EBENEZER ROJT

Plagiator Zbigniew Herbert
albo zmora powszechnego niechlujstwa

Miliony, miliony ton kamienia. W ciągu trzech stuleci od XI do XIV wieku wydobyto we Francji więcej tego materiału niż w starożytnym Egipcie, kraju gigantycznych budowli. Osiemdziesiąt katedr i pięćset wielkich kościołów, jakie zbudowano w tym okresie, zebrane razem tworzyłyby łańcuch górski wzniesiony ręką człowieka [1].
Tak napisał Zbigniew Herbert w eseju Kamień z katedry ze zbioru Barbarzyńca w ogrodzie wydanego po raz pierwszy w roku 1962.
Na przestrzeni trzech stuleci, między rokiem 1050 a 1350, Francja wydobyła wiele milionów ton kamienia, aby wznieść 80 katedr, 500 wielkich kościołów i kilkadziesiąt tysięcy kościołów parafialnych. W ciągu tych trzech wieków Francja przetransportowała więcej kamienia niż starożytny Egipt w którymkolwiek okresie swej historii, mimo że objętość samej tylko Wielkiej Piramidy wynosi 2,5 mln m3 [2].
A to z kolei napisał Jean Gimpel w książce Les bâtisseurs de cathédrales wydanej w roku 1958. Od tego też przykładu zaczęła swe wypisy z Herberta i Gimpela Dorota Bielawska [3], które poprzedziła takim oto surowym osądem:
Dobór faktów i sposób ich przedstawienia w eseju Herberta i w książce Gimpela jest zaskakująco zgodny. Większość informacji zawartych w Kamieniu z katedry znaleźć można w książce Gimpela. Herbert wykorzystuje komentarze francuskiego historyka i podaje zebrane przez niego fakty (zarówno podstawowe ustalenia historyków, jak i ubarwiające tekst ciekawostki), przywołuje przedstawione w jego książce średniowieczne dokumenty i teorie współczesnych uczonych. Nazwiska tychże uczonych chętnie przywołuje - nazwisko Gimpela nie pojawia się w eseju, nie ma tam też żadnej aluzji do istnienia takiego syntetycznego omówienia podjętej w szkicu problematyki. Zwracają uwagę także zbieżności językowe - w Kamieniu z katedry znaleźć można całe zdania i wyrażenia bezpośrednio zaczerpnięte z książki Gimpela lub nieznacznie sparafrazowane. Warto dodać, że francuski historyk posługuje się bardzo obrazowym stylem, często wplata metafory i ciekawe porównania, które, co najbardziej razi, "wzbogacają" również esej Herberta (Bielawska, s. 227).
Dwie sprawy nie ulegają wątpliwości: Herbert korzystał z książki Gimpela i w żaden sposób tego nie zaznaczył.

Z drugiej strony, chyba nikt nigdy nie sądził, że te partie Barbarzyńcy w ogrodzie, gdzie przytacza się najrozmaitsze dane: tony kamienia, liczbę katedr, płace majstrów etc., są rezultatem własnej pracy badawczej Herberta. Że on to wszystko osobiście policzył, oszacował wagę, siedział w archiwach nad średniowiecznymi pergaminami. Dla każdego rozsądnego czytelnika musiało być oczywiste, że jest to zapis doznań i lektur amatora. Zresztą sam autor przewidująco dodał - może w chwili zwątpienia w ten czytelniczy rozsądek - następujące i pozbawione niedomówień wyjaśnienie:

Czym jest ta książka w moim pojęciu? Zbiorem szkiców. Sprawozdaniem z podróży.

Pierwsza podróż realna po miastach, muzeach i ruinach. Druga - poprzez książki dotyczące widzianych miejsc. Te dwa widzenia, czy dwie metody, przeplatają się ze sobą. [...]

Sądziłem, że należy przekazać pewien zasób wiadomości o odległych cywilizacjach, a że nie jestem fachowcem, ale amatorem, zrezygnowałem ze wszystkich uroków erudycji: bibliografii, przypisów, indeksów. Zamierzałem bowiem napisać książkę do czytania, a nie do naukowych studiów (Barbarzyńca 2004, s. 5; wyróżnienie moje) [4].

W zgodzie z tą deklaracją Herbert poczyna sobie dość swobodnie ze źródłami. Czasem o jakimś autorze wspomni, a czasem - jak w wypadku Gimpela - nie. Bywa, że robi rzeczy jeszcze dziwniejsze: daje obszerny cytat oznaczony wyraźnie cudzysłowem, jakby mówił "uwaga, to nie moje", ale nie podaje czyje i skąd to wziął [5]. Kiedy indziej znów cytuje w ten sposób, że wprawdzie można domyślić się źródła, ale cytat po sprawdzeniu okazuje się jego autorskim zlepkiem [6]. Toteż przykładanie do szkiców z Barbarzyńcy miary stosowanej do rozpraw naukowych wydaje się nieporozumieniem. W takiej konkurencji Herbert przegrywa już na starcie i to znacznie sromotniej, niż nawet sądziła Bielawska. Bo przecież z równie bezceremonialną swobodą korzysta także z innych źródeł. Weźmy choćby taki opis transportu kamieni potrzebnych do budowy:
Zanim pielgrzymi doszli do słynnego św. Jakuba w Compostelli, w miejscowości Triacastela każdy z nich dostawał porcję wapniaka, którą trzeba było donieść do Castaneda, gdzie znajdowały się piece. Często cytowany list opata Haimona z Chartres, pochodzący z roku 1145, opisuje tłum kobiet i mężczyzn wszystkich stanów (co krytycznym komentatorom wydaje się hiperbolą), jak ciągnęli wozy pełne "wina, pszenicy, kamieni, drzewa i innych rzeczy niezbędnych do życia i budowy kościoła" (Barbarzyńca 1973, s. 156-157; Barbarzyńca 2004, s. 102-103 z drobną zmianą).
W wypisach Bielawskiej tego nie znajdziecie. Tymczasem jest to swobodny przekład kilku zdań z książki Pierre'a du Colombiera Les chantiers des cathédrales [7]. Również z Colombiera wzięta została wcześniejsza uwaga o bractwie kręglarzy z Xanten (Barbarzyńca 1973, s. 153; Barbarzyńca 2004, s. 100). Kto więc chciałby wiedzieć, jak naprawdę został zrobiony Kamień z katedry, nie może poprzestać na przeczytaniu jednej książki o budowniczych katedr. Na szczęście Herbert potem przy innej okazji raz wspomniał w tym eseju o Colombierze (Barbarzyńca 1973, s. 169; Barbarzyńca 2004, s. 110), więc nikt mu go na pohańbienie nie wyciąga. Co skądinąd pokazuje, że gdyby gdzieś też bodaj raz wtrącił "jak podaje Jean Gimpel, którego książkę mam teraz na biurku" (albo coś podobnego), całej tej wielkiej awantury o Herberta-plagiatora w ogóle by nie było.

A może jednak byłaby. Herbert korzystał bowiem z Gimpela obficiej, niżby to wynikało z ustaleń Bielawskiej. Nie tylko w eseju Kamień z katedry, ale na przykład także w kończącym książkę eseju Wspomnienia z Valois.

To Herbert:

Z werwą dziewiętnastowiecznego prozaika tak oto opisuje [Suger] świąteczny dzień w bazylice:

"Często można było widzieć rzecz oburzającą, takie parcie do tyłu zbitej masy ludzkiej przeciw tym, którzy usiłowali wejść, aby uczcić i ucałować święte relikwie, Gwóźdź i Koronę Pana Naszego, że nikt z tysięcy ludzi nie mógł ruszyć nogą, tak wszyscy ściśnięci byli. Nie pozostawało im nic innego, jak tylko pozostać na miejscu jak marmurowy posąg, jedyna rada to podnosić wrzask. Strach kobiet był ogromny i nie do zniesienia; duszone jak w tłoczni przez masę silnych mężczyzn miały twarze, które wydawały się bezkrwistymi znakami śmierci; podnosiły krzyk przeraźliwy jakby w bólach porodu; jedne z nich były żałośnie deptane, inne niesione na głowach mężczyzn, którzy z litości dawali im pomoc; wielu ostatnim tchem dopadło ogrodu klasztornego, gdzie ciężko dyszeli zrezygnowawszy ze wszystkiego. Niekiedy bracia, którzy pokazywali znaki Męki Pańskiej wiernym, zniecierpliwieni ich złością i kłótniami, nie mając innego wyjścia, uciekali z relikwiami przez okno".

Uroczyste poświęcenie nowego chóru w Saint-Denis odbyło się w drugą niedzielę czerwca 1144 roku. Był to nie tylko wielki dzień Sugera, ale przełomowa data w historii architektury. W uroczystości brał udział król Ludwik VII, królowa, panowie, arcybiskupi i biskupi. Ci ostatni na pewno nie mogli spać spokojnie, gdy wrócili do swych ciemnych kościołów w Chartres, Soissons, Reims, Beauvais i Senlis (Barbarzyńca 1973, s. 322-323; Barbarzyńca 2004, s. 207).

A to Gimpel:
Sugeriusz [tak w polskim przekładzie Gimpela nazywa się opat Suger] [...] opisuje nam z werwą tumult świątecznego dnia w dawnej bazylice:

[...] Niekiedy widziało się - rzecz zadziwiająca - takie parcie zwartej ciżby do tyłu, przeciw tym, którzy usiłowali wejść, aby oddać cześć i ucałować święte relikwie, Gwóźdź i Koronę Pańską, że pośród tysięcy ludzi nikt nie mógł poruszyć nogą, tak byli ściśnięci. Można było tylko stać w miejscu, nieruchomo, jak posąg z marmuru; pozostawało jedynie wyć i wrzeszczeć. Kobiety, ściśnięte niby w tłoczni w ciżbie krzepkich mężczyzn, ogarniała trwoga tak wielka, że wydawało się, iż z twarzy ich odpłynęła cała krew, jak na myśl o śmierci; krzyczały strasznie, jak gdyby rodziły; wiele z nich było okrutnie stratowanych; niektórym mężczyźni przychodzili przez litość z pomocą, wynosząc je nad głowy, po których one deptały posuwając się. Wiele z nich, goniąc ostatkiem sił, odpoczywało, dysząc ciężko, w ogrodzie braci zakonnych. Nierzadko bracia, którzy pokazują przybyłym świadectwa Męki Pańskiej, doprowadzeni do ostateczności złością i kłótniami tłumu, i nie mając innego wyjścia, uciekali z relikwiami przez okna.
[...]
Dniem triumfu tego budowniczego była druga niedziela czerwca 1144 r., data poświęcenia chóru. Dzień ów, przygotowany przez Sugeriusza z właściwym mu talentem organizacyjnym, zaznaczył się w architekturze bardziej może niż jakakolwiek inna data w świecie. Na imponującą ceremonię konsekracji dwudziestu ołtarzy Sugeriusz zaprasza króla Francji, wszystkich parów królestwa, arcybiskupów i biskupów - między innymi z Sens, Senlis, Soissons, Chartres, Reims i Beauvais. Olśnieni nowym opactwem, powrócą do swych katedr z pragnieniem dorównania temu nadzwyczajnemu osiągnięciu (Gimpel, s. 32-34).

Jednak z drugiej strony, nie do obrony jest nieopatrzna uwaga Bielawskiej, jakoby Herbert przejął od Gimpela również liczne "metafory i ciekawe porównania", by nimi "wzbogacić" (Bielawska ujmuje to słowo w cudzysłów na znak dezaprobaty) swój esej. Przeciwnie, to właśnie on ubarwia rzeczowy styl Francuza - jak choćby tym kamiennym łańcuchem górskim w cytacie otwierającym tę moją notkę. Bielawska zresztą nie podaje ani jednego przykładu takiej skradzionej metafory [8].

Herbertowskie kompilacje nigdy też nie sprowadzają się do roboty czysto mechanicznej (chyba że chodzi o wykorzystanie tekstu z epoki). Materiał, który obrabia, bywa na ogół zbyt drobiazgowy, czasem niepotrzebnie upstrzony datami oraz wieloma imionami ludzi i miejsc, natomiast u niego narracja jest płynniejsza i bardziej dynamiczna [9]. Ładnie widać tę różnicę choćby na poniższym przykładzie (nie uwzględnionym przez Bielawską):

Herbert:

Oto w roku 1112 po pożarze, który poważnie uszkodził katedrę w Laon, siedmiu kanoników zabiera ocalałe relikwie: strzęp koszuli Matki Boskiej, kawałek gąbki, którą pojono Chrystusa na krzyżu, i drzazgę z krzyża. Po procesjach w szeregu miast francuskich pielgrzymi wracają z sumą, jak sądzą, dostateczną, aby ukończyć dzieło budowy. Niestety, zebrane pieniądze rozchodzą się szybko i trzeba przedsięwziąć nową wyprawę. Jej dzieje mogłyby być kanwą pasjonującej historycznej powieści. Jest tam i podróż morska, zbójcy, złodzieje, piraci i podstępni flamandzcy sukiennicy. Po siedmiu miesiącach tułaczki i przygód pobożni podróżni wracają szczęśliwie, i to z sumą pozwalającą w niespełna rok ukończyć katedrę (Barbarzyńca 1973, s. 154; Barbarzyńca 2004, s. 101).
Gimpel:
W trzy miesiące po pożarze, który spustoszył katedrę w Laon w 1112 r., siedmiu kanoników i kilka osób świeckich wyruszyło w drogę zabierając relikwie ocalone z katastrofy. Odwiedzili kolejno Issoudun, Tours, Angers, Le Mans i Chartres i jesienią powrócili z sumą, jak mieli nadzieję, wystarczającą na odbudowę ich katedry; jednakowoż fundusze te szybko się wyczerpały i już na wiosnę 1113 r. postanowiono zorganizować drugi objazd z relikwiami, tym razem do krajów zamorskich. Droga wieść miała do Anglii przez Arras i Saint-Omer, kanonicy dotarli do morza w Wissant. Przeprawa nie obyła się bez przeszkód: nabożni podróżnicy zostali okradzeni przez flamandzkich sukienników i napadnięci przez piratów. Dotarli jednak żywi do Dovru, skąd odwiedzili Canterbury, Winchester, Salisbury i Exeter. Powrócili po siedmiu miesiącach z funduszami, które wystarczyły na to, by konsekracja kościoła mogła się odbyć 29 sierpnia 1114 r. (Gimpel, s. 69-70) [10].
Tak czy owak, wieść o Herbercie-plagiatorze poszła w świat. Niektórzy na rewelacje Bielawskiej zareagowali spokojnie [11], inni korzystali z każdej okazji, by pryncypialnie potępić ten "gruby plagiat" [12]. Natomiast w obronie Herberta głos zabrała Brigitte Gautier, ale niefortunnie. Szkic Bielawskiej określiła zrazu jako "tekścik" i w osobliwy sposób starała się jej wytknąć ignorancję. Otóż całe nieporozumienie wzięło się rzekomo stąd, że polska prowincjuszka nie ma pojęcia, jak zasobna w znawców katedr jest słodka Francja.
Zdaje się, że autorka widzi w Gimpelu wyjątkowego znawcę przedmiotu, ponieważ porównuje on budowę katedr do budowy egipskich piramid i narzeka na burzenie gotyckich kościołów w XIX wieku. Muszę wyjaśnić, że we Francji podobnych znawców mamy setki [13].
Takie radykalne obniżenie rangi Gimpela (w pierwodruku było nawet "we Francji podobnych znawców mamy tysiące" [14]) miało zapewne zadziałać jako retoryczna sugestia, że Herbert nie potrzebował niczego od niego przepisywać, skoro towar w znacznie lepszym gatunku mógł znaleźć u prawdziwych znawców, o których uczciwie wspomniał: u Colombiera oraz u Knoopa i Jonesa, autorów książki The Mediæval Mason [15].

Tyle że to obraz mocno naciągany!

Owszem, obaj, Gimpel i Colombier, zaczęli się zajmować historią jako amatorzy (Gimpel był handlarzem diamentów, Colombier - inżynierem agronomem), ale WorldCat odnotowuje, że Les bâtisseurs de cathédrales Gimpela przełożono na osiem języków (w tym holenderski i japoński), natomiast nic nie wie o jakimkolwiek przekładzie Les chantiers des cathédrales Colombiera.

Jeszcze gorzej wyszło Brigitte Gautier rozplątywanie mniemanego błędu Gimpela:

Autorka [tj. Dorota Bielawska] cytuje Herberta, który przywołuje przykład "Aleksandra z Bernard" i "gwiaździstego pięciokątu" (Barbarzyńca 1973, s. 185; Barbarzyńca 2004, s. 120) rzekomo za Gimpelem, który jednak pisze, że to "architekt Aleksander z Berneval umieszcza po swoim nazwisku gwiaździsty pięciokąt". Zważmy, iż Herbert podaje poprawną wersję francuską: "Aleksander z Bernard"... Z kolei Colombier wspomina wcześniej "Colina de Berneval i gwiaździsty pięciokąt". Zatem należy przypuszczać, że Gimpel zasięgnął informację o Bernevalu od Colombiera, zaś o Bernardzie od Knoopa i Jonesa, a następnie pomieszał dane i podał je błędnie, natomiast Herbert sięgnął do Knoopa i Jonesa - i poprawnie zidentyfikował budowniczych (Gautier, s. 375-376; "pięciokątu" za oryginałem).
W rzeczywistości to właśnie Jean Gimpel podał poprawną wersję: ma być Aleksander z Berneval (Alexandre de Berneval) [16]. Z Berneval a nie z Bernard! Colin de Berneval (o którym pisze Colombier) to jego rodzony syn. Natomiast dane pomieszał Herbert - i to akurat zrobił chyba całkiem samodzielnie, gdyż u Knoopa i Jonesa oczywiście żadnego "Aleksandra z Bernard" nie ma. Za to raz pojawia się u nich master mason Alexander de Berneville, czyli Alexandre de Berneval w angielskiej pisowni (Knoop-Jones, s. 13).

Po co więc zmyślać takie niby-detektywistyczne dedukcje, skoro Brigitte Gautier najwyraźniej do Knoopa i Jonesa nawet nie zajrzała, a jeszcze na dobitkę zmyśliła im obu nowe imiona: Knoopowi dała David zamiast Douglas, a Jonesowi George zamiast Gwilym (Gautier, s. 374) [17].

Tak nawiasem, Dorota Bielawska również nie grzeszy skrupulatnością. Poplątany Aleksander z Bernard Herberta zmienił się u niej w jeszcze dziwaczniejszego Aleksandra z Bernerd (Bielawska, s. 229). Drugi sobór w Nicei to w jej wypisach rok 778, chociaż w wydaniu Barbarzyńcy, z którego przepisywała jest (prawidłowo) 787. Myli nawet rok wydania Les bâtisseurs de cathédrales Gimpela i zamiast 1958 daje 1959, co potem inni za nią powtarzają (zob. przypisy 11 i 12).

Niestety, sam Herbert też nie lepszy. Z drugim soborem w Nicei wprawdzie mu się udało, ale już czwarty sobór laterański przesunął o rok: z 1215 na 1216 i żadne redakcje tego przez dziesięciolecia nie zauważyły (Barbarzyńca 1973, s. 154; Barbarzyńca 2004, s. 101). Pisze: "Knoop i Jones naliczyli w Caernavon w latach od 1278 do 1280 aż siedemnaście różnych stawek dla murarzy" (Barbarzyńca 1973, s. 154). Pięknie! Są nazwiska! A błędne 'Caernavon' kiedyś tam w końcu dobrzy ludzie poprawili na prawidłowe 'Caernarvon' (Barbarzyńca 2004, s. 101). Tyle że lata 1278-1280 wskazują na budowę Vale Royal Abbey, natomiast według siedemnastu stawek płacono w Caernarvon w październiku 1304 roku [18]. Ale tego już nikt nie poprawił.

I tu dochodzę do sedna sprawy.

Otóż nie przeszkadza mi zbytnio, że Herbert czasem parafrazuje i streszcza cudze wywody, bo w sumie robi to zgrabnie, aczkolwiek zdecydowanie wolałbym, by na przykład nazwisko Gimpela zostało dla przyzwoitości choć raz wymienione, skoro akurat z jego książki korzystał wyjątkowo obficie. Jak się zdaje, świadomość, że jako amator nieuchronnie musi być w aż tak wielkim stopniu kompilatorem (bo jego jest tylko zachwyt i zapach kamieni), znacznie bardziej przeszkadzała samemu Herbertowi i paraliżowała mu rękę sięgającą po pióro.

Było to [...] w okresie, kiedy pisałem szkic o Akropolu, a ponieważ praca szła opornie, więc jak zwykle w takich razach uciekałem w lekturę, czytałem rozprawki, przyczynki, artykuły rozproszone w archeologicznych pismach fachowych i sporządzałem z nich notatki, z góry wątpiąc, czy przydadzą się na cokolwiek. [...] A tymczasem każda szuflada katalogu działowego w odwiedzanych bibliotekach ziała setką tytułów w różnych językach i zdawała się mówić: "Po co się trudzisz, wszystko zostało już napisane, nie ma w tej dziedzinie nic do dodania. Jedyna rola, jaka może ci przypaść w udziale, to rola kompilatora" [19].
Jednak od autora, który obiecał "przekazać pewien zasób wiadomości", stanowczo wymagam, by notatki sporządzał porządnie, wyraźnym pismem, po trzykroć sprawdzając wiadomości, które przepisał i (na wszelki wypadek) zaznaczając z boku, skąd je wziął.

Że Herbert sam się w swoich notatkach czasem gubił, świadczy chociażby jego przygoda z poniższymi zdaniami:

Tempo pracy musiało być duże, jak na to wskazują informacje odnoszące się do kamieniołomów podległych opactwu cysterskiemu w Dolinie Królewskiej w Cheshire. W ciągu trzech lat wydobyto tam trzydzieści pięć ton kamienia, co kwadrans opuszczał kamieniołom wóz załadowany materiałem (Barbarzyńca 1973, s. 165).
Tak to wyglądało jeszcze w wydaniu z roku 1973. Ale trzydzieści pięć ton budulca wydobytego w ciągu trzech lat to oczywisty nonsens, kupka kamieni, która wypełniłaby najwyżej niewielki pokój. Toteż w końcu kogoś (redaktora? samego autora?) to zaniepokoiło. Z powodu bałaganu w notatkach nikt jednak już nie wiedział, skąd się te tony wzięły i ile ich tam naprawdę powinno być, więc w kolejnych wydaniach tony dostały wychodne i teraz ustęp ten wygląda tak:
Tempo pracy musiało być duże, jak na to wskazują informacje odnoszące się do kamieniołomów podległych opactwu cysterskiemu w Dolinie Królewskiej w Cheshire. Co kwadrans opuszczał kamieniołom wóz załadowany materiałem (Barbarzyńca 2004, s. 108).
Ma się rozumieć, te tony Herbert też przepisał od Gimpela, ale przepisał niechlujnie, bo powinno ich być tysiąc razy tyle (jeśli przyjąć, że na jeden wóz ładowano jedną tonę), a z kolei Gimpel najprawdopodobniej przepisał wyliczenia wozów (czego nie zaznaczył) z pewnej książki Herberta Hewitta z roku 1929. Po szczegóły zajrzyjcie sobie do przypisu [20].

Skoro zaś w ten sposób przepadały w notatkach tysiące ton kamieni, bardzo możliwe, że również nazwisko Gimpela Herbert zgubił podobnie - ze zwykłego niechlujstwa.

Co jednak nie jest dla niego żadnym usprawiedliwieniem, nawet najmarniejszym, więc teraz słusznie ma za swoje.

[1] Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, Czytelnik, Warszawa 1973, s. 150. Używam zasadniczo tego samego wydania, którym posługiwała się Dorota Bielawska (patrz przypis 3), a ponieważ wydania Barbarzyńcy różnią się między sobą i nie są wolne od usterek, porównuję czasem to wydanie z ostatnim wydaniem Fundacji Zeszytów Literackich z roku 2004 (w tym wydaniu cytat znajduje się na s. 99). Dalej cytuję odpowiednio jako Barbarzyńca 1973 i Barbarzyńca 2004.

[2] Cytuję (podobnie jak Bielawska, patrz przypis 3) wydanie polskie: Jean Gimpel, Jak budowano w średniowieczu, przełożył Jan Aleksandrowicz [Antoni Szymanowski], Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1968, s. 13. Dalej cytuję jako Gimpel.

[3] Dorota Bielawska, Jak został wyciosany "Kamień z katedry" Zbigniewa Herberta, "Twórczość" 2004, nr 2-3, s. 227. Dalej cytuję jako Bielawska. Nb. u Bielawskiej w cytacie z Gimpela "Wielka Piramida" zmieniła się w "Piramidę Cheopsa".

[4] Nie wiem, dlaczego Bielawska korzystała na początku XXI wieku akurat z jedynego (!) wydania Barbarzyńcy w ogrodzie, w którym to wyjaśnienie się nie pojawia. W dwóch pierwszych wydaniach dołączono je w formie noty "Od autora" na skrzydełku obwoluty. W wydaniach późniejszych (tych po roku 1973) staje się ono już integralną częścią głównego tekstu książki. Być może o takim wyborze wydania zadecydował wyłącznie przypadek, niemniej z pewnością Bielawskiej wygodniej było komentować Herberta tak, jakby nic nie wiedziała o tej jego otwartej deklaracji ("zrezygnowałem ze wszystkich uroków erudycji: bibliografii, przypisów, indeksów").

[5] Zob. na przykład długi opis wprowadzenia Wielkiej Maesty Duccia, zaczynający się od słów: "W dniu, w którym obraz przewożony był do katedry, sklepy były zamknięte" (Barbarzyńca 1973, s. 114-115; Barbarzyńca 2004, s. 76). Nie wiadomo, czy Herbert cytuje tu dokument z epoki, cudzy przekład takiego dokumentu, czy może jedynie czyjeś jego streszczenie. Nb. w wydaniu z 1973 roku literówka (jedna z wielu), Buonisegna zamiast Buoninsegna, poprawiona w wydaniu z 2004 roku.

Inny cytat ("wyrafinowana konstrukcja perspektywy u Ambrogia...", Barbarzyńca 1973, s. 133; Barbarzyńca 2004, s. 87) poprzedza słowami "jak słusznie jednak zauważono", ale nie pisze, kto zauważył i gdzie.

[6] "Nie było litości dla «stylu Gotów», który «kierował się kaprysem pozbawionym wszelkiej szlachetności i zatruł sztuki piękne» - jako rzecze encyklopedysta chevalier de Jaucourt" (Barbarzyńca 1973, s. 150; Barbarzyńca 2004, s. 99). Herbert wziął ten króciutki cytacik ze skromnego wyboru artykułów z Wielkiej Encyklopedii Francuskiej, ale tam wygląda on tak:

"[Gotyk] jest to - według słownika sztuk pięknych - maniera, nie uznająca żadnych reguł, nie opierająca się w ogóle na studiowaniu antyku, a kierująca się widocznie tylko kaprysem, pozbawionym wszelkiej szlachetności. Ten barbarzyński styl zatruł sztuki piękne w okresie od 611 do 1450 roku, czasu pamiętnego, odkąd to zaczęto poszukiwać piękna w naturze i dziełach starożytnych" (Encyklopedia albo słownik rozumowany nauk, sztuk i rzemiosł, przełożyła i przypisami opatrzyła Ewa Rzadkowska, wstęp Jana Kotta, Ossolineum, Wrocław 1952, s. 113; kursywą zaznaczyłem słowa, które Herbert zlepił).

[7] Pierre du Colombier, Les chantiers des cathédrales. Ouvriers, architectes, sculpteurs, Picard, Paryż 1973 (pierwsze wydanie 1953), s. 21:

"A Saint-Jacques-de-Compostelle on avait trouvé un moyen fort ingénieux d'utiliser les pèlerins: quand il arrivait à Triacastela en Galice, chacun d'eux recevait un bloc de pierre à chaux qu'il emportait jusqu'à Castañeda où étaient les fours. L'exemple de Chartres est le plus célèbre de tous grâce aux lettres de l'abbé Haimon adressées en 1145 aux religieux de Tutbury et de l'archevêque de Rouen, Hugues, à l'évêque d'Amiens, Thierry. Des hommes, des femmes de toutes conditions (jusqu'à des souverains et des princes, dit Haimon, qui paraît cultiver quelque peu l'hyperbole), s'attellent à des chariots emplis...." etc., etc.

Herbert pominął adresatów listu, ale zachował nawet nawias o hiperboli.

[8] Nie podaje takiego przykładu również Andrzej Franaszek, chociaż cytuje tę uwagę Bielawskiej i bezkrytycznie jej zawierza (zob. Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia, tom I: Niepokój, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, s. 756).

[9] I dlatego Bielawska, aby uwypuklić zależność między Herbertem a Gimpelem, musi cytaty z tego ostatniego często przycinać. Czasem ta obróbka wygląda nawet nieco kuriozalnie:

"Herbert: «Rozwój ekonomiczny zostaje zahamowany, krzywa demograficzna opada i pogłębia się inflacja. Mówi o tym urocza piosenka z roku 1313: [tekst piosenki]».

Gimpel: «Następuje zahamowanie rozwoju techniki i ekspansji gospodarczej. [...] Społeczeństwo starzeje się. [...] Tempo inflacji wzrasta niebezpiecznie [...]. Przypomina o niej czarująca piosenka z 1313 roku: [tekst piosenki]»" (Bielawska, s. 231).

Jak widać, tam, gdzie Herbert pisze jedno mięsiste zdanie, Gimpel mimo trzech cięć jest od niego i tak wyraźnie dłuższy.

[10] W oryginale ten ustęp jest dłuższy, bo z polskiej wersji Gimpela jakimś cudem zniknęły wszystkie święte relikwie, których Herbert naturalnie nie pominął ("strzęp koszuli Matki Boskiej, kawałek gąbki, którą pojono Chrystusa na krzyżu, i drzazgę z krzyża").

Nb. Gimpel swoje wyliczenie relikwii ("Un morceau de la chemise de la Vierge, un fragment de l'éponge de la Passion, une parcelle de la vraie croix") wziął łącznie z całą tą historią o dzielnych kanonikach z Laon od Luciena Broche (La Cathédrale de Laon, pierwsze wydanie w roku 1926) i też jakoś zapomniał wymienić choć raz jego nazwisko.

[11] Maria Berkan-Jabłońska, Wizje sztuki w twórczości Zbigniewa Herberta, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2008, s. 79: "Nie umniejszając nic erudycji poety, wydaje się, że w przypadku wskazanego rozdziału można mówić z dużym prawdopodobieństwem o inspiracji konkretnym dziełem. Mowa o pracy Jeana Gimpela pt. Les bâtisseurs de cathédrales, wydanej w Paryżu w 1959 r. i cieszącej się powszechnym zainteresowaniem ze względu na podjęcie zagadnień dotychczas pomijanych: socjologiczno-gospodarczych podstaw architektury średniowiecza".

[12] Bogusław Wolniewicz, Filozofia i wartości IV, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2016, s. 308-309: "Średniego autora [tj. Herberta], który z całym swoim pretensjonalnym patosem zdaje mi się tylko nadętym pozerem, wywindowano na zawrotne piedestały [...] [i] skrzętnie przemilcza się wszystko, co tej glorii mogłoby zaszkodzić. Tak np. okazało się po czasie, że wysławiana pod niebiosa książka Barbarzyńca w ogrodzie z 1962 r. jest przynajmniej w części grubym plagiatem. Wchodzący w jej skład esej Kamień z katedry został w ponad dwóch trzecich żywcem przepisany z dzieła: Jean Gimpel Les bâtisseurs de cathédrales z 1959 r. A nie ma śladu ni odsyłacza do oryginału, ani nawet najlżejszej sugestii, że tekst nie jest dziełem własnym tego, który go podaje".

Znajduje się ten passus - nikt nie zgadnie! - w artykule poświęconym późnej filozofii Wittgensteina. O "dętym patosie" Herberta Wolniewicz napisał w tej książce także w artykule poświęconym pamięci Mariana Przełęckiego (s. 234). To samo mówił zresztą już wcześniej. Zob. Tomasz Sommer, Wolniewicz. Zdanie własne, 3S Media, Warszawa 2010, s. 98-99: "Mam co do Herberta zdanie od dawna wyrobione: to był nadęty pozer. [...] Po czterdziestu latach prawda wypłynęła na wierzch: przynajmniej jeden istotny rozdział w książce Herberta - ten o katedrach gotyckich - jest plagiatem, i to grubym".

[13] Brigitte Gautier, Zbigniew Herbert kopista, [w:] Portret z początku wieku. Twórczość Zbigniewa Herberta - kontynuacje i rewizje, redakcja Wojciech Ligęza przy współudziale Magdaleny Cichej, Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej "Gaudium", Lublin 2005, s. 376. Dalej cytuję jako Gautier.

Polemikę Brigitte Gautier uważam jedynie za niefortunną, natomiast wcześniejszą polemikę z Bielawską autorstwa siostrzeńca Herberta, Rafała Żebrowskiego, za kuriozalną. Żebrowski pisze o swej oponentce per "«prokurator» Bielawska" i arogancko poucza ją, "że wspomniane tu nazwisko francuskiego pisarza ma polską odmianę (Gimpel, Gimpla, a nie Gimpela), której nieznajomość również nie przynosi autorce chluby". Miłosiernie spuszczam więc na ten wybryk zasłonę milczenia. Zob. Rafał Żebrowski, Ociosywanie Herberta, "Twórczość" 2004, nr 6, s. 129-133 (polemika z Bielawską od s. 130).

[14] Brigitte Gautier, Zbigniew Herbert kopista, "Twórczość" 2004, nr 12, s. 148.

[15] Douglas Knoop, G.[wilym] P.[eredur] Jones, The Mediæval Mason. An Economic History of English Stone Building in the Later Middle Ages and Early Modern Times, Manchester University Press 1933. Dalej cytuję jako Knoop-Jones.

[16] Zob. hasło "Alexandre de Berneval" w The Grove Encyclopedia of Medieval Art and Architecture, tom 1, redakcja Colum Hourihane, Oxford University Press 2012, s. 316. U Gimpela ten prawidłowy Aleksander z Berneval jest na s. 89-90.

[17] A redaktorzy książki uwierzyli Brigitte Gautier w ciemno i w "Indeksie osób" też jest George P. Jones i David Knoop (s. 445). Uwierzyli zresztą nie tylko oni. Na przykład jeden z recenzentów książki Franaszka (zob. przypis 8) wziął za dobrą monetę te jej detektywistyczne zmyślenia:

"Szkoda, że biograf nie sięgnął do tekstu Brigitte Gautier, która przekonująco - z perspektywy kompetentnej czytelniczki oryginalnych tekstów francuskich historyków - naświetliła możliwe przyczyny nieporozumienia. Warto przypomnieć jej spostrzeżenie, że Herbert nie powtórzył błędu Jeana Gimpela (którego rzekomo skopiował w swoim eseju) w sprawie «gwiaździstego pięciokątu»" (Antoni Łucki, W ogrodzie czy w chruśniaku?, instytutksiazki.pl, 7 maja 2018; "pięciokątu" za oryginałem).

[18] "At Caernarvon Castle in October, 1304, there were 53 masons on the pay roll in receipt of I7 different rates of pay; in October, 1316, there were 24 masons in receipt of 12 different rates of pay. At Vale Royal Abbey the diversity was nearly as great : in the summer of 1280, 51 masons were employed at 13 different rates" (Knoop-Jones, s. 81).

[19] Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa, cop. 2000, s. 85.

[20] U Gimpela wygląda to tak:

"W ciągu trzech lat, od 1278 do 1281 r., wywieziono z kamieniołomu na plac budowy, odległy o 8 km, dokładnie 35 448 wozów kamienia. Jeśli założyć, że na jeden wóz ładowano około 1 tony, to robotnicy pracujący w kamieniołomie dobyli z ziemi 35 tysięcy ton kamienia. Mniej więcej co kwadrans załadowany wóz musiał opuszczać kamieniołom" (s. 84).

Hewitt podaje szczegółowe dane dotyczące wielkości wydobycia (pierwszy rok - 14 708 wozów, drugi rok - 11 080, trzeci rok - 9 660) oraz jego kosztów w Apendyksie C w: Herbert James Hewitt, Mediaeval Cheshire. An Economic and Social History of Cheshire in the Reigns of the Three Edwards, Manchester University Press 1929, s. 175.

Gimpel mógł też znaleźć te dane w innych źródłach. Na przykład w niewielkiej książeczce Knoopa i Jonesa (The first three years of the building of Vale Royal Abbey, 1277-1280. A study in operative masonry z roku 1931), która jednak jest nieco trudniej dostępna, ponieważ wyszła w wydawnictwie masońskiej loży Quatuor Coronati. A i ja do niej nie zajrzałem, bo akurat gdzieś zapodział mi się mój fartuszek i kielnia.

Nb. Bielawska w swoich wypisach poprawia (!) Herberta, żeby go bardziej upodobnić do Gimpela i daje "trzydzieści pięć tysięcy ton kamienia", choć jako żywo tych tysięcy nie ma w wydaniu Barbarzyńcy, którym się posługuje.