EBENEZER ROJT

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski
Część 4: Baśń o demonicznym Jerzym Hohenzollernie

W każdej baśni musi być ktoś absolutnie i niewątpliwie zły. Przyznajcie sami, czy aby z dzieciństwa nie pamiętacie lepiej złej czarownicy, która dawała królewnie Śnieżce zatrute jabłko, niż mdłego, szlachetnego księcia, który dawał jej na końcu całuska. W Baśni jak niedźwiedź takimi demonami zła są bracia Hohenzollernowie: Albrecht, ostatni mistrz zakonu krzyżackiego, ten od hołdu pruskiego, i Georg, czyli Jerzy, starszy od Albrechta o sześć lat. Przez całą książkę knują obaj takie intrygi i spiski, że aż w pewnym momencie nawet sam baśniopisarz mityguje się i pisze: "Obciążanie za całe zło świata braci Hohenzollern wydaje się jednak przesadą" (Baśń, s. 152).

Albrecht wszystkich przekupuje. Jeśli ktoś śle list do Albrechta, to wiadomo już z góry, że to co najmniej agent wpływu, o ile nie zwyczajny agent. Na przykład taki Hanns Kochanowsky, znany bardziej jako Jan z Czarnolasu (Baśń, s. 274). Chyba że list pisze Kopernik (Baśń, s. 273), którego Maciejewski akurat lubi. Jemu wolno, nawet po niemiecku i nawet gdy płaszczy się przed Albrechtem, zapewniając go, że nie szczędziłby "żadnego trudu, starania i troski, ażeby przysłużyć się Waszej Książęcej Mości, któremu usilnie się polecam" [1].

Najgorszy jest jednak Georg. Maciejewski tak oto opisuje początki jego kariery (cytat będzie długi, całe trzy akapity, bo nie chciałbym, aby mi ktoś potem zarzucał, że czepiam się słówek albo niezręczności stylistycznych w jednym przypadkowym zdaniu):

Otóż Georg przybył na Śląsk z pretensją do swojego królewskiego wuja o niezapłacony przez rodzinę Jagiellonów posag jego matki. Król Władysław, który zwykle poszukiwał szybkich rozwiązań, odpędzających natychmiast każdy kłopot, postanowił zadośćuczynić temu zaniedbaniu i zaproponował młodemu Hohenzollernowi posadę wychowawcy swojego syna Ludwika, który przebywał na zamku w Budzie i sposobiony był do objęcia korony Węgier. Georg zgodził się oczywiście na to bez wahania i został opiekunem małoletniego, wrażliwego chłopca.

Nie wiem, czy w tej jakże przejrzystej kwestii jest jeszcze coś do dodania, jeśli spojrzymy na portrety obydwu tych ludzi. Ludwik i Georg, malowani jakby jedną ręką, wyglądają tak, jakby ten drugi miał zamiar zjeść tego pierwszego. Powiem więcej - on to zrobił rzeczywiście. I kiedy patrzę na te portrety, nie mogę myśleć o nich inaczej, jak tylko w ten sposób: stary kocur zamierza pochwycić i pożreć młodego gołębia. Tak to właśnie wyglądało. Wtedy jednak, kiedy obejmował posadę wychowawcy królewskiego syna, do katastrofy było jeszcze bardzo daleko. Był rok 1505. Jerzy (Georg) rozpoczynał swoją błyskotliwą karierę na dworze węgierskim i właśnie wtedy zdarzył się jeden z tych niesamowitych, jakby zaplanowanych wypadków, które niektórym ludziom od razu dają do ręki fantastyczne szanse.

W Budzie mieszkał nieślubny syn zmarłego przed laty króla Macieja - Jan. Był on właścicielem gigantycznych dóbr na Węgrzech, które dziedziczył po swoim ojcu królu i dziadku Janie Hunyady. I wyobraźcie sobie, że Jan Hunyady, cieszący się dobrym zdrowiem, niestary jeszcze człowiek zmarł dokładnie tego samego roku, w którym na Węgry przyjechał Jerzy Hohenzollern. Jakby mało było zbiegów okoliczności, Georg z miejsca oświadczył się wdowie i został przyjęty. I tak z aspirującego niemieckiego książątka, które ma pieniądze, ale nie ma ziemi, stał się Jerzy Hohenzollern jednym z najpotężniejszych magnatów w Europie. Niektórzy mają w życiu nieprawdopodobne szczęście (Baśń, s. 88-89).

Wygląda to zaiste demonicznie, prawda? Ja jednak postąpię okrutnie niczym Georg Hohenzollern i z tej malowniczej prozy o gołębiach i kocurach wyłuskam rzecz nudną, ale w historii (w historii prawdziwej, nie tej alternatywnej) najważniejszą, mianowicie chronologię wydarzeń. Według Maciejewskiego w roku 1505 Georg Hohenzollern zostaje opiekunem syna Władysława II Jagiellończyka, wówczas "małoletniego, wrażliwego chłopca". W tym celu przybywa w tym samym roku na Węgry, gdzie "dokładnie tego samego roku" umiera "cieszący się dobrym zdrowiem" Jan Hunyady. Na to Georg "z miejsca" oświadcza się wdowie, zostaje przyjęty i tak oto błyskawicznie i demonicznie zostaje "jednym z najpotężniejszych magnatów w Europie".

Rok 1505 to na pewno nie literówka, gdyż Maciejewski jeszcze parę razy tę datę powtarza w tym samym kontekście:

[pieczęć] Jerzego (Georga) Hohenzollern von Ansbach, tego samego, który w roku 1505 został przez Władysława Jagiellończyka ustanowiony opiekunem jego małoletniego syna Ludwika" (Baśń, s. 96).

Jerzy Hohenzollern, który od roku 1505 jest opiekunem następcy tronu Czech i Węgier, małoletniego króla Ludwika Jagiellończyka [...] (Baśń, s. 121).

A jak było naprawdę?

Kiedy Jerzy Hohenzollern przybył do Budy, dokładnie nie wiadomo. Możliwe, że stało się to w roku 1505, ale bezpieczniej byłoby przyjąć, że dopiero w rok później, gdyż najwcześniejszy list Jerzego wysłany z Budy do ojca, Fryderyka Hohenzollerna, nosi datę 28 lipca 1506 [2]. Czasem podaje się nawet, że Jerzy przyjechał na dwór węgierski dopiero w roku 1508 [3].

Ale żadnym cudem nie mógł kocur Jerzy Hohenzollern zostać w roku 1505 opiekunem "małoletniego króla Ludwika Jagiellończyka", ponieważ gołąbek Ludwik Jagiellończyk urodzi się dopiero 1 lipca 1506 roku [4]. Rok wcześniej Ludwik był zaś najwyżej w planach i jedynie jakiś zdolny baśniowy astrolog potrafiłby przepowiedzieć, że będzie to chłopiec, że dadzą mu na chrzcie Ludwik i że będzie wymagał natychmiastowej opieki swego kuzyna Jerzego.

Podobnie Jan Hunyady - w polskiej historiografii zazwyczaj nazywany Janem Korwinem dla odróżnienia od jego dziadka, także Jana - nie "zmarł dokładnie tego samego roku, w którym na Węgry przyjechał Jerzy Hohenzollern". Zmarł bowiem 12 października 1504 roku, czyli na długo przed przybyciem Jerzego i to nawet jeśli przyjmiemy najwcześniejszą z możliwych dat tego przybycia, tj. rok 1505.

Jerzy nie ożenił się też wcale "z miejsca" z wdową po Janie Korwinie. Mimo zabiegów króla Władysława ślub odbył się dopiero w styczniu 1509 roku. W ponad cztery lata po śmierci Jana Korwina, co daje całkiem przyzwoity okres żałoby, a więc nie sposób w tym wypadku mówić o pośpiechu.

Natomiast prawdą jest, że Jerzy Hohenzollern miał w życiu nieprawdopodobne szczęście już od wczesnej młodości. Trudno się jednak temu dziwić, bo i dlaczego nie miałby mieć szczęścia ktoś, kto ma za wuja nie jakiegoś tam pierwszego lepszego bogatego wujka w Ameryce, ale samego króla Czech i Węgier. Dziwne byłoby dopiero, gdyby mu się nie szczęściło.

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski. Część 5: Baśń o pożarach i spalonej mapie

[1] List Kopernika do Albrechta Hohenzollerna pisany we Fromborku 21 czerwca 1541 r. Zob. Mikołaj Kopernik, Dzieła wszystkie, tom III: Pisma pomniejsze, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2007, s. 201.

[2] List ten można znaleźć w: Louis Neustadt, Aus der Mappe eines Hohenzollern am ungarischen Hofe, [w:] "Archiv für Geschichte und Alterthumskunde von Oberfranken", tom 18, Bayreuth 1892, s. 13-16. Nb. Neustadt przyjmuje jednak rok 1505. Zob. tamże, s. 5: "Im Frühjahr 1505 zog ihn König Wladislaw II. von Böhmen und Ungarn, der ein Bruder seiner Mutter war, an seinen Hof nach Ofen".

[3] Zob. Małgorzata Duczmal, Jagiellonowie. Leksykon biograficzny, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996, s. 398: "W r. 1508 przybył na dwór węgierski do króla Władysława, a rok później poślubił na Węgrzech Beatrycze Frangepani [...]".

[4] Data ta jest powszechnie przyjmowana. Zob. Duczmal, op. cit. , s. 47 i 451.