EBENEZER ROJT

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski
Część 2: Baśń jako świat uproszczony

Parabanki nie przemęczają swoich klientów umysłowo, jeśli idzie o zasady strategii inwestycyjnej. Najprostsze pomysły, na przykład by inwestować w złoto, we franki szwajcarskie czy nawet w cebulę [1], z reguły najłatwiej znajdują chętnych. I chyba właśnie z tego samego powodu, ze względu na ludzkie umiłowanie prostoty, parahistoryk Maciejewski przedstawia takie oto nieskomplikowane, baśniowe reguły, jakimi się posługuje.
Wszystkie ważne wydarzenia, wszystkie wątpliwości i niejasności oraz wszelkie ludzkie motywacje tłumaczę polityką i pieniądzem. Na bok odkładam doktryny religijne i motywy związane z - jak to piszą historycy lepszym poznaniem świata. Kiedy odrzucimy to wszystko i staniemy oko w oko z rządzą [sic!] władzy i chciwością, zobaczymy rzeczy straszne, ale w mojej ocenie prawdziwe (Baśń, s. 9; kursywa moja, pisownia oryginału).
Do tego dorzuca potem Maciejewski jeszcze garść równie prostych założeń. Śląsk to środek świata, bo najważniejsze są kopaliny. Miejscy kupcy obracający tymi kopalinami to mafie. Zwłaszcza ci z obco brzmiącymi nazwiskami: Fuggerowie, Turzonowie, Bonerowie. Za to szlachta jest dobra, choć do stanu szlacheckiego przecież wcale nie łatwiej wejść niż do cechu.

Luter "do śmierci pozostanie nikim" (Baśń, s. 125), bo spory religijne to tylko przykrywka, pod którą działają polityczni macherzy w rodzaju Habsburgów czy Hohenzollernów. Z kolei literatura to tylko propaganda. Nawet taki Szekspir to po prostu "dworski propagandysta, wynajęty za psie pieniądze najpierw przez Elżbietę I, a potem przez Jakuba Stuarta" (Baśń, s. 239). O spiskach oraz zakulisowych intrygach wspominałem już wcześniej. Jest ich pełno i, gorzko to mówić, padają ich ofiarą z reguły sami szlachetni Polacy. Gdy nasi jadą uczyć się na uniwersytety niemieckie, to znaczy, że Niemcy już ich kupili albo przynajmniej próbują kupić. Gdy zaś jakiś Niemiec czy Anglik przyjeżdża studiować w Krakowie, to zaraz okazuje się, że to szpieg [2]. Dziwne, że nigdy nie działa to w drugą stronę, to znaczy, że nasi są polskimi szpiegami we Frankfurcie lub w Królewcu, a ściągnięci do Krakowa cudzoziemcy zostają przerobieni na polską agenturę wpływu.

Najbardziej rozbawiła mnie bajecznie prosta reguła wyłożona na stronie 122:

Powiedzmy to wprost - władcy, którzy żyli krótko, mieli coś ważnego do zaproponowania narodowi szlacheckiemu i byli ważni dla Rzymu. Ci, którzy żyli długo stawali się z własnej woli lub mimochodem rzecznikami państw obcych i idei szkodliwych.
Czyli kto umarł młodo, był dobry, a kto żył długo - zły, choćby tylko "mimochodem". To naprawdę nie jest żart! I autor naprawdę tej baśniowej reguły używa. Na przykład na stronie 144:
Ludzie Bony prowadzili politykę zgodną z założeniami polityki Hohenzollernów, tylko na mniejszą skalę. Po czym to możemy poznać? Bo wszyscy dożyli późnego wieku.
Na szczęście baśniopisarz Maciejewski jest też baśniowo niekonsekwentny i dlatego Kopernik czy Bernard Wapowski, którzy pomarli w wieku przepisanym raczej agentom Hohenzollernów, pojawiają się w jego książce jako bohaterowie pozytywni.

Żeby nie było nieporozumień. Nie mam za złe Gabrielowi Maciejewskiemu tego, że zajmuje się spiskami i tropi zdrajców. Prawdziwa historia również pełna jest spisków i zdrad. Rzecz w tym, że baśniopisarz Maciejewski kleci te spiski byle jak i zmyśla powiązania tam, gdzie ich nie ma, pomija zaś te, które rzeczywiście istniały.

Pokażę to na przykładzie.

Oto w 1497 roku ścięto w Nysie Mikołaja II, księcia niemodlińskiego i opolskiego z rodu Piastów. Podobno dlatego, że w czasie zjazdu zwołanego przez księcia cieszyńskiego Kazimierza II rzucił się ze sztyletem na biskupa wrocławskiego Jana IV Rotha. A próba zabójstwa biskupa, pomazańca Bożego, to wtedy sprawa gardłowa. O co poszło, tak naprawdę nie wiadomo. Źródła są nadzwyczaj skąpe i niejasne. Natomiast w czasach PRL-u zrobiono z Mikołaja niemal polskiego patriotę, bohatera Ziem Odzyskanych, "który oddał życie w walce z naporem niemieckim", jak głosi tablica wmurowana na rynku w Nysie w ramach obchodów tysiąclecia państwa polskiego.

Maciejewski wprawdzie tej PRL-owskiej baśni niby w całości nie uznaje, ale z drugiej strony powiela legendy PRL-owskich historyków, twierdząc (Baśń, s. 75), że Mikołaj II oraz jego brat Jan II nie znali niemieckiego [3]. I oczywiście z góry zakłada, że Mikołaj padł ofiarą prowokacji i spisku. Tu pojawia się jednak istotny problem: nie bardzo bowiem wiadomo, o co mogłoby chodzić ewentualnym spiskowcom. Wyjaśnienie, że działali z niepohamowanej żądzy zemsty, nie jest ani trochę lepsze, niż wyjaśnienie, że Mikołaj rzucił się na biskupa w furii czy po pijanemu. Maciejewski pisze o tym tak:

W każdym razie wątpię, by chodziło w tej sprawie o obronę polskości Śląska. Już raczej o obronę jego czeskości, choć najpewniej o to, by urwać Opolczykom coś z ich i rodowego dziedzictwa. [...] Tak więc sprawa mogła wyglądać następująco: Kazimierz, Henryk i Jan wymusili jakieś obietnice dotyczące Opola, na królu Władysławie, ten zgodził się na wszystko, mając przecież świadomość, co wymienieni chcą zrobić. Udał jednak, że tego nie widzi. No i oni przygotowali całą akcję w myśl praktykowanych wtedy zasad miejskiej wendety na szlachcie i ludziach posiadających ziemię. Prawie się udało. Jan II nie stawił się w Nysie. Prawie zaś, jak pamiętamy, robi wielką różnicę (Baśń, s. 76).
"Jakieś obietnice" wymuszone na królu Władysławie to oczywiście czysta fantazja. Podobnie ta "miejska wendeta" w wykonaniu księcia Kazimierza oraz księcia Henryka, chwilowo, jak widać, typowych mieszczan. Ale jeszcze bardziej fantastyczne jest samo wyjaśnienie motywów spisku. Zakłada ono bowiem, ni mniej, ni więcej, że spiskowcy byli w istocie kompletnymi idiotami. Zabili Mikołaja, chociaż wiedzieli, że do Nysy nie przyjechał jego brat, Jan II. Zabili go więc właściwie tylko po to, by całe dziedzictwo Opolczyków przeszło pod zarząd mądrzejszego z braci i w dodatku mającego się teraz przed nimi dobrze na baczności. Czyli nie tylko nic nie urwali Opolczykom, ale radykalnie zmniejszyli swoje szanse na taki manewr w przyszłości. Kto chce, niech w tę naiwną baśń wierzy.

Mniemany prowokator ze spisku w Nysie, biskup Jan IV Roth, jeszcze się później w tle książki Maciejewskiego pojawia, gdy mowa o rodzinie Turzo. Maciejewski pisze, że Jan Turzo - syn innego Jana, wspólnika Jakuba Fuggera, najbogatszego człowieka tamtych czasów - "był biskupem koadiutorem diecezji wrocławskiej, mianowanym na to stanowisko przez Jana Rotha IV, którego pamiętamy z niesławnej roli prowokatora etc., etc." (Baśń, s. 118, zob. także s. 121). Ma to naturalnie pokazywać, jak swój lgnie do swego i podłość spotyka się z podłością. Z jednej strony rodzina mieszczańskich mafiosów, z drugiej - biskup-prowokator. A ponieważ Maciejewskiemu wydaje się, że wykrył powiązanie między biskupem Rothem a Janem Turzo, puszcza się również i na takie, całkiem już fantastyczne zmyślenia:

Spółka Turzo-Fugger została utworzona gdzieś około roku 1496, na pewno przed sądowym mordem dokonanym na księciu Mikołaju Opolczyku w Nysie, co miało miejsce w roku 1497 i w czym maczał pałce, z bezpiecznej odległości, rzecz jasna, syn Jana Turzo, także Jan - duchowny Kościoła Powszechnego (Baśń, s. 114; kursywa moja).
Mniejsza już o to, że Maciejewski chyba nie bardzo odróżnia koadiutora biskupa od biskupa koadiutora, ale prawda jest taka, że biskup Roth wcale nie palił się do tego, by mianować Jana Turzo swoim koadiutorem. Przeciwnie, Roth upatrzył sobie na to miejsce kogoś zupełnie innego i do mianowania Jana Turzo został przymuszony przez kapitułę wrocławską, która w tej sprawie posłowała nawet do samego króla Władysława Jagiellończyka. Natomiast na biskupa wrocławskiego konsekrował Jana Turzo jego młodszy brat, Stanisław Turzo, biskup ołomuniecki. To jednak działo się już po śmierci Jana Rotha.

Ale Maciejewski nie tylko zmyślił podejrzane powiązania między biskupem Rothem i Janem Turzo. Zmarnował także szansę na wsparcie swej hipotezy spisku dodatkową poszlaką. I teraz zagadka: kto był tym kandydatem na koadiutora, którego rzeczywiście wybrał sam biskup Roth? Otóż dziwnym trafem był nim syn księcia cieszyńskiego, Kazimierza; tego samego, który zwołał ów zjazd w Nysie zakończony egzekucją Mikołaja II [4].

Maciejewski takich szans marnuje zresztą znacznie więcej. W Baśni jak niedźwiedź można znaleźć wiele błahych lub wydumanych podejrzeń związanych z działalnością tych wszystkich miejskich mafiosów: Fuggerów, Turzonów, Bonerów... Odmienia się ich nazwiska wielokrotnie, niemniej przy tej okazji ani razu nie wspomina się o sprawie mającej przecież kapitalne znaczenie dla polityki państwa: o poczcie dyplomatycznej.

Poczta Polska uważa 18 października za swoje święto, bo tego dnia w roku 1558 Zygmunt August utworzył Pocztę Królewską, zresztą z początku bardzo skromną. Ale co w takim razie z pocztą dyplomatyczną działo się wcześniej? Kto ją woził? Owszem, czasem korzystano ze specjalnych gońców, był to jednak sposób dość drogi; wysłanie jednego gońca na nie tak znów odległe Węgry kosztowało 10 florenów. A im dalej, tym drożej i niebezpieczniej. "Pozostawała wobec tego inna droga, a mianowicie poczta kupiecka". Na przykład z Hiszpanii, gdy posłował tam Jan Dantyszek, pływały regularne statki pocztowe do Antwerpii,

z Antwerpii zaś przez dom handlowy Fuggerów czy Welserów do Augsburga i dalej do Wrocławia, gdzie przechodziły przez ręce Jerzego Turzo, by wreszcie dotrzeć do Krakowa [5].
I w ten sposób raz jeszcze wracamy do Wrocławia i przedstawiciela rodu Turzonów. Wprawdzie nie biskupa Jana, lecz Jerzego, ożenionego z Anną Fugger i często kursującego w interesach obu rodzin między Wrocławiem a Krakowem. Ale to może zresztą tylko ciekawiej.

Baśniopisarz Gabriel Maciejewski. Część 3: Baśniowe niechlujstwa i błędy

[1] Zob. Klienci parabanku płaczą po cebuli, wyborcza.biz, 19 września 2012.

[2] "Angielska agentura istnieje jednak w kraju i jest dosyć silna. Zainstalowali ją na Akademii Krakowskiej Bonerowie, a konkretnie Jost Ludwik Decjusz, sekretarz Jana Bonera, który sprowadził z Anglii poetę i uczonego Leonarda Coxe" (Baśń, s. 237).

[3] Zob. Roman Sękowski, Koniec średniowiecza i kształtowanie się podstaw ustrojowych księstw opolskiego i raciborskiego (Szkice i wypisy źródłowe), Opole 2011, s. 33-34: "O znajomości przez książąt języka niemieckiego świadczą także dokumenty wystawiane przez nich w tym języku oraz korespondencja z biskupami wrocławskimi i książętami dolnośląskimi. Również w owym feralnym dniu w Nysie zaczęło się wszystko od kłótni z biskupem. Biskup Jan IV Roth posługiwał się tylko językiem niemieckim, więc kłótnia księcia Mikołaja II musiała być w tym języku". Warto przeczytać w tej książeczce cały rozdział "Mikołaj II - legendy i prawdy", a także przedrukowany w niej wraz z polskim przekładem testament księcia Mikołaja II (s. 42-47), o którego istnieniu Maciejewski w ogóle nie wspomina.

[4] Zob. ks. Jan Korytkowski, Prałaci i kanonicy katedry metropolitalnej gnieźnieńskiej od roku 1000 aż do dni naszych. Podług źródeł archiwalnych. T. IV, nakładem J. B. Langiego, Gniezno 1883, s. 160-161: "Ówczesny biskup wrocławski, Jan Roth, będąc w podeszłym wieku, wybrał sobie na koadjutora za namową książąt ślązkich Fryderyka, najstarszego syna Kazimierza, książęcia cieszyńskiego, naówczas jeszcze młodzieniaszka. Kapituła wrocławska, nauczona smutnem doświadczeniem, jak zgubne były dla dyecezyi osadzania na stolicy biskupiej młodych książąt bez powołania, jedynie dla pieniędzy i popierania interesów familijnych do pastorału napędzanych, energicznie się temu oparła [...] ".

[5] Andrzej Wyczański, Polska służba dyplomatyczna w latach 1506-1530, [w:] Polska służba dyplomatyczna XVI-XVIII wieku, redakcja Zbigniew Wójcik, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1966, s. 27.