedł zaś jeszcze dalej: "Niech nikt nie nazywa Marii Matką Bożą, bo Maria była tylko kobietą, i niemożliwe jest, aby Bóg był zrodzony z kobiety". (Na przeciwległym biegunie znajdujemy św. Ludwika Marię Grignion de Montforta (1673-1716) i jego Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny (Warszawa 1997), wielkiego czciciela Marii, głoszącego, że ma ona władzę absolutną nawet nad samym Bogiem.)
Deprecjacja Maryi przez św. Ambrożego to nonsens. Nie bez racji wybitny jezuicki teolog, Hugo Rahner (brat sławniejszego Karla Rahnera), nazwał św. Ambrożego "Maryjnym Doktorem Kościoła" [5]. Odwrotnie, można by Ambrożemu raczej zarzucić, że dopowiada Maryi wzniosłe racje postępowania, które nie mają oparcia w tekście biblijnym. Na przykład przypuszcza, że Maryja była pod krzyżem gotowa nawet na śmierć dla wspomożenia zbawczego dzieła swego Syna - choć naturalnie taka potrzeba nie istniała [6].

Św. Epifaniusz nigdy nie twierdził, by w ogóle nie czcić Maryi. Prokopiuk zamiast przeczytać samego Epifaniusza wziął ten cytat w ciemno z książki Geoffreya Ashe'a The Virgin (Routledge & Kegan Paul, Londyn 1976, s. 150-151). Tymczasem Ashe tam poszachrował, opuszczając z premedytacją początek zdania, gdzie święty powiada wyraźnie, że również Maria powinna być czczona, tyle że innym rodzajem czci [7].

Papież Anastazy I (nb. też święty Kościoła katolickiego) nigdy nie powiedział tego, co mu Prokopiuk przypisuje ("Niech nikt nie nazywa Marii Matką Bożą..."). Chodzi o zupełnie innego Anastazego: prezbitera, który - jak opowiada w swojej Historii Kościoła Sokrates Scholastyk - "sprowadził Nestoriusza na manowce bezbożności". Kto ciekaw, jak do tego nieszczęścia doszło, może o tym poczytać w przypisie [8].

Podobnie św. Ludwik Maria Grignion de Montfort nigdy nie głosił, jakoby Maryja miała "władzę absolutną nawet nad samym Bogiem". Przeciwnie, już na samym początku Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny wyznaje:

Wraz z całym Kościołem wyznaję, że Maryja, będąc jedynie czystym stworzeniem, które wyszło z rąk Najwyższego, w porównaniu z Jego nieskończonym Majestatem jest mniejsza od atomu [to nie pomysł współczesnej tłumaczki - w oryginale rzeczywiście jest est moindre qu'un atome], a raczej w ogóle jest niczym, ponieważ tylko On jest "Tym, który jest", i że tym samym ten wielki Pan, zawsze niezależny i samowystarczalny, w żadnym razie nie potrzebował ani nie potrzebuje Najświętszej Dziewicy do spełnienia swojej woli i objawienia swojej chwały. Wystarczy mu tylko chcieć, aby uczynić wszystko [9].
Kilka lat po wydrukowaniu tych wszystkich bałamuctw Jerzy Prokopiuk napisał, a potem ogłosił list skierowany do samego Pana Jezusa, z którego przytoczę tutaj obszerne wyjątki, ponieważ jest to dokument dla dziejów polskiego ezoteryzmu wprost nieoceniony [10].

List do Chrystusa Jezusa

7.01.2005

Mocarny Panie,
Władco Losów Człowieczych,
Chryste Jezu!

Jest początek 2005 roku Twojej Ery i oto ja, Jerzy Prokopiuk, jeden z Twoich, być może, synów, być może, braci, uważający się za gnostyka i antropozofa, Polak z przełomu XX i XXI wieku, tłumacz, eseista, autor kilku książek, popularyzator idei ezoterycznych - siadam w stolicy mojego kraju, Warszawie, w moim mieszkaniu, przy biurku, by - listownie - przedstawić i ocenić mój obecny stan życiowy - w relacji do Ciebie.

Następnie przypomniał pokrótce Panu Jezusowi swoje życie ("Urodziłem się 5 czerwca 1931 (w Warszawie)..."), zaznaczył, że jest ochrzczony, że miał w czasie dojrzewania "fazę iście dewocyjnego rozmodlenia", ale na mszach się nudził. Że potem zainteresował się ezoteryką, a nawet miał epizod "wywoływania Diabła" etc. etc. etc. Po czym przeszedł gładko do skarg i zażaleń [11].
Pierwszą rysą w gmachu mojej wiary stała się śmierć mojej Matki w 1967 roku. A potem kolejno pojawiały się następne: niemożność wyzwolenia się z homoseksualizmu, mimo próśb i błagań zanoszonych do Ciebie, niepowodzenie związku z Małgosią G. z lat 1977-1981, a jeszcze wcześniej - narastający konflikt z Ojcem, wreszcie zaś odrzucenie mnie przez Christengemeinschaft [to tacy antropozoficzni chrześcijanie].

Ale o upadku mojej wiary zdecydowała inna seria wydarzeń: odrzucenie mnie przez polskich antropozofów w 1991 roku, także przez jungistów w jakiś czas potem, niepowodzenie alternatywne [chyba powinno być "alternatywnego"] pisma "Gnosis", stopniowa utrata wzroku - dziś jestem już bliski ślepoty - nieznalezienie partnera czy choćby partnerki życiowej, krach finansowy (od roku 2001).

Wszystkiego tego nie jest w stanie zrekompensować pasmo moich sukcesów publicystyczno-wydawniczych (450 drukowanych tekstów, 120 przełożonych i wydanych książek, 8 książek własnych).

Wszystkie te losowe wydarzenia podkopywały moją ufność w Ciebie. (Pociechy nie znalazłem nawet w objęciach Wielkiej Bogini Matki [to właśnie ta z Atlantydy], do której zwracałem się w latach 1998-2004 - bezskutecznie). A wreszcie - choć to już tylko błahostka - od trzech czy już czterech lat nie mogę się doprosić - Ciebie, Anioła Opiekuńczego czy Losu? - otrzymania skromnego spadku, który formalnie otrzymałem. (A pomógłby mi on w mojej mizerii materialnej, umożliwił operację okulistyczną, dał możność pomożenia ludziom, czy także wyemigrowanie z kraju, któremu grozi "czarna zaraza" rządów Kościoła rzymskiego).

Jak z tego widać, prośby Jerzego Prokopiuka kierowane do Pana Jezusa są bardzo życiowe i bardzo umiarkowane: lepszy wzrok na starość, do tego 14-16-letni efeb u boku [12] plus skromny spadek.

Nie można też mu zarzucić kwietyzmu - że zamiast wziąć ziemskie sprawy w swoje ręce, poprzestaje tylko na zanudzaniu wyższych instancji niebieskich swoimi problemami. Aby nie spełniła się "«czarna zaraza» rządów Kościoła rzymskiego", Jerzy Prokopiuk zapisał się bowiem do Antyklerykalnej Partii Postępu "Racja" [13], zainicjowanej przez byłego księdza, Romana Kotlińskiego (tego od "Faktów i Mitów", który później trafił do partii Janusza Palikota, a jeszcze później do aresztu).

Ale to wszystko na nic:

Od lat błagam Cię o pomoc - a Ty milczysz.

Nie powołuję się na moje zasługi dla Ciebie - na pół wieku pracy z myślą o Tobie.

Pytam tylko: Dlaczego ja mogłem pomóc Ci w miarę moich słabych ludzkich sił, a Ty nie pomagasz mi, kiedy to ja znalazłem się w palącej potrzebie?!

[...]

Dlaczego milczysz?

Nie rozumiem.

Czemuż tedy Pan Jezus milczy? Pan Prokopiuk tego nie rozumie.

Napisał wcześniej tyle niedorzeczności o Jego mamusi i jeszcze się dziwi [14].

[1] Strona "Jerzy Prokopiuk" projektu "Kultura polska wobec zachodniej filozofii ezoterycznej w latach 1890-1939" w domenie Uniwersytetu Gdańskiego.

[2] Jerzy Prokopiuk, Powrót Bogini, wstęp do: Robert Graves, Biała Bogini, przełożył Ireneusz Kania, Wydawnictwo Alfa, Warszawa 2000, s. 7-30. Nb. Wydawnictwo Aletheia wznawiając tę książkę w roku 2011 nie zdecydowało się na wykorzystanie wstępu Prokopiuka.

[3] Jerzy Prokopiuk, Jestem heretykiem. Ogdoada gnostycka, Studio Astropsychologii, Białystok 2004 (jako pierwszy rozdział w dziale "Okultyzm").

[4] Jerzy Prokopiuk, witryna internetowa "Gnosis", Powrót Bogini, Cz. V. 1 i Cz. V. 2. Dalej cytuję właśnie tę wersję.

[5] Nb. to za jego sprawą papież Paweł VI nazwał Maryję - cytując przy tej okazji właśnie św. Ambrożego! - "Matką Kościoła". Zob. też Konstytucja dogmatyczna o Kościele "Lumen Gentium" soboru watykańskiego II, rozdział VIII, 63: "Boża Rodzicielka jest, jak uczył już św. Ambroży, pierwowzorem (typus) Kościoła, w porządku mianowicie wiary, miłości i doskonałego zjednoczenia z Chrystusem".

[6] "Lecz i Maria tak, jak na Matkę Chrystusa przystało, stała pod krzyżem i miłującymi oczami przypatrywała się ranom Syna; nie czekała na śmierć (swego) Dziecka, lecz na zbawienie świata. Może też, widząc, że śmierć Syna świat odkupi, uważając siebie za królewski dwór sądziła, iż swoją śmiercią dla publicznego dobra czymś się przyczyni" (Św. Ambroży, Wykład ewangelii według św. Łukasza, przełożył o. Władysław Szołdrski, opracował i wstępem opatrzył o. Andrzej Bogucki, Akademia Teologii Katolickiej, Warszawa 1977, s. 451; księga X, rozdział 132).

Przekład jest dość swobodny, ale zwróćcie uwagę, że Maryja jest tu przez św. Ambrożego nazywana Matką Chrystusa (mater Christi) i porównana do królewskiego pałacu (aula regalis). Gdzież tu deprecjacja?

Dla koneserów to samo w oryginale:

"Sed nec Maria minor quam matrem Christi decebat, fugientibus apostolis ante crucem stabat, et piis spectabat oculis Filii vulnera: quia exspectabat non pignoris mortem, sed mundi salutem. Aut fortasse quia cognoverat per Filii mortem mundi redemtionem, aula regalis putabat se et sua morte publico muneri aliquid addituram" (Expositio evangelii secundum Lucam, [w:] Sancti Ambrosii Opera omnia, tomus tertius, Paryż 1836, s. 127).

[7] Zwrócił mi na to uprzejmie uwagę pan Andrzej Skurdo, pisząc w liście, że umieszczenie św. Epifaniusza z Salaminy "w szeregu «pomniejszycieli» Matki Boskiej jest również absurdem. W swoim dziele Panarion (79.7.5), omawiając herezję kollyrydian, protestuje on tylko przeciwko oddawaniu Maryi czci boskiej, nie zaś przeciwko oddawaniu Jej jakiejkolwiek czci".

Rzecz właśnie w tym, że w greckim oryginale (En time esto Maria; ho de Pater, kai Hyios, kai hagion Pneuma proskyneistho, ten Marian medeis proskyneito) używa się dwóch różnych słów na określenie czci: time i proskynesis. Ich zakres znaczeniowy częściowo się pokrywa, ale time to zasadniczo cześć oddawana wielkim bohaterom, herosom, półbogom, czy też bogom mniejszym. Na time zasługuje na przykład Achilles, Herakles albo Demeter.

Natomiast proskynesis to cześć w stopniu najwyższym, taka z padaniem na twarz, czy też ze zgięciem kolana, o którym pisze św. Paweł w Liście do Filipian ("aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych"). Zatem zarezerwowana dla Najwyższego.

Denis Pétau (Dionysius Petavius), który Panarion Epifaniusza przełożył na łacinę, próbował oddać tę różnicę tak: "Honoretur sane Maria: Pater vero, Filius et Spiritus sanctus adorentur; Mariam adorare nemo velit". Czyli dla Marii honoro (słownikowo: czcić, poważać, honorować), a dla Trójcy - adoro (błagać, oddawać cześć modlitewną, wielbić). W angielskim przekładzie Franka Williamsa jest podobnie: "Mary should be honored, but the Father, the Son and the Holy Spirit should be worshiped; no one should worship Mary".

Jednak znowu nie są to pola znaczeń dokładnie rozłączne. Jeszcze większy problem powstaje przy próbie przełożenia tego zdania na współczesną polszczyznę, w której dziś czci się na przykład pamięć zmarłego dziadka, a uwielbiać albo nawet ubóstwiać można także i kremówki.

Pan Andrzej Skurdo zaproponował następujące rozwiązanie: "Niech Maryja będzie wysławiana; Ojciec zaś, Syn i Duch Święty niechaj będą uwielbiani; niech nikt nie uwielbia Maryi". I oczywiście może tak być, ale bez dodatkowego komentarza, jak rozumieć to wysławianie i uwielbianie, dalej się nie obejdzie. Tym bardziej, że mamy już po polsku Jezusa mówiącego "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom".

(Panarion cytuję za starą edycją w Patrologia Graeca Migne'a, tom XLII, tekst łaciński to kolumna 751, a grecki - 752. Przekład angielski z: The Panarion of Epiphanius of Salamis Books II and III. De Fide, wydanie drugie, zmienione, przełożył Frank Williams, Brill, Lejda - Boston 2013, s. 643. Oba te źródła wskazał mi również pan Andrzej Skurdo).

Przy okazji jeszcze słówko o kollyrydianach, bo to ich zuchwała herezja skłoniła św. Epifaniusza do podkreślenia, że Marię wypada czcić jakoś inaczej niż osoby Trójcy.

Wszystko, co o kollyrydianach wiemy, a co popularne słowniki herezji ujmują w zaledwie kilkunastu linijkach (por. np. Hervé Masson, Słownik herezji w Kościele katolickim, s. 172), wiemy od Epifaniusza, który z kolei jedynie o nich słyszał (Panarion 79, 1, 2). Autor streszczenia (anacephalaeosis) do siódmego tomu Panarionu - ale prawie na pewno nie był nim sam Epifaniusz - pisze, że heretycy ci składają w ofierze Marii bułeczki, kollyris, więc dlatego nazwał ich kollyrydianami, czyli po naszemu bułeczkowcami albo bajgiełkowcami (bo zdaje się, że ich pieczywo przypominało późniejsze bajgiełki). Podobno spożywali te bułeczki potem wspólnie, co musiało rzecz jasna nasuwać skojarzenia z Eucharystią. I pewnie budzić zgorszenie.

Epifaniusz twierdził, że sekta ta jest czynna w Arabii (dokąd przyszła z Tracji) i nie bez satysfakcji podkreślał, że jej doktryna to wymysł kobiet, córek zwiedzionej Ewy, czyli istot niestałych i skłonnych do błędu. Być może dlatego - mając na oku również czytelniczki - wielokrotnie i na różne sposoby objaśnia, że Maryja nie jest bogiem. Gdyby więc ktoś przeczytał jedynie kilka wyrwanych zdań tylko z tej księgi przeciw kollyrydianom, mógłby w istocie dojść do wniosku, że Epifaniusz uparcie Maryję pomniejsza.

Co innego, gdy zważy się, że wcześniejszą księgę, dwukrotnie obszerniejszą, poświęcił herezji antydikomarianitów, którzy rzeczywiście pomniejszali Maryję. Odważali się mianowicie mówić, że święta Maria po zrodzeniu Chrystusa obcowała z mężczyzną (etolmesan legein ten hagian Marian meta ten tou Christou gennesin andri synephthai; Panarion 78, 1, 3). To jest ma się rozumieć obcowała wyłącznie z Józefem, ale i tak nie pozostała dziewicą. Dla Epifaniusza było to wielkie bluźnierstwo. Uważał, że Maryja zajmuje szczególne miejsce w ekonomii zbawienia, jest bowiem "Matką żyjących" (meter zonton, 78, 18, 1), co zresztą również zostało przywołane - jak cytowane w przypisie 5 słowa św. Ambrożego - w Konstytucji dogmatycznej o Kościele "Lumen Gentium" soboru watykańskiego II (rozdział VIII, 56). Taki to więc był ze świętego Epifaniusza "pomniejszyciel" Maryi.

I już całkiem na koniec. Z Rzymu do Arabii daleko, więc sekta kollyrydian czcząca Maryję niczym boginię prawdopodobnie przetrwała jeszcze kilka wieków. Pośrednim dowodem na to jest Koran. Według autora tej księgi chrześcijańska Trójca składa się bowiem z Boga (Ojca), Jezusa i właśnie Maryi! Można o tym przeczytać w surze piątej (Al-Maida, Stół zastawiony):

I oto powiedział Bóg: / "O Jezusie, synu Marii! / Czy ty powiedziałeś ludziom: / «Bierzcie mnie i moją matkę / za dwa bóstwa, poza Bogiem?»" (wers 116; przekład Józefa Bielawskiego).

Wygląda na to, że duch, który przedstawił się Mahometowi jako archanioł Gabriel i potem podobno podyktował mu Koran, również nie czytał Epifaniusza.

[8] "W towarzystwie jego [tj. Nestoriusza] przebywał Anastazy, prezbiter, który razem z nim wyruszył z Antiochii. Nestoriusz darzył go wielkim szacunkiem, a w działalności swej zasięgał jego rady. Pewnego razu, Anastazy wygłaszając w kościele naukę powiedział: «Niech nikt nie nazywa Maryi Bogarodzicielką. Maryja bowiem była człowiekiem; a niemożliwością jest, aby Bóg był zrodzony przez człowieka». Zasłyszane słowa zaniepokoiły wielu, i to zarówno duchownych, jak i cały ogół świeckich. [...] Gdy więc, jak powiedziałem, wszczął się zamęt w kościele, Nestoriusz, usiłując poprzeć swym autorytetem słowa Anastazego - nie chciał bowiem, aby szanowanemu przezeń prezbiterowi udowodniono, że jest bluźniercą - nieustannie wygłaszał na ten temat po kościołach nauki, z coraz to większym uporem roztrząsając tę samą kwestię i za każdym razem odrzucając nazwę Bogarodzicielki. Ponieważ zagadnienie to każdy rozumiał inaczej, rozłam powstał w Kościele. I zupełnie jak gdyby stanęli do walki pośród nocy ciemnej, raz mówili to, raz co innego; na coś niby się zgadzali, a jednocześnie temu ostro zaprzeczali.

[...]

Co do mnie, kiedy czytałem wydane przez Nestoriusza rozprawy, doszedłem do wniosku, że ten człowiek jest ignorantem, i mogę przedstawić obraz zgodny z prawdą. [...] Po prostu jak straszydła lęka się jedynego tylko określenia: Bogarodzicielka. Ten jego lęk jest wynikiem poważnego braku wykształcenia. Miał warunki przyrodzone na krasomówcę, a co do wykształcenia - owszem, uchodził za wykształconego, ale w rzeczywistości był nieukiem; i nawet nie raczył się zapoznać z księgami dawniejszych komentatorów. Odurzony bowiem swą łatwością wysłowienia, z małą uwagą traktował dawnych pisarzy, a siebie samego uważał za lepszego od wszystkich" (Sokrates Scholastyk, Historia Kościoła, z języka greckiego przełożył Stefan Józef Kazikowski, wstępem poprzedziła Ewa Wipszycka, komentarzem opatrzył Adam Ziółkowski, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1986, s. 540-542; księga VII, rozdział 32).

Heretyk Prokopiuk mógłby się tedy przejrzeć w heretyku Nestoriuszu niczym w lustrze.

[9] Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, Pisma wybrane. Miłość Mądrości Przedwiecznej. List okólny do Przyjaciół Krzyża. Tajemnica Maryi. Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, przełożyły Aleksandra Frej i Agnieszka Kuryś, Wydawnictwo Księży Marianów MIC, Warszawa 2008, s. 388-389.

[10] Jerzy Prokopiuk, Luciferiana. Między Lucyferem a Chrystusem, Wydawnictwo KOS, Katowice 2009, s. 191-194. Samo pisanie listów do Pana Boga to oczywiście nic oryginalnego. Podobno biedny Jean-Jacques Rousseau na starość gustował w takiej korespondencji i rękopis swoich Dialogów (Rousseau sędzią Jana Jakuba) usiłował złożyć na ołtarzu w katedrze Notre Dame, by tą najprostszą drogą trafił do adresata.

[11] Nb. w życiorysie tym nie ma ani słowa o przygodach młodego Jerzego Prokopiuka z UB. Jak zeznawał jego przyjaciel, Andrzej Wierciński, w przyszłości znany antropolog:

"Prokopiuk ostrzegł mnie, że Urząd Bezpieczeństwa interesuje się naszą działalnością. Widząc jego przerażenie, zacząłem go ciągnąć za język i wreszcie przyznał, że był wzywany do UB i wypytywany o nasze sprawy. Natychmiast powiadomiłem resztę kolegów, tj. Bielickiego, Lasotę, aby przerwali wszelką działalność, chociaż jak mi się zdawało, już jej wtedy nie było. Prokopiuk był w bardzo złym stanie nerwowym i pewnego dnia znikł z Warszawy".

Według Andrzeja Friszke, "Prokopiuk znalazł się w «zainteresowaniu UB» w następstwie wylegitymowania jego i Wiercińskiego 21 stycznia 1951 r., gdy wychodzili z Ośrodka Informacyjnego Ambasady USA w Warszawie. [...] W rezultacie 20 marca Prokopiuk został «tajnie zdjęty» (czyli zatrzymany na ulicy, bez świadków i powiadamiania kogokolwiek) i jeszcze tego dnia przesłuchany przez por. Kleinę, po czym zawerbowany przez kpt. Filipiaka". Przyjął wtedy pseudonim "Mara". Zob. Andrzej Friszke, Między wojną a więzieniem 1945-1953. Młoda inteligencja katolicka, Biblioteka "WIĘZI" i Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2015, s. 332, 335.

Być może jednak pomijając te przygody w liście do Pana Jezusa Jerzy Prokopiuk wyszedł z założenia (rozsądnego), że w Niebie mają już komplet dokumentów z IPN-u z wszelkimi zbiorami zastrzeżonymi włącznie.

[12] Tak w każdym razie zdaje się wynikać z wyznania na stronach 170-171: "[...] długoletnia i bogata historia szukania miłości [...] dziś to już tylko tęsknota do młodzieńczych efebów (14-16-letnich) [...]"

[13] "- Jestem honorowym prezesem Klubu Gnosis propagującego wiedzę o gnozie i gnostycyzmie, a ponadto należę do Antyklerykalnej Partii Postępu RACJA" (W oczekiwaniu lepszego świata. Z Jerzym Prokopiukiem rozmawia Adam Cioch, "Fakty i Mity", 19 grudnia 2003 - 1 stycznia 2004, nr 51-52, s. 24).

Informację tę można znaleźć także tutaj i tutaj. Pod tym ostatnim adresem można się również dowiedzieć, że honorowym członkiem tej partii był generał Wojciech Jaruzelski. Nb. Andrzej Friszke podaje w książce cytowanej w przypisie 10, że we wczesnej młodości Jerzy Prokopiuk należał do OM TUR, socjalistycznej organizacji młodzieżowej nadzorowanej przez PPS, a następnie został sekretarzem "prezydium Zarządu Miejskiego ZMP w Gliwicach" (s. 323). ZMP to Związek Młodzieży Polskiej, taki nasz rodzimy Komsomoł. Można więc powiedzieć, że życie Jerzego Prokopiuka zatoczyło koło koliste niczym mandala albo gnostyczny wąż uroboros gryzący się we własny ogon.

[14] Nb. również Lucyfer nie odpowiedział na wcześniejszą ofertę Jerzego Prokopiuka.

"A może zatem moim Panem i Władcą jest - właśnie - Lucyfer? (Jako Bogini Matka i Młody Bóg). Gdyby tak było, to konsekwentnie powinienem zwrócić się właśnie do niego - i podpisać stosowny cyrograf.

Cóż to wszakże znaczy; sprzedać Diabłu duszę - bo przecież nie Ducha! - w zamian za... Otóż to: w zamian za co?

Sprzedać Lucyferowi duszę - to znaczy siebie z tego oto wcielenia (nie Wyższe Ja!). Ale to już chyba zrobiłem (przed laty) i wtedy, kiedy stworzyłem własny świat alternatywny. Causa finita zatem.

A - hic et nunc - w zamian za co?

Oto moje desiderata: Dwanaście lat życia - a właściwie dziesięć - bo mogę umrzeć w roku 2012, tj. przy końcu świata według Majów.

Życia zamożnego,

odrodzonego w młodości

i niezwykle zdrowego,

wypełnionego jedną - lub kilkoma - wielkimi miłościami z ludźmi, których sam wybiorę..." etc. etc. etc. (Luciferiana, s. 171).

Skierowana do Lucyfera lista życzeń liczy trochę więcej pozycji, ale też chodzi tutaj o handel wymienny, nie zaś o niebieski sponsoring. I co? I nic. Koniec świata według Majów dawno się już skończył, a tu ani skromnego spadeczku, ani zdrowia, ani efebów. W tym wypadku wyjaśnienie jest jednak inne. Lucyfer to wprawdzie duch zły i na dusze pazerny, lecz jednocześnie piekielnie inteligentny. Po co mu dusza, która się wiecznie wymądrza, a nawet nie wie, co napisał św. Paweł?