EBENEZER ROJT

Kiedy powstało Korzenie
Aneks albo o pamięci

Notka o tym, kiedy powstała antystalinowska groteska Korzenie [1], miała być w zamyśle próbą możliwie najżyczliwszej interpretacji światopoglądowych perypetii Stanisława Lema. Jednak nie wszyscy czytelnicy tak moje intencje odebrali. Stąd niniejszy Aneks. Jest w nim z konieczności trochę powtórzeń, ale i kilka rzeczy nowych.

Zacznę od nowych. Otóż Lem wspomniał o Korzeniu także w artykule z roku 1992 (o ile wiem, później nigdzie nie przedrukowanym):

No i ta wielostopniowość [pornografii] zastanawia trochę, bo świadczy o drugiej, niewidzialnej stronie, odbiorczej: że takie a nie inne mają ludziska gusty, i że każdy z nich jako określony seksualnie popyt czeka widać na podażowe zaspokojenie, albowiem Kapitalizm. Kapcio, Pipcio, Talcio, jakem napisał był w niezapomnianej, z roku 1951, sztuce pt. "KORZENIE" (niby korzenie się, czyli "niskopokłonstwo piered Zapadom", wtedy była taka akcja, z niej pozostały u nas nazwiska: prof. Schodow, co klatkę schodową wynalazł, no i akademik WOŁOW, ten odkrył coś innego). W tych "Korzeniach", co mi zaginęły, wiele było, o wiele miłych postaci (Awdotja Niedonagina-Praksywcichina, Dementij Psichow, robotnik Bartułychtimuszenko, biolog Łysiurin, uczeń Miczurenki, towarzysz "iz organow" Anichwili Tegonieradze a na sam koniec Tow. Stalin, który wkraczał na scenę nadludzko, z nieludzkim uśmiechem, i zaczynał swoją alokucję krótkim "NU"). Na razie poszukiwania tej bezcennej relikwii spełzają na niczym. Ale to BYŁO wtedy politporno. I stąd skojarzenie [2].
Mógłby to być dodatkowy argument za postawieniem pytania, czemu na dobry ład nie należałoby po prostu uwierzyć Lemowi, skoro rok 1951 jako datę powstania Korzenia podaje dwukrotnie [3], co ponadto zgadza się ze wspomnieniem (ale bardzo już późnym) żony pisarza, że usłyszała "ten utwór na pewno jeszcze w czasach kawalerskich Staszka", czyli przed 29 sierpnia 1953 roku [4]. Po co to szukanie dziury w całym?

Tylko czy Lemowi można bezkrytycznie wierzyć?

Wiadomo na pewno - co ustaliła Agnieszka Gajewska - że Lem świadomie mijał się z faktami pisząc o swoim żydostwie:

Wielu badaczy i wiele badaczek przy okazji omawiania związków autora Cyberiady z kulturą żydowską powtarza wyznanie Lema z autobiograficznego szkicu Przypadek i ład:
[...] Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew.
[...]
Lem niewątpliwie chronił swoją prywatność i jego rodzinną historię znało zaledwie kilka osób. Nie upubliczniał jej, a powojenna historia Polski niejednokrotnie udowodniła, że strategia ta była słuszna. Nie zmienia to faktu, że autor Głosu Pana w liceum uczęszczał na zajęcia z religii mojżeszowej u doktora Kahane, który był także w jego komisji maturalnej [5].
Z kolei według Stanisława Beresia Lem mijał się z faktami, tym razem może nie do końca świadomie, gdy szło o jego aktywność w czasach stalinowskich (nb. artykuł Beresia został wydrukowany kilka miesięcy po cytowanym wyżej artykule Lema):
Lem natomiast z uporem godnym lepszej sprawy zawraca kijem Wisłę faktów. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na ten proceder. Ciekawsze jest pytanie, czy Lem istotnie wierzy w te wszystkie wymysły? Powiem rzecz straszną: wierzy. Przynajmniej chwilowo. Jest to bowiem historia, która powtarza się niczym melodia w katarynce. Obejmuje artystów kilku generacji, którzy napisali jakieś utwory w latach stalinowskich. Nie tylko tych z "Hańby domowej". Również tych, jak Lem, spoza ideologicznej linii frontu. Każda próba wspomnienia o ich utworach z tamtych lat, każda próba refleksji na ten temat kończy się atakami szału, negowaniem faktów, czarną pianą wyzwisk, zawałami serca. Biedni, wydelikaceni i zdemoralizowani przez komunizm artyści. Chwytający się byle fikcji, które podsuwa im usłużna podświadomość. Wierzący w wymierzone przeciw sobie spiski, zmowy, niegodziwości, fałszerstwa [6].
Ale jeśli nawet odsuniemy na bok te dwie możliwości - świadomego kłamstwa i fikcji podsuwanych przez "usłużną podświadomość" - pozostaje kwestia banalna: zawodności ludzkiej pamięci.

Że pamięć ludzka jest zawodna, potwierdza także historia Korzenia, którego maszynopis jednak w końcu się odnalazł [7] i dziś już wiadomo, że Lem nawet treść tej króciutkiej groteski pamiętał po latach tak trochę piąte przez dziesiąte. "Bartyłuchtimuszenko" to nie robotnik, lecz nazwisko Dementija Psichowa, dyrektora fabryki sody kiszonej. Jedynym robotnikiem pojawiającym się w sztuce jest Wazelinary Kupow. Nie występuje w niej też "biolog Łysiurin, uczeń Miczurenki", lecz, odwrotnie, Tryzad Drumliszyn-Miczurenko, uczeń Łysiurina (Korzenie, s. 131).

Z kolei Tomaszowi Fiałkowskiemu Lem wprawdzie opowiadał, że w Korzeniu występował "Miczurenko, uczeń Łysiurina" (co się zgadza) i że "wyhodował on kaktus z sutkami, który wytwarzał specjalne mleczko i można go było doić" (co też się zgadza), ale potem już konfabulował, że ów Miczurenko

okazał się jednak nie dość prawomyślny, mleczko nie było takie, jak trzeba, po uczonego mieli przyjść przedstawiciele wiadomego urzędu, zmiłował się jednak nad nim nieludzko uśmiechnięty Stalin [8].
W zachowanym maszynopisie niczego takiego nie ma. Nie dość prawomyślny okazał się dyrektor Dementij Psichow, wuj Miczurenki. Natomiast Miczurenko zostaje poproszony jedynie o zostawienie adresiku i jeszcze przed pojawieniem się na scenie Stalina odchodzi "słaniając się ze swobody" (Korzenie, s. 138). Czemu zatem mielibyśmy zawierzyć Lemowi, gdy podaje datę napisania tej groteski, skoro bałamuci, gdy chodzi o jej treść?

Gdyby zdać się tylko na pamięć Lema, trzeba by też na przykład przyjąć, że w Kryształowej kuli pisał o stonce zrzucanej przez imperialistów i że właśnie tę stonkę wytknął mu potem Leopold Tyrmand [9]. A to nieprawda.

Jeśli zaś idzie o daty, to Lem, bywało, rzucał datami ze swego życia dość beztrosko. Także wtedy, gdy z pewnością nie mogło chodzić o ukrycie czegokolwiek czy o działanie "usłużnej podświadomości".

Zapytany w 1981 roku w wywiadzie przez Raymonda Federmana, kiedy zaczął pisać (pisać, nie publikować), odpowiada, że "w 1950...1949" [10]. Myli się przynajmniej o pięć lat, bo w rzeczywistości zaczął pisać jeszcze podczas wojny, a chodzi przecież w tym wypadku o sprawę podstawową.

Podobnie podstawową sprawą jest początek znajomości z najlepszym przyjacielem - Janem Józefem Szczepańskim.

Tomasz Fiałkowski w przypisach do Dziennika Szczepańskiego datuje początek ich "bliskich kontaktów" na rok 1952:

Ten zapis [z dnia 4 września 1952] stanowi świadectwo początku bliskich kontaktów ze Stanisławem Lemem (1921-2006), które szybko miały się przerodzić w przyjaźń, trwającą do końca życia Jana Józefa Szczepańskiego i znajdującą odbicie na kartach jego dziennika [11].
Natomiast obaj przyjaciele byli skłonni u kresu życia przesuwać początek znajomości o dobrych kilka lat wstecz:
Stanisław Lem: Powiedz: kiedy my się poznaliśmy? [....] Jan Józef Szczepański: - To było chyba w Kole Młodych, do którego zresztą nie należałem, ale się zaplątałem przy jakiejś okazji. To były późne czterdzieste lata [12].
[Stanisław Lem] Nawiasem mówiąc, nigdy nie pytałem Szczepańskiego, a znaliśmy się od 1946 roku, co mu się śni [13].
Fiałkowski z pewnością wiedział o tym, ale roztropnie uznał, że pisany na gorąco dziennik ma jako źródło pierwszeństwo przed mirażami późnej pamięci. Podobnie i ja uznałem, że zapiski w Dzienniku Jana Józefa Szczepańskiego są najpoważniejszą przesłanką, by datowanie Korzenia przesunąć na rok 1956. Gdyby bowiem Szczepański rzeczywiście w pierwszej połowie lat 50. słyszał Lema wykonującego Korzenie, musiałby wysłuchać i takich jawnych szyderstw z obowiązującej ideologii:
Warfałamotwiej i Psichow (patrzą na siebie, podnoszą prawe ręce i mówią do widowni): O, ohydne są auta, wstrętne czyste koszule, plugawe mydła pachnące, zbyteczne, szkodliwe i wszeteczne pasty do zębów. Precz ze zgniłym komfortem, z ohydnymi fotelami i tapczanami. Chcemy tyrać bardzo długo i bardzo ciężko. Chcemy robić 560 procent normy, chcemy wyłazić ze spodni i pluć krwią, bo tak i już.
[...]
Psichow (drżąco szeptem): A co będziemy robić wtedy? Jak już będzie komunizm?
Stalin (głosem nieludzko życzliwym): Będziemy bardzo, bardzo harować. Tylko nie róbcie korzenia. Ja wam to mówię (bęben, puzon, wychodzi) (Korzenie, s. 139-140).
Ale czy po czymś takim Szczepański mógłby potem w listopadzie 1955 napisać w dzienniku, że Lem neguje istnienie "własnego zła" socjalizmu (Szczepański Dziennik, s. 579), a w kwietniu 1956 przyjmować bez słowa wyznanie Lema, że jeszcze rok wcześniej był "bardzo czerwony" (Szczepański Dziennik, s. 611)?

I jak mógłby w roku 1953 skwitować słuchanie Korzenia dwuzdaniową notatką, że Lem czytał dowcipną sztukę kukiełkową napisaną razem z Romanem Husarskim [14]. Podkreślam tutaj raz jeszcze, że enigmatyczności tej notatki żadną miarą nie tłumaczy mniemana ostrożność Szczepańskiego. Gdyby jego Dziennik wpadł wtedy w ręce UB i tak znaleziono by w nim aż nadto nieprawomyślnych opinii, żeby zamknąć autora i przesłuchać jego znajomych.

To zresztą problem podstawowy, jeśli idzie o recepcję Korzenia. W czasach stalinowskich słuchanie dowolnej antystalinowskiej groteski byłoby niezapomnianym przeżyciem dla słuchających - i to bez względu na jej rangę artystyczną. A to z tej przyczyny, że nawet przypadkowi słuchacze takiego utworu narażali się na surowe represje (chyba że niezwłocznie zawiadomili o wszystkim właściwe "organy"). Mimo to jednak nikt, absolutnie nikt ze znajomych i przyjaciół Lema nigdy o słuchaniu Korzenia nawet nie wspomniał, także po roku 1989. Nie pojawiła się też później żadna plotka (a środowisko literackie bardzo jest plotkarskie), jakoby ktoś słyszał, że ktoś inny słyszał, że u Lema słuchano czegoś tak okropnie zakazanego, że wszyscy nerwowo zerkali na drzwi [15].

Natomiast sam Lem w liście do Stanisława Remuszki z 8 grudnia 1989 wspomniał - i to tak ni z gruszki, ni z pietruszki - o całkiem innej plotce z tamtych lat:

Ponadto już poza sferą forsy wiem, że w roku 1950 szły słuchy, jakobym był Agentem UB; to zaś, iż mnie akurat wtedy wywalono z ZLP jako kandydata na członka, (bo nie miałem żadnej książki wydanej) a nie miałem, bo to był "Szpital Przemienienia" (okrutnie kontr[r]ewolucyjna paskuda, jak mi w KiW i Czyt wykładano), otóż wtedy mówiono w Krakowie, że owszem, Lem dostał z ZLP kopa za Pijaństwo. Najzabawniejsze to, że ja wtedy ani o Ubecności mojej ani o moim Alkoholizmie (nigdy nie znosiłem wódek, pijałem tylko Chartreuse [16] i Marciniaka) NIc a NIC nie wiedziałem. Pytałem więc teraz Jana Józefa [Szczepańskiego] skąd to było, on zaś, że Pojęcia nie ma (Lem-Remuszko, s. 155; cytuję zachowując pisownię i wyróżnienia oryginału za faksymile listu Lema).
Czemu Lem o tym wszystkim opowiada, trudno rozeznać. Jeśli w roku 1950 rzeczywiście szły takie słuchy, to mogły mieć one związek z faktem, że jego ojciec był wtedy (przynajmniej formalnie) funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa. Ale o tym z kolei Lem nie pisze, podobnie jak nie pisze, skąd teraz, to znaczy w roku 1989, wie o plotce, o której wtedy, gdy krążyła, nic nie wiedział.

Nie wiadomo też, jak pogodzić tę opowieść z inną, często powtarzaną przez Lema opowieścią o cudzie, który wydarzył się w jego życiu w tym samym 1950 roku:

W 1950 roku w Domu Literatów w Zakopanem spotkałem się z pewnym grubym panem, z którym poszliśmy na spacer do Czarnego Stawu. Był to Jerzy Pański - prezes Spółdzielni Wydawniczej "Czytelnik". W trakcie naszych górskich rozmów poruszaliśmy temat braku polskiej fantastyki. [...] on zapytał, czy gdybym dostał umowę wydawniczą, podjąłbym się wykonania takiej pracy. A ja, nie wiedząc nawet dobrze, z kim mam do czynienia, bo był dla mnie po prostu jakimś grubym panem, który podobnie jak ja kręci się po "Astorii", odpowiedziałem, że tak. Po jakimś czasie, ku swojemu zdziwieniu, otrzymałem pocztą umowę. Nie wiedząc jeszcze, co to będzie, napisałem tytuł Astronauci... i w stosunkowo krótkim czasie napisałem książkę. I to był mój debiut [17].
Wynikałoby z tego, że dla młodych pisarzy stalinizm nie był znowu taki zły. Wprawdzie wywalali z ZLP, gdy się nic nie wydało, ale jednocześnie pozwalali mieszkać w Domu Literatów w Zakopanem. Wprawdzie czasem sponiewierali okrutnie książkę, ale jednocześnie podczas spaceru proponowali umowę na następną. W dodatku, by autora niepotrzebnie nie fatygować, wysyłali ją elegancko pocztą i niejako in blanco [18].

Te dziwne opowieści o roku 1950 to nie jedyny wypadek, gdy Lem "autystycznie zamknięty we własnym świecie" (określenie Małgorzaty Szpakowskiej) potrafi niefrasobliwie palnąć coś dwuznacznego na swój temat.

Z taką samą niefrasobliwością ochoczo przytaknął Stanisławowi Beresiowi, że w pierwszej połowie lat 50. "jedną ręką pisał [...] rzeczy słuszne politycznie dla zarobku, a drugą wywrotowe [czyli właśnie groteskę Korzenie] - żeby odreagować" [19]. Przytakując przecież tym samym niezbyt pochlebnej konkluzji, że był wtedy łasym na pieniądze konformistą.

Niestety, niektórzy w imię wierności swemu ulubionemu autorowi nierozważnie naśladują tę jego samobójczą strategię. Jak zauważyła Małgorzata Szpakowska, nawet biograf Lema, Wojciech Orliński, w istocie szkodzi mu, gdy podkreśla

że "w odróżnieniu od wielu swoich rówieśników piszących w tym okresie socrealistyczne utwory z żarliwym przekonaniem - Lem nigdy w tę ideologię nie uwierzył do końca" (s. 116), jakby nie zdając sobie sprawy, że to żadne usprawiedliwienie, raczej argument przemawiający za konformizmem pisarza [20].
Inni miłośnicy Lema na podobnej zasadzie odrzucają hipotezę, że Korzenie to efekt jego światopoglądowej ewolucji - że on najprzód w obowiązującą ideologię szczerze wierzył, a ze Stalina zaczął szydzić dopiero w roku 1956 (co jednak wtedy, pośród oficjalnych potępień "kultu jednostki", już na nikim nie robiło wrażenia). Najwyraźniej wolą, by Lem okazał się załganym cynikiem, który jedną ręką pisze Kocioł o nieludzko życzliwej Bezpiece, a drugą - Korzenie, w którym z tej nieludzkiej życzliwości drwi.

Widocznie takie mamy teraz czasy, że zręczny lawirant budzi większą sympatię niż ktoś, kto wierzy szczerze, ale głupio.

[1] NOTATKI: "Kiedy powstało Korzenie. Mały przypis do ewolucji światopoglądowej Stanisława Lema wraz z wypisami z Dziennika Jana Józefa Szczepańskiego".

[2] Stanisław Lem, Rozważania sylwiczne II, "Odra" 1992, nr 5, s. 77-78.

[3] Po raz pierwszy w liście do Stanisława Remuszki z 26/7 listopada 1989:

"Napisałem w roku 51 cudowny dramat KORZENIE [o «korzeniu się przed Zachodem«»], osoby: Awdotja Niedonagina-Praksywtichina, Warfałamotwiej Bartuchyłtimuszenko, biolog radziecki Miczurenko, uczeń Łysiurina, pracownik Iz Organow, Anichwili Tegonieradze, i sam Tow. Stalin, niestety: tekst zginął, na taśmie zaś (grałem SAM wszystkie role) ok. 1/3 dyabli wzięli (magnetofon). Nie wiadomo, czemu. Wielka to szkoda Kultury Narodowej, PRON by się uśmiał. Teraz by tę sztukę zaraz mi wystawili. Napisałem dla odpuszczenia pary, bo już mi soc bokiem-gardłem wychodził" (Stanisław Lem, Stanisław Remuszko, Lem - Remuszko (korespondencja 1988-1993), Oficyna "Rękodzieło", Warszawa 2019; cytuję za faksymile listu ze strony 154; wyróżnienia za oryginałem). Dalej cytuję jako Lem-Remuszko.

[4] Wojciech Orliński, Odkryto niepublikowane utwory Stanisława Lema!, "Gazeta Wyborcza", 12 października 2008, s. 25.

[5] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016, s. 76, 78.

[6] Stanisław Bereś, Fikcje Stanisława Lema, "Odra" 1992, nr 10, s. 78; wyróżnienie moje.

[7] Stanisław Lem, Korzenie. Drrama wieloaktowe, [w:] Stanisław Lem, Dzieła, tom XVI: Sknocony kryminał, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009. Dalej cytuję jako Korzenie z podaniem numeru strony.

[8] Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 70. Dalej cytuję jako Świat na krawędzi.

[9] "Mogę tylko powiedzieć o sobie, że pisałem o tym, w co wierzyłem, o przyszłości, która wydawała mi się osiągalna. Postępowałem tak nawet wówczas, kiedy pisałem (skądinąd kiepskie i prawie nie znane) opowiadanie Kryształowa kula, które Leopold Tyrmand schlastał w swoim dzienniku z 1954 roku, sugerując, że nabzdurzyłem tam o stonce ziemniaczanej, zrzucanej przez Amerykanów, ażeby móc opublikować skądinąd dość ciekawy utwór fantastyczny. Tyrmandowi nie przyszło do głowy, że pisząc tę nowelkę nie byłem oportunistą, lecz tylko durniem, ponieważ w ową amerykańską stonkę na spadochronach po prostu uwierzyłem" (Stanisław Lem, Poznanie i zło; cytuję za stroną solaris.lem.pl; wyróżnienie moje).

[10] Raymond Federman, An Interview with Stanislaw Lem, "Science Fiction Studies" 1983, tom 10, nr 1, s. 12: "I began to write in 1950... 1949".

[11] Jan Józef Szczepański, Dziennik, tom I: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 323, przypis 20. Dalej cytuję jako Szczepański Dziennik.

[12] Stanisław Lem, Jan Józef Szczepański, Rozmowa na koniec wieku, tygodnikpowszechny.pl; wyróżnienie moje.

[13] Stanisław Lem, Ewa Lipska, Tomasz Lem, Boli tylko, gdy się śmieję... Listy i rozmowy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018; korzystałem z wersji elektronicznej przygotowanej przez eLiterę; cytat z rozmowy Stanisława Lema z Ewą Lipską "Nikomu się nie śniło" z roku 2003; wyróżnienie moje. Dalej cytuję jako Lem-Lipska.

[14] "[...] Lem czytał sztukę kukiełkową, którą razem z H.[ussarskim] napisali. Bardzo dowcipna i dobra" (Szczepański Dziennik, s. 339-340). Dwie rzeczowe informacje i obie nieprawdziwe! W zachowanym maszynopisie nie ma najmniejszego śladu, także w didaskaliach, że Korzenie zostało pomyślane jako sztuka kukiełkowa. Lem też nigdy o tym nie wspominał. Podobnie nie wspominał o Hussarskim jako o współautorze Korzenia. Jeśli więc kogoś nadal dręczy pytanie, czym w takim razie była ta dowcipna sztuka kukiełkowa napisana przez Lema razem z Romanem Hussarskim, o której wspomina Szczepański, musi pogodzić się, że jedyna wolna od bałamuctw odpowiedź brzmi: była dowcipną sztuką kukiełkową napisaną przez Lema razem z Romanem Hussarskim, dziś zaginioną.

Nb. gdyby Szczepański rzeczywiście słuchał wtedy Korzenia, to mógł to bez trudu odnotować w sposób nie budzący podejrzeń bez takiego absurdalnego kryptonimowania. Na przykład, że Lem czytał zabawną groteskę o fabryce sody kiszonej.

[15] Relacje z podobnych lektur istnieją. Wiadomo na przykład, że w połowie lat 50. u Jana Józefa Lipskiego odbywało się zbiorowe czytanie Miłosza.

"Wcześniej ze zbiorowej lektury znałem Zniewolony umysł. W pokoju będącym w znacznej mierze także biblioteką, okno zasłaniano kocem i Jan Józef Lipski przez projektor do bajek Jana Tomasza [tj. syna] wyświetlał na ścianie zmikrofilmowane stronice książki" (Andrzej Dobosz, Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2011, s. 274).

[16] Jeśli chodzi o zielony likier Chartreuse, to, jak się zdaje, Lem w istocie pijał go w potężnych ilościach (a jest to trunek znacznie mocniejszy niż przeciętna wódka). Tak w każdym razie opowiadał Ewie Lipskiej:

"Ja na przykład zawsze pociągałem z flaszki [przy pisaniu]. Likier. Najczęściej zielony Chartreuse i potem, pamiętam, po dwudziestu paru latach, jak już miałem za sobą około czterdziestu książek, mieszkaliśmy wtedy przy ulicy Narwik 21, kiedy zajrzałem do piwnicy, to zobaczyłem szeregi pustych flaszek. Mówiła mi Jaga, siostra mojej żony, że musieli je specjalnie jakimś samochodem wywozić. Jakieś beczki trunku przeszły przeze mnie. Jednak nie odbierało mi to nigdy animuszu do pisania, wręcz przeciwnie, to była moja likierowa ostroga" (Lem-Lipska, cytat z rozmowy "Nikomu się nie śniło").

[17] Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013; cytat z rozdziału "Czas nieutracony". Jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002). Dalej cytuję jako Tako rzecze Lem.

[18] A tak Lem opowiedział tę historię w rozmowie z Tomaszem Fiałkowskim:

"Historia Astronautów zaczyna się od pewnego spaceru. Mieszkałem w Zakopanem, w «Astorii», i poszedłem nad Czarny Staw z grubym panem, o którym nie wiedziałem, że to Jerzy Pański, szef ówczesny «Czytelnika». Rozmawialiśmy o braku w Polsce powieści fantastycznych. Zapytał: - Napisałby pan? - Odpowiedziałem: - Dlaczego nie! - I po paru tygodniach przychodzi umowa, tylko puste miejsce na tytuł. Wpisałem więc: Astronauci, choć nie wiedziałem jeszcze, o czym to będzie" (Świat na krawędzi, s. 64).

Nieco wcześniej Fiałkowski podaje, że Lem stracił "legitymację kandydata Związku Literatów" w roku 1948 (s. 63).

Biograf Lema, Wojciech Orliński, ograniczył się do powtórzenia opowieści swojego bohatera. Kto chciałby się dowiedzieć z jego książki, na jakiej zasadzie Lem mieszkał wtedy w willi Związku Literatów razem z prezesem "Czytelnika", dowie się jedynie, że Lem miał na to "dość nieformalnych związków z literatami krakowskimi" (Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017, s. 122). Ale co to tak naprawdę znaczy i o jakich niezmiernie wpływowych literatów krakowskich chodzi, to już tylko Bóg raczy wiedzieć. Rzecz tym bardziej intrygująca, że sam Lem twierdził, jakoby był wtedy "nikim" (Świat na krawędzi, s. 63: "Byłem nikim"; Tako rzecze Lem, rozdział "Czas nieutracony": "stałem się nikim").

[19] "- Ale to oznacza, że jedną ręką pisał pan rzeczy słuszne politycznie dla zarobku, a drugą wywrotowe - żeby odreagować.

- No oczywiście, że tak" (Tako rzecze Lem, rozdział "Czas nieutracony"; kursywa za oryginałem).

[20] Małgorzata Szpakowska, Samochody, Holokaust i PRL, przegladpolityczny.pl; poprawiłem oczywiste literówki.