EBENEZER ROJT

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski
Część 5: Baśń o pożarach i spalonej mapie

Baśnie, jak wiadomo, są lekko paranoiczne. Nic w nich nie dzieje się przypadkowo i samo. Jeśli na przykład bohater wywraca się na drodze, to nigdy nie robi tego sam z siebie, przez nieuwagę, ale dlatego, że zły czarownik podłożył mu kłodę pod nogi albo poczęstował winkiem-oszołomkiem. Książka Gabriela Maciejewskiego trzyma się ściśle tej konwencji.

Gdy królowi Henrykowi VIII umierają dzieci, to przecież nie dlatego, że higiena, medycyna i jakieś bakterie, których w ogóle nie widać.

Umarło mu sześcioro dzieci. Niektóre z tych dzieci rodziły się martwe, inne umierały w niedługim czasie po przyjściu na świat. Czyli była to normalna praktyka wymierzona w dynastię, praktyka stosowana często i nader skutecznie na kontynencie (Baśń, s. 241; kursywa moja).
Tym bardziej konwencja ta obowiązuje, gdy chodzi o takie zjawiska, jak pożary. Nikt rozsądny przecież nie uwierzy, że pożar, żywioł wyrządzający różnym ludziom szkody, tak sam z siebie po prostu "wybucha". Jasne jest więc, że gdzie pojawia się pożar, tam musiała zadziałać czyjaś zła ręka.

Weźmy takie płonące przez cztery stulecia pokłady węgla pod Zwickau. Zjawisko skądinąd wcale nie wyjątkowe. Również dziś w wielu miejscach na świecie płoną pokłady węgla, a Der Brennende Berg (płonąca góra) w Kraju Saary płonie w dalszym ciągu już od XVII wieku. Niegdyś zwiedzał ją Goethe i tak opisał swoje wrażenia:

Owiała nas przenikliwa woń siarki; jedna strona parowu była niemal rozżarzona, pokryta czerwonawym, rozpalonym do białości kamieniem; z rozpadlin unosił się gęsty dym i czuło się gorącą ziemię pod stopami mimo grubych podeszew. To przypadkowe zjawisko - nie wiadomo bowiem, w jaki sposób ten szlak się zapalił - oddaje wielkie usługi fabrykacji ałunu, bo łupki tworzące powierzchnię góry są już całkiem uprażone i wymagają tylko jeszcze ługowania [1].
Naiwny Goethe pisze o "przypadkowym zjawisku", natomiast podejrzliwy baśniopisarz Maciejewski nie tylko nie wierzy w takie nudziarstwa jak samozapłon pokładów węgla pod Zwickau ("Nie wiemy, kto je podpalił i w jakim celu"; Baśń, s. 98), ale ma nawet swojego kandydata na podpalacza (Baśń, s. 97-98). Nigdy nie zgadniecie z jakiej rodziny. Ależ tak! Z rodziny Hohenzollernów!

Dodatkowo dla ubarwienia narracji zmyśla różne cuda-niewidy, które rzekomo miały się tam dziać:

Okoliczni ogrodnicy w następnych stuleciach zakładali otwarte oranżerie i ogrody pełne egzotycznych roślin, bo temperatura w okolicy pozwalała na wegetację gatunków ze strefy zwrotnikowej. To był prawdziwy, trwający cztery stulecia alchemiczny cud (Baśń, s. 93).
Tak to może było w rzeczywistości alternatywnej. Jednak w zwykłej rzeczywistości klimat pod Zwickau nie zmienił się na podzwrotnikowy. Wiadomo tylko - co za nudy! - że w pierwszej połowie XIX wieku jeden człowiek, Ernst August Geitner, używał ciepła wydostających się tam z ziemi gazów do ogrzewania szklarni z egzotycznymi roślinkami. Mniej więcej w ten sam sposób, w jaki używa się do tego celu źródeł geotermalnych etc. Pomysłowe, ale żaden cud.

Parahistoryk Maciejewski nie wierzy również, że bez podpalenia może spłonąć papiernia.

Jak pamiętamy, w Lublinie spaliła się papiernia. Należała do niejakiego Pfeifera. Był to duży, murowany budynek. stojący nad rzeką. W środku tego budynku suszyły się stosy mokrych kart papierowych. Wszystko ociekało wodą. I mimo tych jakże niesprzyjających dla rozprzestrzeniania się ognia okoliczności papiernia spłonęła. I to dwa razy. Ze szczętem. Płonęła tak intensywnie, że obecni na miejscu właściciele nie zdążyli jej ugasić (Baśń, s. 250-251).
Maciejewski pisze o szesnastowiecznych papierniach, ale nie ma o nich zielonego pojęcia. Przecież prócz pomieszczenia, gdzie suszono mokre karty, znajdował się tam także magazyn kart już wysuszonych, magazyn łatwopalnych szmat będących surowcem do produkcji, pojemniki z jeszcze bardziej łatwopalnym klejem, no i nieustannie płonące paleniska: i do gotowania kleju i do gotowania szmat. Ponadto były to budynki na ogół drewniane. Wbrew temu, co opowiada Maciejewski, wszystko to stwarzało warunki wręcz sprzyjające rozprzestrzenianiu się ognia.
Drugą klęską [prócz powodzi], która często nawiedzała papierników były pożary. Aby się przed nimi uchronić wydawano bardzo surowe i szczegółowe przepisy przeciwpożarowe, zabraniające np. palenia tytoniu w obrębie młyna, nie wolno też było gotować kleju w nocy; niewiele to jednak pomagało. Tylko nieliczne spomiędzy budynków starych papierni śląskich zachowały się do dzisiaj [2].
Jeśli zaś idzie o tę konkretną papiernię w Lublinie, to nie był to "duży, murowany budynek", lecz raczej - jak wynika ze źródeł - budynek częściowo murowany [3], a co najważniejsze - płonął tylko raz [4]. Ten drugi pożar baśniopisarz zwyczajnie sobie zmyślił [5], podobnie jak malownicze szczegóły o wielkiej intensywności płomieni i właścicielach bezskutecznie próbujących je ugasić.

Przy okazji posunął się też Maciejewski do manipulacji. "Niejaki Pfeifer" (pisany także Fajfer), z którego robi ofiarę podpalaczy i którego chwali jako człowieka Tęczyńskich ("Jego protektorem byli Tęczyńscy, co dobrze o mistrzu Pfeiferze świadczy"; Baśń, s. 167), to w rzeczywistości bardzo podejrzana figura. W roku 1534 jako prosty czeladnik siedzi w więzieniu oskarżony o morderstwo, a już w cztery lata później jest na wolności i ma skądś - skąd? - dość pieniędzy, by "wystawić kosztowny młyn papierny" [6]. O tym jednak nie dowiecie się od superhiperpodejrzliwego baśniopisarza Maciejewskiego, nagle ufnego niczym dzieciątko. Bo malowniczość malowniczością, ale o Tęczyńskich złego słowa nie wolno powiedzieć. A tym bardziej sugerować, że popierali jakichś szemranych niemieckich kryminalistów. Cóż, i w baśniach obowiązuje cenzura.

Na koniec o tym, jak nawet najtragiczniejszy pożar potrafi Maciejewski przemienić w groteskę.

Ten słynny potem pożar wybuchł w Krakowie w roku 1528 i strawił znaczną część miasta. My jednak, czytelnicy baśni, wiemy już, że pożary nie "wybuchają" i że zdarzają się zawsze z jakiegoś bardzo konkretnego powodu. I tym razem również taki powód istniał. Otóż dwa lata wcześniej powstała pewna mapa - i to nie byle jaka!

To była fantastyczna mapa. Jej autorem był Bernard Wapowski, sekretarz i historiograf królewski, kanonik krakowski. człowiek zaprzyjaźniony z Mikołajem Kopernikiem. Była to pierwsza dokładna mapa Europy wschodniej, obejmowała prawie całe królestwo i Litwę (Baśń, s. 251).
Niestety, nie przetrwała do naszych czasów. Najprawdopodobniej prawie cały jej nakład spłonął właśnie w tym wielkim pożarze Krakowa. I teraz następuje najlepsze: baśniowe wyjaśnienie, dlaczego tak się stało.
Mapa Wapowskiego musiała obejmować Mazowsze przyłączone do korony. Jeśli tak było, każdy polski szlachcic, który dostałby takie wydawnictwo do rąk, musiał zauważyć dysproporcje pomiędzy wielkością swojej ojczyzny a jej realnymi możliwościami politycznymi. Mapa była więc źródłem wiedzy potrzebnej Polakom i narzędziem propagandowym ludzi rozumiejących polską rację stanu (Baśń, s. 252).
Czy czujecie szalony rozmach tej fantazji? Oto siatka najemnych zbrodniarzy obraca w pogorzelisko pół Krakowa, "na wszelki wypadek podpalając całą północną część miasta w wielu punktach" (Baśń, s. 250), tylko po to, aby polski szlachcic nie wziął do ręki mapy Wapowskiego i nie zobaczył, jaka ta Polska duża [7]. Najwyraźniej Maciejewski uważa, że dotąd wiadomość o wielkości Polski jeszcze w ogóle do szlachty nie dotarła... Bez tego "źródła wiedzy" nie wiedzieli, biedni, gdzie żyją!

Swoją drogą, tak zjadliwego szyderstwa z umysłowej nicości stanu szlacheckiego ze świecą szukać nawet u stalinowskich propagandzistów.

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski. Część 6: Baśń o prześladowanych Kopernikach

[1] Johann Wolfgang Goethe, Z mojego życia. Zmyślenie i prawda, tom I, przełożył Aleksander Guttry, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1957, s. 473-474. Dalej Goethe dorzuca jeszcze więcej szczegółów, a także opowiada o swoim spotkaniu z mieszkającym nieopodal alchemikiem ("chudy, zasuszony staruszek w trzewiku na jednej nodze, a pantoflu na drugiej, podciągając stale opadające pończochy", s. 475), który pokazał Goethemu piece, "gdzie koksowano węgiel kamienny na użytek hut żelaznych". Nb. "alchemik" to inwencja polskiego tłumacza. W oryginale Goethe nazywa staruszka Kohlenphilosoph, filozof od węgla, i jedynie trochę go stylizuje na dawnego alchemika.

[2] Kazimiera Maleczyńska, Technika wyrobu papieru na Śląsku od XVI do XVIII w., [w:] "Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Wrocławskiego", nr 29, Historia IV, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa-Wrocław 1960, s. 31. O częstych pożarach papierni zob. też Kazimiera Maleczyńska, Dzieje starego papieru, Ossolineum, Wrocław 1974, s. 52-53.

[3] Zob. Włodzimierz Budka, Papiernie w Lublinie i Kocku, "Archeion" 1956, t. 25, s. 260: "Zatem dochodzimy do przypuszczenia, że Fajfer wybudował papiernię przynajmniej częściowo murowaną o dwóch kołach. Niestety, nic więcej [...] o papierni [...] dostępne mi źródła nie mówią".

[4] Tak na podstawie kwerendy źródłowej podaje Budka. Tylko o jednym pożarze wie również Ptaśnik. Zob. Jan Ptaśnik, Papiernie w Polsce XVI wieku, [w:] "Rozprawy Polskiej Akademii Umiejętności. Wydział Historyczno-Filozoficzny", Serja II, tom XXXVII, Kraków 1921, s. 16. Zob. także Monumenta Poloniae typographica XV et XVI saeculorum, tom I: Cracovia impressorum XV et XVI ss, edidit Joannes Ptaśnik, Ossolineum, Lwów 1922, s. 120; paginacja dolna.

[5] Dwa pożary wyszły Maciejewskiemu może stąd, że korzystał z książki Aleksandra Bocheńskiego Przemysł polski w dawnych wiekach, który pisze, jakoby to Tomasz Wąs, spadkobierca Jana Pfeifera, przeżył pożar papierni w 1564 roku (zob. Aleksander Bocheński, Przemysł polski w dawnych wiekach, uzupełnił i przygotował do druku Stefan Bratkowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1984, s. 126: "[...] Jan Wąs przeżył w roku 1564 pożar [...]"). Natomiast Wikipedia w haśle "Jan Fajfer" podaje, że papiernia Fajfera-Pfeifera spłonęła "krótko po 1560 [...] i niewykluczone, że wypadek ten przyczynił się do śmierci Fajfera". Tymczasem chodzi o jedno i to samo wydarzenie, którego dokładnej daty nie znamy (zob. Budka, Papiernie..., op. cit., s. 261: "Papiernia zbudowana jeszcze przez Fajfra zgorzała. Kiedy to zaszło, nie wiemy, ale chyba nie później jak w r. 1563".). Ze źródeł wiadomo jedynie, że pod koniec 1564 papiernia została już odbudowana, gdyż wtedy zlustrowała ją komisja szacująca poniesione przez Wąsa wydatki.

[6] Pisze o tym Budka (Papiernie..., op. cit., s. 258), ale również pisze o tym obszernie Bocheński, którego Maciejewski wpisał sobie do bibliografii (Przemysł polski..., op. cit., s. 125-126, podrozdział "Krwawa bójka w gospodzie krakowskiej"). Materiały dotyczące tej sprawy ogłosił już Ptaśnik w Monumenta Poloniae typographica. Jan Fajfer-Pfeifer figuruje tam jako Ioannes Feiffer vel Pfeifer, papirarius, s. 136, 140; paginacja górna. Potem zaś Pfeifer pojawia się już pośmiertnie w dokumentach z Lublina z roku 1564, gdy mowa jest o nowej papierni Tomasza Wąsa: "Jesth zbudowan mlin papierny na wielkyem stawie pod zamkiem [...]. Dziszieyszy papiernik Thomas Wąsz poiął czorkę Faifferowe, ktora cum germano [...]" (s. 267; paginacja górna).

[7] Wbrew temu, co zmyśla Maciejewski, mapa Wapowskiego z roku 1526 wcale nie musiała obejmować Mazowsza - czy też ściślej Księstwa Mazowieckiego - przyłączonego do Korony. Jest to nawet wysoce wątpliwe, gdyż proces inkorporacji jeszcze wtedy trwał i formalnie zakończył się dopiero w 1529 roku. Najpierw 11 lutego miała miejsce ugoda między szlachtą mazowiecką a delegatami koronnymi, "mocą której księstwo zostało wcielone do Korony na prawach województwa", a w grudniu król Zygmunt ugodę tę zatwierdził przywilejem piotrkowskim (zob. Irena Gieysztorowa, Inkorporacja Mazowsza do Korony, "Notatki Płockie" 1977, nr 2, s. 34). Poza tym optycznie to przyłączenie zmieniało niewiele. Księstwo Mazowieckie było ważne, ale w stosunku do reszty polskich ziem wyglądało na mapie jak dodatkowa plamka: stanowiło zaledwie kilka procent powierzchni całej Rzeczypospolitej.

Nb. zachowała się do dziś najstarsza mapa Polski, którą wydał w 1507 roku Marco Beneventano przy współpracy Wapowskiego. Ludwik Antoni Birkenmajer ustalił to w bardzo prosty sposób. Po pierwsze, na podstawie licznych poprawnie podanych nazw polskich wydedukował, że współpracownikiem Beneventano musiał być Polak. Po wtóre, "zdradziły" Wapowskiego umieszczone na mapie nazwy jego miejscowości rodzinnych: "[...] wyczytujemy tam wypisaną wielkiemi głoskami nazwę Radochoniza; nieco na zachód zaś, po lewym brzegu Sanu, umieszczoną jeszcze większemi głoskami nazwę Vapowicze. Ktoby nie wiedział o tem, że są to dziś dwie niepokaźne wioski ziemi przemyskiej, że takiemi samemi były w XV-tem i XVI-tem stuleciu, mógłby z wielkości kółeczek i liter wnosić niechybnie, że były to miasta co najmniej tak znaczne i sławne, jak Lwów albo Kraków. Komu jednak wiadomo, że Bernard Wapowski był rodem z Radochoniec w ziemi Przemyskiej, że Wapowice w tej samej ziemi leżące były gniazdem rodzinnem Wapowskich, że Bernard bawił równocześnie z Beneventanem w Bolonii, a później w Rzymie, ten przestanie się dziwić". Zob. Ludwik Antoni Birkenmajer, Marco Beneventano, Kopernik, Wapowski a najstarsza karta geograficzna Polski, Kraków 1901, s. 23. Wydanie to zawiera także reprodukcję mapy Polski Beneventana-Wapowskiego. Ponieważ mapa Wapowskiego z roku 1526 nie różniła się w znacznym stopniu czytelnością, proszę obejrzeć sobie tę mapę i zastanowić się, co tak naprawdę mógł z podobnej mapy wyczytać ówczesny szlachcic. W dodatku kompletnie z mapami nie obznajomiony, gdyż polska kartografia dopiero raczkowała.