EBENEZER ROJT

"Guglanie", zmyślanie i Wojciech Orliński

Kilka osób napisało do mnie, że p. Wojciech Orliński, dziennikarz "Gazety Wyborczej", opowiada, jakoby zawartość "KOMPROMITACJI" została przeze mnie "wyguglana" - i co ja na to.

Cóż, tak się składa, że wcześniej wytknąłem p. Orlińskiemu sporo zmyśleń oraz niechlujstw [1], więc pewnie miało to jakoś zdeprecjonować moją robotę. Zarzut wprawdzie dziwny u człowieka, który potrafił na podstawie jednego internetowego odnośnika pomówić kogoś o rodzinne koneksje ze Służbą Bezpieczeństwa [2], ale może istotnie po tej nauczce p. Orliński popadł z jednej skrajności w drugą i teraz wyszukiwaniem w sieci się brzydzi.

Rzecz jednak w tym, że samo abstrakcyjne stwierdzenie, iż ktoś coś "wyguglał" w Internecie, ma - jako mniemany argument przeciwko rzetelności podanej informacji - tyle sensu, co stwierdzenie, że ktoś coś wyszperał na półce w bibliotece.

Są oczywiście źródła wiedzy lepsze i gorsze, ale ostatecznie i tak liczy się tylko to, czy podana wiadomość jest prawdziwa, nie zaś to, czy ktoś usłyszał ją po raz pierwszy podczas wykładu uniwersyteckiego, czy też u cioci na imieninach; aczkolwiek wiadomości zasłyszane u cioci wypada weryfikować szczególnie starannie. Przepraszam za te banały, lecz jeśli ktoś wierzy, że opinii "ach, pewnie to wyguglał" można używać jako namiastki argumentu, to trzeba temu komuś przypomnieć kwestie elementarne.

Orliński bodaj tylko raz próbował polemizować z moimi uwagami i nie wyszło mu to najlepiej. Właśnie dlatego, że zamiast pochwalić się swoją wiedzą, wolał ogólnikowo dyskredytować źródła mojej. Na przykład w ten sposób:

Jakby autor NAPRAWDĘ interesował się tą tematyką (a nie tylko bezmyślnie przeklejał pierwsze, co mu z gugla wyskoczy) to by wiedział, że wyjaśnień tego typu jest więcej. Nie da się rozstrzygnąć, które jest prawdziwe [3].
Niestety, o tych wyjaśnieniach, których podobno "jest więcej", Orliński nie umiał wtedy nic powiedzieć. Co zresztą zrozumiałe. W rzeczywistości bowiem w sprawie, o którą toczył się spór, istnieje tylko jedno bezpośrednie źródło historyczne. Natomiast cała reszta "wyjaśnień", na które Orliński dał się nabrać, to jedynie fantazje domorosłych historyków albo popkulturowe bajki [4].

W tym wypadku, nie przeczę, trzeba było sięgnąć nieco głębiej, właśnie aż do źródeł, nie zadowalając się bezmyślnym przekartkowaniem pierwszego lepszego opracowania. Niemniej Orliński zbytnio sobie pochlebia, zakładając, że do odkrycia jego zmyśleń i niechlujstw niezbędne są zawsze głębokie studia.

Trzy kolejne (które to już?) przykłady.

1. Zwykły błąd Orlińskiego.

J.R.R. Tolkien, pisząc "Władcę pierścieni", był przekonany, że uczestniczy w ambitnym literackim eksperymencie, jakim byłoby wzbogacenie języka angielskiego o brakujący w nim epos - odpowiednik nordyckiej "Kalewali" [5].
"Nordycka Kalewala" to pomyłka na poziomie podstawowym. Jak najbardziej wypada "wyguglać", na czym ta pomyłka polega, natomiast nie wypada jej robić. Zwłaszcza gdy ktoś przedstawia się jako miłośnik Tolkiena, a więc osoba, która coś tam o eposach powinna wiedzieć.

2. Zwykłe niechlujstwo Orlińskiego.

Z kolei w reportażu śladami podróży Jana Potockiego przez Hiszpanię przedstawił się Orliński jako miłośnik Rękopisu znalezionego w Saragossie.

"Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena" - pierwsze zdanie "Rękopisu znalezionego w Saragossie" to - moim zdaniem - jedno z najpiękniejszych pierwszych zdań w historii literatury [6].
Miłość nie ustrzegła go jednak przed błędem w innym cytacie. Nadto z tym "pierwszym zdaniem" cokolwiek pobałamucił. Ale by to stwierdzić, nie trzeba filologicznych badań. Wystarczy zajrzeć do kilku wydań Rękopisu, zarówno we francuskim oryginale, jak i w przekładach [7].

3. Zwykłe zmyślenie Orlińskiego

Nieprzypadkowo jeden z wczesnych utworów Beethovena nosi tytuł "Złość z powodu zgubionego grosza". Kompozytor dobrze wiedział, ile go kosztowało zarobienie każdego grosza, i potrafił rzewniej opłakiwać zgubioną monetkę niż Kochanowski Urszulkę [8].
Pomijam już wnioskowanie na podstawie jednego tytułu, że Beethoven, widać potworny dusigrosz, "potrafił rzewniej opłakiwać zgubioną monetkę niż Kochanowski Urszulkę", bo to, zdaje się, miał być tylko taki dziennikarski żarcik. Ale Orliński chyba nigdy nie słyszał tego rzeczywiście żartobliwego utworu, o którym z taką pewnością siebie peroruje, a którego nastrój daleki jest od rzewności i płaczliwości. Z tytułem też pechowo zmyślił, bo utwór nosi ten barwny tytuł akurat dość przypadkowo, a przez samego kompozytora został nazwany zupełnie inaczej [9].

Na koniec jeszcze dwa świeże i pouczające przykłady, jak Wojciech Orliński reaguje na krytykę (nie moją!).

W jednej z notek na swoim blogu postawił taką oto śmiałą tezę historyczną:

Republika Weimarska nie upadła dlatego, że "wybrali Hitlera", bo NSDAP nigdy nie wygrało wyborów [10].
Literalnie rzecz biorąc jest to znów zwykła bzdura, bo NSDAP w 1932 roku dwukrotnie wygrała wybory do Reichstagu [11]. Gdy to Orlińskiemu wytknięto, mógł z powodzeniem napisać: "Przepraszam, wyraziłem się nieprecyzyjnie. Chodziło mi o to, że NSDAP nie doszła do władzy dzięki wyborom, że nie zdobyła parlamentarnej większości... etc., etc." - i po takich uzupełnieniach dałoby się to zdanie obronić. Zamiast tego Orliński zapędził się w rozpaczliwe próby dowodzenia, że "Szkot" z kontrprzykładu "nie jest prawdziwym Szkotem", czyli wprawdzie NSDAP formalnie wygrała jakieś tam wybory, lecz nie były to jednak "prawdziwe wybory" ("na tym terenie przestały być wolne"; "były w atmosferze terroru ulicznego"). Chwyt banalny, który już Schopenhauer wymienia w swojej Erystyce jako pierwszą ze "sztuczek szalbierczych w sporze" [12].

Drugi przykład ociera się już o groteskę. Zmarł niedawno aktor Ernest Borgnine i Orliński w epitafium dla niego napisał coś takiego:

Dla mojego pokolenia najważniejsza rola Borgnine'a to wredny szeryf Lile "Bawełna w ustach" Wallace w "Konwoju" Peckinpaha z 1978 [13].
Sporo postaci w tym filmie nosi różne dziwne przezwiska. Jest Martin "Rubber Duck" Penwald (główny bohater, gra go Kris Kristofferson), jest Bobby "Love Machine" i Spider Mike. Natomiast szeryf Lyle (nie Lile!) Wallace to dla gnębionych przez niego kierowców ciężarówek Lyle "Cottonmouth" Wallace. Niemniej pomysł, by "Cottonmouth" przełożyć dosłownie jako absurdalną "Bawełnę w ustach", zasługuje na życzliwą pamięć amatorów humoru zeszytów szkolnych. Szczęśliwie znalazła się zaraz dobra dusza, która próbowała Orlińskiemu delikatnie wyperswadować, że tu nie chodzi o żadną bawełnę, że przecież "cottonmouth" to taki gatunek jadowitego węża... A Orliński na to:
No tak, ale on naprawdę (w tym filmie) mówi tak, jakby coś miał w buzi.
Otóż nie, nieprawda. Akurat w tym filmie Ernest Borgnine mówi wyjątkowo wyraźnie, niczego w ustach nie memła, nie żuje, nie ciamka i nie można też mieć żadnych wątpliwości, do czego odnosi się jego przezwisko. Na samym początku filmu, mniej więcej w 10 minucie, gdy szeryf Wallace obłudnie zapewnia, że nie stosuje żadnych policyjnych sztuczek, jeden z kierowców rzuca z przekąsem pod jego adresem: "A cottonmouth nie jest wężem..." (Cottonmouth ain't a snake).

Gdyby Wojciech Orliński przemógł choć na chwilę swój wstręt do tego, "co mu z gugla wyskoczy", "guglnął" to nieszczęsne "Cottonmouth" i zobaczył, jak mu wyskakują obrazki z wężami, chyba by się w porę opamiętał i nie wystawiał na pośmiewisko.

Ale nie, twardy jest, nie "guglnął". Wolał po staremu zmyślać.

[1] Kto ciekaw, niech zajrzy tutaj.

[2] Pod koniec 2010 roku Wojciech Orliński uznał, że Jacek Sasin to "synuś pana generała" SB, Józefa Sasina, wyłącznie na podstawie odnośnika, który podesłał mu internauta Rpyzel: "Link do biografii ojca Jacka Sasina, generała SB Józefa Sasina - dzięki Rpyzel! - wyjaśnia sprawę". Kopię oryginalnej notki Orlińskiego "Jacek Sasin, genetyczny patriota" można znaleźć tutaj. Natomiast dwa komentarze do tej notki tutaj i tutaj.

[3] Wypowiedzi Orlińskiego znajdują się tutaj. O dyskusji tej powiadomił mnie uprzejmie pan Roman Książek, zapewniając jednocześnie, że pod pseudonimem "wo" naprawdę kryje się Wojciech Orliński.

[4] Obszernie omówiłem tę sprawę w dodatkowym przypisie 7a do notki "Wojciech Orliński o Ameryce albo zmyślenia z podróży".

[5] Wojciech Orliński, Jak nie pobiłem premiera, czyli dlaczego kultura zawsze się opłaca, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 19 maja 2011.

[6] Wojciech Orliński, Reportaż znaleziony w Saragossie, "Gazeta Wyborcza", dodatek "Duży Format", 10 czerwca 2009.

[7] "Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena" - tak wygląda pierwsze zdanie Rękopisu wyłącznie w przekładzie Edmunda Chojeckiego (zob. Rękopis znaleziony w Saragossie. Romans wydany pośmiertnie z dzieł hr. Jana Potockiego, tom I, wydanie J. N. Bobrowicza, Lipsk 1847, s. 1; bez nazwiska tłumacza). Ale Chojecki w istocie powieść Potockiego po swojemu zrekonstruował, skompilował z różnych rękopisów, uzupełnił, a miejscami ocenzurował. Również we francuskim oryginale jest ono pierwsze tylko we wcześniejszej wersji utworu, pozbawionej jeszcze "Przedmowy", która uzasadnia tytuł powieści oraz wprowadza nadrzędną "szkatułkę" w całej konstrukcji, wyjaśniając, że to, co czytamy, jest książką w książce, manuskryptem znalezionym przez oficera wojsk francuskich w czasie oblężenia Saragossy. W wersji późniejszej i chyba we wszystkich dziś wydawanych przekładach hrabia Olavidez pojawia się w pierwszym zdaniu pierwszego z dni, na które dzieli się Rękopis. Ale również we wcześniejszej oryginalnej wersji zdanie to nie jest tak zwięzłe, jak u Chojeckiego. Przeciwnie, zajmuje cały akapit!

"Le comte d'Olavidèz n'avait pas encore établi des colonies étrangères dans la Sierra Morena; cette chaîne sourcilleuse qui sépare l'Andalousie d'avec la Manche n'était alors habitée que par des contrebandiers, des bandits, et quelques Bohémiens qui passaient pour manger les voyageurs qu'ils avaient assassinés, et de là le proverbe espagnol: «Las Gitanas de Sierra Morena quieren carne de hombres»" (Jean Potocki, Oeuvres, IV, 2: Manuscrit trouvé à Saragosse (version de 1804), redakcja François Rosset i Dominique Triaire, Peeters, Leuven 2006, s. 3).

Tak więc wykrojenie z tego akapitu "pierwszego zdania", które Wojciech Orliński uważa za "jedno z najpiękniejszych pierwszych zdań w historii literatury", to wyłączna zasługa Chojeckiego. Skoro jednak aż tak ceni się jego redakcyjne i translatorskie osiągnięcia, wypadałoby chociaż raz wspomnieć jego nazwisko.

Orliński przepisał z drobnym błędem przytoczone wyżej hiszpańskie przysłowie o Cyganach. Być może przepisywał je z angielskiego przekładu Iana Macleana, zawierającego identyczny błąd (zob. Jan Potocki, The Manuscript Found in Saragossa, Penguin Books 1996; korzystałem z wydania elektronicznego w formacie EPUB). Oryginalna wersja Potockiego zachowuje pewną dwuznaczność, wychwyconą zresztą przez francuskich redaktorów (zob. Jean Potocki, Oeuvres, IV, 1: Manuscrit trouvé à Saragosse (version de 1810), redakcja François Rosset i Dominique Triaire, Peeters, Leuven 2006, przypis 2 na stronie 31). Nb. jeśli idzie o historycznego hrabiego Olavideza, to daty z jego biografii, które podają redaktorzy Oeuvres w przypisie 1 na stronie 31, nie całkiem pokrywają sie z tym, co pisze Orliński, natomiast datowanie Orlińskiego dokładnie odpowiada temu, co podaje angielska Wikipedia.

[8] Wojciech Orliński, Nie samą sztuką artysta żyje, "Gazeta Wyborcza", 24 stycznia 2012.

[9] Utwór, o który chodzi, to Rondo à capriccio G-dur na fortepian op. 129. Beethoven nigdy tej kompozycji nie ukończył. Po jego śmierci wydał ją w 1828 roku Anton Diabelli w swoim opracowaniu (do czego się nie przyznał). Przypis w tym wydaniu podawał, że w manuskrypcie kompozycja nosi tytuł "Złość z powodu zgubionego grosza". Było to zgodne z prawdą, ale w manuskrypcie tytuł ten nie został wpisany ręką Beethovena. Otto Albrecht twierdzi (nie przedstawiając jednak żadnych dowodów), że tytuł wpisał Anton Schindler, sekretarz kompozytora (zob. Otto E. Albrecht, Adventures and Discoveries of a Manuscript Hunter, "The Musical Quarterly" 1945, nr 4, s. 495). Sam Beethoven na lewym marginesie innej karty rękopisu zrobił adnotację: "Alla ingharese. quasi un Capriccio" i to właśnie uznaje się obecnie za oryginalny tytuł (zob. Erich Hertzmann, The Newly Discovered Autograph of Beethoven's "Rondo a Capriccio", Op. 129, "The Musical Quarterly" 1946, nr 2, s. 184: "Beethoven's original title was Alla ingharese. quasi un capriccio"; zob też przypis 36 do tego zdania na tej samej stronie: "The word ingharese, of course, does not exist. [...] Perhaps Beethoven fused ongarese with zingarese and thus came out with ingharese").

Reprodukcja karty rękopisu z dopisanym tytułem o zgubionym groszu znajduje się w artykule Hertzmanna przed stroną 177. Natomiast reprodukcja karty z adnotacją samego Beethovena znajduje się w artykule Albrechta po stronie 496. Być może osobliwe "i" w ingharese jest swoistą ligaturą, zrostem "zi", co oznaczałoby, że Beethoven napisał jednak zingharese.

[10] Wojtek Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Kura i ziarno", 11 sierpnia 2012. Na stronie www.wyborcza.pl jako: Wojciech Orliński, Kura i ziarno, czyli PiS i Amber Gold, 13 sierpnia 2012.

[11] Historycy na ogół przykładają do zwycięstw wyborczych NSDAP znaczną wagę, podobnie zresztą jak czynili to sami naziści, wykosztowując się do granic możliwości na wyborcze kampanie. Nie podam w tym miejscu konkretnych stron, mogłyby one bowiem być - o zgrozo! - "wyguglane", ale proponuję przeczytać choćby rozdział "Hitler u progu zdobycia władzy" w przystępnie napisanej książce Allana Bullocka, Hitler i Stalin. Żywoty równoległe (Państwowy Instytut Wydawniczy, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1994; ten rozdział, siódmy w pierwszym tomie, przełożył Jan Mianowski). Kto woli wykład bardziej treściwy i bardziej naukowy, niech przeczyta pierwszy rozdział "Droga do władzy" w książeczce Eberharda Jäckela Panowanie Hitlera (Panowanie Hitlera. Spełnienie światopoglądu, przełożyła Alicja Karszniewicz-Mazur, Ossolineum, Wrocław 1989). Nb. na stronie 38 Jäckel pisze bez ogródek: "Hitler zawdzięczał swą nominację [na kanclerza Rzeszy] zwolennikom z NSDAP oraz swoim wyborcom" (kursywa moja). Wprawdzie zaraz dodaje, że nie był to czynnik wystarczający, ale wymienia go jednak jako podstawowy.

[12] Zob. Arthur Schopenhauer, Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów, przekład Bolesława i Lucji Konorskich, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976. Zwłaszcza strona 49; sam Schopenhauer twierdzi, że podobnego chwytu erystycznego uczy już Arystoteles w Topikach. Określenie chwytów erystycznych jako "sztuczek szalbierczych w sporze" pochodzi z przedmowy Tadeusza Kotarbińskiego.

[13] Wojtek Orliński, Ekskursje w dyskursie, notka "Marksistowska analiza Sama Peckinpaha", 15 sierpnia 2012.