EBENEZER ROJT

Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Orliński, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Orliński, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

Wojciech Orliński znowu o Stanisławie Lemie
albo zmyśleń ciąg dalszy

Przeczuwałem, że i tym razem nie będzie dobrze, już na stronie 18, gdy Orliński bezpretensjonalnie porównał matkę Lema do bóstwa chtonicznego:
Jak bóstwo chtoniczne w antycznych mitologiach, nie odgrywa roli fabularnej w mitologicznej narracji, bo przecież zawsze jest milcząco obecna w tle [1].
Kiedy zaś na stronie 119 okazało się, że w Szpitalu przemienienia stawiane są pytania filozoficzne, "takie jak «czy etycznie jest poświęcić jednostkę ludzką dla ocenienia wielu ludzi?»", wiedziałem już na pewno, że tego nie przeczytał porządnie żaden redaktor ani nawet korektor, tylko najwyżej jakaś sztuczna, pożal się Boże, inteligencja, dla której "ocenienie wielu ludzi" jest w takim kontekście równie sensowne jak "ocalenie wielu ludzi". W tym wypadku nie winię Orlińskiego za lapsus, bo to ludzka rzecz, ale za naiwną wiarę, że dzisiaj jakiś redaktor zbawi go ode złego, jeśli sam się nie postara [2].

Podtytuł tej biografii, Życie nie z tej ziemi, został wymyślony wyłącznie jako chwyt marketingowy. Jeśli pominąć lata wojny, Lem prowadził życie całkiem zwyczajne: żadnych burzliwych romansów ani modnych dewiacji, żadnego więzienia, żadnych dramatów [3]. To jego książki były nie z tej ziemi - i dlatego Cyberiada będzie czytana także wtedy, gdy do Sławy i chwały, Miazgi czy Małej apokalipsy będą zaglądać (już zaglądają?) głównie ludzie czytający zawodowo.

Sam zresztą tak o tym pisał:

Poproszony o napisanie autobiografii Einstein nie rozwodził się nad swym życiem, lecz nad najukochańszym potomstwem: teoriami, dziećmi zrodzonymi przez jego umysł. Nie jestem wprawdzie Einsteinem, ale pod tym względem przypominam go: uważam bowiem, że najważniejsze w mej biografii są zmagania intelektualne, a reszta ma raczej charakter anegdotyczny [4].
Anegdoty, owszem, w tej książce są - choćby ta, jak Lem miotał się po pokoju z profesorem Janem Błońskim na grzbiecie (Orliński, s. 190). Natomiast ich dyskusje i spory zrelacjonowane zostały nader pobieżnie. Wiadomo jedynie, że Błoński sypał "błyskotliwymi powiedzonkami", toteż nawet o towarzyskich zmaganiach intelektualnych Lema czytelnik niewiele się dowie. Na plus trzeba jednak Orlińskiemu policzyć to, że przynajmniej tej wątłej anegdotyczności nie ukrywa i na ogół wyraźnie zaznacza, co tam jest tylko jego domysłem i hipotezą.

Najwięcej nowych i ważnych faktów z życia Lema przynoszą dwa pierwsze rozdziały: o jego dzieciństwie w polskim Lwowie i o młodości we Lwowie pod trzema okupacjami (sowiecką, niemiecką i znowu sowiecką). Ale też Orliński powtarza tam wcześniejsze ustalenia Agnieszki Gajewskiej, przy tym powtarza niezbyt wnikliwie, a czasem trochę bałamutnie [5]. Z kolei rusztowaniem pozostałych rozdziałów są w znacznej mierze okoliczności powstawania kolejnych książek Lema. Toteż gdy Lem ostatecznie rezygnuje z beletrystyki i Orliński nie ma już czego streszczać własnymi słowami, cała rzecz się, rach-ciach, zaraz kończy i ostatnie 20 lat życia Lema mieści się na mniej więcej 20 stronach.

Naturalnie nie mam Orlińskiemu za złe, że lubi swojego bohatera, ale czasem jest to miłość bezkrytyczna. Wypadałoby na przykład jakoś skomentować bzdurę, że za Gierka cenzura była nieporównanie ostrzejsza niż za Gomułki [6]. Albo tę o mamutach wytłuczonych przez naszych przodków sto tysięcy lat temu, w "górnym czwartorzędzie" [7].

Jeszcze gorzej się dzieje, gdy Orliński za nic nie chce przyznać, że Lem nieraz po prostu kłamał opowiadając o swoim życiu i wyczynia najdziwniejsze łamańce, by go z góry przed takim zarzutem wybronić. Oto Lem z jakiegoś powodu kłamie, że wyjechał ze Lwowa jednym z ostatnich transportów, co daje rok 1946. A Orliński na to:

Proszę zwrócić uwagę na językową maestrię, z jaką Lem umie i nie skłamać, i prawdy nie powiedzieć. "Jeden z ostatnich transportów" - co to właściwie znaczy? Wszystko jest "jednym z ostatnich". To jest jedna z ostatnich stron tej książki, a ty ją czytasz, czytelniku, w jednym z ostatnich dni swojego życia. Oczywiście, przed tobą jeszcze wiele dni i wiele stron. Ale z czysto logicznego punktu widzenia - przecież nie skłamałem (Orliński, s. 98).
Otóż nie. Wprawdzie w potocznym języku "jeden z ostatnich" to określenie nieostre, podobnie jak "łysy", ale z tego ani nie wynika, że wszystko jest "jednym z ostatnich", ani że każdego - łącznie z Anną Csillag - można nazwać łysym. Orliński zachowuje się tu trochę jak Pędzelkiewicz ze Sposobu na Alcybiadesa, który "z uporem twierdził, że liczba siedem jest liczbą ostatnią". Zresztą dobrze o tym wie i na następnej stronie już bez tych łamańców pisze zwyczajnie, jak było:
Lemowie przenieśli się bowiem do Krakowa latem 1945 roku. Powiedziałbym nawet, że jechali jednym z pierwszych transportów (Orliński, s. 99).
Lem mijał się z prawdą również wtedy, gdy pisał o swoich związkach z żydostwem.
W tym okresie w sposób bardzo bezpośredni i "praktyczny" dowiedziałem się, że nie jestem "Aryjczykiem". Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew (Przypadek i ład).
Tymczasem Agnieszka Gajewska ustaliła, że Lem chodził w szkole na zajęcia z religii mojżeszowej i na maturze otrzymał z tego przedmiotu ocenę bardzo dobrą (Gajewska, s. 76, 78). Orliński zaś tylko marginalnie wspomina o nauce religii, ale oczywistego kłamstwa Lema już sobie nie przypomina [8].

Zresztą ani Gajewska, ani Orliński nie są w sprawach żydowskich zbyt wnikliwi. Gajewska odnotowuje wprawdzie, że rodzice Lema brali ślub w synagodze (Gajewska, s. 139), co nie jest samo przez się oczywiste, bo na przykład u takich Kronenbergów od dawna odbywało się to w obrządku protestanckim. Ale już pisząc o narodzinach Lema w żaden sposób nie komentuje tajemniczego zdania:

Duchowym mentorem dziecka został Benjamin Lehm, najprawdopodobniej brat nieżyjącego dziadka [9].
A któż to taki ten "duchowy mentor dziecka" w tradycji judaistycznej? Czy nie chodzi tu o sandeka (סנדק‬), osobę, która trzyma dziecko płci męskiej w czasie ceremonii obrzezania, brit mila? Zazwyczaj jest to dziadek, a tutaj być może w zastępstwie zmarłego dziadka rolę tę pełnił jego brat, Benjamin Lehm. Czy można założyć, że pełnił ją fikcyjnie - jedynie do zapisania w papierach? Bo to trochę tak, jakby katolik dał się zapisać jako ojciec chrzestny, chociaż żadnego chrztu naprawdę nie było.

Nie jest to tylko próżna ciekawostka, bo wtedy sytuacja Stanisława Lema pod niemiecką okupacją wyglądałaby znacznie bardziej dramatycznie niż sytuacja kogoś, kto twierdzi, że, owszem, wprawdzie jacyś jego "przodkowie" byli Żydami, ale on sam już tak daleko zaszedł w asymilacji, że ani nic go z judaizmem nie łączyło, ani nawet nie miał o nim zielonego pojęcia. Ktoś taki mógł jeszcze czasem liczyć na mocne fałszywe dokumenty. Natomiast dla Żyda ze znakiem przymierza na ciele żadne dokumenty nie były wystarczająco mocne, skoro tę ich fałszywość mógł bez problemu zdemaskować byle policjant [10].

Niestety, Orlińskiego już w tych dwóch pierwszych rozdziałach, chyba najciekawszych i najważniejszych w całej książce, poniosła ambicja i nie poprzestał na przepisywaniu ustaleń Gajewskiej, ale próbował także dodać coś od siebie. No i wyszło jak w tym bon mocie o rozprawie, w której są rzeczy dobre i nowe. Tyle że dobre nie są nowe, a nowe nie są dobre.

Oto próbka bałamuctw i zmyśleń wyjętych wyłącznie z tych dwóch rozdziałów [11].

Nie jest prawdą, że w latach sześćdziesiątych XX wieku Lem nie mógł nawet wspomnieć o Hemarze, bo "cenzura i tak by to usunęła z książki (albo książka w ogóle by się nie ukazała)" (Orliński, s. 17). Kto nie wierzy, niech zajrzy na przykład do wydanej w 1964 roku przez Wydawnictwo Literackie Historii osobistej i powszechnej Jana Górskiego [12].

Nie było pogromu, gdy w maju 1919 roku do Lwowa "wkroczyła armia Hallera [...] zdominowana przez endeków" (Orliński, s. 29-30). Pogrom był w listopadzie 1918, ale wtedy z kolei nie było we Lwowie endeckiej armii Hallera [13].

"Sławny pisarz William S. Burroughs II" nie był synem wynalazcy i konstruktora maszyn do pisania, Williama S. Burroughsa I, tylko wnukiem (Orliński, s. 45-46).

Gdy Lem opowiada, że jego koleżanka ze studiów w sowieckim Lwowie "żydłaczyła nie do pojęcia", to nie znaczy to, że - jak objaśnia Orliński - "posługiwała się praktycznie martwym dzisiaj językiem - żydowską gwarą języka polskiego, z której ocalały już tylko pojedyncze zwroty w szmoncesach" (Orliński, s. 55). Żydłaczyć to mówić po polsku w specyficzny dla Żydów sposób, nie zaś mówić "żydowską gwarą języka polskiego", bo czegoś takiego w ogóle nie było. Podobnie jak angielszczyzna Polaków mówiących ze słowiańskim akcentem i robiących charakterystyczne błędy nie jest polską gwarą języka angielskiego.

Niemcy nie utrwalili pogromu we Lwowie 1941 "na niezliczonych zdjęciach i filmach", na których rzekomo widać, jak "krew i mózgi zachlapały mury więzienia do wysokości pierwszego piętra" (Orliński, s. 63-64). W przypisie 27 na stronie 419 Orliński dodatkowo zmyśla, że "przegląd tych materiałów zaprezentował Michaël Prazan we wstrząsającym filmie dokumentalnym Einsatzgruppen. The Death Brigades, Francja 2009". Naprawdę w filmie Prazana z pogromów 1941 roku są tylko zdjęcia z pogromu pod Kownem, a komentujący je historyk Jürgen Matthäus podkreśla, że jest to dokumentacja wyjątkowa ("this is one of the rare instances of documentary material"). Prawdopodobnie dlatego, że autentyczny pogrom bywa nieprzewidywalny, natomiast Niemcy zdecydowanie woleli "dokumenty inscenizowane", ściśle trzymające się propagandowych założeń [14].

W innym miejscu Orliński najzupełniej serio powtarza ludowe legendy o tym, jakoby Żydów pod Lwowem rozstrzeliwano

na tak dużą skalę, że okoliczni mieszkańcy widzieli, jak z góry wypływały strumienie krwi, łączące się potem w rzeczkę, która płynęła przez wieś Kleparów i wpadała do rzeki Pełtwi (Orliński, s. 76).
Lem chybaby nie zdzierżył czytając te dzikie fantazje, bo jako lwowiak wiedział, jaką długość musiałaby mieć taka "rzeczka krwi" płynąca z Kortumowej Góry przez Kleparów aż do Pełtwi, a z kolei jako lekarz wiedział, jak niewiele krwi ma w sobie człowiek.

Napisałem wyżej, że Orliński czasem bezgranicznie wierzy Lemowi i boi się go poprawić, ale czasem znów bywa odwrotnie - bez sensu go koryguje.

Lem usłyszał o wspomnieniach żydowskiego policjanta, Caleka Perechodnika, i w rozmowie ze Stanisławem Beresiem skomentował je tak: "Właśnie wtedy jakiś «pieriewoźnik» całą swoją rodzinę pomagał pakować do Treblinki [...] Potem pytał ludzi: «czy ja jestem mordercą?»". Według Orlińskiego, Lem "zadaje pytanie, którego Perechodnik w rzeczywistości w ogóle w swoim rękopisie nie stawia" (Orliński, s. 83-84). A jednak stawia - i trudno tego nie zauważyć nawet podczas pobieżnej lektury, bo scena jest wyjątkowo dramatyczna. Z czego jasno wynika, że Orliński do Spowiedzi Perechodnika nawet nie zajrzał [15].

Gdy Orliński pisze, że akcja Człowieka z Marsa toczy się w Nowym Jorku, dodaje w nawiasie dla popisu:

(oczywiście takim z wyobraźni Lema - w którym na przykład Piąta Aleja jest ulicą dwukierunkową i jeżdżą nią trolejbusy) (Orliński, s. 90).
Ale, po pierwsze, wcale nie jest tak całkiem oczywiste, że opisywana w Człowieku dwukierunkowa ulica to na pewno Piąta Aleja; w powieści mówi się jedynie, że bohater "miał «New York Timesa» na rogu Fifth Avenue", więc wcześniejszy opis niekoniecznie jej dotyczy. Po drugie zaś, i ważniejsze, w czasach, gdy Lem pisał Człowieka z Marsa Fifth Avenue naprawdę była dwukierunkowa. Przestała być dopiero w 1966 roku.

Najbardziej bezwstydne zmyślenie zostawiłem na koniec.

Orliński chciał tym zmyśleniem ulepszyć odczytanie zaproponowane przez Gajewską, która zwróciła uwagę, że bohater Powrotu z gwiazd, Hal Bregg, ma tyle samo lat, ile miał Lem, gdy pisał tę powieść (Gajewska, s. 151). Najpierw jednak oznajmił z emfazą: "uwielbiam Powrót z gwiazd!" (Orliński, s. 209). Potem zaś zaprezentował taką kombinację:

Wiele go [Lema] łączy z Halem Breggiem i Krisem Kelvinem. Bregg jest jego rówieśnikiem, w powieści mowa, że ma czterdzieści lat (biologicznych).
[...]
Hal Bregg był w podróży przez dwadzieścia dwa biologiczne lata, czyli w chwili wylotu miał lat osiemnaście. Tyle samo co Lem, gdy przestała istnieć planeta Lwów (Orliński, s. 211) [16].
Naprawdę Bregg był w podróży 10 lat, a w chwili wylotu miał lat 30.
Ostatni raz byłem tu... nie przestrasz się! [...] - Sto dwadzieścia siedem lat temu. Miałem wtedy trzydzieści lat. Ekspedycja... byłem pilotem wyprawy do Fomalhaut. To jest dwadzieścia trzy lata świetlne. Lecieliśmy, w jedną i drugą stronę, sto dwadzieścia siedem lat czasu Ziemi i dziesięć lat czasu pokładowego. [...] - To… ile ty naprawdę masz lat? [...] - Co to znaczy - naprawdę? Biologicznych czterdzieści, a według ziemskich zegarów - sto pięćdziesiąt siedem...
Wprawdzie potem lekarz mówi Breggowi, że jest w świetnej kondycji ("Ma pan organizm trzydziestokilkuletniego mężczyzny") i może sobie z tych dziesięciu lat czasu pokładowego odliczyć rok hibernacji ("Nie czterdzieści lat, tylko trzydzieści dziewięć"), ale osiemnastolatek lecący w kosmos to w świecie tej powieści kompletny absurd:
Przed trzydziestką nie da się lecieć. Trzeba mieć za sobą dwa wydziały, plus cztery lata treningu, łącznie dwanaście lat [17].
Tyle o tym, jak Wojciech Orliński potrafi ślepo uwielbiać.

W rozdziale "Głos Pana" pisze, że lata 60. to był złoty okres w polskiej kulturze, a tu tymczasem - dziwi się - Lem i jego wybitni koledzy wciąż narzekają i bardzo są wobec siebie nawzajem krytyczni oraz samokrytyczni.

Cytatów o tym, jak ci literaci przerzucali się złośliwymi uwagami na temat własnej twórczości, mógłbym przytoczyć jeszcze sporo, ale ciekawsze wydaje mi się to, że adresaci przeważnie się z tym zgadzali (Orliński, s. 246).
Nie przyszło mu do głowy, że właśnie dlatego był to złoty okres, bo krytykowali, przyjmowali krytykę i pracowali nad sobą. Teraz zaś wszyscy są z byle czego niezwykle zadowoleni i wskutek tego mamy to, co mamy. Również taką biografię Stanisława Lema.
[1] Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wydawnictwo Czarne i Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017. Dalej cytuję jako Orliński.

Bóstwa chtoniczne to u Greków także Hades, Dionizos, Demeter i Persefona, czyli osobistości, o których raczej nie sposób powiedzieć, że nie odgrywają żadnej roli w mitologicznej narracji. Ale niepotrzebne niby-erudycyjne popisy nigdy nie były mocną stroną autora. W poprzedniej książce o Lemie równie kulawo objaśniał m.in. na jakiej taśmie Andriej Tarkowski kręcił Solaris i skąd się wzięło słowo 'solipsyzm'. Pisałem o tym w OSOBACH: "Wojciech Orliński o Stanisławie Lemie albo uroki fantastyki".

[2] "Chciałem wreszcie podziękować Wydawnictwu Czarne, przede wszystkim Monice Sznajderman, za jej anielską cierpliwość. Redaktor Wojciech Górnaś i korektorki Katarzyna Rycko oraz Kamila Zimnicka-Warchoł uratowali mnie przed pomyłkami, których imię jest legion" (s. 415).

Być może jednak jestem niesprawiedliwy i nie chodzi tu o żadną naiwność, lecz o zwykłą porcję towarzyskiej hipokryzji, niezbędnej do przetrwania w wydawniczo-dziennikarskiej dżungli.

[3] Od pewnego momentu było to zresztą życie jak na PRL finansowo dostatnie i beztroskie (co się, rzecz jasna, Lemowi słusznie należało), ale też z tego powodu trudno się na przykład przejąć jego perypetiami z kupnem prawdziwego włoskiego fiata 1800 za 190 tysięcy złotych (Orliński, s. 271-272). Fiat ten stał gdzieś w garażach Urzędu Rady Ministrów, był zasmolony i - co się rychło, lecz już po kupnie okazało - pełen wad fabrycznych. Dzieje się to w roku 1965, a ledwie dwa lata wcześniej cenzor poleca Agnieszce Osieckiej, by bohaterom swojej Piosenki o okularnikach podniosła stopę życiową. Osiecka podnosi i w Opolu Kazimiera Utrata zamiast "potem żyją w jakimś mieście / za te polskie tysiąc dwieście" śpiewa "potem wiążą koniec z końcem / za te polskie dwa tysiące". Ale nawet po tej podwyżce fiat 1800 to dla okularników, czyli ówczesnych młodych polskich inteligentów, równowartość ich ośmioletniego rodzinnego budżetu.

Nb. sama Osiecka też nie musiała wtedy wiązać końca z końcem za dwa tysiące: "Za piosenkę Okularnicy kupiłam sobie na raty motorówkę" (Agnieszka Osiecka, Lubię farbować wróble, z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016; korzystałem z wydania elektronicznego).

[4] Stanisław Lem, Przypadek i ład, z niemieckiego oryginału zatytułowanego Mein Leben i napisanego w 1983 roku przełożył Tomasz Lem. Cytuję za stroną solaris.lem.pl. Przekład czyta się dobrze, ale ktoś mógłby wreszcie poprawić w pierwszym przypisie "Michael Butor" na "Michel Butor" i "Borghesa" na "Borgesa".

[5] Agnieszka Gajewska, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2016. Dalej cytuję jako Gajewska. Książka w postaci elektronicznej dostępna jest za darmo i najzupełniej legalnie w Repozytorium UAM.

Bałamutne jest na przykład nieco egzaltowane dowodzenie, że dla ojca Lema, Samuela, "wybór imienia dla pierworodnego syna [...] to była deklaracja polskości" (Orliński, s. 18-19), bez wspomnienia, że Stanisław Lem na drugie miał Herman - po swoim dziadku, Hermanie Lehmie. Samuel Lem najwyraźniej chciał, by jego syn żył w Polsce, między Polakami i sam był Polakiem, ale by jednocześnie pamiętał o swych korzeniach. Orliński z pewnością czytał o tym u Gajewskiej na stronie 139, gdzie tych Hermanów jest tylu, że nawet Marian Hemar na chwilę zamienił się w przypisie 126 w Mariana Hermana.

Nb. powojenne koleje losów Samuela Lema czekają jeszcze na wnikliwsze opracowanie. Teraz w najlepszym wypadku plącze się on na obrzeżach życiorysu swego syna jako stary lekarz przyciśnięty biedą i zmuszony do pracy ponad siły. Wiadomo jednak, że w latach 1945-1954 był (przynajmniej formalnie) funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa.

I jeszcze jeden drobiazg. Brat Sabiny Lem, tej chtonicznej matki Stanisława Lema, czyli jego wuj, naprawdę miał na imię Gecel, nie zaś Marek, jak to kilkakrotnie za Gajewską powtarza Orliński. Z tym, że Gajewska ustaliła to później, już po wydaniu swojej książki, a niezależnie od niej zrobił to także Wiktor Jaźniewicz.

[6] "Komentując w 1977 roku w liście do Kandla [swojego amerykańskiego tłumacza] pierwszy numer nielegalnego pisma literackiego «Zapis», do którego pod własnymi nazwiskami renomowani autorzy oddawali teksty odrzucone przez cenzurę (w pierwszym numerze byli to między innymi Andrzejewski, Brandys, Ficowski i Nowakowski), Lem zauważył, że «95% tych tekstów mogłoby się ukazać za Gomułki», «TAK się zawęziła przestrzeń swobodnej wypowiedzi!»" (Orliński, s. 322).

Nie jest to prawda, nawet jeśli pominąć retoryczną przesadę tych procentów oraz przyjąć, że prawdziwe "za Gomułki" kończy się w 1967 roku, a potem to już było "za Moczara". Być może Orliński wie o tym, ale jest mu trochę niezręcznie pisać, że w gruncie rzeczy Lem tak bałamutnie usprawiedliwia się, dlaczego go w tym "Zapisie" nie ma. Zaraz po zdaniu "TAK się zawęziła przestrzeń swobodnej wypowiedzi!" jest tam bowiem jeszcze znaczący nawias, który Orliński pominął: "(Zresztą teksty te na ogół bardzo niedobre, dużo gwałtu, pornografii, bo to są na ogół utwory skonfiskowane przez cenzurę uprzednio, i gdyby władza miała w głowie olej, zaraz by urządziła telewizyjną dyskusję z CYTOWANIEM tych tekstów, czego ta władza, jako kretyńska, nie uczyni)" (Stanisław Lem, Sława i fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2016).

Tak więc Lema w "Zapisie" nie ma, bo to ani żaden wielki antykomunizm (skoro "95% tych tekstów mogłoby się ukazać za Gomułki"), ani żadna wielka literatura (przeciwnie, "na ogół bardzo niedobre, dużo gwałtu, pornografii"). Zatem rzecz w sumie nie warta zachodu (czy może raczej paszportu na Zachód).

[7] Orliński cytuje początek felietonu Lema z 2005 roku:

"Na klasyczne pytanie «unde malum», «skąd zło», mam taką odpowiedź: to się zaczęło jakieś sto do stu dwudziestu tysięcy lat temu, w górnym czwartorzędzie, kiedy nasi przodkowie wytłukli wszystkie mamuty i całą masę innych wielkich ssaków" (Orliński, s. 191).

"Jakieś sto do stu dwudziestu tysięcy lat temu" zaczął się górny plejstocen, a mamuty wyginęły jakieś dziesięć tysięcy lat temu i prawie na pewno nie za sprawą ludzi. Nie było to u Lema chwilowe zaćmienie. O tych stu dwudziestu tysiącach lat mówił również Markowi Oramusowi w 1996 roku (Marek Oramus, Bogowie Lema, Wydawnictwo Kurpisz, Przeźmierowo 2006, s. 106: "Dopuścił się [praczłowiek] strasznych rzezi 120 tysięcy lat temu, zwłaszcza mamutów"),

Nb. ta żartobliwa hipoteza, że to, co ludzkie (czyli zło, niestety), jest w przyrodzie istotną nowością, bardzo przypomina pointę wcześniejszej o sto lat bajki napisanej przez ojca Lema, Samuela, a ogłoszonej w "Kurjerze Lwowskim" z 23 lutego 1907 roku na stronie 10 pod tytułem "Protest małp". Małpy w tej bajce debatują nad tym, jak zniszczyć w zarodku "wymysł oszczerczy Darwina", że człowiek od nich pochodzi. Podczas gdy naprawdę, i to właśnie ta pointa, "zaświadczyć jesteśmy gotowe, / Że człowiek jest nie od małpy - ale bydle nowe".

[8] W rozmowach z Tomaszem Fiałkowskim była to już całkiem porządna konfabulacja. Lem nie robił żadnych uników. Przeciwnie. Najpierw, mówiąc o ukraińskich uczniach w klasie, podkreślił: "W gimnazjum jednak ta odmienność zaznaczała się dopiero na lekcjach religii - wtedy widać było, kto, będąc grekokatolikiem, wychodzi z klasy". Tak, jakby to on był wśród tych, którzy zostawali. A potem, wymieniając swoich nauczycieli ("Dwóch dobrych łacinników, Auerbach i Rappaport"; "profesor fizyki, Lewicki"; "Maria Lewicka, polonistka" etc. etc.), zakończył tę wyliczankę tak:

"Profesor Starzewski, komendant hufca harcerskiego. Nauczyciel gimnastyki, oficer rezerwy Kajetan Janowicz. Mieliśmy też wśród grona pedagogicznego rozmaitych artystów - jeden się nazywał Knobloch, od tak zwanych robót ręcznych. Oczywiście katecheta. Czy jeszcze ktoś? Nie pamiętam" (Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, s. 27-28; wyróżnienie moje).

[9] Gajewska, s. 140. Z przypisu 129 wynika, że informacja ta pochodzi ze świadectwa urodzenia wystawionego 15 października 1939 roku.

[10] Z tej perspektywy inaczej czyta się na przykład taką opowieść Lema z rozmowy ze Stanisławem Beresiem:

"Napisałem go [Człowieka z Marsa] pod koniec okupacji, gdy uciekłem już z tych idiotycznych garaży. Miałem wszystkiego dość, ręce zżarte smarami i mydłem piaskowym, chodziłem ciągle usmarowany jak kominiarz. Na dodatek mieliśmy stale jakieś nocne remonty. Posiadałem wprawdzie nocną przepustkę, ale baliśmy się wychodzić, bo wiadomo było, że ukraińska policja może Polaka rozwalić na ulicy. Co z przepustki trupowi? Całymi nocami siedzieliśmy więc w tym cholernym garażu. Ta historia z Żydem była też dla mnie rodzajem okazji, żeby rzucić te pracę".

Lem w tej opowieści jest Polakiem i to on pomaga przez krótki czas ukrywać się pewnemu znajomemu Żydowi. Ale jednocześnie bardzo boi się, że ukraińska policja mogłaby go "rozwalić na ulicy", co jednak w wypadku Polaków nie było wtedy rutynową procedurą.

To skądinąd nie jedyne miejsce w rozmowach z Beresiem, w którym Lem opowiada o sobie tak, jakby kwestia żydowskiego pochodzenia go nie dotyczyła.

"Miałem kilku znajomych Żydów, więc chodziłem do getta, by ich namawiać do ucieczki, ale prawdę powiedziawszy, szanse na ocalenie były mikroskopijnie małe. Nie mieli się gdzie schować".

A za moment jeszcze dodaje, drwiąc z antysemickich rojeń:

"Teraz zresztą, przeważnie wśród młodego pokolenia, antysemitami są ludzie, którzy w życiu żadnego Żyda na oczy nie widzieli. W związku z tym nie przejawiają może tak ludożerczych postaw jak pokolenie ich ojców. Poza tym Żydów u nas prawie już nie ma. Choć są tacy, którzy twierdzą, że wszyscy jesteśmy Żydami. Może więc my obaj też?" (wyróżnienie moje).

Cytuję za: Tako rzecze Lem. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Stanisław Bereś, Wydawnictwo Cyfrant, Kraków 2013 (pierwszy cytat z rozdziału "Czas nieutracony", dwa następne z rozdziału "Lube czasy"). Jest to wydanie elektroniczne, w którym - jak informuje wydawca - "dokonano kolejnych korekt" w stosunku do poprzednich wydań tradycyjnych (1987, 2002). Niemniej już na samym początku Lem zamiast "wielu szczegółów nie potrafię już odtworzyć i ewokować z pamięci" (jak było w wydaniu z roku 1987 na stronie 7), mówi: "nie potrafię [...] ewakuować z pamięci" (wyróżnienie moje). W kolejnym wydaniu tradycyjnym (Kraków 2018) rozmowa ta została inaczej zredagowana, a cytaty znajdują się na stronach 29 i 415, natomiast na stronie 9 Lem dalej nie potrafi szczegółów ewakuować z pamięci.

Nb. Orliński ma dość bajkowe wyobrażenie o sytuacji Żydów podczas niemieckiej okupacji. Stawia między innymi hipotezę, że Stanisław Lem mógł mieć pretensje do ojca za to, że ten nie skorzystał z zaproszenia (też hipotetycznego) swojego przyjaciela i nie przeniósł się z całą rodziną do Krakowa już w 1941 roku.

"Gdyby Lemowie przenieśli się do Krakowa wcześniej, nie musieliby opłacać różnych lwowskich właścicieli konspiracyjnych mieszkań [...]. Być może udałoby im się ocalić więcej pieniędzy. W obcym mieście nie musieliby się też ukrywać - mogliby ze swoimi fałszywymi aryjskimi papierami spokojnie spacerować po Plantach, bez obawy, że rozpozna ich przypadkowy szmalcownik" (Orliński, s. 104).

Orliński zdaje się zakładać, że szmalcownicy donosili wyłącznie na tych Żydów, których osobiście znali i zupełnie nie bierze pod uwagę, że ani Stanisław Lem, ani jego rodzice nie mieli tzw. "dobrego wyglądu". Być może nie rozpoznałby w nich Żydów niemiecki żołnierz wychowany na karykaturach ze "Stürmera", ale dla większości przedwojennych Polaków nie byłby to żaden problem.

[11] Gdybym chciał w ten sposób potraktować całą tę książkę, zanudziłbym was na śmierć. Dlatego tutaj jeszcze tylko kilka drobiazgów, które same natrętnie rzuciły mi się w oczy (a jeśli komuś się wydaje, że jestem jednak już przesadnie drobiazgowy, niech może zerknie najprzód na tę erratę).

"Rok 1956 w polskiej literaturze zwykle kojarzymy z Hłaską, Bursą, Stachurą, Herbertem czy Białoszewskim" (Orliński, s. 158). Stachura w tym zestawieniu to pomyłka. Wprawdzie w 1956 roku zadebiutował w prasie jako poeta, ale wiersze przeszły kompletnie bez echa i pierwszą książkę wydał dopiero sześć lat później.

Podobnie pomyłką jest umieszczenie Jastruna w wyliczance: "intelektualiści poprzedniego pokolenia, którzy pozycję i autorytet zbudowali jeszcze przed wojną - Dąbrowska, Estreicher, Słonimski, Jastrun, Wańkowicz, Andrzejewski" (Orliński, s. 326). Pozycja Jastruna była przed wojną porównywalna z pozycją na przykład Mieczysława Brauna. Nie słyszeliście o kimś takim? Ano właśnie.

Gdyby pod koniec lat 50. Astronautów nie odebrano Zespołowi Filmowemu "Kadr", to i tak "Wajda we współpracy z Allanem Starskim" (Orliński, s. 147) niczego by wtedy nie nakręcił, bo Starski zaczął pracować przy filmach dopiero w połowie lat 70., a w roku 1960 - gdy na ekrany wchodziła polsko-enerdowska Milcząca gwiazda - miał 17 lat.

W dopisku na okładce Astronautów "«powieść fantastyczno-naukowa» (z dywizem)" nie warto doszukiwać się pierwszej w Polsce kalki amerykańskiego określenia "science fiction" (Orliński, s. 123). Już w 1877 roku ukazał się w Warszawie polski przekład Dzieci kapitana Granta Verne'a z podtytułem "podróż fantastyczno-naukowa". Też z dywizem.

Nb. w tym samym 1951 roku ukazała się w Polsce książka Władmimira Niemcowa Rekord wysokości z bardzo podobnym podtytułem "powieść naukowo-fantastyczna" (znów z dywizem). Podtytuł ten powtórzono za wydanym dwa lata wcześniej rosyjskim oryginałem Рекорд высоты. Научно-фантастическая повесть (zresztą identyczny podtytuł miało kilka innych powieści Niemcowa). Zatem jeśli już mówić o kalce, to kalkowano w tym wypadku raczej Wschód niż Zachód.

Według Orlińskiego MacGuffin to "coś, co pozornie jest bardzo ważne dla akcji, ale tak naprawdę nie wiadomo, co to jest, i nie ma to znaczenia dla fabuły (bo i tak najważniejsze to patrzeć, jak Cary Grant ucieka przed ostrzeliwującym go samolotem)" (Orliński, s. 206). Ale jeśli przyjąć tę definicję, to Północ, północny zachód z uciekającym Carym Grantem nie jest najszczęśliwszym przykładem, bo akurat w tym filmie takiego MacGuffina nie ma. Widownia prawie od początku wie, że tajemniczy George Kaplan, którego szuka Grant, w ogóle nie istnieje, a znowu o istnieniu mikrofilmu, który chcą wywieźć szpiedzy, dowiaduje się dopiero na kilkanaście minut przed końcem filmu.

Swoją drogą MacGuffin to pojęcie do tego stopnia intuicyjne i płynne, że z jego zrozumieniem miał problem nawet taki zawodowiec, jak David Selznick. Zob. John Russell Taylor, Hitch. The Life And Times of Alfred Hitchcock, Da Capo Press 1996, s. 200-201: "The argument over this bit of MacGuffin has curiously followed Hitch through the years, providing him with a perfect instance of how the MacGuffin works and how even very sophisticated film men often fail to understand it".

[12] Jan Górski, Historia powszechna i osobista. Szkice publicystyczne, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1964, s. 69-70. Nazwisko Hemara pojawia się też we wspomnieniach Kazimierza Krukowskiego (Moja Warszawka, Filmowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1957, s. 80). Czyli bez przesadnej wylewności jednak można było o Hemarze napomknąć.

Nb. Hemar - jak podaje Stanisław Nicieja - korespondował po wojnie z Samuelem Lemem, swoim wujem, który opisał mu okoliczności, w jakich została aresztowana jego siostra i zarazem matka Hemara, Berta Hescheles.

[13] Niech się Orliński pocieszy, że również obecnemu dyrektorowi Żydowskiego Instytutu Historycznego hallerczycy zlepili się z lwowskim pogromem (zob. Paweł Śpiewak, Żydokomuna, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2012, s. 23), bo zapewne korzystał z takich tandetnych źródeł, jak na przykład to.

[14] Pisze też o tym Gajewska:

"Po wkroczeniu Niemców do Lwowa 2 lipca 1941 roku Żydów - jako rzekomych sprawców zbrodni komunistycznej w Brygidkach - spędzono do więzienia, skąd mieli wynosić zwłoki zamordowanych przez wycofującą się Armię Czerwoną więźniów, wśród których byli także Żydzi. Pogrom odbył się przy czynnym udziale Polaków i Ukraińców, którzy wskazywali Niemcom, kto jest Żydem. Z piwnic więzienia przez okienka wyciągano trupy i kładziono je na trawie, po czym lwowianie podchodzili do nich i identyfikowali ciała, szukając swoich bliskich. Stanisław Lem pracował w piwnicy, a fetor rozkładających się zwłok sprawiał, że Niemcy unikali schodzenia na dół. Na wewnętrznym placu więzienia przy wyciąganiu zwłok Żydów bito niemiłosiernie. W trakcie katowania ofiar przyjechała niemiecka ekipa propagandowa z kamerą, która filmowała trupy i ludzi pracujących przy wyciąganiu ciał. Wtedy bicie na jakiś czas ustało" (Gajewska, s. 111).

Nb. po czerwcu 1941 generalnie zmieniają się zasady propagandy niemieckiej, jeśli idzie o dokumentowanie tego, co działo się na Wschodzie:

"Skończyły się czasy edukacji etnograficznej przeprowadzanej przy użyciu fotografii przedstawiających «okazy» polskich Żydów. Tamci byli jeszcze Żydami żyjącymi. Począwszy od lata 1941 roku na Wschodzie nastał czas śmierci, a nazistowscy dowódcy prawidłowo oceniali ryzyko, z jakim wiązało się wysyłanie do Niemiec zdjęć dokumentujących eksterminację. Ryzyko, że ci obojętni, zadowoleni albo entuzjastycznie nastawieni obywatele zaczną się litować, buntować, a nawet dostrzegać w Żydach istoty ludzkie. Nie chodziło już o pokazywanie, lecz o ukrywanie. Zostaje zatem wydany zakaz fotografowania «egzekucji», jak nazywa się je w niektórych oficjalnych dokumentach, niezależnie od tego, czy chodzi o Żydów, czy też wrogów w ogóle, wojskowych i cywilów, których Rzesza ma zlikwidować w walce" (Nadine Fresco, Śmierć Żydów. Fotografie, przełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 56-57).

[15] Calek Perechodnik, Spowiedź. Dzieje rodziny żydowskiej podczas okupacji hitlerowskiej w Polsce, opracowanie, posłowie i przypisy David Engel, Ośrodek KARTA, Warszawa 2004, s. 71:

"Już jestem w domu rodziców, otwieram klapę, ukazuje się ciotka. Z rezygnacją podaję jej chleb, kubek wody i cicho mówię: "Cały Otwock wywieziono, Anka z Aluśką może już nie żyją. Rachelę też zabrali" [Anka i Aluśka to żona i dwuletnia córeczka Perechodnika, Rachela to jego siostra].

Czerna patrzy na mnie jak urzeczona, przyniosłem jej takim obojętnym tonem wyrok śmierci dla niej, dla jej synka, a jednocześnie oznajmiłem o śmierci najbliższych nam osób. Patrzy na mnie, ale wie, że nie wolno jej teraz nic mówić ani się pytać. Może przykro jej, że ona się dzięki mnie na razie uratowała, a moja żona nie?

Klapa opada, już jej nie ma, stoję nadal, nie mogę poruszyć się z miejsca ani oderwać oczu od klapy.

Widzę Ankę, stojącą w piwnicy, tylko głowa i ramiona wystają, słyszę głos, obcy głos, który mówi: "Anko, Kronenberg kazał Ci się stawić na plac, Tobie nic nie grozi, będziesz zwolniona".

Czy to mój głos? Czy ja jestem katem, mordercą? Czy też Kronenberg? A może we dwójkę jesteśmy tylko marionetkami przeznaczenia, złego losu Izraela?"

Nb. wbrew temu, co pisze Orliński, Perechodnik nie zginął "kilka miesięcy" po tym, jak jego rodzinę wywieziono do Treblinki (Orliński, s. 83), ale dwa lata później.

[16] Wcześniej Orliński ogłosił tę fantazję w swojej recenzji z książki Gajewskiej (Wojciech Orliński, Tajemnice Stanisława Lema. Co o przeszłości genialnego pisarza mówią jego książki?, wyborcza.pl, 11 lipca 2016):

"Głównym bohaterem «Powrotu z gwiazd» jest Hal Bregg, astronauta, który ma biologicznie 39 lat, a Ziemię opuścił, gdy miał ich 18. Jest to odpowiednio wiek Lema piszącego tę powieść i Lema obserwującego upadek polskiego Lwowa".

Miał więc potem jeszcze rok, by zajrzeć do tej uwielbianej powieści i wszystko sprawdzić. Ale nie zajrzał.

Nb. Gajewska też bez żenady naciąga daty, żeby dopasować je do autobiograficznych odczytań. Raz pisze (s. 151), że Lem kończy Powrót z gwiazd w roku 1960, bo wtedy Lem ma 39 lat - jak Bregg (jeśli uwzględnić rok korekty z powodu hibernacji). To znów, że "powieść powstała w okolicach roku 1958" (s. 153), bo wtedy z kolei "przeszła przez Polskę największa fala emigracji mniejszości żydowskiej", a Lem z emigracji zrezygnował - jak Bregg, który nie chce już lecieć w kosmos.

[17] Zob. Stanisław Lem, Powrót z gwiazd, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981, s. 33-35, 72. Naturalnie można podważać powieściowe dane. Nie za bardzo zgadza się fizyka i astronomia tej wyprawy. Fomalhaut (konstelacja Ryby Południowej) to 25 lat świetlnych w jedną stronę. Z kolei Arktur, wokół którego bohater podobno krążył przez 6 dni (s. 76), leży w gwiazdozbiorze Wolarza w odległości 37 lat świetlnych etc. etc. Ale jeśli to wszystko jest tylko takim Lemowym MacGuffinem, to wszelkie paralele z pozapowieściową rzeczywistością zostają natychmiast unieważnione.

"Guglanie", zmyślanie i Wojciech Orliński

Kilka osób życzliwie poinformowało mnie, że p. Wojciech Orliński, dziennikarz "Gazety Wyborczej", podobno opowiada, jakoby zawartość "KOMPROMITACJI" została "wyguglana" - i co ja na to.

Ponieważ wcześniej wytknąłem p. Orlińskiemu sporo zmyśleń oraz niechlujstw [1], pewnie miało to mnie jakoś zdeprecjonować. Zarzut wprawdzie dziwny u człowieka, który potrafił na podstawie jednego internetowego odnośnika pomówić kogoś o rodzinne koneksje ze Służbą Bezpieczeństwa [2], ale może istotnie po tej nauczce p. Orliński popadł z jednej skrajności w drugą i teraz wyszukiwaniem w sieci się brzydzi.

Natomiast uwaga, że coś zostało "wyguglane" w Internecie, ma tyle sensu, co stwierdzenie, że ktoś coś wyszperał na półce w bibliotece.

Są oczywiście źródła wiedzy lepsze i gorsze, ale ostatecznie i tak liczy się tylko to, czy podana wiadomość jest prawdziwa, nie zaś to, czy ktoś usłyszał ją po raz pierwszy podczas wykładu uniwersyteckiego, czy też u cioci na imieninach; aczkolwiek wiadomości zasłyszane u cioci wypada weryfikować szczególnie starannie. Przepraszam za te banały, lecz jeśli ktoś wierzy, że opinii "ach, pewnie to wyguglał" można używać jako namiastki argumentu, to trzeba temu komuś przypomnieć kwestie elementarne.

Orliński bodaj tylko raz próbował polemizować z moimi uwagami i nie wyszło mu to najlepiej. Właśnie dlatego, że zamiast pochwalić się swoją wiedzą, wolał ogólnikowo dyskredytować źródła mojej. Na przykład w ten sposób:

Jakby autor NAPRAWDĘ interesował się tą tematyką (a nie tylko bezmyślnie przeklejał pierwsze, co mu z gugla wyskoczy) to by wiedział, że wyjaśnień tego typu jest więcej. Nie da się rozstrzygnąć, które jest prawdziwe [3].
Niestety, o tych wyjaśnieniach, których podobno "jest więcej", Orliński nie umiał wtedy nic powiedzieć. Co zresztą zrozumiałe. W rzeczywistości bowiem w sprawie, o którą toczył się spór, istnieje tylko jedno bezpośrednie źródło historyczne. Natomiast cała reszta "wyjaśnień", na które Orliński dał się nabrać, to jedynie fantazje domorosłych historyków albo popkulturowe bajki [4].

W tym wypadku, nie przeczę, trzeba było sięgnąć nieco głębiej, właśnie aż do źródeł, nie zadowalając się bezmyślnym przekartkowaniem pierwszego lepszego opracowania. Niemniej Orliński zbytnio sobie pochlebia, zakładając, że do odkrycia jego zmyśleń i niechlujstw niezbędne są zawsze głębokie studia.

Trzy kolejne (które to już?) przykłady.

1. Zwykły błąd Orlińskiego.

J.R.R. Tolkien, pisząc "Władcę pierścieni", był przekonany, że uczestniczy w ambitnym literackim eksperymencie, jakim byłoby wzbogacenie języka angielskiego o brakujący w nim epos - odpowiednik nordyckiej "Kalewali" [5].
"Nordycka Kalewala" to pomyłka na poziomie podstawowym. Jak najbardziej wypada "wyguglać", na czym ta pomyłka polega, natomiast nie wypada jej robić. Zwłaszcza gdy ktoś przedstawia się jako miłośnik Tolkiena, a więc osoba, która coś tam o eposach powinna wiedzieć.

2. Zwykłe niechlujstwo Orlińskiego.

Z kolei w reportażu śladami podróży Jana Potockiego przez Hiszpanię przedstawił się Orliński jako miłośnik Rękopisu znalezionego w Saragossie.

"Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena" - pierwsze zdanie "Rękopisu znalezionego w Saragossie" to - moim zdaniem - jedno z najpiękniejszych pierwszych zdań w historii literatury [6].
Miłość nie ustrzegła go jednak przed błędem w innym cytacie. Nadto z tym "pierwszym zdaniem" cokolwiek pobałamucił. Ale by to stwierdzić, nie trzeba filologicznych badań. Wystarczy zajrzeć do kilku wydań Rękopisu, zarówno we francuskim oryginale, jak i w przekładach [7].

3. Zwykłe zmyślenie Orlińskiego

Nieprzypadkowo jeden z wczesnych utworów Beethovena nosi tytuł "Złość z powodu zgubionego grosza". Kompozytor dobrze wiedział, ile go kosztowało zarobienie każdego grosza, i potrafił rzewniej opłakiwać zgubioną monetkę niż Kochanowski Urszulkę [8].
Pomijam już wnioskowanie na podstawie jednego tytułu, że Beethoven, widać potworny dusigrosz, "potrafił rzewniej opłakiwać zgubioną monetkę niż Kochanowski Urszulkę", bo to, zdaje się, miał być tylko taki dziennikarski żarcik. Ale Orliński chyba nigdy nie słyszał tego rzeczywiście żartobliwego utworu, o którym peroruje z taką pewnością siebie, a którego nastrój daleki jest od rzewności i płaczliwości. Z tytułem też pechowo zmyślił, bo utwór nosi ten barwny tytuł akurat dość przypadkowo, a przez samego kompozytora został nazwany zupełnie inaczej [9].

Na koniec jeszcze dwa świeże i pouczające przykłady, jak Wojciech Orliński reaguje na krytykę (nie moją!).

W jednej z notek na swoim blogu postawił taką oto śmiałą tezę historyczną:

Republika Weimarska nie upadła dlatego, że "wybrali Hitlera", bo NSDAP nigdy nie wygrało wyborów [10].
Literalnie rzecz biorąc jest to znów zwykła bzdura, bo NSDAP w 1932 roku dwukrotnie wygrała wybory do Reichstagu [11]. Gdy to Orlińskiemu wytknięto, mógł z powodzeniem napisać: "Przepraszam, wyraziłem się nieprecyzyjnie. Chodziło mi o to, że NSDAP nie doszła do władzy dzięki wyborom, że nie zdobyła parlamentarnej większości... etc., etc." - i po takich uzupełnieniach dałoby się to zdanie obronić. Zamiast tego Orliński zapędził się w rozpaczliwe próby dowodzenia, że "Szkot" z kontrprzykładu "nie jest prawdziwym Szkotem", czyli wprawdzie NSDAP formalnie wygrała jakieś tam wybory, lecz nie były to jednak "prawdziwe wybory" ("na tym terenie przestały być wolne"; "były w atmosferze terroru ulicznego"). Chwyt banalny, który już Schopenhauer wymienia w swojej Erystyce jako pierwszą ze "sztuczek szalbierczych w sporze" [12].

Drugi przykład ociera się już o groteskę. Zmarł niedawno aktor Ernest Borgnine i Orliński w epitafium dla niego napisał coś takiego:

Dla mojego pokolenia najważniejsza rola Borgnine'a to wredny szeryf Lile "Bawełna w ustach" Wallace w "Konwoju" Peckinpaha z 1978 [13].
Sporo postaci w tym filmie nosi różne dziwne przezwiska. Jest Martin "Rubber Duck" Penwald (główny bohater, gra go Kris Kristofferson), jest Bobby "Love Machine" i Spider Mike. Natomiast szeryf Lyle (nie Lile!) Wallace to dla gnębionych przez niego kierowców ciężarówek Lyle "Cottonmouth" Wallace. Niemniej pomysł, by "Cottonmouth" przełożyć dosłownie jako absurdalną "Bawełnę w ustach", zasługuje na życzliwą pamięć amatorów humoru zeszytów szkolnych. Szczęśliwie znalazła się zaraz dobra dusza, która próbowała Orlińskiemu delikatnie wyperswadować, że tu nie chodzi o żadną bawełnę, że przecież "cottonmouth" to taki gatunek jadowitego węża... A Orliński na to:
No tak, ale on naprawdę (w tym filmie) mówi tak, jakby coś miał w buzi.
Otóż nie, nieprawda. Akurat w tym filmie Ernest Borgnine mówi wyjątkowo wyraźnie, niczego w ustach nie memła, nie żuje, nie ciamka i nie można też mieć żadnych wątpliwości, do czego odnosi się jego przezwisko. Na samym początku filmu, mniej więcej w 10 minucie, gdy szeryf Wallace obłudnie zapewnia, że nie stosuje żadnych policyjnych sztuczek, jeden z kierowców rzuca z przekąsem pod jego adresem: "A cottonmouth nie jest wężem..." (Cottonmouth ain't a snake).

Gdyby Wojciech Orliński przemógł choć na chwilę swój wstręt do tego, "co mu z gugla wyskoczy", "guglnął" to nieszczęsne "Cottonmouth" i zobaczył, jak mu wyskakują obrazki z wężami, chybaby się w porę opamiętał i nie wystawiał na pośmiewisko.

Ale nie, twardy jest, nie "guglnął". Wolał po staremu zmyślać.

[1] Kto chciałby o tym wiedzieć więcej, niech zajrzy tutaj.

[2] Pod koniec 2010 roku Wojciech Orliński uznał, że Jacek Sasin to "synuś pana generała" SB, Józefa Sasina, wyłącznie na podstawie odnośnika, który podesłał mu internauta Rpyzel: "Link do biografii ojca Jacka Sasina, generała SB Józefa Sasina - dzięki Rpyzel! - wyjaśnia sprawę". Kopię pierwotnej notki Orlińskiego "Jacek Sasin, genetyczny patriota" można znaleźć tutaj. Natomiast dwa komentarze do tej notki tutaj i tutaj.

[3] Wypowiedzi Orlińskiego znajdują się tutaj. O dyskusji tej powiadomił mnie uprzejmie pan Roman Książek, zapewniając jednocześnie, że pod pseudonimem "wo" naprawdę kryje się Wojciech Orliński.

[4] Obszernie omówiłem tę sprawę w przypisie 7 do notki "Wojciech Orliński o Ameryce albo zmyślenia z podróży".

[5] Wojciech Orliński, Jak nie pobiłem premiera, czyli dlaczego kultura zawsze się opłaca, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 19 maja 2011.

[6] Wojciech Orliński, Reportaż znaleziony w Saragossie, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 10 czerwca 2009.

[7] "Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena" - tak wygląda pierwsze zdanie Rękopisu wyłącznie w przekładzie Edmunda Chojeckiego (zob. Rękopis znaleziony w Saragossie. Romans wydany pośmiertnie z dzieł hr. Jana Potockiego, tom I, wydanie J. N. Bobrowicza, Lipsk 1847, s. 1; bez nazwiska tłumacza). Ale Chojecki w istocie powieść Potockiego po swojemu zrekonstruował, skompilował z różnych rękopisów, uzupełnił, a miejscami ocenzurował. Również we francuskim oryginale jest ono pierwsze tylko we wcześniejszej wersji utworu, pozbawionej jeszcze "Przedmowy", która uzasadnia tytuł powieści oraz wprowadza nadrzędną "szkatułkę" w całej konstrukcji, wyjaśniając, że to, co czytamy, jest książką w książce, manuskryptem znalezionym przez oficera wojsk francuskich w czasie oblężenia Saragossy. W wersji późniejszej i chyba we wszystkich dziś wydawanych przekładach hrabia Olavidez pojawia się w pierwszym zdaniu pierwszego z dni, na które dzieli się Rękopis. Ale również we wcześniejszej oryginalnej wersji zdanie to nie jest tak zwięzłe, jak u Chojeckiego. Przeciwnie, zajmuje cały akapit!

"Le comte d'Olavidèz n'avait pas encore établi des colonies étrangères dans la Sierra Morena; cette chaîne sourcilleuse qui sépare l'Andalousie d'avec la Manche n'était alors habitée que par des contrebandiers, des bandits, et quelques Bohémiens qui passaient pour manger les voyageurs qu'ils avaient assassinés, et de là le proverbe espagnol: «Las Gitanas de Sierra Morena quieren carne de hombres»" (Jean Potocki, Oeuvres, IV, 2: Manuscrit trouvé à Saragosse (version de 1804), redakcja François Rosset i Dominique Triaire, Peeters, Leuven 2006, s. 3).

Tak więc wykrojenie z tego akapitu "pierwszego zdania", które Wojciech Orliński uważa za "jedno z najpiękniejszych pierwszych zdań w historii literatury", to wyłączna zasługa Chojeckiego. Skoro jednak aż tak ceni się jego redakcyjne i translatorskie osiągnięcia, wypadałoby chociaż raz wspomnieć jego nazwisko.

Orliński przepisał z drobnym błędem przytoczone wyżej hiszpańskie przysłowie o Cyganach. Być może przepisywał je z angielskiego przekładu Iana Macleana, zawierającego identyczny błąd (zob. Jan Potocki, The Manuscript Found in Saragossa, Penguin Books 1996; korzystałem z wydania elektronicznego w formacie EPUB). Oryginalna wersja Potockiego zachowuje pewną dwuznaczność, wychwyconą zresztą przez francuskich redaktorów (zob. Jean Potocki, Oeuvres, IV, 1: Manuscrit trouvé à Saragosse (version de 1810), redakcja François Rosset i Dominique Triaire, Peeters, Leuven 2006, przypis 2 na stronie 31). Nb. jeśli idzie o historycznego hrabiego Olavideza, to daty z jego biografii, które podają redaktorzy Oeuvres w przypisie 1 na stronie 31, nie całkiem pokrywają się z tym, co pisze Orliński, natomiast datowanie Orlińskiego dokładnie odpowiada temu, co podaje angielska Wikipedia.

[8] Wojciech Orliński, Nie samą sztuką artysta żyje, "Gazeta Wyborcza", 24 stycznia 2012.

[9] Utwór, o który chodzi, to Rondo à capriccio G-dur na fortepian op. 129. Beethoven nigdy tej kompozycji nie ukończył. Po jego śmierci wydał ją w 1828 roku Anton Diabelli w swoim opracowaniu (do czego się nie przyznał). Przypis w tym wydaniu podawał, że w manuskrypcie kompozycja nosi tytuł "Złość z powodu zgubionego grosza". Było to zgodne z prawdą, ale w manuskrypcie tytuł ten nie został wpisany ręką Beethovena. Otto Albrecht twierdzi (nie przedstawiając jednak żadnych dowodów), że tytuł wpisał Anton Schindler, sekretarz kompozytora (zob. Otto E. Albrecht, Adventures and Discoveries of a Manuscript Hunter, "The Musical Quarterly" 1945, nr 4, s. 495). Sam Beethoven na lewym marginesie innej karty rękopisu zrobił adnotację: "Alla ingharese. quasi un Capriccio" i to właśnie uznaje się obecnie za oryginalny tytuł (zob. Erich Hertzmann, The Newly Discovered Autograph of Beethoven's "Rondo a Capriccio", Op. 129, "The Musical Quarterly" 1946, nr 2, s. 184: "Beethoven's original title was Alla ingharese. quasi un capriccio"; zob też przypis 36 do tego zdania na tej samej stronie: "The word ingharese, of course, does not exist. [...] Perhaps Beethoven fused ongarese with zingarese and thus came out with ingharese").

Reprodukcja karty rękopisu z dopisanym tytułem o zgubionym groszu znajduje się w artykule Hertzmanna przed stroną 177. Natomiast reprodukcja karty z adnotacją samego Beethovena znajduje się w artykule Albrechta po stronie 496. Być może osobliwe "i" w ingharese jest swoistą ligaturą, zrostem "zi", co oznaczałoby, że Beethoven napisał jednak zingharese.

[10] Wojtek Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Kura i ziarno", 11 sierpnia 2012. Na stronie wyborcza.pl jako: Wojciech Orliński, Kura i ziarno, czyli PiS i Amber Gold, 13 sierpnia 2012.

[11] Historycy na ogół przykładają do zwycięstw wyborczych NSDAP znaczną wagę, podobnie zresztą jak czynili to sami naziści, wykosztowując się do granic możliwości na wyborcze kampanie. Nie podam w tym miejscu konkretnych stron, mogłyby one bowiem być - o zgrozo! - "wyguglane", ale proponuję przeczytać choćby rozdział "Hitler u progu zdobycia władzy" w przystępnie napisanej książce Allana Bullocka, Hitler i Stalin. Żywoty równoległe (Państwowy Instytut Wydawniczy, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1994; ten rozdział, siódmy w pierwszym tomie, przełożył Jan Mianowski). Kto woli wykład bardziej treściwy i bardziej naukowy, niech przeczyta pierwszy rozdział "Droga do władzy" w książeczce Eberharda Jäckela Panowanie Hitlera (Panowanie Hitlera. Spełnienie światopoglądu, przełożyła Alicja Karszniewicz-Mazur, Ossolineum, Wrocław 1989). Nb. na stronie 38 Jäckel pisze bez ogródek: "Hitler zawdzięczał swą nominację [na kanclerza Rzeszy] zwolennikom z NSDAP oraz swoim wyborcom" (kursywa moja). Wprawdzie zaraz dodaje, że nie był to czynnik wystarczający, ale wymienia go jednak jako podstawowy.

[12] Zob. Arthur Schopenhauer, Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów, przekład Bolesława i Lucji Konorskich, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976. Zwłaszcza strona 49; sam Schopenhauer twierdzi, że podobnego chwytu erystycznego uczy już Arystoteles w Topikach. Określenie chwytów erystycznych jako "sztuczek szalbierczych w sporze" pochodzi z przedmowy Tadeusza Kotarbińskiego.

[13] Wojtek Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Marksistowska analiza Sama Peckinpaha", 15 sierpnia 2012.

Wojciech Orliński wymyśla The Muppet Show
albo makrela pomalowana w biało-żółte paski

Doskonale rozumiem, że dziennikarzowi w średnim wieku, który nie wierzy, że dociągnie do emerytury jako dostawca lekkich kawałków dla upadającej prasy papierowej, nie chce się przykładać do pisania [0]. A już najbardziej nie chce mu się sprawdzać rozmaitych drobiazgów, skoro nie ma to żadnego wpływu na jego honorarium. Byłoby jednak miłą i nic nie kosztującą uprzejmością, gdyby przynajmniej czasem wtrącał do swych beztroskich bajań zwroty typu "wydaje mi się", "o ile mnie pamięć nie myli", "jak gdzieś kiedyś słyszałem" etc. etc. Wyobraźnia to pożyteczna władza ludzkiego ducha, ale dobrze jest też dawać czytelnikom jakiś znak, kiedy się ją nagle uruchamia.

Tymczasem Wojciech Orliński pisze tak, jakby właśnie obejrzał przed chwilą film Muppety jadą do Hollywood, choć naprawdę tylko go sobie wyobraża:

W pierwszym kinowym filmie "Muppety jadą do Hollywood" z 1979 roku Orson Welles zagrał niejakiego Lwa Lorda, parodię postaci Grade'a [Lew Grade był producentem The Muppet Show]. Kermit podpisuje z Lordem "standardowy kontrakt na sławę i bogactwo", czyli długi zwój spisany nieczytelnym maczkiem [1].
W rzeczywistości w scenie z Orsonem Wellesem nie pojawia się żaden "długi zwój spisany nieczytelnym maczkiem" i Kermit w ogóle niczego nie podpisuje. Wchodzi z przyjaciółmi do olbrzymiego gabinetu Lew Lorda [2] i trochę niepewnym głosem oznajmia, że przyszli tu, bo chcą być bogaci i sławni. Welles wyjmuje z ust cygaro, przez kilkanaście sekund milczy i ostatecznie mówi do interkomu tylko jedno zdanie: "Panno Tracy, proszę przygotować standardowy kontrakt 'bogactwo i sława' dla żaby Kermita i zespołu". Potem jest już tylko ogólna radość i piosenka [3].

Z kolei poniższa lawina szczegółów zdaje się świadczyć, że autor niemal na gorąco spisywał z ekranu treść pilotażowego odcinka The Muppet Show: Sex and Violence. A tak naprawdę to tylko znów poniosła go wyobraźnia:

Po raz pierwszy pojawił się [w tym odcinku] szwedzki kucharz, przerywając w połowie sensacyjną transmisję z meczu wrestlingu. Zdezorientowani widzowie mogli przypuszczać, że coś się zepsuło na łączach satelitarnych i nagle przełączyło ich na kanał, na którym ktoś po szwedzku z chińskimi napisami wyjaśnia, jak sobie zrobić kanapkę. Zważywszy że wśród składników kanapki była m.in. rękawica, płyta gramofonowa i gumowy kurczak - ten ostatni okazał się za twardy, więc kucharz postanowił go skruszyć młotem pneumatycznym - szybko jednak można było rozpoznać charakterystyczne poczucie humoru Jima Hensona z jego najlepszych przedsezamkowych czasów.
W rzeczywistości nawet dziecko nie mogłoby ani przez chwilę przypuszczać, że "coś się zepsuło na łączach satelitarnych", bo wrestling zrobiony był w dokładnie tej samej muppetowej konwencji (w ostatnim odcinku "sensacyjnej transmisji" dwóch wrestlerów tworzyło na ringu olbrzymie spaghetti z rozciągniętych rąk i nóg, a wychodzący z opustoszałej sali facet z mopem mówił: "Musicie chłopaki wiedzieć, że jutro w południe mamy tu mecz hokeja na lodzie"). No i najważniejsze: szwedzki kucharz nie kruszył kurczaka żadnym "młotem pneumatycznym". Używał zwykłego drewnianego tłuczka.

Dalszy ciąg zmyśleń.

Podpisał [Jim Henson] kontrakt z Disneyem, zgodnie z którym Disney miał przejąć prawa do serialu, a Henson mógł się skupić na pracy reżysera. Niestety, wyreżyserował już tylko jeden film - "Muppety w Disneylandzie" (1990), będący de facto reklamą parku rozrywki.
Henson wyreżyserował całkiem sporo filmów, ale akurat nie Muppety w Disneylandzie (The Muppets at Walt Disney World). Reżyserem tego filmu był Peter Harris.
Wkrótce potem wyszło na jaw zaniedbane zapalenie płuc - jak przystało na pracoholika Henson od kilku miesięcy ignorował uporczywy kaszel i zmuszał się do pracy. Gdy wreszcie trafił do szpitala, było za późno.
Naprawdę choroba Hensona trwała tylko kilkanaście dni, nie zaś kilka miesięcy. Rozwijała się też raczej bez związku z jego pracoholizmem, bo w tym czasie Henson wcale nie był zajęty wyłącznie pracą: między innymi kupował antyki i wybrał się wraz z córką w odwiedziny do ojca mieszkającego na prowincji. Najprawdopodobniej miał po prostu pecha. Trafiła mu się bowiem dość paskudna odmiana paciorkowca: najpierw długo dająca objawy banalnej grypy, a potem zaskakująco zjadliwa [4].

Orliński myli się też, pisząc o "znakomitej muppetowej adaptacji «Opowieści wigilijnej» Dickensa" jako o filmie telewizyjnym.

I na koniec wybuch entuzjazmu Orlińskiego tak eksplozywny, że pozazdrościć go mógłby Wielki Gonzo, a może nawet sam Szalony Harry:

Wiosną 1981 roku telewizyjne "Muppety" pożegnały się z widzami w rewelacyjnym stylu. Gościem ostatniego programu był Roger Moore, który wykonał piosenkę, podczas której musiał walczyć z uzbrojonymi szpiegami, wyskakującymi z każdego elementu dekoracji. [...]
W tym odcinku padł też żart, który jest moim ulubionym w historii całego programu - przypomina mi się niemal codziennie, gdy mam styczność z polskimi mediami. Prezenter "Wiadomości Muppetów" odczytał w nim przerażającą depeszę o organizacji terrorystycznej, która chce siać chaos przez podrzucanie mediom absurdalnych depesz.
- Proszę się nie martwić - powiedział prezenter - zatrudniliśmy specjalnych asystentów do odrzucania takich depesz i odczytał następną wiadomość: "Pomalowana w biało-żółte paski makrela została wybrana na króla". Oczywiście okazuje się, że ta wiadomość akurat jest prawdziwa i Jego Wysokość za chwilę pojawia się na wizji...
Odcinek z Rogerem Moorem jest ostatnim odcinkiem tylko według porządku produkcji (production order), który ani nie pokrywał się z kolejnością nagrywania (recording order), ani - co najważniejsze! - z kolejnością emisji (broadcasting order). Wyemitowano go po raz pierwszy już w grudniu 1980, a wiosną 1981 jako ostatni został pokazany odcinek z Martym Feldmanem. Ale i wtedy Kermit mówił na zakończenie "Do zobaczenia w następnym Muppet Show".

Natomiast wybrana na króla makrela nie była pomalowana w biało-żółte paski. W ogóle nie była pomalowana! Była najzwyczajniejszą (?) makrelą w czarno-żółte paski [5].

Rzecz jasna, dowcipu takie głupstwo nie kładzie; zamiast makreli mógłby być przecież nawet dorsz z Biedronki w dziwne białe plamki. No ale kiedy dmie się w fanfary i oznajmia z wielkim zadęciem, że - uwaga, uwaga! - zaraz opowiem mój najbardziej ulubiony żart "w historii całego programu", żart, który "przypomina mi się niemal codziennie", to wypadałoby przynajmniej ten jeden żart powtórzyć dokładnie.

A teraz już, drogie dzieci, pocałujcie Orlińskiego... Bo i co więcej możecie mu zrobić.

[0] Jak się po dziewięciu latach okazało, nie wierzył słusznie: Wojciech Orliński odchodzi z "Gazety Wyborczej", woli pracować jako nauczyciel.

[1] Wojciech Orliński, A teraz, drogie dzieci, pocałujcie muppeta..., wyborcza.pl, 22 stycznia 2012 (strona zarchiwizowana).

[2] Producent Lew Grade był taki Lew, jak nie przymierzając Lew Rywin. Ponieważ jednak zangliczał, trzeba teraz decydować, czy Lew ma być w wersji angielskiej, czy w polskiej. Lew angielski (wymawiany "Lju" i dla Anglika pozbawiony skojarzeń zoologicznych) będzie nieodmienny, czyli "zagrał niejakiego Lew Lorda" ("Lewa Lorda" stanowczo odradzałbym). Lew spolszczony będzie oczywiście odmienny, czyli "zagrał niejakiego Lwa Lorda". Orliński Lwa spolszczył, ale Henson dalej jest u niego "Jim", nie zaś "Kuba Henson". Gorsze zamieszanie - już bez winy Orlińskiego - panuje, jeśli idzie o polski odpowiednik oryginalnego tytułu The Muppet Movie. Orliński podaje wersję Muppety jadą do Hollywood, ale istnieje także wersja Wielka wyprawa muppetów. Na dobitkę w tym samym 1979 roku wypuszczono telewizyjny film The Muppets Go Hollywood, który także przekłada się jako Muppety jadą do Hollywood.

[3] Scena ta dzieje się mniej więcej pięć minut przed końcowymi napisami. Kermit w oryginale mówi: "Please sir, uh, my name is Kermit the Frog, and and we read your ad, and, oh, we've come to be rich and famous", natomiast Orson Welles jako Lew Lord odpowiada: "Miss Tracy, prepare the standard 'rich and famous' contract for Kermit the Frog and company".

[4] Tak w każdym razie twierdzi doktor Edward Kaplan, specjalista od infekcji wywoływanych przez paciorkowce. Zob. wywiad z nim dołączony do artykułu napisanego w związku ze śmiercią Jima Hensona: Susan Schindehette, Legacy of a Gentle Genius, "People", 18 czerwca 1990. Dr Kaplan określa infekcję, jaka przytrafiła się Hensonowi, mianem "wysoce zwodniczej" (highly deceptive). Z kolei Susan Schindehette próbuje wyjaśniać niespieszność w szukaniu pomocy lekarskiej charakterem Hensona, który nie lubił sprawiać kłopotów, a także tym, że jako dziecko był wychowywany zgodnie z wartościami Christian Science, wyznania mającego bardzo niekonwencjonalne podejście do medycyny.

[5] Dla koneserów tekst wygłaszany przez prezentera "Wiadomości Muppetów" w oryginale: "Here is a Muppet News Flash. An international spy ring is trying to sneak ridiculous stories into the news. Fortunately, with the tight security in the Muppet News room it can't happen here. In other news, a black and yellow striped mackerel was elected king this morning and...".

Wojciech Orliński o szalonych logikach
albo "licencia comixica"

Wojciech Orliński przeczytał książkę o logice; wprawdzie wydaną w formie komiksu, ale dobre i to [1]. Wszystko też dobrze się dzieje, dopokąd książeczkę tę jedynie streszcza, zręcznie podkreślając, że "opowieść nie jest nudna i trzyma w napięciu". Między innymi dlatego, że autorzy
sięgnęli po "licencia comixica". Dla zwiększenia napięcia narracyjnego zderzyli na swoich planszach ludzi, którzy tak naprawdę nigdy się nie spotkali - np. Georga Cantora z Russellem.
Niestety, Orliński zabrał się też za komentowanie i pouczanie. I to już wyszło mu znacznie gorzej:
To jest akceptowalna forma "licencia comixica". Wątpliwości, do których zresztą przyznają się sami twórcy, budzi jednak ich przywiązanie do tezy, jakoby logika szła w parze z szaleństwem. Cantor, Wittgenstein i Frege skończyli jako szaleńcy, Hilbert, Goedel i Russell żyli w cieniu szaleństwa dotykającego ich najbliższych i obawy, że choroba dopadnie w końcu także ich.
W tych trzech zdaniach są cztery błędy. Najmniej istotny to "licencia comixica" [2]. Gorsze są zmyślenia. Ani Wittgenstein, ani Frege nie skończyli jako szaleńcy; w każdym razie nie jako szaleńcy w sensie klinicznym, bo nie sądzę, by Orliński chciał odwoływać się do jakiejś ludowej opinii, wedle której wszyscy filozofowie mają coś z głową. Wittgensteina należałoby raczej przesunąć do tej drugiej kategorii: "żyjących w cieniu szaleństwa" (trzech jego braci popełniło samobójstwo). Z pewnością sam też prowadził życie niekonwencjonalne i nie wolne od problemów, ale żeby zaraz wariat? W dodatku akurat ostatni okres jego życia, gdy umierał na raka prostaty, to czas duchowej równowagi oraz intelektualnej jasności [3].

Również Fregego nikt za jego życia nie zdiagnozował jako wariata. Wprawdzie, jak pisze Rudolf Carnap w swojej Autobiografii intelektualnej, Frege był bardzo zamknięty w sobie i nieśmiały, tak że studenci w trakcie zajęć oglądali głównie jego plecy, gdy wyrysowywał rozmaite diagramy na tablicy, ale to za mało na szaleństwo [4]. Fama o paranoicznym Fregem narodziła się stosunkowo niedawno, gdy opublikowano jego dziennik prowadzony w 1924 roku [5]. Wyszło wtedy na jaw, że Frege zawiódł się na liberalnej demokracji i brzydko wyrażał o Żydach. Szczególnie zaś kłopotał go problem, który w języku nieco bardziej sformalizowanym można ująć tak oto: jak zbiór wszystkich obywateli podzielić na dokładnie dwa rozłączne podzbiory Ż i nie-Ż, a mówiąc prosto: jak odróżnić Żyda od nie-Żyda [6]. No i jeszcze prawdziwe horrendum: pochwalił Hitlera! Wprawdzie tylko raz i to za zdanie okrąglutkie niczym diagram Venna, ale jednak pochwalił [7]. Nic dziwnego, że niektórzy badacze twórczości Fregego uznali za stosowne odciąć się od tych miazmatów, a co bardziej histeryczni zaczęli nawet pośmiertnie wyrabiać Fregemu papiery do psychuszki. W końcu zawsze to lepiej wygląda, jeśli się pisze doktorat o logice wariata, niż o logice kto-wie-czy-nie-nazisty [8].

Wracając do zmyśleń Orlińskiego. Hilbert i Russell rzeczywiście "żyli w cieniu szaleństwa dotykającego ich najbliższych", ale nie Kurt Gödel. On akurat już dość wcześnie sam był rzetelnym wariatem (o czym więcej za chwilę).

Jeszcze gorzej wyszło Orlińskiemu w następnym akapicie:

Manie Goedla, Fregego i Cantora dopadły ich po siedemdziesiątce. Jakkolwiek lubimy siebie pocieszać wizją rumianych staruszków z reklamy funduszu emerytalnego, statystyka jest nieubłagana - w tym wieku różne formy starczej demencji (często prowadzącej do paranoicznej podejrzliwości albo nasilenia natręctw) są naturalne jak trądzik dla nastolatka. Czy twórcy tego komiksu dowodzą więc raczej tego, że logika prowadzi w obłęd - czy że zapewnia długie i dobre życie?
Trzy nazwiska i trzy pudła. Frege, powtórzę, w ogóle nie był szaleńcem. Cantor cierpiał na chorobę afektywną dwubiegunową, dawniej zwaną cyklofrenią, ale pierwszy kryzys pojawił się u niego już przed 39 urodzinami [9]. Natomiast Gödel pierwsze załamanie nerwowe przeżył jeszcze przed trzydziestką [10]. Tak więc następujące później rozważania Orlińskiego o zdrowiu logików w kontekście rzekomo naturalnych po siedemdziesiątce różnych form "starczej demencji" można od razu wrzucić do kosza.

Na ostatek spróbował jeszcze Orliński błysnąć osobistą erudycją i opowiedział o tym, jak to Russell w 1920 roku pojechał do Rosji, gdzie okpił pilnujących go organizatorów i zdołał przekonać się, jak naprawdę wygląda tam życie.

Udało mu się w ten sposób już w 1920 r. opublikować przenikliwy pamflet "Teoria i praktyka bolszewizmu", w którym zawarł niesłychanie trafny cytat: "Gdy brytyjska lewica słyszy hasło 'dyktatura proletariatu', myśli, że 'proletariat' oznacza 'proletariat', ale 'dyktatura' nie oznacza dosłownie 'dyktatury'. Jest akurat odwrotnie. Kiedy rosyjski komunista mówi o dyktaturze, należy to słowo traktować literalnie, natomiast gdy mówi o proletariacie, należy pamiętać, że traktuje to słowo z pickwickowską umownością".
Po pierwsze, i najmniej ważne, Orliński ma problem z polszczyzną. Russell nie zawarł w swojej książce niesłychanie trafnego cytatu o tym, co znaczy w Rosji hasło 'dyktatura proletariatu', gdyż nikogo nie cytował. Są to jego własne słowa. To Orliński zawarł w swoim artykule niesłychanie trafny cytat z Russella.

Po drugie, i już ciut ważniejsze, tłumacz tego cytatu nie grzeszył dokładnością. W oryginale nie ma mowy o brytyjskiej lewicy. Russell użył wyrażenia "przyjaciele Rosji" (Friends of Russia) [11]. To nie to samo. Frege powiedziałby, że oba te wyrażenia mają nie tylko odmienny sens, ale także odniesienie.

Po trzecie, nonsensem jest przekładanie zwrotu "w znaczeniu pickwickowskim" (in a Pickwickian sense) jako "z pickwickowską umownością". Ci, którzy wiedzą, o co chodzi z tym pickwickizmem [12], będą taką zmianą jedynie zdezorientowani. Ci, którzy nie wiedzą, również będą zdezorientowani, zastanawiając się, czym owa tajemnicza "pickwickowska umowność" różni się od zwyczajnej umowności.

Wreszcie po czwarte, pamflet Russella nie nosił tytułu Teoria i praktyka bolszewizmu. Wydanie z 1920 roku, które Orliński przywołuje, było zatytułowane Bolszewizm. Praktyka i teoria (Bolshevism: Practice and Theory). W latach następnych zaś tytuł został zmieniony na Praktyka i teoria bolszewizmu (The Practice and Theory of Bolshevism).

"Oczywiście, czepiam się drobiazgu, ale mam powody - człowiek, który robi taki błąd, po prostu nigdy nie sprawdzał faktów u źródeł" [13].

[1] Wojciech Orliński, Bertrand Russell jako superbohater, wyborcza.pl, 3 stycznia 2012; strona zarchiwizowana. Komiks o logice to Logikomiks. W poszukiwaniu prawdy Apostolosa Doxiadisa i Christosa Papadimitriou, rysowany przez Alecosa Papadatosa oraz Annie Di Donna i przełożony przez Jarosława Mikosa. U Orlińskiego pani Di Donna ma na imię Anne; prócz tego w tekście inna przykra literówka "Wittengstein".

[2] Miała to być pewnie w zamierzeniu dowcipna parafraza łacińskiego wyrażenia "licentia poetica". Dwukrotne użycie "licencia" (-cia zamiast -tia) wyklucza zwykłą literówkę. Poza tym Orliński już wcześniej pisał o "licencia comixica" na swoim blogu. Zob. Wojtek Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Gross i żydowskie pachołki", 22 stycznia 2008: "Uznawałem ją za "licencia comixica", takie metaforyczne przedstawienie strachu wzbudzonego przez pogrom kielecki aka oderwany epizod". Nb. wymawianie łacińskiego -tia jako -cia to obyczaj średniowieczny. Horacy mówił 'licentia'.

[Dopisek] Pan Konrad Ciborowski słusznie zwrócił mi uwagę, że na końcu tego przypisu trochę przeszarżowałem. 'Licentia' wymawia dziś licealista na lekcjach łaciny, natomiast Horacy najprawdopodobniej mówił 'likenti(j)a'. Tak w każdym razie wynika z reguł restytuowanej wymowy łacińskiej: 'c' w czasach Horacego zawsze wymawiano jak 'k', 'i' zaś nie zmiękczało 't', które wymawiano twardo. Dlatego Rzymianin słyszał w tym słowie cztery sylaby: li-ken-ti-a.

[3] Georg Henrik von Wright podaje, że w ostatnich dwóch miesiącach życia Wittgenstein był w bardzo dobrym nastroju, a to, co wtedy pisał, należy do najlepszych rzeczy, jakie wyszły spod jego pióra. Zob. G. H. von Wright, "A Biographical Sketch", [w:] Norman Malcolm, Ludwig Wittgenstein. A Memoir, Clarendon Press, Oxford 2001, s. 17: "But it is remarkable that during the last two months he was not in bed and was apparently in the best of spirits. As late as two days before his death he wrote down thoughts that are equal to the best he produced".

Sam Wittgenstein w ostatnim liście do Normana Malcolma z 16 kwietnia 1951 (13 dni później już nie żył) pisał, że czuje się dobrze i jest w stanie zajmować się filozofią: "Apart from a certain weakness which has constant ups & downs I'm feeling very well these days. [...] About a month ago I suddenly found myself in the right frame of mind for doing philosophy" (tamże, s. 133-134; wyróżnienie Wittgensteina). Malcolm cytuje też słynne ostatnie słowa, które Wittgenstein wypowiedział przed utratą przytomności do czuwającej przy nim Joan Bevan, żony opiekującego się Wittgensteinem lekarza: "Powiedz im, że miałem wspaniałe życie" ("Tell them I've had a wonderful life"; s. 81).

[4] Zob. Rudolf Carnap, "Intellectual Autobiography", [w:] The Philosophy of Rudolf Carnap (XI tom "The Library of Living Philosophers"), zredagował Paul Arthur Schilpp, Open Court 1997, s. 5: "He was of small stature, rather shy, extremely introverted. He seldom looked at the audience. Ordinarily we saw only his back, while he drew the strange diagrams of his symbolism on the blackboard and explained them". Wedle Carnapa, Frege w tamtym czasie (tj. tuż przed pierwszą wojną światową) był człowiekiem zawiedzionym i rozgoryczonym z powodu głuchej ciszy, z jaką spotykała się jego praca. Co jednak nie dziwi, skoro dwa tomy swoich fundamentalnych Grundgesetze der Arithmetik musiał ostatecznie wydać własnym sumptem.

I jeszcze na prawach dygresji. Carnap wspomina, że w letnim semestrze 1913 na kurs Fregego "Begriffsschrift II" zapisał się tylko on wraz z kolegą oraz jakiś major w stanie spoczynku, studiujący nowe idee matematyczne w ramach hobby. "To od tego majora - pisze Carnap - usłyszałem po raz pierwszy o teorii mnogości Cantora, o której żaden z profesorów nawet nie wspomniał". Być może zatem przyczyn miernego poziomu filozofii w naszych czasach należałoby szukać także w powszechnej odmianie zainteresowań wśród obecnych dymisjonowanych wojskowych.

[5] Najpierw opublikowany po niemiecku w 1994 roku. Angielskie tłumaczenie ukazało się w dwa lata później w znanym czasopiśmie filozoficznym "Inquiry" i właśnie to wydanie, jako znacznie łatwiej dostępne, będę tu cytował: Diary. Written by professor Dr Gottlob Frege in the time from 10 March to 9 April 1924, redakcja i komentarz Gottfried Gabriel i Wolfgang Kienzler, przekład Richard L. Mendelsohn, "Inquiry" 1996, t. 39, nr 3-4, s. 303-342 (dalej Diary).

[6] "[...] Żydzi w Niemczech powinni stracić swoje prawa polityczne, a jeszcze lepiej zniknąć z Niemiec. Jeśli chce się wprowadzenia praw dla zaradzenia temu złu, trzeba w pierwszym rzędzie odpowiedzieć na pytanie: jak można z całkowitą pewnością odróżnić Żydów od nie-Żydów? Mogło to być względnie łatwe 60 lat temu. Dziś wydaje mi się to dość trudne". Zob. Diary, s. 336: "[...] Jews in Germany should lose their political rights or better yet vanish from Germany. If one wanted laws passed to remedy these evils, the first question to be answered would be: How can one distinguish Jews from non-Jews for certain? That may have been relatively easy sixty years ago. Now, it appears to me to be quite difficult". Zob. także s. 330-331: "I have only in the last years really learned to comprehend antisemitism. If one wants to make laws against the Jews, one must be able to specify a distinguishing mark (Kennzeichen) by which one can recognize a Jew for certain. I have always seen this as a problem".

[7] 5 maja 1924 roku Frege zanotował te straszliwe słowa: "Adolf Hitler słusznie napisał w kwietniowym numerze "Deutschlands Erneuerung", że od ustąpienia Bismarcka Niemcy nie mają w polityce jasno wytyczonego celu". Diary, s. 338-339: "Adolf Hitler writes correctly in the April issue of Deutschlands Erneuerung, that Germany no longer had a clear political goal after the departure of Bismarck".

[8] Niedawno zmarły Michael Dummett, zapewne najwybitniejszy znawca myśli Fregego, zapoznał się z jego dziennikiem jeszcze w rękopisie. W przedmowie do Frege. Philosophy of Language (Harper & Row, Nowy Jork 1973) stwierdzał wprawdzie z przykrością, że Frege u schyłku życia był zjadliwym rasistą, w szczególności antysemitą ("was [...] a virulent racist, specifically an anti-semite"; s. xii), ale nawet nie próbował sugerować, że są to objawy szaleństwa. Znacznie gorzej postąpił natomiast Hans Sluga, który w dwadzieścia lat później uznał Fregego za wielbiciela Hitlera ("his heroes now were General Ludendorff and Adolf Hitler") i twierdził, że używał on wszystkich swoich analitycznych talentów w celu opracowania planów usunięcia Żydów z Niemiec ("Frege also used all his analytic skills to devise plans for expelling the Jews from Germany"). To już w istocie mogło zakrawać na manię. Zob. Hans Sluga, Heidegger's Crisis. Philosophy and Politics in Nazi Germany, Harvard University Press 1993, s. 99. Z podejściem Slugi zdecydowanie polemizował Richard L. Mendelsohn, tłumacz dziennika Fregego na angielski (zobacz wyżej przypis 5).

[9] Zob. Joseph Warren Dauben, Georg Cantor. His Mathematics and Philosophy of the Infinite, Princeton University Press 1990, s. 280: "Cantor's first serious mental breakdown occurred shortly after his thirty-ninth birthday in the spring of 1884". Cytowany przez Daubena Ivor Grattan-Guinness, który przejrzał historię choroby Cantora zachowaną w Halle Nervenklinik, twierdzi, że wbrew wielu legendom (jedna z nich głosi, jakoby Cantor nadwerężył swe władze umysłowe zmagając się z hipotezą continuum) jego choroba nie miała związku z jego pracą ("Cantor's illness was basically endogenous, and probably showed some form of manic depression"; s. 285, wyróżnienie za oryginałem).

[10] Wedle relacji brata Kurta, Rudolfa, wkrótce po publikacji słynnego twierdzenia o niezupełności Kurt okazywał tak poważne oznaki depresji, że rodzina w obawie, by nie popełnił samobójstwa, wysłała go wbrew jego woli na kilka tygodni do sanatorium. Wchodzi zatem w grę już rok 1931, gdy Gödel ma zaledwie 25 lat. Trudno jednak tę datę uzgodnić z wiadomościami o jego ówczesnych zajęciach (zob. John W. Dawson, Jr., Logical Dilemmas. The Life and Work of Kurt Gödel, A K Peters, Wellesley 1997, s. 77-78). Dawson traktuje natomiast jako w pełni udokumentowany pobyt Gödla w sanatorium Westend w Purkersdorf w październiku 1934. Jego przypadkiem zajmował się wówczas słynny psychiatra Julius Wagner-Jauregg, laureat nagrody Nobla z 1927 roku (s. 104-106).

Późniejsze dziwactwa Gödla to kopalnia anegdot: wesołych i smutnych. Komisji egzaminującej go, czy jako kandydat na amerykańskiego obywatela zna konstytucję, próbował udowadniać, że konstytucja amerykańska jest wewnętrznie sprzeczna. W latach 40. wierzył w istnienie konspiracji ukrywającej przed światem część rękopisów Leibniza. Potem w konspirację podtrzymującą wartość bezwartościowego dolara (choć może akurat w tym wypadku jedynie wyprzedził swoje czasy). Wyznawał też najdziwniejsze teorie medyczne, a na koniec, by mieć niezbitą pewność, że nie zostanie otruty, z przerażająco logiczną konsekwencją zagłodził się na śmierć.

[11] Nadto sam początek cytatu został bez zaznaczenia swobodnie skompilowany z części zdania poprzedzającego. To brzydki zwyczaj. Zob. Bertrand Russell, Bolshevism. Practice and Theory, Harcourt, Brace and Howe, Nowy Jork 1920, s. 26-27: "Friends of Russia here think of the dictatorship of the proletariat as merely a new form of representative government, in which only working men and women have votes, and the constituencies are partly occupational, not geographical. They think that «proletariat» means «proletariat,» but «dictatorship» does not quite mean «dictatorship.» This is the opposite of the truth. When a Russian Communist speaks of dictatorship, he means the word literally, but when he speaks of the proletariat, he means the word in a Pickwickian sense".

[12] Wyrażenie "w znaczeniu pickwickowskim" pojawia się już na samym początku Klubu Pickwicka. Otóż, jak dowiadujemy się z protokołu, w trakcie klubowego zebrania pan Blotton z Algate, czując się dotknięty aluzją pana Pickwicka, oznajmił, że w takim razie "szanowny gentleman jest blagier". Ponieważ nie zamierzał cofnąć tych słów, przewodniczący na wszelki wypadek zapytał go jeszcze, "czy wyrażenia, które mu się wyrwało, użył w znaczeniu, jakie mu się nadaje pospolicie". Na to pan Blotton nie wahał się odpowiedzieć, "że nie i że użył tego wyrażenia w znaczeniu pickwickowskim. [...] Czuje się w obowiązku oświadczyć, że osobiście przejęty jest najgłębszym szacunkiem dla tak szanownego gentlemana, jakim jest pan Pickwick. Nazwał go blagierem tylko z punktu widzenia czysto pickwickowskiego" (Karol Dickens, Klub Pickwicka, t. I, przekład Włodzimierza Górskiego uzupełniony przez Zofię i Wiktora Popławskich, Czytelnik, Warszawa 1987, s. 11).

W oryginale słowa pana Blottona podejrzane o znaczenie obraźliwe zaprotokołowano jako: "The hon. gent. was a humbug". Przewodniczący pyta: "whether he had used the expression which had just escaped him, in a common sense". Pan Blotton zaś wyjaśnia: "that he had not - he had used the word in its Pickwickian sense. [...] He was bound to acknowledge, that, personally, he entertained the highest regard and esteem for the honourable gentleman; he had merely considered him a humbug in a Pickwickian point of view" (Charles Dickens, The Posthumous Papers of the Pickwick Club, Chapman and Hall, Londyn 1837, s. 4).

Jak podaje w haśle "Pickwickian Sense" A New Dictionary of Eponyms, znaczenia pickwickowskiego mogą nabywać, ściśle rzecz biorąc, jedynie wyrażenia uznawane za obraźliwe, które użyte w znaczeniu pickwickowskim przestają być traktowane poważnie (Morton S. Freeman, A New Dictionary of Eponyms, Oxford University Press, Nowy Jork 1997, s. 200: "An insulting remark, then, that is not to be taken seriously is a Pickwickian"). Russell naturalnie nie sugeruje, że 'proletariat' jest wyrażeniem obraźliwym, ale chodzi mu mniej więcej o to samo: że rosyjski komunista nie traktuje poważnie powszechnie przyjętego znaczenia tego słowa. I tak właśnie wystarczyło napisać.

[13] Wojtek Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Metafizyka autostrady", 30 czerwca 2011.

Wojciech Orliński o Ameryce
albo zmyślenia z podróży

Orliński napisał książkę o podróży po Ameryce, a wiadomo od niepamiętnych czasów, że relacje podróżników nie mogą się obejść bez zmyślania i koloryzowania. O co więc chodzi? Ba, gdyby Orliński przysięgał, że po wyjściu z saloonu w Bisbee zobaczył Wielką Stopę trzymającą tęczową flagę, wszystko byłoby w porządku [1]. Trudno jednak zaakceptować drobne zmyślenia i przeinaczenia, od których w trakcie czytania i tak dreszcz po krzyżu nie przejdzie, bo nie wzięły się z nadmiaru fantazji, lecz z braku rzetelności. Tym trudniej, że to wydanie drugie, podobno poprawione [2].

Większość wpadek Orlińskiego bierze się zaś dodatkowo z grzechu nieumiarkowania.

Na przykład w opowieści o tym, jak Amerykanie kupowali od Napoleona Luizjanę, w zupełności wystarczyłoby napisać, że działo się to w roku 1803. Kto będzie potrzebował szczegółów, doczyta w specjalistycznych dziełach. Ale Orliński dodaje jeszcze takie imponujące zdanie:

Podpisany dwunastego prairala roku jedenastego (we Francji obowiązywał jeszcze kalendarz rewolucyjny; poza Francją był wtedy 22 maja 1803) traktat nagle podwoił amerykańskie terytorium (s. 76).
Czyli nie tylko wie dokładnie, co do dnia, kiedy to było, ale nawet zna się na kalendarzu francuskiej rewolucji i umie go bez problemu przeliczać na zwykły. Tymczasem są w tym jednym zdaniu aż trzy błędy. Po pierwsze, dziewiąty miesiąc w kalendarzu rewolucyjnym nie nazywał się prairal, ale prairial, miesiąc łąk (od francuskiego prairie - łąka). Po drugie, w roku 1803 dwunastemu prairiala odpowiadał 1 czerwca, a nie 22 maja. Po trzecie zaś i najważniejsze, traktat o kupnie Luizjany został podpisany 30 kwietnia 1803, to jest 10 floréala według kalendarza rewolucyjnego [3].

Z kolei do demaskacji amerykańskiego mitu drobnego przedsiębiorcy z głównej ulicy (Main Street) wystarczyłoby z powodzeniem kilka zdroworozsądkowych obserwacji. Ale Orliński próbuje to jeszcze efektownie zilustrować za pomocą filmu Franka Capry To wspaniałe życie:

Niezapomniany James Stewart gra w nim małomiasteczkowego biznesmena, którego złe wyroki fortuny doprowadziły na krawędź samobójstwa, ale jego Anioł Stróż powstrzymuje go przed tą decyzją, pokazując mu Main Street w fikcyjnym miasteczku Bedford Falls. Okazuje się, że tylko mrówczy wysiłek głównego bohatera powstrzymuje Main Street przed ostateczną degrengoladą. Na razie jest to urocza uliczka [...], ale niewiele brakuje, żeby cała wpadła w łapska chciwego bankiera. którego gra Lionel Barrymore. A gdy już w te łapska wpadnie, to nie będzie na niej miejsca dla uczciwych, ciężko pracujących drobnych biznesmenów - wszystko służyć będzie zaspokajaniu interesów bankowego molocha. Który z natury rzeczy woli robić interesy z innymi molochami - dlatego na przykład miejsce małego punktu gastronomicznego na rogu zajmie lokal należący do jednej z wielkich sieci fastfoodowych. Tak przecież wygląda dzisiejsza Ameryka [...]. Życie to nie film, w życiu nie ma aniołów (s. 18-19).
W rzeczywistości w filmie Capry w ogóle nie ma żadnej inwazji sieciowych molochów na uroczą Main Street! Owszem, jest chciwy bankier. Ale gdy miasteczko wpada w jego łapy (na szczęście tylko w wizji, którą sprowadza Anioł Stróż), Main Street wcale nie kończy w piekle nowoczesnych korporacji, lecz w bardzo tradycyjnym piekle lichwy i rozpusty. Degrengolada dotyka moralności, a nie modelu biznesu! Główny bohater widzi, że tam, gdzie był jego uczciwy małomiasteczkowy biznes, nadal najprawdopodobniej działają jacyś inni małomiasteczkowi biznesmeni. Tyle że teraz prowadzą głównie lombardy oraz tancbudy ze stripteasem [4].

Takich niepotrzebnych zmyśleń można niestety znaleźć więcej.

Nie jest prawdą, że nazwa popularnego programiku ping, służącego do sprawdzania połączeń między komputerami w sieci TCP/IP, powstała wskutek nawiązania

do skeczu z wypuszczonego właśnie wtedy filmu Sens życia według Monty Pythona, w którym podekscytowany Michael Palin mówi o nowoczesnych "maszynach robiących ping" (s. 282).
Autor programiku, Mike Muuss, twierdził, że nazwał go tak od dźwięku, jaki wydaje sonar, co jest wyjaśnieniem prostym i logicznym. Spekulacje, że może Muuss wstydził się prawdziwego źródła swojej nazwy, lepiej sobie darować. Akurat w środowisku programistów zarówno poczucie humoru, jak i Monty Python, są wysoko notowane, a sam Muuss też z pewnością nie był ponurakiem [5].

Nie jest prawdą, że w czasie kręcenia Blade Runnera Bradbury Building (dom, w którym znajduje się filmowe mieszkanie J.F. Sebastiana i rozgrywa się finał filmu)

był de facto pustostanem, przed wyburzeniem uratowanym dzięki wpisowi na listę zabytków w 1977 roku. Dlatego właśnie mogła go tanio zająć ekipa filmowa do swojej wyłącznej dyspozycji (s. 204-205).
Było akurat odwrotnie. Budynek miał wtedy swoich stałych lokatorów i za dnia normalnie działał, w związku z czym ekipa filmowa mogła pracować wyłącznie od szóstej wieczorem do szóstej rano. To znaczy o szóstej rano wszystko musiało być już elegancko uprzątnięte i przywrócone do stanu z wieczora dnia poprzedniego. Ponieważ scenografia przewidywała sporo wody i brudu, ekipa techniczna zapamiętała tę "wyłączną dyspozycję" w pustostanie na długie lata [6].

Nie jest prawdą, że nie wiadomo, co oznaczało "tajemnicze słowo "CROATOAN" wyryte na ścianie budynku" w zaginionej kolonii Roanoke (s. 57) . Po pierwsze, słowo to zostało wyryte na jednym z pali ogrodzenia, gdyż budynki znikły. Po drugie, dla przybywającego po kilku latach gubernatora Roanoke, Johna White'a, był to całkiem jasny komunikat. Ponieważ obok napisu nie znaleziono umówionego znaku krzyża oznaczającego niebezpieczeństwo, White uznał, że koloniści z jakichś powodów przenieśli się na wyspę Croatoan, z której pochodził ich tłumacz Manteo. Sprawa ich losów oczywiście dalej pozostaje zagadkowa, ale po co dodawać nieistniejące tajemnice [7].

Nie jest też prawdą, że "nie wiadomo, co oznacza" tytuł Salmagundi, który Washington Irving nadawał zbiorom swych felietonów (s. 167). Salmagundi to po prostu rodzaj sałatki, popularnej w kolonialnej Ameryce już od końca XVII stulecia [8]. W każdym razie na ten czas datuje się pierwsze odnotowane użycie tego słowa, którego później używano również tak, jak używa się francuskiego potpourri, czyli w przenośnym znaczeniu "różności", "rozmaitości", "mieszanki". Opatrywano nim na przykład zbiory wierszy etc. Irving rzeczywiście miał prawo uznać, że czegoś takiego wprost nie wypada wyjaśniać.

Do tego dochodzi garść stwierdzeń wątpliwych lub niefrasobliwych [9]. Problemem Orlińskiego nie jest bowiem niedostatek informacji, lecz ich powierzchowna weryfikacja. Jednak na razie nie wszystko jeszcze da się ad hoc sprawdzić za pomocą Google.

Ameryka może i nie istnieje, ale czyżby Orliński nie wierzył już także w istnienie bibliotek?

[1] Wojciech Orliński, Ameryka nie istnieje, wydanie drugie, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2011. Dalej w nawiasach okrągłych strony z tego wydania. Dlaczego w Bisbee mogłaby się komuś zwidzieć Wielka Stopa z tęczową flagą, wyjaśnia się na stronach 59-60: "Jedyny saloon w mieście to lokal dla lesbijek. [...] [Bisbee] to dziś centrum kultury gejowskiej".

[2] "[...] po prostu teraz to wszystko zrobiono staranniej, bez tego wariackiego pośpiechu. A więc: wreszcie jest staranna korekta i bardziej przemyślany wybór zdjęć [...]" (zob. Wojtek Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Ronald Reagan jako potwór", 27 czerwca 2011).

Ślady działania korekty rzeczywiście znać tu i ówdzie. Na przykład zniknął językowy koszmarek o "dosłownych słowach Walta Disneya" ze strony 13 pierwszego wydania (Bielsko-Biała 2010). Ale "purytanie" dalej odmieniani są jak Rosjanie (Rosjan, purytan), zamiast jak franciszkanie (franciszkanów, purytanów), na stronie 206 słowa "reprezentatywny" użyto w znaczeniu "reprezentacyjny", a wojna domowa, po polsku nazywana zazwyczaj "wojną secesyjną", pojawia się jako "wojna cywilna" (s. 306), co jest oczywiście bezmyślną kalką z angielskiego "Civil War". Bez większych zmian pozostały także skandalicznie dziurawe indeksy.

[3] Zob. The Luisiana Purchase. A Historical and Geographical Encyclopedia, red. Julius P. Rodriguez, ABC-CLIO 2002. Tekst traktatu wraz z datą na stronach 408-409. Mówiąc ściśle, traktat nosił datę 30 kwietnia i właśnie od tej daty biegł sześciomiesięczny termin ratyfikacji, natomiast faktycznie podpisano go 2 maja. Zob. Thomas Fleming, The Luisiana Purchase, John Wiley & Sons, Hoboken 2003, s. 141.

[4] Scena z wizją odmienionej Main Street zaczyna się około 112 minuty filmu. Najbardziej rzucająca się w oczy różnica to wszędobylskie neony i wielka ilość lokali rozrywkowych. Nic jednak nie wskazuje na to, by ulicę zagarnęły korporacyjne "molochy". Nie ma żadnej "sieci fastfoodowej" w miejscu "małego punktu gastronomicznego na rogu". Być może lombard należy do jakiejś sieci, ale to też nie jest pewne. Dokładne studiowanie szyldów i ewentualne ustalenie struktury własności wymagałoby zresztą stop-klatki i nie było możliwe dla widza w latach czterdziestych. Natomiast przesłanie moralne ("Sodoma i Gomora w moim miasteczku!") widać nawet bez odrywania wzroku od przerażonej twarzy Jamesa Stewarta.

[5] "Sonarowe" wyjaśnienie nazwy "ping" wraz z dowodami na poczucie humoru Muussa można znaleźć na jego stronie "The Story of the PING Program"; niestety już tylko archiwalnej, gdyż Muuss zginął w wypadku samochodowym w roku 2000: "I named it after the sound that a sonar makes, inspired by the whole principle of echo-location". Zob. także David J. Marchette, Computer Intrusion Detection and Network Monitoring. A Statistical Viewpoint, Springer-Verlag, Nowy Jork 2001, s. 27: "[...] the name ping comes from an analogy with submarines and sonar [...]".

Program ping ma rzeczywiście wiele zalet (choć nie jest ani uniwersalny, ani też niezawodny - da się go oszukać!), niemniej przepowiednia Orlińskiego, że program ten przetrwa do roku 2050, jeśli tylko "będą dalej istnieć komputery", jest tyle warta, co przepowiednia, że dolar przetrwa do roku 2050 jako światowa waluta, jeśli tylko będzie dalej istnieć Ameryka.

[6] Opowiada o tym David L. Snyder w trzy i półgodzinnym filmie dokumentalnym Dangerous Days. Making Blade Runner (2007) w okolicach 21 minuty części "Eye of the Storm". Snyder był scenografem (art director) w ekipie Blade Runnera. Zob też informację na stronie screened.com: "The crew could only shoot at the Bradbury from 6:00 p.m. to 6:00 a.m. and had to clean the debris off the floors to make way for the business occupying the building. The art department eventually discovered that sprinkling the floors with ground up cork allowed for a convincing dirt substitute, combined with simpler cleanup once filming had wrapped".

Poprawkę w tym przypisie zawdzięczam panu Piotrowi Sitarskiemu, autorowi nominowanej do nagrody im. Bolesława Michałka monografii Ridleya Scotta (Sens stylu. O twórczości filmowej Ridleya Scotta, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2010).

[7] Podstawowym i zarazem jedynym bezpośrednim źródłem w sprawie CROATOAN jest relacja gubernatora Johna White'a z jego podróży do Wirginii w roku 1590. Wracając do Roanoke po trzyletniej nieobecności White zastał kolonię opuszczoną. Domy zniknęły, ale zostały starannie rozebrane, nie zaś zniszczone czy spalone. Na jednym z drzew odkrył wyryte litery "CRO", natomiast na słupie słowo "CROATOAN". Wszystko to go jednak nie zdziwiło, gdyż koloniści planowali przenosiny już wtedy, gdy przed trzema laty wyjeżdżał. Zgodnie z zawartą wówczas umową mieli pozostawić mu wiadomość wskazującą miejsce, do którego się przenoszą. Gdyby groziło im jakiekolwiek niebezpieczeństwo, powinni wyryć także znak krzyża maltańskiego ✠, ale takiego znaku nigdzie nie znaleziono. Uradowany White był więc pewien, że koloniści przebywają bezpieczni na wyspie Croatoan, skąd zresztą wywodził się ich tłumacz Manteo ("I greatly joyed that I had safely found a certaine token of their safe being at Croatoan"). Niestety, zła pogoda uniemożliwiła mu żeglugę w tamte strony, a później już nikt nigdy kolonistów z Roanoke nie widział.

Znaczenia napisu "CROATOAN" nie ustalano więc na podstawie mętnych domysłów. White wiedział, że napis ten dotyczy miejsca, gdzie przenieśli się koloniści, i że miejscem tym może być wyłącznie dobrze mu znana wyspa Croatoan. W swym sprawozdaniu wymienia tę wyspę wielokrotnie, podobnie jak wymieniał ją również w opisie swojej poprzedniej podróży do Wirginii z roku 1587. Tak zatem wygląda jedyne wyjaśnienie oparte na źródłach: relacji naocznego świadka, której autentyczności nikt nie kwestionuje.

Relacja White'a była wielokrotnie przedrukowywana. Sam korzystałem ze stosunkowo łatwo dostępnej edycji Henry'ego S. Burrage'a: Early English and French Voyages Chiefly from Hakluyt, Barnes & Noble, Nowy Jork 1959. Odpowiednie wyimki przytaczam ze stron 317-318 w pisowni przyjętej w tym wydaniu, ale z moimi wyróżnieniami:

"[...] as we entred up the sandy banke upon a tree, in the very browe thereof were curiously carved these faire Romane letters C R O: which letters presently we knew to signifie the place, where I should find the planters seated, according to a secret token agreed upon betweene them and me at my last departure from them, which was, that in any wayes they should not faile to write or carve on the trees or posts of the dores the name of the place where they should be seated; for at my comming away they were prepared to remove from Roanoak 50 miles into the maine. Therefore at my departure from them in An. 1587 I willed them, that if they should happen to be distressed in any of those places, that then they should carve over the letters or name, a Crosse ✠ in this forme, but we found no such signe of distresse. And having well considered of this, we passed toward the place where they were left in sundry houses, but we found the houses taken downe, and the place very strongly enclosed with a high palisado of great trees, with cortynes and flankers very Fortlike, and one of the chiefe trees or postes at the right side of the entrance had the barke taken off, and 5 foote from the ground in fayre Capitall letters was graven CROATOAN without any crosse or signe of distresse; [...] yet on the other side I greatly joyed that I had safely found a certaine token of their safe being at Croatoan, which is the place where Manteo was borne, and the Savages of the Iland our friends".

W relacji z podróży z roku 1587 White jednoznacznie identyfikuje Croatoan jako wyspę na stronach 287, 289-292.

Toteż upieranie się, że istnieją rzekomo inne, równorzędne wyjaśnienia słowa CROATOAN, nie ma najmniejszych podstaw. Każdy, kto wychodzi poza relację White'a, z konieczności fantazjuje lub daje wiarę cudzym fantazjom.

[8] Zob. Robert Allen Palmatier, Food. A Dictionary of Literal and Nonliteral Terms, Greenwood Press 2000, s. 307: "The first combination of lettuce, salad oil, vegetables, eggs, meats, and cheeses appeared in the form of the 17th cent. salmagundi (MWCD: ca. 1674), which was popular in Colonial America". Jako MWCD autor cytuje 10 wydanie Merriam-Webster's Collegiate Dictionary z roku 1994. Dzisiejszym odpowiednikiem salmagundi jest wg Palmatiera chef's salad.

[9] Ponieważ stwierdzeń takich nie można uznać za jednoznacznie fałszywe, kilka przykładów umieszczam jedynie w przypisie.

Hipoteza, że Edgar Allan Poe umarł, gdyż padł ofiarą opryszków, którzy w czasie wyborów zmuszali upatrzone ofiary do wielokrotnego głosowania na wskazanego kandydata (s. 309; nazywano takie praktyki "coopingiem"), nie została wprawdzie nigdy sfalsyfikowana, ale też nie przemawia za nią nic prócz mało wiarygodnych i późnych pogłosek. Prawdopodobnie jej autorem był John Reuben Thompson, który postawił ją jakieś dziesięć lat po śmierci Poe'a w odczycie "The Genius and Character of Edgar Allan Poe" (zob. Ian Walker, "The Poe Legend", [w:] A Companion to Poe Studies, red. Eric W. Carlson, Greenwood Press 1996, s. 24: "T. O. Mabbott traced this legend back to John R Thompson's lecture «The Genius and Character of Edgar Allan Poe», in which he said that Poe was «seized by lawless agents of a political club, imprisoned in a cellar ... and next day in a state bordering on frenzy made to vote in eleven different wards»"). Odczyt ten, wielokrotnie przez Thompsona wygłaszany, opublikowano dopiero w 1929 roku z odnalezionego rękopisu (obecnie w muzeum Poe'a). W innym miejscu Walker wprost uznaje Thompsona za mało wiarygodnego świadka (zob. zredagowany przez niego Edgar Allan Poe. The Critical Heritage, Routledge, Londyn - Nowy Jork 1986 s. 324: [...] he was often an unrealiable witness).

Wypada tu przypomnieć, że Poe nie został znaleziony martwy, lecz spity do nieprzytomności. Umarł zaś po pięciu dniach w szpitalu, gdzie podobno częściowo wracała mu świadomość, tak że wykrzykiwał jakieś słowa, a nawet zdążył się pomodlić (co zapewne jest też tylko legendą). W ciągu tego czasu nie dał jednak znać (ani nikomu z opiekujących się nim nie przyszło to do głowy), że jest ofiarą pobicia, przemocy etc. (zob. Arthur Hobson Quinn, Edgar Allan Poe. A Critical Biography, wstęp Shawn Rosenheim, The Johns Hopkins University Press, Baltimore 1998, s. 639-641; wątłe poszlaki w sprawie domniemanego "coopingu" w przypisie 52 na stronie 639). Jeśli hipoteza Thompsona wciąż bywa traktowana poważnie przez niektórych wielbicieli Poe'a, to pewnie dlatego, że "tajemnicze morderstwo" zawsze wygląda lepiej niż zwyczajne "zapicie się na śmierć".

Dzieje The Rat Pack, grupy przyjaciół kręcącej się początkowo wokół Humphreya Bogarta, to w znacznej mierze zbiór legend. Tak więc żona Bogarta, Lauren Bacall, mogła swoje słynne zdanie "You look like a goddamn rat pack" (co Orliński przekłada jako: "wyglądacie razem jak cholerny gang uliczników", s. 236) wypowiedzieć akurat w tym hotelu, w którym Orliński zamieszkał w Las Vegas, to jest w hotelu Sahara. Niemniej zdecydowana większość badaczy tych plotek obstaje jednak przy hotelu Desert Inn (zob. np. Shawn Levy, Rat Pack Confidential, Doubleday 1998, s. 29-30 albo Jonathan Van Meter, The Last Good Time. Skinny D'Amato, the Notorious 500 Club, the Rat Pack & the Rise and Fall of Atlantic City, Bloomsbury Publishing, Londyn 2004, s. 135). Prawdę powiedziawszy, wersję z hotelem Sahara znalazłem po raz pierwszy właśnie u Orlińskiego.

Nazywanie Nicholasa Roericha "jurodiwym" (Mikołaj Rerich, autor książki Ałtaj - Himalaje, wydanej w 1980 roku przez PIW to ta sama osoba) albo redukowanie wpływów Wilhelma Reicha do teorii orgonu oraz konstruowania urządzeń przypominających "budki do masturbacji w peep-show" (s. 314), to niepotrzebna dezynwoltura. Nb. obaj panowie znajdowali się w sferze zainteresowania tajnych służb, więc z pewnością nie byli to zwykli wariaci. O współpracy Roericha z OGPU zob. Andrei Znamenski, Red Shambhala. Magic, Prophesy, and Geopolitics in the Heart of Asia, Quest Books, 2011; zwłaszcza dwa ostatnie rozdziały. "Jurodiwy" Roerich malował też wcale niezłe obrazki. Kilka lat temu jeden z nich sprzedano w Londynie za prawie osiem milionów funtów, co było wtedy najwyższą ceną uzyskaną za dzieło rosyjskiego artysty.

Niezrozumiałe jest dla mnie także pisanie o rozmaitych żydowskich gangsterach per "nasz prawie-rodak", "przyszywany rodak" (s. 227), czy "kolejny polski akcent w dziejach Ameryki" (s. 240), skoro oni po polsku nie umieli nawet zakląć. Jeśli jednak tak wyglądają "przyszywani rodacy", to Singera czy Rotblata trzeba chyba z miejsca uznać za rodaków stuprocentowych. Ale w takim razie ile naprawdę nagród Nobla otrzymali Polacy? Nb. Iwo Cyprian Pogonowski w swojej Poland. An Illustrated History (Hippocrene Books, Nowy Jork 2003) z absolutną powagą zamieszcza na stronie 254 wykaz "Nobel Prize Winners Born in Poland" liczący osiemnaście nazwisk - a prócz Singera i Rotblata są na tej liście m.in. również Begin i Peres.

[Dopisek] Z jakichś tajemniczych powodów przerabianie żydowskich gangsterów na Polaków tak się Orlińskiemu spodobało, że kilka lat później powtórzył ten numer w artykuliku o Meyerze Lanskym (Wojciech Orliński, Orliński: Polak potrafi. Ten został szefem wszystkich szefów (strona zarchiwizowana), wyborcza.pl, 30 stycznia 2014). Znaleźć tam można na przykład wzruszającą uwagę, że "Suchowlański [pod takim nazwiskiem Lansky się urodził] pytany o swój kraj ojczysty zawsze mówił: «Polska»". Owszem, mówił. Ale chodziło mu głównie o podkreślenie, że ponieważ dorastał w kraju znanym z antyżydowskich pogromów, to - sami rozumiecie - musiał chcąc nie chcąc wyrosnąć na twardziela, który pilnuje swego. Barwną opowieść Lansky'ego o tym, jak pogromy hartowały Żydów, cytuje Rich Coen w swojej książce o takich właśnie żydowskich twardzielach (Rich Coen, Tough Jews. Fathers, Sons, and Gangster Dreams, Vintage 1999, s. 42). Do Polski jako "kraju lat dziecinnych" nie czuł Lansky najmniejszego sentymentu. Za to w znanym wywiadzie dla telewizji izraelskiej z 1971 roku mówił, że nie jest wprawdzie religijnym Żydem, ale wciąż pozostaje Żydem w sercu (no, I am not a religious Jew... but I am a Jew... in my heart). Ma się rozumieć, było to wyznanie przeznaczone dla izraelskiej publiczności, ale przerabianie Lansky'ego na Polaka na użytek polskiej publiczności to jeszcze większa chucpa.

Przy okazji. Orliński zaczął swój artykuł o Lanskym tak:

"Najciekawsza postać w filmie «American Hustle» jest tam zaledwie wspomniana w dialogach. Robert De Niro rzuca od niechcenia, że jest reprezentantem «pana Lansky'ego», i budzi tym grozę. Częściowo oczywiście wynika to z kunsztu De Niro - mało kto potrafi zrobić takie wrażenie, wypowiedziawszy ledwie jedną kwestię".

Nie wypada, by dziennikarz przedstawiany jako specjalista od popkultury tak bezwstydnie zmyślał scenę, której w filmie nie ma. Robert De Niro nie mówi ani słowa o tym, że jest reprezentantem "pana Lansky'ego", a więc również nie budzi tym grozy, nie robi wrażenia i nie używa swego kunsztu. O tym, kto jest od "pana Lansky'ego", informuje zza kadru głos narratora (mniej więcej w 77 minucie).