EBENEZER ROJT

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski
Część 9: Baśń o wycieczce, której nie było

Humaniści - ci, co to podobno wymyśliło ich papiestwo przestraszone przez Turków [1] - nie byli na ogół ludźmi surowych obyczajów. Lubili wypić za cudze oraz krzewili inne zmysłowe przyjemności. W książkach dla młodzieży nazywa się to epikureizmem. Maciejewskiemu bardzo się takie postępowanie humanistów nie podoba i niecnoty doszukuje się nawet w ich niewinnych igraszkach.
Oto Konrad Celtis, pamiętający jeszcze Kallimacha, opisuje taką oto sytuację: wycieczka poza miasto - humaniści w Krakowie wprowadzili ponoć zwyczaj organizowania wycieczek krajoznawczych na łono przyrody - biorą w niej udział mężczyźni, kobiety im poślubione oraz jakieś inne kobiety, o których wiadomo tyle, że są ładnie i kosztownie ubrane. Oto cały opis:
Żony nasze stały w bliskości i panny niektóre piękne, złotem i kamieniami ozdobne, kwiatem umajone. Chociaż im wstyd zabraniał z nami się bawić, to jednak patrzyły na nas, aby to co się działo krasić swą wesołością i śmiechem. Panna Konstancja, wyróżniająca się pięknością kształtów, chciała Jerzego Turzo poparzyć pokrzywą, lecz wpadła w wodę po pas, co niezmierną wywołało wesołość.
Mamy tu dwie ważne informacje. Pierwsza to taka, że prócz żon są tam również panny i one są znacznie lepiej ubrane. Nic nam niestety nie wiadomo o rodzicach tych panien, przypuszczać więc możemy, że o wycieczce swych córek za miasto nic nie wiedzieli, albo były to panny bez rodziców, które owe klejnoty i stroje otrzymały od kogoś w darze. Jeśli bowiem założymy, że Polska ówczesna to ostoja surowych obyczajów, mowy być nie może, by jakaś rodzina wypuściła za miasto swoje córki w towarzystwie jakiegoś Celtisa i jego znajomych. Nie możemy jednak zgadnąć, od kogo panny otrzymały zdobiące je klejnoty.

Druga ważna informacja to ta, że jedna z nich, przemógłszy wstyd jak mniemam, chciała poparzyć pokrzywą Jerzego Turzo. My znamy rzecz jasna to nazwisko. [...] Jerzy to syn Jana Turzo, wspólnika Jakuba Fuggera. Jerzy Turzo to po prostu młody Rockefeller. I to jego właśnie chciała poparzyć pokrzywą panna Konstancja, ale wpadła do wody. To nam rzuca niejakie światło na całe przedsięwzięcie humanisty Celtisa, który - według historyków - humanistycznym zwyczajem wprowadzał nowinki obyczajowe. Sam nie wiem, czy można tę rzecz nazwać nowinką, ale niech będzie, skoro się historycy upierają (Baśń, s. 139-140).

Ledwie trzy zdania zacytował, a zwróćcie uwagę, ile w komentarzu do nich detektywistycznej dociekliwości, jaka puszczona w ruch imaginacja. A co to za panny? A czy cnotliwe, czy nie? A skąd mają klejnoty i stroje? A czemu najładniejsza z nich biega z pokrzywą za synem znanego bogacza? Ani chybi jakaś intryga...

Tyle spekulacji, tyle mędrkowania, a wszystko na darmo! Dlaczego? Dlatego, że takiej wycieczki nigdy nie było!

Trzy zdania o żonach, pannach i pokrzywie przepisał Maciejewski z książki Zbigniewa Nowaka o Janie Dantyszku [2]. Przepisał bezmyślnie, bo ani nie sprawdził źródła opowieści, w której znalazł "dwie ważne informacje", ani nawet nie zastanowił się, kiedy to się właściwie dzieje i co tu robi ten Celtis. Cóż, parahistorycy już tak mają. Jeśli tylko "ważne informacje" pasują do ich zmyśleń, niczego już nie sprawdzają i nad niczym się nie zastanawiają.

Wracając do Celtisa. Gdyby to on był autorem opisu podkrakowskiej wycieczki, musiałaby się ona odbyć najpóźniej w lecie roku 1491, gdyż potem Celtis już wyjeżdża z Krakowa. Dodatek "pamiętający jeszcze Kallimacha" byłby więc zbędny, bo w roku 1491 Kallimach przecież żyje. Z kolei Jerzy Turzo to wtedy syn przyszłego "wspólnika Jakuba Fuggera", bo Jan Turzo z Jakubem Fuggerem poznają się dopiero za trzy lata, w roku 1494 [3]. I co, u licha, robią w opisie te "żony nasze", skoro Konrad Celtis nie miał żony?

W rzeczywistości Celtis przyplątał się do tej wycieczki wyłącznie wskutek pomyłki Nowaka, który - jak łatwo się domyślić - też tylko przepisywał i nie zauważył ani prawdziwego autora, ani źródła [4]. Prawdziwym autorem historyjki o żonach, pannach i pokrzywie jest zaś Jan Ursyn z Krakowa i pochodzi ona z jego łacińskiego podręcznika epistolografii Modus epistolandi, wydanego po raz pierwszy w okolicach roku 1495 w Norymberdze i wznowionego w roku 1522 w Krakowie przez oficynę Jana Hallera [5].

Zaraz, zaraz, skąd pochodzi? Z podręcznika epistolografii. Z książeczki uczącej, jak pisać listy. Na przykład jak napisać list kondolencyjny: "dodamy, że nie należy zbytnio przejmować się wypadkami, których w żaden sposób nie można uniknąć" (Modus, s. 21). Albo list miłosny: "W liście takim zaczniemy od wychwalania jej zalet, pochodzenia i urody" (Modus, s. 27). Czy nawet list donosicielski: "W liście tym przedstawimy więc ogrom zbrodni i wyrazimy prośbę, aby sprawca tak strasznego przestępstwa został odpowiednio ukarany" (Modus, s. 25). W tamtych czasach kultura wypowiedzi obowiązywała bowiem nawet łajdaków i donos (epistola delatoria) też wypadało ładnie skomponować i napisać porządną łaciną.

Opis zabaw z pannami to w podręczniku Jana Ursyna wzór listu poufałego (exemplum epistole in genere stomaico). Oczywiście tylko drobna część tego listu, mniej więcej 1/7 całości. Jest tam więc jeszcze i o łowieniu ryb, i o biesiadzie na świeżym powietrzu, i o piciu przedniego wina, i o przechadzce "wśród złocących się łanów zbóż" (Modus, s. 43).

Jedni zapuścili się daleko przed siebie, inni śpiewali, inni grali na lutni, inni dowcipkowali obejmując żony i panny. Wróciwszy nad rzekę i rozłożywszy się na rozkwitłej łące zjedliśmy dla ochłody zsiadłe mleko. Aż do zachodu słońca mieliśmy bardzo dużo uciechy patrząc na chłopów wodzących tany, kiedy oni, zamroczeni pijatyką, często w czasie tańca walili się ciężko na ziemię i tarzając się w błocie dostarczali nam niemało okazji do śmiechu (Modus, s. 43, 45).
Ot, pełna sielanka. A wszystko to opisane z wielką dbałością o styl, albowiem - jak poucza Jan Ursyn - pisząc list w rodzaju poufałym "trzeba się wystrzegać tego, ażebyśmy od żartu nie przeszli w język wulgarny i - zamiast uchodzić za dowcipnych i wytwornych - nie narazili się na zarzut nieprzyzwoitości" (Modus, s. 19). Zatem wzorcowy list w rodzaju poufałym, w którego trzech zdaniach purytanin Maciejewski wyczuł woń zdrożnych obyczajów, opowiada z pewnością o rzeczach uważanych wtedy w Krakowie za przyzwoite [6].

Swe wzory listów przedstawił jednak Ursyn w taki sposób, jakby te listy pochodziły z jego własnej korespondencji. Poufały list o wycieczce jest na przykład adresowany do Macieja Drzewickiego (nie do pana Macieja Drzewickiego, bo to byłoby niegrzeczne! [7]), postaci jak najbardziej realnej - sekretarza królewskiego (Modus, s. XXI, 41). Powstaje zatem pytanie: czy nie są to może odpisy autentycznych listów Ursyna, opowiadających o rzeczywistych wydarzeniach? Co w szczególności z tymi biesiadami na łące i z Jerzym Turzo prawie pacniętym pokrzywą przez uroczą pannę Konstancję?

Ponieważ opisów życia prywatnego z tamtych czasów zachowało się tyle, co kot napłakał, historycy łakomią się na każdy kęsek i trudno im wyrzec się hipotezy o historycznej wartości tej podręcznikowej epistolografii [8]. Wbrew wielu widomym znakom. Bo przecież za pięknie to wszystko się układa, by było prawdziwe. Niewiarygodny zdaje się ten szczęśliwy traf, że do każdego rodzaju listu autorowi udało się z własnej teki dobrać tak doskonale pasujący swym charakterem autentyk. Trzeba zatem liczyć się co najmniej z daleko idącymi przeróbkami.

Ponadto znajdują się wśród tych listów również niewątpliwe fikcje - jak nie przymierzając z Borgesa. Oto w liście skierowanym podobno do samego króla Jana Olbrachta (wzór listu donosicielskiego), Ursyn opowiada niesamowitą historię o burmistrzu krakowskim, Piotrze Fulminiuszu, który niczym Ajaks w szale

wpadł na ratusz, wyłamał bramę, pozabijał wszystkich strażników, zagrabił kasę państwową, zaś rajcę, Marka Pontana, który zbiegł do klasztoru św. Franciszka, wywlókłszy stamtąd siłą, przebił mieczem, ciało zaciągnął przed ratusz i rozsiekał! (Modus, s. 85).
Materiał kryminalny na, zdawałoby się, ryzę dokumentów sądowych i tuzin pieśni dziadowskich. Szkopuł w tym, że wszystkie źródła solidarnie milczą o tym straszliwym wydarzeniu, a księgi miejskie nawet nie notują nazwisk ani zaszlachtowanego rajcy Pontana, ani szalonego burmistrza Fulminiusza.

Podobnie ma się sprawa z postaciami występującymi w liście o podmiejskiej wycieczce. Jako jej głównych organizatorów Ursyn wymienia Mikołaja Lippusa i Piotra Barbo. Kto oni zacz, nie wiadomo. Jest tam też mowa o "posiadłości wiejskiej lekarza Charamana" (Modus, s. 41), identyfikowanego czasem z Janem Velszem z Poznania, ale nie pytajcie mnie, dlaczego, bo nigdzie tego nie znalazłem [9]. No i na koniec ten Jerzy Turzo. To na dobry ład też tylko domysł, ponieważ w obu wydaniach Modus epistolandi stoi w tym miejscu "Turronem", nie zaś "Turzonem" i tylko wydawcy tak to sobie poprawiają [10].

Najtrafniej wartość historyczną Ursynowej opowieści ujął chyba Kazimierz Morawski - ten, od którego przepisywał Nowak, od którego z kolei przepisywał Maciejewski - uznając ów list za "rodzajowy obrazek utkany z rysów rzeczywistości" (Morawski, s. 184; kursywa moja). Niestety, rysy te dodatkowo zaciera jeszcze literacka konwencja. Pyszne wina węgierskie i kreteńskie to kalka, która pojawia się także w innych listach Ursyna. Powtórzy też Ursyn swój żart językowy o dziobach ptaków i okrętów. I kto wie, czy nawet tajemnicza a nadobna panna Konstancja nie dlatego tylko otrzymała takie imię, że wdzięcznie współbrzmi ono ze słówkiem prestantia w jej opisie [11]. Dowcip i wytworność stylu nade wszystko!

A treść listu? Przecież też zgodna z odwieczną konwencją. Czyż bowiem również dzisiaj, gdy wspominamy, jak piliśmy z kolegami, nie jest nam przyjemniej wyobrażać sobie, że były tam dobre trunki, ładne dziewczyny i wpływowe osoby? Homo sum, humani nihil a me...

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski. Część 10: Baśń o tajemniczych wojażach Jana Tarnowskiego

[1] Zob. "Baśniopisarz Gabriel Maciejewski. Część 8: Baśń o wspaniałej tureckiej doktrynie".

[2] Zob. Zbigniew Nowak, Jan Dantyszek. Portret renesansowego humanisty, Ossolineum, Wrocław 1982, s. 71.

[3] Zob. Jan Ptaśnik, Turzonowie w Polsce i ich stosunki z Fuggerami (Kartka z dziejów Krakowa w epoce humanizmu), "Przewodnik Naukowy i Literacki" 1905, s. 834: "W r. 1494 poznaje się Turzo z Jakóbem i przedstawia mu interesa kopalniane na Węgrzech".

[4] Nowak przepisywał od Kazimierza Morawskiego, lekko tylko uwspółcześniając język przekładu. Celtis wymieniany jest tam gęsto na sąsiednich stronach, o pomyłkę więc nietrudno. Zob. Kazimierz Morawski, Historya Uniwersytetu Jagiellońskiego, tom II, Kraków 1900, s. 184-185. Dalej cytowane jako Morawski. U Nowaka w bibliografii na stronie 294.

[5] Jan Ursyn z Krakowa, Modus epistolandi cum epistolis exemplaribus et oriationibus annexis / O sposobie pisania listów wraz z wzorami listów i mowami, przełożyła, wstępem i objaśnieniami opatrzyła Lidia Winniczuk, Ossolineum, Wrocław 1957. Dalej cytowane jako Modus. Jest to bardzo staranne wydanie krytyczne, uwzględniające oba wydania i zachowujące nawet ich osobliwości ortograficzne (na przykład użycie znaków v i u). Na wszelki wypadek zajrzałem jednak także do wydania krakowskiego z roku 1522: Modus epistolandi eximii Medicine Doctoris & Legum licenciati Ioannis Vrsini Cracouiensis: cum epistolis exemplaribus: & oriationibus annexis. Impressum Cracouie ex officina Ioannis Haller.

[6] Obyczaje nie były wtedy wcale tak surowe, jak zakłada Maciejewski. A już bieganie z pokrzywą to naprawdę wedle ówczesnych norm niewinne swawole; stosowne, by je bez obaw wsadzić do podręcznika. W Krakowie działają przecież legalne domy publiczne, prostytutki nabywają prawa miejskie i nie są to bynajmniej nowinki obyczajowe wprowadzone przez humanistów. Do tych domów publicznych już od dawna chadzają bowiem "kapłani, klerycy i świeccy", jak stwierdza zapiska z księgi miejskiej z roku 1385. A w roku 1406 rajcy miejscy zwracają się ze słynnym zapytaniem do doktora teologii Akademii Krakowskiej, Jana Falkenberga, czy prawo kościelne pozwala na istnienie domów publicznych i pobieranie z nich czynszu. Jan Falkenberg musiał być zaiste bystrym teologiem, gdyż wystarczyło mu zaledwie kilka logicznych łamańców, by wykazać - ku niewątpliwemu zadowoleniu rajców - że choć nierząd jest złem, to jednak cudzołóstwo jest złem jeszcze większym, a żądze nie znajdujące żadnego ujścia musiałyby z pewnością plagę cudzołóstwa powiększyć. Zob. Jan Ptaśnik, Kultura wieków średnich, Instytut Wydawniczy "Bibljoteka Polska", Warszawa 1925, s. 257-258. Podstawowe wiadomości o krakowskich obyczajach w tym względzie są łatwo dostępne. Zob. także: Jan Kracik, Michał Rożek, Hultaje, złoczyńcy, wszetecznice w dawnym Krakowie. O marginesie społecznym XVI-XVIII w., Wydawnictwo Literackie, Kraków 1986 (zwłaszcza rozdział "Dziewki wszeteczne") oraz: Adam Krawiec, Seksualność w średniowiecznej Polsce, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2000 (podrozdział "Prostytucja w średniowiecznym Krakowie").

Nb. o swobodzie obyczajów świadczy również rozpowszechnienie chorób wenerycznych. "Kiła, występująca w formie bardzo ostrej, pochłaniała wiele ofiar, i to głównie na dworach pańskich i wśród ludzi bogatych. Zwano ją przeto chorobą dworską". W roku 1528 rada miejska Krakowa podjęła nawet uchwałę o założeniu specjalnego szpitala dla chorych wenerycznie. Zob. Janina Bieniarzówna, Jan M. Małecki, Dzieje Krakowa, tom II: Kraków w wiekach XVI-XVIII, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984, s. 43.

[7] "Należy także unikać dodawania do imion własnych adresatów wyrazu «pan» jakoby dla wyrażenia szacunku, jak np. Panu Fryderykowi, Panu Ursynowi. Jest to zwrot prostacki i wprowadzony niedawno. Nie stosowali go ani starożytni Rzymianie, ani Grecy" (Modus, s. 31).

[8] Tak właśnie sądził Estreicher, ale nawet on dla części tych listów rezerwował miano "wypracowań szkolnych". Zob. Karol Estreicher, Bibliografia polska, tom 32 [albo inaczej tom XXI części III], Kraków 1938, s. 67: "Listy tu przytoczone mają w małej tylko części charakter wypracowań szkolnych i w większości swojej są listami rzeczywistymi z lat 1484-1494 o wartości historycznej". Za Estreicherem idzie Lidia Winniczuk. Zob. Modus, s. XX i n., a zwłaszcza jej późniejszy artykuł: Podręcznik pisania listów - źródłem historycznym?, "Meander" 1986, nr 2-3, s. 53-70.

[9] Charamana z Velszem identyfikuje Lidia Winniczuk. Zob. Modus, s. 198. Zob też Winniczuk, Podręcznik pisania..., op. cit., przypis 23 na stronie 64. Nb. w tym ostatnim artykule autorka traktuje list o wycieczce "jako autentyczny", ale w oparciu o fałszywe założenie, że "nazwiska niektórych uczestników wycieczki są nam znane". Zresztą osłabia zaraz swoje stanowisko pisząc również, że w liście tym są "echa stosunków" panujących wśród humanistów, a przeciwko takiemu ogólnikowi trudno oponować. Zob. ibidem, s. 63.

[10] Zapewne wychodząc z rozsądnego skądinąd założenia, że zecer składający łaciński tekst mógł nie mieć pod ręką litery "z" i stąd to podwójne "r". Niemniej jeszcze Morawski przekładał rzetelnie "Jerzego Turrona", dając jedynie w nawiasie uwagę: "zapewne Turzona". Zob. Morawski, ibid. Nowak zrobił z tego od razu "Jerzego Turzona", a Maciejewski - całkiem już swojskiego "Jerzego Turzo".

[11] O winach węgierskich i kreteńskich zob. Modus, s. 43, 83 i 89. Żart językowy s. 43 i 97. Opis panny Konstancji w oryginale brzmi tak: "Constantia autem, puella pre ceteris forme prestantia pollen..." (Modus, s. 42; kursywa moja).